Tag: Nr 72

  • Życzenia

    Miłości, spokoju i szczęścia w święta Bożego Narodzenia i przez cały Nowy 2014 Rok życzą Prezes i członkowie Zarządu

  • Protokół z posiedzenia Zarządu Związku Rodu Żółtowskich w Warszawie

    26.10.2013r w mieszkaniu Wiceprezes Zarządu – Bożeny Lipińskiej odbyło się zebranie, w którym uczestniczyli następujący członkowie Zarządu:

    1. Mariusz ze Sztumu – Prezes
    2. Bożena Lipińska – Wiceprezes
    3. Bogumiła z Białej – Wiceprezes
    4. Kalina Nowacka – Sekretarz
    5. Agnieszka z Wrocławia – członek Zarządu
    6. Michał z Białej – członek Zarządu
    7. Tomasz z Gdańska – członek Zarządu
    8. Michał ze Szczecina – członek Zarządu

    Zebranie otworzył Prezes przedstawiając w punktach sprawy do omówienia:

    1. Sprawy finansowe
    2. Sprawa kamienia pamiątkowego w Mochowie
    3. Omówienie propozycji na kolejny Zjazd w 2014 r.
    4. Wybór osób do odznaczenia medalem imienia Michała Żółtowskiego z Lasek
    5. Wyznaczenie osoby odpowiedzialnej za korespondencję kierowaną do Zarządu naszego Związku.

    Ad. 1

    Po przedstawieniu przez Prezesa spraw do omówienia o głos poprosiła Bogusia, która po przedstawieniu powodów zrezygnowała z funkcji skarbnika, którą Prezes przyjął. Nowym skarbnikiem została Agnieszka z Wrocławia.

    Ad. 2

    Kolejny punkt dotyczący kamienia pamiątkowego w Mochowie w znacznej części omówił Michał z Białej. Przedstawił swoje uwagi ze spotkania z panią dyrektor szkoły w Mochowie. Na zebraniu zostało ustalone, iż Michał zrobi rozeznanie, czy są w okolicy odpowiednie kamienie, jakie będą koszty, następnie przedstawi to Zarządowi. Poinformował nas o tym, że pani dyrektor szkoły wysłała zaproszenia dla Zarządu na uroczystości 11 Listopada związane z patronem szkoły gen. Edwardem Żółtowskim.

    Ad. 3

    Omówiono zaproponowane miejsca na kolejny zjazd, jakie przedstawili członkowie zarządu. Po dyskusji przyjęta została najbardziej cenowo atrakcyjna propozycja Prezesa Mariusza – ośrodek w Szaflarach.

    Ad. 4

    Zarząd wytypował osoby do uhonorowania odznaczeniami imienia Michała Żółtowskiego z Lasek.

    Ad. 5

    Ustalono, że korespondencję z osobami z poza Związku będzie prowadziła Kalina – sekretarz, w przypadku, gdy będzie ona dotyczyła genealogii, będziemy się zwracać o pomoc do innych członków Związku w szczególności do Andrzeja Mieczysława.

    Protokółowała Kalina Nowacka – Sekretarz

  • Informacje o najbliższym zjeździe

    Witam serdecznie

    Byłam w Szaflarach zobaczyć ośrodek, w którym planujemy Zjazd w 2014 roku. Pensjonat jest położony w urokliwej miejscowości u stóp góry Szeroka – stąd nazwa Pod Syrokom. Wokół dużo przestrzeni, piękne widoki i spokój. Miejsce na ognisko, boisko do siatkówki plażowej, stół do bilarda. Młody bardzo sympatyczny właściciel sam robi wędliny i inne mięsne wyroby bez konserwantów, obiecał, że ugości nas tak, że będziemy zadowoleni. Taki prawdziwy góral w nowocześniejszym wydaniu. Wewnątrz wygląda na nowy, ładnie urządzony, jest przytulnie – tak domowo. Zdjęcia na stronie internetowej odzwierciedlają stan faktyczny. Do term podhalańskich – dwa kilometry. Góry, szlaki turystyczne, termy, spływ Dunajcem, wiele innych atrakcji.

    Agnieszka z Wrocławia


    Termin przyszłorocznego Zjazdu to 18-22 czerwca.

    Zapewne najważniejszą i zarazem bardzo dobrą informacją jest doskonała cena jaką nam zaoferowano to – 58 zł na nocleg i całodzienne wyżywienie od osoby.

    Termin przedpłat oraz numer konta będzie w następnym numerze kwartalnika.

