Życzymy aby przy świątecznym stole nie zabrakło ciepła rodzinnej atmosfery, a Nowy Rok niósł ze sobą szczęście i pomyślność. Prezes Mariusz oraz członkowie zarządu
Tag: Nr 68
-
Jesienne spotkanie Zarządu Związku Rodu Żółtowskich
20 października br. w Skierniewicach obradował Zarząd Związku Rodu Żółtowskich. Właśnie w tę wybraną sobotę na spotkanie była piękna słoneczna pogoda, więc szczęście nam dopisało, ponieważ wszyscy przyjechaliśmy samochodami, a za tydzień w Polsce Centralnej spadł śnieg.
Zebraniu przewodniczył prezes Mariusz ze Sztumu. Głównym punktem obrad był wybór miejsca na kolejny zjazd. Jak pokazuje wieloletnia praktyka, ośrodka na zjazd należy szukać już jesienią, aby znaleźć taki, który spełniłby nasze oczekiwania i był dostępny w terminie nam odpowiadającym.
Członkowie zarządu przyjechali z przygotowanymi propozycjami kilku miejscowości, gdzie moglibyśmy spotkać się w 2013 roku. Skrupulatnie omawialiśmy wszystkie, a potem drogą głosowania wyłoniono kilka najlepszych ośrodków. Teraz trzeba będzie wykonać kilkanaście telefonów i emaili, a także osobiście odwiedzić wytypowane miejsca. Członków zarządu czeka więc niemało pracy.
Prezes Mariusz wystąpił z propozycją, aby do zarządu został przyjęty Michał z Białej. Po głosowaniu większością głosów propozycja prezesa zyskała aplauz członków zarządu. W centralnej Polsce jest dużo do zrobienia dla związku, więc Michał, jako młody, pełen zapału członek zarządu będzie miał pole do popisu. Chodzi szczególnie o poruszaną również podczas posiedzenia sprawą umieszczenia pamiątkowego kamienia, którą należy doprowadzić do szczęśliwego końca. Pamiątkowy obelisk może stanąć w Mochowie, w wyznaczonym przez panią wójt miejscu lub w Żółtowie. Kolejnym trudnym zadaniem jest znalezienie odpowiedniego głazu narzutowego, aby mógł być umieszczony na nim stosowny napis.
Omówiono także sprawę uzupełnienia genealogii Rodu Żółtowskich, którym to problemem zajmują się Ela i Wacław z Łodzi. Działalność wydawnicza jest naszym elementem funkcjonowania Związku, dlatego też należy wspierać ich w tak żmudnej i trudnej pracy, której owocem będzie nowa, pełniejsza, uzupełniona genealogia.
Potrzebne są teksty do nowych wydań kwartalnika, dlatego też prezes jak i redaktor Bożenka z Warszawy apelują do wszystkich członków Związku Rodu Żółtowskich, aby pisać o historii, o teraźniejszości, o wszystkim co dla każdego z nas i naszych rodzin jest ważne.
Czas naglił, ponieważ niektórzy z nas mieli daleką drogę powrotną. Rozstaliśmy się wiedząc, że sporo do zrobienia przed nami i następnym zjazdem.
Bogusia z Białej
-
Klepsydra – Mieczysław ze Szczecina
Z głębokim żalem zawiadamiamy, że 4 listopada 2012 r. odszedł od nas śp. MIECZYSŁAW ŻÓŁTOWSKI ze Szczecina długoletni Członek Zarządu Związku Rodu Żółtowskich Rodzinie składamy wyrazy najszczerszego współczucia. Zarząd Związku Rodu Żółtowskich -
Ciąg dalszy listów Marcelego i Jana Żółtowskich
Kochany mój Jasiu,
Z kolei odzywam się do Ciebie, nasamprzód żeby Was obydwóch najserdeczniej uściskać. Pisał mi Izio, iż 3 stycznia wszyscy Ci którzy mają krewnych w Wiedniu będą mogli do nich pojechać. Jakże chętnie bym do nich pojechał. Obawiam się jednak abym zaś tak dalekiej podróży nie odbył na próżno, gdyż o ile mi wiadomo tylko Ci uczniowie będą mogli z tej przejażdżki korzystać którzy tak do nauki jak i całego postępowania dobre noty mieć będą. Starajcie się więc na nie zasłużyć, gdyż by mi bardzo przykro było, gdybym nadziei widzenia Was został zawiedziony. Dotąd żaden z Was nie doniósł, czyście o miejsca pisali i jaki numer który z Was otrzymał, w ogóle o swoich lekcjach nic mi prawie nie piszecie, a to mnie przecież jaknajbardziej obchodzi. Ty mój Jasiu donieś mi też jaki teraz masz apetyt, spodziewam się, że przykład tylu rówieśników odzwyczaił Cię od Twojej wybredności i że jesz już teraz wszystko cokolwiek podadzą. Kiedy o jedzeniu mowa przypominam jaknajstaranniejsze czyszczenie zębów, gdyby Wam już proszek węglowy wyszedł, poproście kogo wypada aby z apteki nowy zapas sprowadził. U nas tutaj czas mamy bardzo piękny, ale już nieco zimno, co rana szron wielki, tak że już wszystkie liście prawie z drzew poopadały i niezadługo zapewne już się Degórski zabierze do przykrywania winnicy. Z tejże samej przyczyny musiałem kucom sprawić nowe dery, gdyż dawniejsze Maruń przy swem odejściu zostawił całkiem podarte.
X. Otwinowskiemu kłaniajcie się bardzo odemnie. Boskiej Was we wszystkiem oddając Opatrzności, ściska Was obydwój jaknajserdeczniej najprzywiązańszy dziadzio.
M. Ż.
Czacz 3/11.84
Kochany Jasiu,
Wczoraj właśnie dwa miesiące upłynęły jakeśmy się w Kalksburgu rozstali. Pamiętasz że było między nami umówione, iż każdy z Was co miesiąc raz do mnie napisze. Izio temuż obowiązkowi zadosyć uczynił, ale Ty raz dopiero i to króciutkim listem mnie zbyłeś, a wiesz przecież że się wcale na pisanie silić nie potrzebujesz donieś tylko co robisz, czego się uczysz, jak się miewasz i bawisz to mi stanie za wszystkie inne wiadomości, bo to mnie jaknajmocniej obchodzi. Jeżeli do Chołoniowa też tak rzadko i krótko jak do mnie się odzywasz to tam Bunia i dziadunio będą bardzo niekontenci więc i o tem nie zapominaj, aby do n ich regularnie co miesiąc ładne listy pisać.
Wczoraj byłem w Ujeździe bo tam wielkie mają zmartwienie, Wujcio Radomina mąż cioci Helenki w przeszły piątek umarł, po dwumiesięcznych ciężkich bardzo cierpieniach. W tych dniach odebrałem z Poznania pomyślną wiadomość iż budowa szosy z Ponieca do Gostynia na wiosnę rozpoczęta zostanie, zdaje się jednakże iż z Drzewiec nie pójdzie na Czarków tylko na Rokosów.
Czytałem w Kuryerze Warszawskim że jakiś chłopczyk Twego wieku zupełnie, zamiast zejść schodami jak wszyscy chciał się ze swawoli po poręczy spuścić przyczep spadł na dół tak nieszczęśliwie, iż rękę i nogę złamał i tak się nieborak potłukł iż leży ……….. (dwa wyrazy nieczytelne) i lekarze wątpią nawet czy go uratować zdołają. W każdym razie kaleką na całe życie zostanie.
Piszę to dla Twej nauki, bo Ty też lubisz czasem niepotrzebne sztuki pokazywać.
W swoim i Cioci imieniu bo Wujcio na dni kilka do Krakowa wyjechał ściskam Was obydwóch drogie moje chłopcy Boskiej Was we wszystkiem oddając Opatrzności najprzywiązańszy dziadzia.
M. Ż.
Czacz 17/11.84
Kochany mój Jasiu,
Wiesz już z listu mego do Izia pisanego jakem się zmartwił przekonawszy się, iż nie zawsze można słowem Twoim zawierzyć, i upominam Cię bardzo abyś w całem Twojem życiu tak w wielkich jak i małych rzeczach nigdy się z prawdą nie mijał. Piszesz mi że Ci co dzień przed śniadaniem w kaplicy słabości przychodzą, mnie to wcale nie dziwi, gdyż przypomnij sobie że i w Drzewcach służyć do mszy św. nie mogłeś, bo Ci klęczenie zawsze mdłości sprawiało. Idź więc zatem do X. Rektora, albo do Ojca od którego to zależy i proś aby Ci 2wolno było gdzieś na boku usiąść, a wtenczas zapewne słabości nie doznasz. Nie pojmuję jakie to tęsknoty w nocy Cię napadają, przecież żadna Ci się krzywda nie dzieje, bo wiesz że wszystkie w Twoim wieku chłopcy przez szkoły przechodzić muszą, i przecież Collegium jest zawsze otoczony rówieśnikami z któremi się bawić możesz czego w Czaczu całkiem byłeś pozbawiony. Teraz że Wujostwo Ponińscy już do Młoszowa wrócili i że sam jeden w całym domu zostaję dopieroż by Ci tu smutno było, więc zamiast tęsknić powinien byś się owszem cieszyć myślą, że po skończonych lekcyach masz zawsze miłe i wesołe towarzystwo.
Ponieważ mam zamiar odwiedzenia Was wkrótce będę miał zatem sposobność rozmówienia się z ojcem rektorem względem konnej jazdy, gdyż w zimie to właśnie najtrudniej wytrzymać na ręce i nogo, a przy Twoich oziębliznach to wcale nie wiem jakby się to dało urządzić. Przypominam Wam obudwom regularne pisanie co miesiąc do Chołoniowa, bo właśnie dlatego że mama już nie żyje tem większy macie obowiązek pamiętania o całej jej rodzinie, a szczególniej też o jej rodzicach, bo powinniście im zastąpić te czułe przywiązanie którem Ona ich zawsze otaczała. W tych dniach umarł Pan Edmund Żółtowski z Myszkowa zdaje mi się żeście go nie znali, ale zapewne często o nim musieliście słyszeć, gdyż to był mój dosyć bliski krewny był to ojciec tego także Edmunda, który się ożenił z Panną Kwilecką i na którego weselu jak pamiętam w końcu lipca dwa tygodnie przed ślubem Wujcia Xiania byłem.
Adaś z Głuchowa teraz wielce zajęty bo zaraz po Nowym roku rozpocznie swoje piśmienne roboty do egzaminu dojrzałości, który około Wielkanocy złoży.
Spodziewam się, że jak do Was przyjadę będziecie mogli mnie ucieszyć wiadomością iż przy cenzurach znowu powiedziane będzie Żółtowski szlus………… i w tej nadziei Boskiej Wam we wszystkim oddając Opatrzności ściskam Was obu jaknajserdeczniej
najprzywiązańszy dziadzia
M.Ż.Czacz 3/12.84
Kochany Jasiu,
Bardzo się ucieszyłem nad Twoim długim i porządnie napisanym listem, a chociaż mi piszą, iż w Wiedniu dłużej nad dzień jeden nie będziecie mogli zabawić, bardzo się i na krótki przeciąg czasu cieszę, a potem przecież mi też nic nie przeszkodzi znowu kiedyś do Was do Kalksburga pojechać. Fotografie i wszystko o co pisałeś ze sobą przywiozę i pełen radości na myśl, że już i tydzień nie minie a będę Was mógł ucałować teraz Was obu, chociaż piśmiennie tylko, ale niemniej serdeczne przesyła uścisnienia Was
najprzywiązańszy dziadzia
M.Ż.Czacz, 20 Grudnia 1884 r.
Kochany Bronisiu
Po odebraniu Twojego listu pierwszą moją myślą było do Młoszowa pośpieszyć, ale niechcąc swojem przybyciem zrobić niemiłego wrażenia postanowiłem na teraz nic nie zmieniać i święta z chłopcami w Wiedniu przepędzić, a wracając stamtąd dopiero przed Nowym rokiem do Was pojechać. Z Wiednia 29 m.b. nie wyjadę, proszę Cię zatem, abyś mi zaraz po odebraniu tego listu doniósł adresując jak zwykle hotel Munsch, w największych szczegółach co się u Was dzieje. Wypisy archiwalne nadeszły, zresztą nic zajmującego nie zaszło, prócz powietrza które ciągiem prawie wiosenne. Zresztą wolę sobie też zostawić wszystko do opowiedzenia za moim przyjazdem do Was, a teraz wszystkich Trojga goręcej niż kiedykolwiek Boskiej we wszystkim oddając Opatrzności ściskam Was z jaknajczulszem rodzicielskim przywiązaniem
najprzywiązańszy ojciec
M.Ż.Czacz 20/12.84
-
Ksiądz kanonik Szymon Żółtowski

Szymon Żółtowski ppłk Wojska Polskiego urodził się 18 lipca1886 r. w Libawie na Łotwie, zmarł 20 lutego1977 r. w Gdańsku. Syn Jana – stoczniowca w Rosji i Petroneli z Nowickich. Ukończył mohylowskie seminarium diecezjalne, działał w środowiskach polskich w Rosji, więziony, powrócił do Polski w ramach wymiany jeńców wojennych.