    Adres do ośrodka: www.podsyrokom.pl

  • Moja knieja

    Od najmłodszych lat miałam dwie ogromne pasje – konie i las. Uwielbiałam spędzać czas na łonie przyrody, a każda nawet najbrzydsza wyliniała szkapa, pasąca się spętana na kawałku łąki, była dla mnie najpiękniejszym rumakiem. To pierwotne wielkie marzenie udało mi się zrealizować dwadzieścia parę lat temu dzięki mojej mamie, która zawiozła mnie na pierwszą lekcję jazdy konnej. I dziś, mimo upływu tylu lat, równie mocno czuję ten zapach przekraczając próg stajni, równie ciepłe są chrapy szukające w dłoniach kostki cukru, równie silny wiatr wyciskający z oczu łzy podczas wspólnych gonitw przed siebie. Zafascynowana obcowaniem z naturą czułam niedosyt mimo częstych leśnych galopad, gdzie niemal spod kopyt uskakiwały zające, podrywały bażanty, gdzie wierzchem można było podejść zwierzynę na metry, a uskakujące w popłochu rudle1 były zawsze pretekstem do wyścigu na złamanie karku. Gdzieś w duszy knieja grała, gdzieś wołał bór…

    Pracując w wielu ośrodkach hodowli koni miałam okazję obracać się w gronie myśliwych. Oba te środowiska, jeździeckie i łowieckie, mocno się przenikają, a pieczę nad nimi sprawuje wspólny patron – św. Hubert. I pociągnęła mnie ta tajemnica łowów, zauroczyła wiekowa tradycja, zaczarowała myśliwska gwara. I nie wystarczył myśliwski pies, skrawki wieczornych opowieści po udanych łowach przy kominku, czy strzał z boka2 w niebo raz w roku na Sylwestra. Chciało się tam być w środku łowiska, słyszeć trzask łamanych gałęzi, czuć zapach tego lasu, dzikiej wolności, brnąć w deszczach i śniegach po tropach, wysiadywać nocami na ambonach w podniecającej niepewności, bezszelestnie, tylko ty i twoja strzelba…

    Długo trzeba było uciszać ten niepokój, ten głos, który gdzieś w środku dziurę wiercił, długo spało to marzenie, by na nowo się narodzić ze zdwojoną siłą.

    21 grudnia 2011 roku rozpoczęłam staż w Kole Łowieckim „Łoś” w Bochni z inicjatywy mojego opiekuna Wiesława Żółtowskiego. Wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda i nauka, udział w polowaniach jako obserwator lub naganiacz, uprawa poletek, zbiór pasz i dokarmianie zwierzyny zimą, naprawa i budowanie urządzeń łowieckich, udział w zebraniach, zawodach i imprezach łowieckich, a także pracach na rzecz Koła. Dzięki nieocenionej pomocy i otwartości kolegów z Koła, a w szczególności Prezesa Jana Jelińskiego i Łowczego3 Bogdana Chrobaka, edukacja łowiecka była niekończącą się podróżą pełną ekscytujących doznań przez tajemnice dzikiej natury. Po zakończeniu stażu w marcu 2013 roku zapisałam się na kurs dla kandydatów na członków Polskiego Związku Łowieckiego,

    który zakończył się trzystopniowym egzaminem teoretycznym i praktycznym – strzeleckim. Zdałam je śpiewająco! Uzyskanie pozostałych uprawnień było tylko formalnością.

    Pozostało przyjęcie do Koła Łowieckiego na członka macierzystego – wybór był oczywisty – tylko „Łoś”. Zarząd Koła pozytywnie rozpatrzył moją prośbę – a moje ślubowanie zaplanowano na uroczyste obchody sześćdziesięciolecia Koła Łowieckiego „Łoś” w Bochni, które obchodziliśmy 14-go września 2013 roku.

    Uroczystości rozpoczęły się mszą polową przed domkiem myśliwskim, przepięknie ustrojonym na tę okazję. Wnętrze skrywało setki okazałych trofeów z całego świata, które można było podziwiać, przed ołtarzem zaś poczty sztandarowe, oficjele z Tarnowskiej Organizacji Łowieckiej, przedstawiciele sąsiednich kół łowieckich, władze miasta, gminy, Policji, Straży Pożarnej, rodzina i przyjaciele Koła – wszyscy w najwyższej gali. Po mszy klęcząc, z dłonią opiekuna na ramieniu i kapeluszem na sercu, składałam przysięgę:

    „Przystępując do grona polskich myśliwych ślubuję uroczyście przestrzegać sumiennie praw łowieckich, postępować zgodnie z zasadami etyki łowieckiej, zachowywać tradycje polskiego łowiectwa, chronić przyrodę ojczystą, dbać o dobre imię łowiectwa i godność polskiego myśliwego.”

    W ten sposób zostałam pierwszą i jedyną Dianą4 w sześćdziesięcioletniej historii Koła! W następnym polowaniu hubertowskim5 będę brać udział już jako pełnoprawny myśliwy, moja prawdziwa łowiecka przygoda dopiero się zaczyna!

    Z myśliwskim pozdrowieniem Darz Bór!

    Diana Agnieszka

    P.S.1 Bardzo dziękuję Wiesławowi, że zrealizował moje marzenie.

    P.S.2 Ogromne podziękowania kolegom z Koła Łowieckiego „Łoś” w Bochni, a w szczególności Janowi Jelińskiemu, Bogdanowi Chrobakowi i Darkowi Sadkowskiemu, za opiekę, dzielenie się wiedzą, zabieranie do lasu i obecność na egzaminie.