W latach 1923-1939 był kapelanem Wojska Polskiego w Zegrzu. Brał udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie był proboszczem w Gdańsku.
Od 1922 mój ojciec, major Włodzimierz Borowski był w Zegrzu zastępcą dowódcy pułku. Rodzice moi przyjaźnili się od 1922 roku z Księdzem, tj. gdy urodziła się moja starsza siostra, Halina. W 1924 roku na terenie koszar w Zegrzu urodziłam się ja. Kontakt z rodziną Żółtowskich był bardzo bliski aż do śmierci siostry Księdza, pani Zofii Choroszukowej.
We wrześniu 1939 roku Ksiądz kanonik wraz z całą szkołą łączności z Zegrza był ewakuowany. Pociągiem towarowym jechali w stronę granicy rumuńskiej, ale po drodze transport został ostrzelany przez lotnictwo niemieckie i każdy wracał na własną rękę do swoich bliskich. Ksiądz był ze swoją matką i gosposią Marysią Traczyk. Przybyli więc we trójkę do siostry Księdza do Choszczówki pod Warszawą. Siostra, pani Zofia wraz z mężem Józefem, porucznikiem wojsk technicznych mieli tam swoją posiadłość.
Szwagier Józef został wcielony w 1939 roku do wojska, dostał się do niewoli sowieckiej i został zamordowany w Katyniu. Ksiądz kanonik mieszkał w Choszczówce od 1939 roku aż do końca wojny. Msze święte odprawiał w dawnym kościele wojskowym na Żoliborzu. Wiem, że był w organizacji podziemnej, ale nie pamiętam szczegółów. Biuletyny z nasłuchu radia mieliśmy od Niego na bieżąco. W 1945 roku wraz z mamą, siostrą i gospodynią Marysią przenieśli się do Gdańska, gdzie Ksiądz objął parafię Niepokalanego Poczęcia N.M.P. przy ul Łąkowej 34. Niemal co roku ktoś z naszej rodziny bywał w gościnie u Księdza.
W Gdańsku najpierw zmarła mama Księdza, potem Ksiądz kanonik, a pani Zofia z gosposią przeprowadziły się.
Jadwiga Borowska-Rogala
Maarssen, 29 czerwca 2012 r.
Nadawca powyższego tekstu prosi czytelników o ewentualne informacje dotyczące Księdza Szymona Żółtowskiego, a szczególnie pochodzenia rodziców i rodzeństwa Księdza oraz jego działalności w latach 1939-1945 w Legionowie i Warszawie. Informacje proszę przesłać na adres redakcji.
-
Moje życie
Rozpoczynamy cykl wspomnień o nas współczesnych. Zachęcam więc wszystkich członków Związku Rodu Żółtowskich do pisania o sobie – o nas tu i teraz. Dotychczas pisaliśmy głównie o naszych przodkach. Wielu rzeczy o nich nie wiemy. Nie zdążyli nam ich przekazać. Może uważali, że są mało istotne? Lub ze skromności nie ujawniali często ważnych epizodów z ich życia. Pisząc o sobie i swoich przodkach najlepiej pamiętamy przebieg naszego życia( prawie od urodzenia), a inni Żółtowscy dzięki temu dowiedzą się o sobie więcej. Nie bójmy się pisać o wszystkim, nawet o drobiazgach, o tym, co nam się udało w życiu i o tym, co nam nie wyszło. Piszmy prawdę, twórzmy historię.
Kogut Pietuchin i Agresor
Na świat przyszedłem 18 lipca 1951 roku. Matka moja Maria Żółtowska z domu Łęgowska urodziła mnie w Szpitalu Powiatowym w Aleksandrowie Kujawskim – podobnie jak rok wcześniej mego brata Michała Romualda. Rodzice mieszkali w Warszawie. Szpitale warszawskie w tym okresie nie przyjmowały kobiet do porodu, gdyż panowała epidemia groźnej choroby zakaźnej Heinego-Medina. W tym czasie nie było jeszcze szczepionki. W Aleksandrowie mieszkali rodzice mego ojca Albin i Aleksandra, a w pobliskim Ciechocinku matka, brat i siostra mojej matki. Babcia Łęgowska miała na imię Maria. Pierwsze dni życia spędziłem więc u babci Marii. Potem ojciec mój Romuald Henryk zabrał (wtedy już czteroosobową) rodzinę do Warszawy. A na razie jeździł nocą pociągiem z soboty na niedzielę, by zobaczyć się z żoną i synem Michałem w Ciechocinku. W końcu napisał list do Bieruta i po tygodniu otrzymał kawalerkę. Mieszkaliśmy na Woli przy ulicy Okopowej w nowo pobudowanych blokach. Tak więc czteroosobowa rodzina musiała mieszkać w małej kawalerce. Po roku ojciec mój otrzymał większe mieszkanie. Były to dwa pokoje z kuchnią, łazienką i przedpokojem. Prawdziwy luksus, choć z piecami kaflowymi, gdyż w tamtych latach nie budowano zbyt wiele domów z centralnym ogrzewaniem. I tak trafiliśmy z Woli na Ochotę na ulicę Siewierską. Niektóre epizody z tego okresu już pamiętam, zwłaszcza te, które wyraźnie wbiły się w moją młodą pamięć.
Ojciec, magister inżynier budownictwa lądowego i mostowego, pracował w Ministerstwie Transportu Drogowego i Lotniczego. Miał ukończoną Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie i jako zdolny student z dobrymi wynikami został skierowany wraz kolegą do pracy w Ministerstwie.. Pracował tylko ojciec. Mama wychowywała dwóch chłopaków. Na pewno było ciężko. Żyli skromnie. Nie byliśmy nigdy głodni, ale spiżarnia moich rodziców nie obfitowała w szynki i kiełbasy, były one u dziadków, i to tylko na święta. Dziadek w Aleksandrowie miał możliwość hodowania dwóch świniaków, no bo jednego obowiązkowo musiał oddać do Państwa. Wiem, że na naszym stole głównie były dżemy, marmolady, miód, białe sery, jaja. A jeżeli było mięso, to w postaci wojskowych konserw. Pamiętam, jak ojciec otwierał te konserwy bagnetem niemieckim, gdyż nie można było kupić otwieracza. Nie mieliśmy podwórka, do zabawy służyło nam wybetonowane za blokiem miejsce i garaże dla samochodów. Z tego miejsca można było zajrzeć przez małe okienko do fabryczki bombek choinkowych, gdzie panie ręcznie je malowały. W 1954 roku tata kupił choinkę na święta. Kupił nam także sanki. Pewnie musiał długo oszczędzać, na te prezenty pod choinkę. Później dowiedziałem się, że dziadek Albin pomagał nam finansowo (choć ojciec podobno nigdy go o to nie prosił).