    1 Rudel – stado saren.

    2 Bok – broń myśliwska posiadająca dwie lufy w układzie pionowym.

    3 Łowczy – członek związku łowieckiego zajmujący się m. in. ochroną i hodowlą zwierzyny, organizacją polowań.

    4 Diana – kobieta myśliwy.

    5 Polowanie hubertowskie – uroczyste polowanie ku czci patrona św. Huberta organizowanie w okolicy 3-go listopada.

  • Nekrolog

    24 listopada b.r. zmarł TADEUSZ ŻÓŁTOWSKI (bioenergoterapeuta) Rodzinie składamy wyrazy żalu i współczucia

  • Mężczyźni nie płaczą

    Spotkanie po latach

    Natalka, Lidka żona Romka, Rafał, Romek, Magda, Tomek
    Natalka, Lidka żona Romka, Rafał, Romek, Magda, Tomek
    Tomasz
    Tomasz
    Romek
    Romek
    Dom Romka
    Dom Romka
    Rafał
    Rafał
    Romek z Natalką
    Romek z Natalką

    W czerwcu 2013 roku po długim oczekiwaniu dostałem paszport w Szczecinie. Wcześniej nie chciano mi go wydać, gdyż zameldowany jestem na Podlasiu.

    Nie zwlekając pojechałem do Warszawy po odbiór wizy do USA. Dostałem, jaka radość! Syn Romek natychmiast wykupił mi bilet. Chłopcy pełni radości, że w końcu po jedenastu latach rozłąki przyjedzie tata. Ja też z niecierpliwością wyczekiwałem tego dnia, kiedy zapakuję swoje drobiazgi i polecę „tam, za wodę”.

    Wyruszyłem wczesnym rankiem samolotem z Goleniowa pod Szczecinem do Warszawy. Potem do Frankfurtu n/Menem, by przez następne dziewięć godzin lecieć do Chicago. Oj, długo się leci, bardzo długo. Była ładna i bezchmurna pogoda więc widoki wspaniałe. Morze Północne, brzegi Szwecji i Norwegii, Wyspy Owcze, także Islandia, Grenlandia, dryfujące po Atlantyku góry lodowe, wreszcie Kanada. Stanów nie widziałem, bo zrobiło się ciemno. Te dziewięć godzin wypełnione było coraz to nowymi widokami i spostrzeżeniami. Niemieckie linie lotnicze Lufthansa cały czas dbały o podróżnych karmiąc nas co chwilę. Także Boeing 747 tzw. Jumbo Jet robił wrażenie. Po prostu kolos w powietrzu.

    Syn Tomek młodszy o dziesięć lat od Romka obserwował w komputerze mój lot. Mieszka z żoną Magdą koło lotniska na drodze podejścia do pasa startowego, więc samoloty latają bardzo nisko nad ich domem. Kamerą filmował mój przylot do Chicago. Widziałem ten film i słyszałem jego głos nagrany „Tato! Czekamy, czekamy!”.

    Po wylądowaniu na lotnisku O”hare przeszedłem gładko odprawę paszportową i już byłem w uściskach Tomka i jego teścia Kazimierza Kowalczyka. Najpierw pojechaliśmy do Romka, bo mieszka bliżej lotniska. Czekał przed domem. Spotkanie po jedenastu latach. Mężczyźni nie płaczą! W tym momencie nie byliśmy mężczyznami. Łzy nam same leciały, choć chciało się to jakoś zatuszować.

    Jestem w ich domu. Witam się z synową Lidią i z małą pięcioletnią Natalką, moją wnuczką. Wręczam im drobne prezenty przywiezione z Polski i dalej w drogę bo urywają się telefony z domu Tomka. Tam przecież też na mnie czekają. Romek jedzie swoim samochodem za nami. Lidka z małą zostaje, bo trzeba ją położyć spać.

    Poznaję drugą synową i jej matkę Teresę. Kolacja i padam zmęczony w swojej sypialni po trzydziestu godzinach od wyjazdu z domu. Rano wstaję nie odczuwając wcale różnicy czasowej. Nadszedł nowy dzień. Jest jasno i słonecznie.

    Zaczynam swój pobyt u dzieci w USA. Tomek wziął u swego pracodawcy urlop na dwa tygodnie. Romek nie musiał, gdyż sam prowadzi firmę. Miałem ich do dyspozycji. Pierwszy nasz poranny obowiązek to przywieźć świeże produkty na śniadanie. Codziennie jeździliśmy do polskiego sklepu po pieczywo, wędliny i napoje. Bardzo duży sklep, towary wszystkie z Polski i personel też. Amerykanie także tu kupują, ponieważ polskie wyroby są smaczne.

    Zwiedzam okolicę. Pojechaliśmy z Tomaszem do polskiego banku wymienić bilon na banknoty. W sklepach płaci się banknotami, resztę wydają bilonem. Uzbierał Tomek dwa pudełka od butów tego bilonu. W banku specjalna maszyna dzieliła pieniądze na nominały i wypłacili mu gotówkę. Zdziwił się, bo było tego ponad 700 dolarów. Synowie wozili mnie po tym wielkim mieście, pokazywali różne ciekawe miejsca. Z Romkiem i Natalką pojechaliśmy do centrum Chicago, z trudem znajdując wolne miejsce na dziewiątym piętrze parkingu. Parkingi są dosłownie co krok, ale i samochodów jest co niemiara. Stamtąd mieliśmy około stu metrów do Fears Tawer. Od dwóch lat zmienili jej nazwę na Willis Tower. Kupiliśmy bilety i pojechaliśmy na dziesiąte piętro, by przesiąść się do innej windy, która błyskawicznie zawiozła całą grupę ludzi na 107. piętro tj. 421 metrów nad ziemią. To miejsce widokowe.

    Panorama Chicago. Ściany zewnętrzne ze szkła z metalową barierką, by się nie opierać o szyby. Widok wspaniały oczywiście dla tych, którzy nie mają lęku wysokości. Z góry patrzymy na ulice, rzekę i dachy tych trzydziesto lub czterdziesto piętrowych domów. Prawie na każdym dachu jest basen, albo kort tenisowy, jakiś plac zabaw lub lądowisko dla helikopterów. Trafiliśmy na dobrą pogodę, bo jeżeli jest mgła lub chmury nisko wiszą to nic nie widać. Chodzi się tu dookoła, wszędzie sklepy z pamiątkami i bary. Najczęściej chińska tandeta za kilka dolarów. Można wrzucić do automatu dwa dolary i maszyna odleje z plastiku miniaturę Willis Tower wielkości dziesięciu centymetrów. Dałem się skusić na to, ale nie warto. Oczywiście Natalka naciągała ojca cały czas na różne niepotrzebne zakupy. Tata ma miękkie serce i spełniał prośby córeczki. Najbardziej ciekawym miejscem całej tej galerii widokowej są szklane balkony. Wysunięte na zewnątrz mają posadzkę ze szkła. Stoi się na tej podłodze pod stopami mając ponad 400. metrową przepaść. Nie wszyscy wchodzili, ale moja wnuczka nawet położyła się i patrzyła w dół. Dzieci nie czują strachu.

    Potem pojechaliśmy do portu w Chicago. Bardzo duży obiekt, pięknie wykonany z trasami spacerowymi na otwartym powietrzu, można też spacerować częścią zadaszoną. Wszędzie mnóstwo sklepów, barów, wystaw galerii i restauracji. Jest nawet teatr. Z portu jest najpiękniejszy widok na całe miasto. Wygląda to tak, jakby wszystkie wieżowce z centrum Downtown stały szeregiem nad brzegiem jeziora. To jezioro jest wielkości 1/3 Bałtyku, więc wygląda jak morze. Wzdłuż ulicy Belmond ciągnie się dzielnica zwana Jackowem. Kiedyś dzielnica Polaków. Teraz nie ma tu już dużo Polaków, zostali tylko ci, którzy mają tam swoje domy lub jakieś interesy zawodowe. Polaków wyparli meksykanie. Jest kościół św. Jacka prowadzony przez polskich księży. Olbrzymia świątynia. Z boku kościoła pomnik Ojca św. Jana Pawła II i obelisk pomordowanym w Katyniu. Na Belmond swoje biuro ma nasz Wiesław. Oczywiście musiałem go odwiedzić. Niestety nie spotkaliśmy się, bo w tym czasie był w Polsce. Poznałem jego żonę Krystynę, która pokazała mi biuro Wiesława. Na ścianach dużo pamiątek z Polski. Wiszą dyplomy i podziękowania od władz polskich, od prezydenta, od władz kościelnych a także od władz samorządowych z Limanowej gdzie Wiesiek ma swą fabrykę Gold Drob. Wiesiek pomógł mojemu Romkowi w pierwszych miesiącach pobytu w USA. Jestem mu za to wdzięczny!

    Chłopcy pokazali mi także „Murzynowo”. Dzielnicę afro amerykanów. W tej dzielnicy jest dom prezydenta Obamy. Wiadomo, że przed objęciem urzędu Prezydenta USA był gubernatorem Illinois i mieszkał w Chicago. Do domu nie można podejść. Ulica jest zamknięta i policja nie wpuszcza. Odjechaliśmy nie marudząc, bo mogliby nas legitymować. Samo to miejsce jest czyste i zadbane, czego nie można powiedzieć o reszcie dzielnicy. Brud, walające się papiery, butelki po napojach, nie koszona trawa. Na krawężnikach siedzą mieszkańcy i nie daj Boże się zatrzymać. Trzeba szybko przejechać. Tam nawet policji się nie widzi.

    Dwukrotnie odwiedziłem moją techniczkę farmacji, która pracowała u mnie w Korycinie dziewięć lat. Byłem nawet na jej ślubie i weselu. Prowadzi polską aptekę na Belmond. Poznała mnie i bardzo się wzruszyła. Przedstawiła mnie właścicielce apteki mówiąc, że jestem tym, który nauczył ją zawodu.