Wiem, że kupił ojcu buty, które wtedy szewc robił na miarę i materiał na garnitur. Z tamtego okresu warszawskiego zapamiętałem podróż pociągiem. Wracaliśmy od dziadka Albina. Było już ciemno. Mnóstwo ludzi przed dworcem kolejowym (teraz wiem, że była to już nie istniejąca Warszawa Główna) oczekiwało na taksówkę. Ojciec wziął jakąś ciemną taksówkę, a ja chciałem jechać czerwoną i strasznie płakałem, że tata wziął inną.
W 1955 roku ojciec mój na własną prośbę został przeniesiony z Ministerstwa do pracy w terenie. Chciał być drogowcem-fachowcem, a nie urzędnikiem za biurkiem. Jego ówczesny przełożony dyrektor Gordziałkiewicz nie chciał ojca puścić, ale w końcu się zgodził. To też wiem z opowiadań matki.
Rodzice przenieśli się bliżej swoich stron do Lipna. Tę przeprowadzkę już pamiętam. Na podłodze w mieszkaniu na Siewierskiej było wiele słoików, książek, butów, ubrań. Wszystko wyjęte z szaf. Matka na kolanach pakowała do skrzynek cały nasz majątek. Byliśmy chyba niegrzeczni, bo na nas krzyczała. Tata pojechał do Lipna i wrócił samochodem ciężarowym po nas i po dobytek. Samochód był marki Magirus. W szoferce (tak się wtedy mówiło) była duża kanapa z czerwonej skóry, na której siedział szofer, Michaś mama i ja. Tatuś się nie zmieścił, więc jechał w skrzyni pod plandeką. Nie pamiętam, jaka to była pora roku, pamiętam tylko, że było już ciemno, kiedy dojechaliśmy do Lipna.
Ojciec objął Rejon Eksploatacji Dróg Publicznych. Był kierownikiem tej jednostki, ponadto był jedynym inżynierem w mieście. Jego zastępcą był technik Sadowski. Okres mego dzieciństwa w Lipnie wspominam miło. Mieliśmy duże podwórko, po którym można było jeździć rowerem. Rower nie był nasz. Pożyczał nam go czasami kolega Tomek Marcinkiewicz, który mieszkał po drugiej stronie ulicy Włocławskiej i był synem pracownika Rejonu mechanika Marcinkiewicza. On synowi zrobił rower z części przedwojennych rowerów, które pozbierał gdzieś na złomowisku. Wyglądał dziwacznie: obdrapany, pordzewiały, ale jeździł. Lubiliśmy się z Tomkiem i wspólnie się bawiliśmy. W naszym lipnowskim życiu mieliśmy też własne rowery, ale trochę później. Najpierw ojciec sobie kupił rower o nazwie MIFA ze stosowną siatką do połowy tylnego koła, mieniącą się różnymi kolorami, z dynamem na prąd i lampą do jazdy w ciemności. Drugim rowerem była nowa młodzieżówka, którą oboje dostaliśmy od rodziców. Niebieski rower, niklowana kierownica, bagażnik, dynamo i lampa.
Po prostu cud techniki. Pamiętam, że bardzo się cieszyliśmy. Byliśmy dumni, że mamy taki piękny rower. Służył nam długo aż z niego wyrośliśmy. Ojciec oddał go dzieciom znajomego drogomistrza ze Złotopola Bromirskiego, szczęśliwego ojca ośmiu córek i dziewiątego syna. Za zdrowie tego syna podobno cały powiat pił, gratulując Bromirskiemu, że mu się w końcu udało. Wracając do mechanika Marcinkiewicza, wspomnieć muszę, że był to ciekawy człowiek. Poprosił ojca o możliwość korzystania z narzędzi Rejonu po godzinach pracy. Ze zgromadzonych różnych części ze starych samochodów wyciął z blachy karoserię i takim „kabrioletem” zmontowanym zabrał nas na pierwszą przejażdżkę. Nie był malowany, widać było pospawane blachy. Milicja krzywo patrzyła na tę „samoróbkę”. Po tym już nie widziałem, żeby jeździł. Ale tytuł zdolnego konstruktora zdobył wśród załogi Rejonu i innych ludzi w mieście. Chciał koniecznie być przygotowany merytorycznie do konstrukcji następnych pojazdów. Sam zaczął zgłębiać wyższą matematykę, a przecież nie miał nawet przygotowania średniego. Przychodził więc do naszego ojca, by ten tłumaczył mu matematykę. Nie mógł jednak zrozumieć całek, różniczek czy logarytmów, aż popadł w psychiczny dołek. Musiał korzystać z porady lekarza, a ojciec kategorycznie zabronił mu dalszego samokształcenia. Potem mu przeszło Na podwórku ojciec postawił drewnianą szopę na opał do pieców i kuchni węglowej, a także jako kurnik dla drobiu. Mama trzymała kury i jednego koguta, który zawsze rano pięknie piał. Dzisiaj, gdy na wsi usłyszę pianie koguta, to ciepło robi mi się na duszy. Współczesne miasto nie zna muzyki wiejskiej zagrody: kwękania kaczek, gęgania gęsi, piania koguta czy klekotu bociana. Wszystko to plus ćwierkanie wróbli daje taką sielską, niespotykaną, magiczną wręcz atmosferę. Kogut zwał się Pietuchin. Po trzech latach stał się groźny bo zaczął atakować dzieci. Po stracie głowy na pieńku i gotowaniu przez trzy dni, wciąż był twardy i łykowaty. Zdaje mi się, że zrobiono z niego pasztet. Pietuchin przewodził stadzie kilkunastu kur i małych kurczaków. Pewnej nocy znaleźliśmy kilka poduszonych kurczaków. Następnej nocy ojciec złapał tchórza. Był bardzo duży. Tuż przy szopce było wejście do ziemianki (małego bunkra), gdzie był węgiel i półki na zimowe przetwory. Bunkier obsypany był ziemią i dookoła porośnięty pięknymi fioletowymi bzami. W zasadzie był mało widoczny. Czasami zabawy nasze przenosiły się na ten bunkier po sforsowaniu ściany od strony ogrodu. Nasiona przekwitniętych bzów całą zimę służyły za pożywienie dla głodnych i zmarzniętych ptaków. Na podwórku była też buda dla psa. Dziadek Albin dał ojcu szczeniaka, którego wcześniej sam nazwał Agresorem. Zresztą u dziadka każdy pies zwał się Agresor. A było ich kilka i zwykle były to małe psy. A jak się trafił duży, zwał się Morus. Nazwa Agresor pochodziła stąd, że w radiu (w którym można było usłyszeć, „jedynie słuszne” wiadomości) stale mówiono o amerykańskich agresorach w Korei. Wtedy trwał konflikt koreański i według lektorów radiowych owi agresorzy to byli Amerykanie.