    Kolejne dni spędzaliśmy na odwiedzaniu sklepów, bazarów i robiąc zakupy.

    Zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu do Wisconsin. Tam na łonie przyrody w pobliżu miasta Dells Tomek zorganizował czterodniowy pobyt w domu nad rzeką, na łonie natury.

    Ale o tym w następnym wydaniu Kwartalnika.

    Rafał z Korycina

  • Wróżba

    Podaj swoją dłoń młodzieńcze,
    spojrzę na Twą dłoń,
    rozłożę talię kart i powiem co Cię czeka w przyszłości:
    – gdy spotyka Ciebie omdlewa z radości,
    a w sercu króla Pik wzbudza ocean zazdrości.
    Dama Pik nie grzeszy urodą,
    a na domiar złego, nie jest już taką młodą.
    Pragnie tylko zdobyć Twą przychylność i serce.
    Jesteś niedoświadczonym waletem, więc uważaj na króla,
    On knuje intrygę, a będzie ona kręta i długa!

    Możesz oddać swą miłość damie Trefl,
    lecz ona jest już bardzo leciwa,
    i w sprawach sercowych więcej niż leniwa.

    Dama Kier rzuca pod twe stopy różę,
    lecz uważaj, król Kier jest cholerykiem,
    ma ostry miecz, może okazać się okrutnikiem.

    Ty oddałeś swe serce damie Karo,
    lecz ona płocha nie pragnie Twej miłości,
    bo Ciebie nie kocha.

    Zgodnie z panującą modą, zostają jeszcze:
    Trzy walety i to może być dla Ciebie ostoją i osłodą.

    Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska

  • Jaskółka

    Nawałnica w swojej ogromnej sile przygniatała drzewa do ziemi, pod jej naporem pękały one jak zapałki, zrywała dachy domów. Jezioro przybrało kolor sepii, wzburzyło się jakby pragnęło zmienić swoje dotychczasowe miejsce, wir powietrza tańczył po wodzie wyciągając z głębin ryby.

    Tumany kurzu i piasku zasypywało okna. Ludzie chronili się gdzie tylko mogli, zwierzęta oszalałe ze strachu uciekały do pobliskiego lasu.

    W sercach ludzi i zwierząt zapanowała trwoga. Dzień w jednej chwili zmienił się w noc. Burza nie trwała długo, ale była bardzo gwałtowna, gdy przeszła widok był przerażający, setki martwych ptaków i ryb leżało wokół jeziora.

    Jaskółki, które tej wiosny założyły gniazda w sieni domu, miały już potomstwo.

    Część ocalałych ptaków, którym udało się uciec z nad jeziora, wtłoczyło się do sieni domu usiłując zająć miejsca w gniazdach jaskółek, było ich bardzo dużo.

    Najgorszy los spotkał pisklaki, nie umiejące jeszcze latać, wypchnięte z gniazd, leżały na podłodze sieni, prawie wszystkie były martwe, tylko trzy jeszcze żyły. Były bardzo małe, jeszcze nie zupełnie opierzone.

    Kobieta przyniosła je do mieszkania, tłumaczono jej, że to dzikie zwierzęta, że jest niemożliwością uratowanie tych małych istot, żeby nie bawiła się w Opaczność, ale Ona była nieugięta w swoim postanowieniu.

    Przy pomocy pipetki poiła wodą pisklęta a pincetką podawała malutkie kawałki surowego kurzego mięsa. Pisklaki otwierały swoje żółte dziobki i zachłannie piły i jadły. Dopominały się o karmienie w odstępach około piętnastominutowych. W nocy spały w specjalnie urządzonym gniazdku, pod przykryciem, a budziły się rano. Szybko nabierały siły – rosły.

    Siedząc przytulone do siebie obserwowały kobietę, która została ich matką, śledząc jej krzątaninę w kuchni odwracały głowy to w jedną, to w drugą stronę podobnie jak to czyni widownia w czasie meczu tenisowego.

    Po paru tygodniach próbowały fruwać, najpierw w mieszkaniu, a później wyfruwały na sąsiedni daszek. Ciekawie przyglądały się wróblom, naśladowały ich zwyczaje; piły wodę z rynny, tak jak to czyniły wróble. Następnie wylatywały coraz dalej, poznawały okolicę, ale na noc zawsze wracały. Przed snem jedna z nich oblatywała całe mieszkanie, później przytulała się do pozostałych i zasypiała.

    Któregoś dnia dołączyły do stada innych jaskółek, prawdopodobnie przygotowywały się do odlotu.

    Z końcem lata przyleciała ta jedna jaskółka najodważniejsza, sprawdziła jak zawsze mieszkanie, później popiskując usiadła kobiecie na ramieniu, następnie przeskoczyła na głowę, powtórzyła to kilkakrotnie, wcześniej tego nie robiła.

    Było to coś w rodzaju pożegnania przed odlotem. Przy tym zdarzeniu był obecny mąż kobiety z nim też w taki sposób się pożegnała.