Pies żył do końca naszego pobytu w Lipnie. Przebył groźną chorobę nosaciznę i był trochę głuchy oraz ślepy. Był łazęgą, chodził po całym Lipnie. Nie był agresywny, a wszyscy w mieście wiedzieli, że to pies pana inżyniera. Jak był głodny, wracał do domu. Ta głuchota i ślepota spowodowała, że zginął tragicznie pod kołami ciężarówki podczas codziennego patrolu po mieście. Oprócz wspomnianego podwórka mieliśmy także piękny sad i ogród. W sadzie były duże jabłonie, na które wchodziliśmy, to była dla nas wielka frajda. W pamiątkach rodzinnych jest zdjęcie, na którym widać, jak siedzę na jabłonce i mam ze sobą Agresora, co zapewne mu się nie podobało, lecz uwiecznione zostało.
Mieliśmy własne ziemniaki. Wtedy bardziej popularna nazwa to kartofle. Pomagałem z bratem je sadzić. Ciągnęliśmy zrobiony przez ojca znacznik a on w zaznaczonych miejscach sadził ziemniaki. Najpierw przygotowywał sadzeniaki, tnąc na pół i zostawiając po dwa, trzy oczka, by mieć więcej materiału do sadzenia. Mama miała ogród warzywny. Podkradaliśmy jej młode marchewki, tak prosto z ziemi do buzi. Nie chorowaliśmy. Zresztą mama w nas inwestowała. Kiedy pojawiły się pierwsze witaminy dla dzieci, kupowała je dla nas. Witamina C nie była powlekana jak dzisiaj, była bardzo kwaśna. Kupowała nam także pierwszy złożony preparat witaminowy o nazwie „Owowitina”, jego dobry smak pamiętam do dziś. W Internecie jest krótka wzmianka o tym preparacie. Ale dziś to już historia. Do ogrodu wchodziło się od podwórka alejką wśród bzów bądź z dużego pokoju po otwarciu drzwi na obszerny taras. Z boku tarasu był też mały ogródek, gdzie ojciec co roku wytyczał olbrzymi klomb kwiatowy, a w rogu pod bzami co roku późną zimą kwitły przebiśniegi.
Rafał Żółtowski
Ciąg dalszy wkrótce!
-
Genealogia
Zapisy historyczne i ród Żółtowskich
Chciałbym przedstawić kilka zagadnień dotyczących genealogii oraz związaną z nią terminologią i tematami dotyczącymi powiązań osób pochodzących z tego samego rodu. Jestem pewny, że znaczną część członków Związku Rodu ten temat może zainteresować, ponieważ jako Związek Rodu mamy na celu rozsławienie naszego Rodu, jego historii, naszych przodków. Do tego potrzebne są materiały źródłowe, publikacje, które oparte będą na badaniach genealogicznych. Dzięki historykom, genealogom i heraldykom, m.in. słynnemu genealogowi Żychlińskiemu, który opublikował drzewo genealogiczne Rodu Żółtowskich (szczególnie opisując odnogę wielkopolską naszego rodu a o odnodze głównej mazowieckiej tylko wspomniał nielicznymi zapisami ważniejszych postaci z dziejów historii od XIV aż do XIX wieku) w Złotej Księdze Szlachty Polskiej, możemy dowiedzieć się, kim byli nasi antenaci. Wielki dorobek wnieśli nasi kuzyni. Ród nasz zawdzięcza dużo Franciszkowi Ogończyk Żółtowskiemu, Janowi Żółtowskiemu z Czacza, Józefowi Żółtowskiemu z Kocka, Michałowi Żółtowskiemu z Łodzi, Michałowi Żółtowskiemu z Lasek. Ich publikacje dotyczące Rodu są bardzo cenne dla potomnych.
Zainteresowania Franciszka Ogończyk Żółtowskiego i Michała Żółtowskiego z Łodzi oprócz szeroko rozumianego rodu skupiły się szczególnie na naszych rodzinach, głównie z odnogi mazowieckiej. Historyków interesują dane o pochodzeniu, historii wzajemnych relacjach i losach członków rodziny każdego z nas i całego Rodu Żółtowskich. Tak więc, historycy, genealodzy i heraldycy, tacy, jak: Adam Boniecki, Aleksander Łakier, Benedykt Chmielowski, Jan Długosz, Sławomir Górzyński, Adam Heymowski, Szymon Konarski, Kasper Niesiecki, Szymon Okolski, Juliusz Karol Ostrowski, Bartosz Paprocki, Władysław Semkowicz, Seweryn Uruski, Andrzej Brzezina Winiarski, Wojciech Wielądko, Alfred Znamierowski, zainteresowani byli też naszym całym Rodem. Tymi właśnie zagadnieniami, czyli badaniem powiązań rodzinnych, zajmuje się genealogia, jedna z nauk pomocniczych historii.
Wszelkie badania genealogiczne prowadzi się na podstawie metryk i zapisanych faktów genealogicznych. Genealog sporządza tablice genealogiczne, lub drzewo genealogiczne. W nich ukazuje relacje między członkami rodziny czy rodu. Powstają publikacje w postaci książek. Przykładem takich dzieł jest: „Monografia Rodu Żółtowskich” Franciszka Ogończyk – Żółtowskiego, „Rodzina Żółtowskich w ciągu stulecia” Jana hr. Żółtowskiego z Czacza i Józefa hr. Żółtowskiego z Kocka czy „Genealogia Rodu Żółtowskich” Michała Żółtowskiego z Łodzi.
W naszym Związku Rodu takim genealogiem – hobbystą i fascynatem był Michał z Łodzi, zwany potocznie „Małym Michałem”. Według mnie i wielu osób, z którymi rozmawiałem, powinno się go nazywać Michałem „Wielkim”, gdyż stworzył wielkie dzieło, dzieło, dzięki któremu wielu Żółtowskich może powiązać losy swoich rodzin z innymi Żółtowskimi. To właśnie dzięki Michałowi „Wielkiemu” z Łodzi zawdzięczamy powstanie „Genealogii…”, a efektem tego wielu Żółtowskich zna swoje korzenie, zna korzenie swojego rodu.
A co to jest ród ?
Ród to grupa społeczna oparta na wspólnocie krwi, obejmująca rodziny wywodzące swe pochodzenie od wspólnego przodka. W kulturze polskiej mamy do czynienia z pochodzeniem ojcowskim i związanym z tym dziedziczeniem nazwiska, dóbr, pochodzenia społecznego po ojcu. Ród jest pojęciem szerszym niż rodzina. Na ród może składać się nawet kilkaset rodzin pochodzących od wspólnego przodka. Ród posługuje się wspólnym herbem oraz jego nazwą tzw. proklamą herbu rodowego.
Oprócz rodu właściwego wyróżniamy też ród heraldyczny, czyli ród składający się nawet z kilkuset rodów właściwych bądź rodzin, często spokrewnionych jak też nie będących ze sobą spokrewnionymi, a posiadających wspólny herb.
Do naszego rodu heraldycznego należą m.in. Działyńscy, Kościeleccy, Kościelscy, Ogonowscy, Skarbkowie, Jankowscy, Powałowie, Ogonowie, gdyż są tego samego herbu co i my Żółtowscy. Fakt posiadania wspólnego herbu Ogończyk, zwanego też Powała, Pogończyk czy Ogon może wskazywać na pochodzenie od wspólnego przodka Wojsława Powały herbu Ogończyk – komesa wrocławskiego i piastuna Księcia Bolesława Krzywoustego, syna Władysława Hermana, który był protoplastą zarówno rodu Ogonów, jak i Powałów.
Herb wskazuje, że jesteśmy potomkami rycerzy z rodu Ogonów herbu Ogończyk, którzy byli wojewodami i kasztelanami łęczyckimi, dobrzyńskimi, kujawskimi w XIII, XIV wieku. Z nich właśnie pochodził nasz protoplasta szlachetny Piotr Ogon z Żółtowa.
Mając wspólny herb, wspólne nazwisko i to samo pochodzenie szlacheckie od wspólnego przodka Piotra Ogona z Żółtowa zapisanego w Kronice mazowieckiej w 1424 r. Piotr Ogon z Żółtowa herbu Ogończyk oprócz tego, że był protoplastą rodu Żółtowskich prawdopodobnie jest także protoplastą rodu Skarbków herbu Ogończyk i Jankowskich herbu Ogończyk. Fakt ten można wywodzić z tego że wnukami Piotra Ogona z Żółtowa byli Stanisław z Żółtowa, który dalej poprowadził ród Żółtowskich; Dobiesław, który osiadł na Jankowicach; Skarbek, który poprowadził ród Skarbków herbu Ogończyk i Świętosław, o którym nie wiadomo, czy pozostawił potomstwo. O tych postaciach wspomina ś.p. Michał Żółtowski z Łodzi na wstępie swojego dzieła Genealogia Rodu Żółtowskich.
Osoby noszące to samo nazwisko i posiadające to samo pochodzenie społeczne łączą więzi rodzinne, czyli relacje, stosunki, związki krwi, rodzinne, genealogiczne. Źródłem więzów krwi jest pochodzenie zstępnych, czyli dzieci od ich rodziców, tzw. wstępnych. Rodzinę tworzą osoby związane związkiem małżeńskim kobiety i mężczyzny w celu posiadania potomstwa.
Rodzina może być mała, jednopokoleniowa złożona z rodziców wychowujących wspólne dzieci. Może być rodzina wielopokoleniowa, uzupełniona o innych krewnych żyjących we wspólnym gospodarstwie domowym, czyli dziadkowie, wnuki, jak i rodzina wielka, złożona z ogółu jej członków związanych pokrewieństwem lub szerzej także powinowactwem. Rodziną olbrzymią (nazwijmy ją megarodziną) w szerokim tego słowa znaczeniu jest ród. Taką wielką w szerokim znaczeniu rodziną jest Ród Żółtowskich. Związek Rodu Żółtowskich jest więc Związkiem wielu rodzin noszących to samo nazwisko i spokrewnionych ze sobą w bliższym bądź dalszym stopniu.
W rodzinie mamy do czynienia odpowiednio z pokrewieństwem zachodzącym między osobami posiadającymi co najmniej jednego wspólnego przodka oraz powinowactwem zachodzącym pomiędzy krewnymi jednego małżonka a drugim małżonkiem.
Pokrewieństwo i powinowactwo oblicza się w stopniach i liniach.
Rozróżnia się linię i stopień powinowactwa, które określa się według linii i stopnia pokrewieństwa:
- I stopień powinowactwa w linii prostej to teść i teściowa, czyli rodzice współmałżonka,
- II stopień powinowactwa w linii bocznej, to np. szwagier, czyli brat współmałżonka albo męża siostry, szwagierka , czyli siostra współmałżonka; bratowa – żonę brata.
Powinowactwo zachodzi jedynie między małżonkiem a krewnymi drugiego małżonka.
Wszelkie powiązania pokazuje drzewo genealogiczne, czyli tablica przodków, potomków i pokrewieństwa między nimi. Przedstawia ono protoplastę, którego oznacza się jako korzenie tego drzewa, a potomków jako pień, gałęzie i listki. Żółtowscy jako korzenie mogą umieścić postać rycerza Piotra Ogona z Żółtowa, wychowawcę synów księcia mazowieckiego Ziemowita IV. Następnie wyrasta z nich pień drzewa wspólny dla obydwu odnóg, który rozdwaja się na dwie odnogi drzewa genealogicznego – odnogę główną mazowiecką i odnogę boczną wielkopolską rodu Żółtowskich.
W drzewie genealogicznym wyróżniamy linię prostą, na której widnieją członkowie z różnych pokoleń, występują oni w relacji filiacji, czyli przedstawieni są jako przodek, pradziadek, dziadek, ojciec, syn, wnuk. Na drzewie widnieją również krewni z linii bocznych. Pochodzą oni od wspólnego przodka, lecz bez relacji filiacji, czyli stryj, ciocia, bratanek, wnuk brata, wnuki braci dziadka.
Posiadając własne rozrysowane drzewo genealogiczne, Żółtowscy będą mogli bez trudu określić swój stopień pokrewieństwa. Oznacza on odległość genealogiczną między dwiema spokrewnionymi osobami. W linii prostej stopień ten liczony jest w systemie liczba pokoleń minus 1. Przykładem może być: dziadek i wnuk, są to krewni drugiego stopnia. W linii bocznej stopień pokrewieństwa liczony jest: ojciec a dziecko oraz rodzeństwo to krewni pierwszego stopnia, siostry cioteczne to pokrewieństwo trzeciego stopnia, wnuk siostrzeńca, to pokrewieństwo czwartego stopnia, prapradziadek – także czwartego, natomiast jego siostra – to krewna piątego stopnia.