    To było niezapomniane przeżycie, doznanie ogromnego wzruszenia, coś w rodzaju mistycznej więzi człowieka z dzikim zwierzęciem. Nie każdemu jest to dane – jest to wielkie szczęście.

    Wiosną następnego roku jaskółka odwiedziła kobietę, wpadła przez otwarte okno do mieszkania, obleciała wszystkie pomieszczenia, powtórzyła to przez następne parę dni.

    Później sprowadziła drugą dziką jaskółkę, widocznie chciała założyć gniazdo, ale nowy przybysz był bardzo przestraszony, zaplątał się w firankę, oswobodzony – wyfrunął.

    Jaskółka jeszcze raz odwiedziła kobietę w czasie lata, a później odleciała na zawsze.

    Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska

  • Moje życie (cz. IV)


    Pożar „Drzewiarza” i fortepian Chopina?

    Byłem w drugiej klasie. Michał w czwartej. Jacuś już dobrze siedział w łóżeczku i wszystko w rodzinie dobrze się układało. Pewnej nocy Jacek zapłakał i obudził ojca. Tata wstał, by go przewinąć. Zadziwiła ojca dziwna jasność w sypialni. Spojrzał przez okno i zobaczył płonące zabudowania zakładu drzewnego pospolicie zwanego „Drzewiarzem”.

    Był to jeden dość obszerny budynek drewniany, a wokół niego stosy drewna i odpadów drewnianych.

    Olbrzymi pożar, który gasiło jak pamiętam chyba szesnaście jednostek straży z Lipna i okolicznych miejscowości. Tatuś obudził mamę i prosił aby z dziećmi uciekała do Lewandowskich. Lewandowscy, z którymi przyjaźnili się moi rodzice mieszkali o jakieś sto metrów dalej od pożaru niż my. Bez spodni, tylko w bieliźnie pobiegł budzić stróża i z portierni dzwonić do straży pożarnej. Po chwili zaczęły nadjeżdżać samochody strażackie. Szliśmy z mamą ulicą Włocławską do Lewandowskich i pamiętam jak wozy strażackie kolejno podjeżdżały i lały wodę na tę wielką pochodnię, co dawało mierne efekty, gdyż woda nie sięgała celu. Nie można było podejść bliżej z powodu wysokiej temperatury.

    Wszystko spłonęło. Wozy kilkukrotnie zawracały w stronę miasta, gdzie z rzeki Mień płynącej przez Lipno pobierały wodę. Ojciec dowodził akcją pożarniczą w swoim zakładzie pracy, który sąsiadował z płonącym „Drzewiarzem”. Przybiegli pracownicy, których udało się powiadomić. Dosłownie 50-60 metrów od pożaru była zakładowa stacja paliw, gdzie pojazdy Rejonu tankowały paliwo. Teraz przeniesiono całą siłę w ludziach i środkach gaśniczych na tę stację paliw. Na dystrybutory i ziemię dookoła lano wodę, by wychłodzić teren i nie dopuścić do wybuchu.

    Mama położyła nas spać u Lewandowskich i resztę ujrzałem już następnego dnia.

    Życie różne płata figle. Człowiek czasami niechcący, czynem, czy też myślami swoimi może wywołać określone reakcje. Oto, jak było przed pożarem. Kilku dowcipnych pracowników rejonu umówiło się, że Leonowi, stróżowi nocnemu zrobią dowcip. Gdy przyszedł na zmianę powiedzieli mu, że rozkazem dowódcy straży pożarnej w mieście, nocni stróże mają być w pełni gotowi do ratowania mienia państwowego, gdyby taka sytuacja zaistniała. Mają być ubrani w mundur strażacki, na głowie mieć hełm, a przy pasku toporek.

    Stróż Leon był człowiekiem bardzo powolnym, łatwowiernym, nie upośledzonym ale ciapowatym prostym chłopem z roli, który nocą dorabiał do swych skromnych dochodów. Jemu przypadła ta tragiczna noc z pożarem „Drzewiarza”. Pamiętam jak Jasiu Gurczyński, kierowca mego taty przybiegł wieczorem do nas do domu i namawiał rodziców, by wyjrzeli cichaczem przez furtkę i popatrzyli jak Leon przechadza się po portierni ubrany w mundur bojowy. Śmiechu było co niemiara, bo dowcip się udał. On nas nie widział bo wewnątrz paliło się światło a na dworze było już ciemno. Trzeba dodać, że w tamtych latach, a był to rok 1960 każdy zakład pracy, który ze względu na swoją działalność mógł być zagrożony pożarem posiadał na wyposażeniu podstawowy sprzęt gaśniczy.

    W portierni Rejonu wisiały na wieszakach komplety mundurów strażackich. Mundury były ciemnogranatowe a hełmy srebrne.

    Takie dziwaczne zrządzenie losu, że właśnie wtedy, gdy dowcipnisie wykonali swój uknuty plan doszło do tego pożaru, tak jakby ktoś celowo to zaplanował. Później ekspertyza wykazała, że pozostawiony na kuchence elektrycznej klej stolarski zajął się ogniem, który błyskawicznie rozszedł się na cały obiekt. Leon tak bardzo się przejął niedopilnowaniem obowiązków strażackich, że zasłabł i trzeba było wezwać karetkę pogotowia. Zabrali biedaka do szpitala.