Wacław Żółtowski z Łodzi już od dawna ma zamiar dokończyć dzieło swojego syna ś.p. Michała. Pragnie on opublikować drzewo genealogiczne wszystkich Żółtowskich w formie suplementu do Genealogii Rodu Żółtowskich.
Drodzy krewni i kuzyni, pomóżmy Wacławowi z Łodzi. Ci, którzy nie przysłali jeszcze danych o swoich przodkach (czy to w wersji drzewa genealogicznego, czy tablic, czy tylko zapisów), przysyłajcie informacje o swoich rodzinach, jej historii, życiorysy członków rodziny, opisane w kontekście historycznym, na którą składają się informacje na temat pochodzenia społecznego, wykształcenia, dóbr ziemskich przodków, migracji, służby wojskowej, podając imiona rodziców oraz dzieci, nazwisko panieńskie matki, daty urodzin, ślubów oraz śmierci, imiona i nazwiska małżonków dzieci oraz dziadków.
Może dzieło Michała „Wielkiego” z Łodzi będzie ukończone.
Stefan Żółtowski
-
Podziękowanie
Serdecznie dziękujemy Andrzejowi Mieczysławowi z Warszawy, za ogromną pomoc w udzielaniu informacji osobom zwracającym się do Zarządu w kwestiach genealogii, ustalaniu pokrewieństwa, oraz innych trudnych pytań związanych z Żółtowskimi. Odpowiedzi na te pytania wymagają wiedzy, cierpliwości i czasu. Andrzej Mieczysław nigdy nie odmawia pomocy i w miarę możliwości odpowiada na listy, za co jesteśmy Mu niezmiernie wdzięczni. Zarząd Związku
-
Nasz ród to elitarna rodzina, to nasza duma
W tym roku na zjazd w Ciechocinku przyjechało sporo osób. Ale nie zawsze tak jest. Czasem, gdy frekwencja jest mniejsza, martwimy się o istnienie naszego Związku. Często podnoszona jest sprawa zbyt dużych kosztów pobytu na zjeździe. Bywały zjazdy tańsze, w ośrodkach o niższym standardzie, jednak i wówczas znaleźli się malkontenci. Wyszukanie miejsca na spotkanie, które zadowoliłoby wszystkich uczestników, nie jest łatwym zadaniem dla Zarządu. Myślę jednak, że osoby, które naprawdę się interesują corocznymi spotkaniami, chętnie będą się spotykać się z kuzynami, niezależnie od wszystkiego.
Od nas także zależy, jaki będzie poziom tych spotkań, bo to my tworzymy przyjazną, serdeczną atmosferę. Bardzo ważne jest, czym dla nas jest przynależność do Związku. Jak się w nim czujemy, jaki poziom kulturalny i moralny prezentujemy wewnątrz i na zewnątrz.
Różnimy się – i to nic złego – ale zawsze musimy pamiętać, by nasze dyskusje, rozmowy, spory były na odpowiednim poziomie. Wielu z nas jest zwolennikami tradycji, przeszłości szlacheckiej czy ziemiańskiej. To piękne, uszanujmy to!
Z pewnym niepokojem obserwuję u ludzi, zwłaszcza młodych, brak poszanowania dla wartości moralnych. Świat zachwyca się byle czym. Łatwo oszukać ludzi i wmówić im, że to, co nowe, jest wspaniałe, a to, co było, czyli nasze i naszych przodków życie, się nie liczy!
Nasz Związek zrzesza ludzi, którzy kultywują dobre obyczaje. Trzeba sobie zadać trochę trudu, aby dostać się do Związku. To nie jest miejsce dla każdego. Miejsca elitarne charakteryzują się tym, że dotarcie do nich nie jest łatwe.
Między członkami Związku nawiązują się wspaniałe znajomości i przyjaźnie, pomagamy sobie w trudnych chwilach, jeździmy na wycieczki, by poznawać ciekawe, nowe miejsca. Najlepszą naszą promocją są media lokalne i ogólnopolskie, a także my sami w swoich bliskich rodzinach.
Na zjazdy przyjeżdżają osoby z całej Polski, a także ze Szwajcarii, Niemiec i USA. Atrakcyjność naszego Związku niech służy przyciąganiu ludzi młodych, bo bycie w tak dużej wspólnej elitarnej rodzinie jest dumą i może być fantastyczną przygodą.
Atrakcją Zjazdów są uroczyste kolacje piątkowe. Osoby, które mają zbyt mało czasu, mogą przyjechać do nas chociażby tylko na tę wieczerzę. Spotkania przy wspólnym stole odbudowują więzi międzyludzkie i odnawiają odchodzącą w zapomnienie staropolską sztukę biesiadowania. Jest obfite jedzenie, wino i tańce prawie jak za dawnych sarmackich czasów, ale tutaj każdy płaci za siebie. Tak więc, należenie do tak elitarnej rodziny Związku Rodu Żółtowskich jest swoistą nobilitacją.
Integracyjne spotkania przy ognisku z pieczeniem kiełbasek, śpiewem i rozmowami do późnych godzin nocnych też jest wspaniałą formą bycia razem. W Związku wszyscy jesteśmy po imieniu, młodsi zaś zwracają się do starszych: kuzynie lub po prostu ciociu, wujku.
Msza święta za Żółtowskich po mieczu i kądzieli jest perełką naszych spotkań i dużym przeżyciem duchowym. Modlimy się za zmarłych założycieli Związku: Zbigniewa ze Skierniewic i Michała z Łodzi oraz za naszego zmarłego w 2011 roku Michała z Lasek, a także wszystkich zmarłych z naszych rodzin.
Modlimy się za pokój na świecie, za dzieci i młodzież z naszych rodzin, by zdobyły wykształcenie by swoją pracą i odpowiedzialnością przynosiły chlubę rodzinie i społeczeństwu.
Bądźmy dumni, że mamy tak liczną, wspierającą się rodzinę. Zacytuję za Janem Żółtowskim: „trwajmy więc w starych utwierdzonych tradycjach, nie dajmy im zniknąć ani wypaczyć, ale uzupełniajmy je stale przez coraz nowy i coraz cenniejszy dorobek”.
Elżbieta z Kutna
-
Ułan wielkopolski
Fragment książki „Ludzie dobrzy jak chleb”, wydanej w Krakowie w 2010 r.
Michał Żółtowski (1915-2009)
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
Podarował Fundacji swoje prawa do majątku ziemskiego Drzewce koło Leszna, który przypadł mu w spadku po rodzicach. Pomimo braku ustawy reprywatyzacyjnej uzyskał częściową finansową rekompensatę, którą w całości przekazał na rozbudowę Schroniska dla Niepełnosprawnych w podkrakowskich Radwanowicach.
Urodził się 21 maja 1915 roku w Lozannie w Szwajcarii. Wywodził się z rodziny o wielowiekowej tradycji rycerskiej. Jego pradziad Marceli Żółtowski za męstwo w bitwie pod Olszynką Grochowską w 1831 r. został odznaczony Virtuti Militari. Był piątym z jedenaściorga dzieci Ludwiki z domu Rawicz-Ostrowskiej i hr. Jana Żółtowskiego herbu Ogończyk, arystokraty i patrioty, który jako członek Polskiego Komitetu Narodowego podpisywał w imieniu odradzającej się Polski traktat wersalski.
Młody Michał, przygotowywany od dziecka do kariery politycznej, wychował się w majątku ziemskim Czacz w Wielkopolsce. Początkowe nauki pobierał w domu. Już wtedy płynnie posługiwał się językiem niemieckim i francuskim. Ukończył prawo na Uniwersytecie Lwowskim im. Jana Kazimierza, następnie Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii. 24 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany z przydziałem do Ośrodka Zapasowego 15. Pułku Ułanów Poznańskich w Kraśniku. W czasie wojny walczył jako podchorąży, przechodząc cały szlak bojowy. Dostał się do niewoli radzieckiej, do obozu jenieckiego w Wołoczyskach, z którego udało mu się zbiec, dzięki czemu nie zginął w Katyniu jak wielu jego kolegów. 1 stycznia 1943 roku został zaprzysiężony w Armii Krajowej i przyjął pseudonim „Butrym”. Jego dowódcą był ormiański ziemianin, Leon Krzeczunowicz ps. „Roland” – dowódca plutonu ochrony sztabu Dowództwa Okręgu Kraków AK. Głównym zadaniem Michała Żółtowskiego było szkolenie podchorążych, pełnił również funkcję gońca, przechowywał materiały wybuchowe, broń, materiały opatrunkowe. Podczas Akcji „Burza” brał udział w działaniach zbrojnych w zwiadzie konnym przy sztabie płk. Edwarda Godlewskiego „Gardy”. W czasie wojny zginęło dwóch jego braci, jeden poległ w obronie Warszawy, drugi jako żołnierz Armii Krajowej w Puszczy Kampinoskiej. Działalność konspiracyjną Michał zakończył w styczniu 1945 roku.
Po wojnie wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. Studiował teologię na jednym roku z późniejszymi kardynałami Franciszkiem Macharskim i Andrzejem Deskurem. Jednak nasilające się bólów głowy i choroby oczu zmusiły go do rezygnacji z nauki. Pracował w gospodarstwie rolnym pod Olsztynem oraz w Towarzystwie Salezjańskim we Fromborku. W 1950 roku podjął pracę jako nauczyciel i wychowawca w Zakładzie dla Niewidomych w podwarszawskich Laskach założonym przez Różę Czacką, późniejszą siostrę Elżbietę. Tam osiadł na stałe, oddając temu dziełu wszystkie siły. Prowadził zajęcia z robót ręcznych, nadzorował różne warsztaty, m.in. metalowy, drzewny, dziewiarski, szczotkarski i montażowy. Niewidomym poświęcał cały swój czas. Pisał o swoich doświadczeniach i o problemach osób niepełnosprawnych w wielu artykułach, zamieszczanych przeważnie w publikacjach fachowych. Kilkakrotnie brał udział w międzynarodowych kongresach poświęconych niewidomym. Był zastępcą dyrektora w szkole podstawowej oraz założycielem i prezesem tamtejszej Ochotniczej Straży Pożarnej.
Było w nim niewiele z ułana, trochę więcej z prawnika, a najwięcej z humanisty. Po przejściu na emeryturę opracowywał biografie osób zasłużonych dla Kościoła i ojczyzny. Napisał kilka książek, a dwie najważniejsze poświęcił ludziom z Lasek: Matce Czackiej i Henrykowi Ruszczycowi. Wydał pionierską pracę pt. Tarcza Rolanda ukazującą dzieje paramilitarnej organizacji polskich ziemian „Uprawa” – „Tarcza” oraz dzieje jej współtwórcy, wspomnianego Leona Krzeczunowicza, który zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym Dora. Był również zaangażowany w działalność Związku Rodu Żółtowskich.
Michała poznałem, gdy jako dziecko przyjeżdżałem do Lasek do swojej cioci, siostry Miriam Isakowicz. Był człowiekiem bardzo skromnym i życzliwym, nieprzywiązującym żadnej wagi do rzeczy materialnych. Arystokrata ducha. Bliżej zaprzyjaźniłem się z nim w latach dziewięćdziesiątych, gdy powstawała Fundacji im. Brata Alberta. Zabrał mnie ze sobą do majątku ziemskiego Drzewce koło Leszna, który przypadł mu w spadku po rodzicach, a w którym wówczas był PGR. Swoje prawa do tego majątku, liczącego 350 hektarów, podarował tworzącej się Fundacji. Pomimo braku ustawy reprywatyzacyjnej uzyskał częściową finansową rekompensatę, którą w całości przekazał na rozbudowę Schroniska w Radwanowicach. Nie zabiegał o odznaczenia, ale z pokorą przyjął wręczony mu 21 lutego 2000 roku Medal św. Brata Alberta oraz nadany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Dziękując za to ostatnie odznaczenie, Michał Żółtowski powiedział: „Na ręce Pana Ministra składam gorące podziękowanie Panu Prezydentowi, dziękuję moim Wspaniałym Rodzicom, którzy nauczyli mnie miłości Ojczyzny, dziękuję środowisku Lasek, które nauczyło mnie serdecznego stosunku do drugiego człowieka, a w tym miłości do niewidomych.”
Przez ostatnie lata mieszkał w „szpitaliku” w Laskach, gdzie miał swój osobny pokój, zawalony książkami i notatkami. Codziennie uczestniczył we mszy świętej. Zmarł 22 grudnia 2009 roku. W nekrologu jego przyjaciele napisali: „Nie zwracał uwagi na swoje choroby i cierpienia, skory do wysłuchania i pomocy innym, miał zaufanie dzieci, w pełnym w porozumieniu z nimi”. Jego pogrzeb zgromadził tłumy. Nabożeństwo poprowadzili kard. Franciszek Macharski oraz biskup-senior Bronisław Dembowski z Włocławka. Ciało Michała spoczęło na urokliwym cmentarzu leśnym w Laskach – obok założycieli, pracowników i wychowanków Zakładu dla Niewidomych.