    Rano z Michałem zrobiliśmy obchód Rejonu. Tatuś zabronił wchodzić na teren spalonego „Drzewiarza”. Widzieliśmy z daleka bardzo dużo spalonych czarnych węgli drzewnych i trzy stojące ceglane kominy. W rejonie dróg blisko ogrodzenia ze spalonym obiektem były tory kolejki, której wagoniki przewoziły żwir, cement i inne rzeczy do produkcji betonowych pachołków drogowych, które wykonywał Rejon. Do specjalnych form drewnianych wkładało się zbrojenie i zalewało betonem. Po kilku dniach wyjmowano gotowe pachołki. Byliśmy zdziwieni, że szyny tej kolejki były powykręcane w różne strony, nie do użytku. Jako młodzi chłopcy nie wiedzieliśmy, że to wynik wysokiej temperatury. Także druty ogrodzenia powykręcane w przedziwne spirale. Ogień był tak silny, że w odległym około 50 m. naszym sadzie czubki drzew uległy spaleniu. Dobrze, że noc była bez wiatru, bo gdyby wiał w kierunku naszego domu zapewne i ten by ucierpiał, choć był murowany.

    Dałem dość długi opis tego zdarzenia a to dlatego, że u małych chłopców taka niespodziewana sytuacja wywarła piętno na młodej psychice. Zostanie to w pamięci do końca życia. Wiem z opowieści rodziców, że dowcipnisie przez jakiś czas obawiali się podejrzenia, że to oni podłożyli ogień. Jednak do tego nie doszło.

    Wniosek wysuwa sie jeden. Nie żartuj bez potrzeby, bo może być, że żart ten przeciwko tobie się obróci. Za udział w akcji ratowania majątku Rejonu tata mój, jak i inni uczestnicy zostali pochwaleni i nagrodzeni, a Tata z kierownika Rejonu awansował na zastępcę Dyrektora Wojewódzkiego Zarządu Dróg Publicznych Bydgoszczy.

    Muszę jednak wrócić do Lipna. Nie pisałem przedtem o mojej nauce gry na pianinie. Rodzice moi uważali, że każdy panicz z dobrego domu musi grać na fortepianie, tym bardziej, że wykazywałem, ku temu zdolności. Uczyła mnie pani Orłowa, która miała muzyczne wykształcenie i zawsze była wykonawczynią na różnych imprezach. Może miała dobre nazwisko „ORŁOWA”. Kiedy zagrałem jakiś wyuczony fragment nauczycielka mówiła mi po rosyjsku „Charaszo”. Ja nie rozumiałem, więc znowu powtarzałem ten fragment. Oczywiście nie grałem na pianinie, tylko na fortepianie. Skąd u nas był fortepian? To bardzo długa historia. Tak naprawdę to dziad mój Albin kupił kiedyś fortepian z majątku do którego jeździł Chopin i grał na tym instrumencie. Majątek ów był licytowany. Nie mogę dojść, czy to prawda, czy nie. Tak mi mówiła matka, a jej pewnie ojciec mój Romuald lub teść Albin. Fortepian ów był w czasie wojny w domu mego dziadka w Aleksandrowie Kujawskim. W 1939 roku po przejściu Wermachtu do domu dziadka dokwaterowano oficera niemieckiego. Dziadkowie podejrzewali, że był to człowiek znający się na instrumentach, może historyk sztuki – nie wiadomo. Bardzo się tym fortepianem interesował. Pewnego dnia podjechał samochód ciężarowy i Niemcy wynieśli fortepian. Niemcy byli bardzo dokładni i skrupulatnie ewidencjonowali co komu zabrali. Dziadek był w posiadaniu pokwitowania zabrania tego instrumentu do Berlina. Kiedy zwycięska Armia Radziecka zdobyła Berlin to siłą rzeczy brała co chciała. Szły więc transporty wszelkiego zdobycznego mienia niemieckiego na wschód.

    Ojciec mój i jego bracia, nieżyjący już Henryk z Gdańska i Stanisław z Aleksandrowa (kilkukrotni uczestnicy naszych zjazdów, a Henryk nawet uczestnik pielgrzymki „Rody do Rzymu i Watykanu” w 2000 roku) dobrze o tym wiedzieli (patrz! wspomnienie Stanisława wydane staraniem Związku Rodu Żółtowskich). Brali wszystko, co można było tylko wywieźć ze strefy, którą zawiadowali sowieci. Dziadek na podstawie zaświadczenia o zajęciu jego fortepianu uzyskał od dobroczynnej armii przydział na zdobyczny fortepian. Nie był to już fortepian Chopina, ale dobrej firmy Herman i Grosman, choć był uszkodzony. Fortepian dziadek, oddał memu ojcu, by uczył nas na nim grać. Fortepian mieliśmy także w Bydgoszczy, gdzie chodziłem do szkoły muzycznej.

    W następnym odcinku napiszę o pobycie w Bydgoszczy.

    Rafał Żółtowski

  • Strój polskiej szlachty

    Każda epoka ma swoją modę i swój styl ubierania, określony zarówno dla mężczyzn jak i dla kobiet. W czasach Rzeczpospolitej szlacheckiej każdy stan ubierał się według określonych kanonów i zarazem tradycji. Szlachta nosiła stosowny strój szlachecki odróżniający ją od reszty społeczeństwa. Strój ten był zarezerwowany wyłącznie dla warstwy szlacheckiej i oprócz szlachty nikt nie mógł go nosić. Stany niższe miały swój styl ubierania, przypisany do majętności i pochodzenia społecznego. Nie mogły one nosić stroju zarezerwowanego dla rycerstwa i ziemiaństwa. Tym bardziej, że stany niższe nie stać było na skrojenie bogatego ubioru jakim był strój polskiego szlachcica.

    Żupan noszony był przed XI wiekiem przez żupanów, czyli urzędników królewskich. Przez szlachtę polską był noszony od XVI do połowy XIX wieku. Żupan wraz z kontuszem był szlacheckim ubiorem narodowym, z kosztownego materiału. Była to długa suknia z rękawami. Zapinany był na rząd drobnych guzików, haftek, szeroki w ramionach, natomiast rękawy miał wąskie. Posiadał stojący kołnierz z tyłu lekko podwyższony lub tej samej wysokości, z przodu rozchylony. Żupany też były różne. Bogata szlachta nosiła aksamitne, jedwabne, brokatowe żupany z pozłacanymi haftkami, i guzikami. Biedna szlachta używała żupanów białych lnianych oraz szarych lub brązowych wełnianych.

    Kontusz to część stroju polskiej szlachty z XVII i XVIII wieku. To szata wierzchnia, rodzaj płaszcza z charakterystycznymi rozciętymi od pachy do łokci, czyli wylotami. Rękawy luźno zwisały, mogły być odrzucone do tyłu. Kontusz był przewiązany ozdobnym pasem kontuszowym. W początkach XIX wieku szlachta zaczęła nosić frak i surdut.

    Pas kontuszowy noszony był głównie w XVII i XVIII wieku przez polską szlachtę, wykonany był z jedwabiu. Były bogato zdobione, wplatano w nie złote i srebrne nici. Na pasach widniały polskie motywy ludowe, oraz orientalne i zachodnie. Pasy miały długość od 3 do 4,5 metra , szeroki na 40 cm. Polski sarmata owijał się pasem kilka razy. Bardzo dbano aby pas nie był pognieciony. Noszono pasy jednostronne, dwustronne i czterostronne. Bardziej ozdobna strona pasa była noszona od święta, strona skromniejsza na co dzień. Często do pasa zawieszano rapcie do szabli. Pas kontuszowy określał pozycję społeczną i materialną szlachcica. Kolor pasa i jego węzeł oraz wzór miały znaczenie. Złoty pas noszono w czasach pokoju, a karmazynowy w czasie wojen. Znanym ośrodkiem produkcji pasów kontuszowych był Słuck. Pasy kontuszowe nazywano więc pasami słuckimi. Wytwórnie pasów kontuszowych słynne były też w Grodnie, Sokołowie, Korcu, Krakowie i w Gdańsku.

    Rapcie to zwykle dwa paski z kolorowych sznurów lub skóry służące do zawiesza­nia przy pasie szabli. Rapcie nadmiernie obciążały pas główny, który był noszony pod pasem słuckim. Powodowało to, że szabla była zawieszona poniżej biodra.

    Karabela to lekka, ozdobna szabla bogato zdobiona szlachty polskiej o otwartym jelcu i rękojeści o wzorze głowy orła. Noszono ją przy stroju codziennym, szczególnie od XVII do XVIII wieku. Szabla była charakterystyczna dla rycerskiego stanu sarmackiego.

    Szarawary inaczej hajdawery to szerokie, długie, bufiaste spodnie noszone w Polsce przez mężczyzn od XVI do XVIII wieku. Były wygodne podczas jazdy konnej i dlatego używano je także podczas walki.

    Buty szlacheckie wykonane były ze skóry. Posiadały charakterystyczny obcas i podkówkę. Buty w kolorze czarnym nosiła biedniejsza szlachta. Zamożna szlachta używała butów w kolorze czerwonym lub żółtym.

    Delia była to gruba, obszerna peleryna, którą noszono w okresie chłodów. Peleryna ta miała futrzany kołnierz i podszyta była futrem. Delia mogła być bez rękawów i podpinki. Uboga szlachta nosiła kożuchy.

    Ferezje i szuby to ubrania podobne do delii ale bez ozdobnego futrzanego kołnierza.

    Ferezja to w XVI i XVII wieku męski strój wierzchni pochodzenia wschodniego z wzorzystych jedwabnych tureckich tkanin. Ferezja miała niski, stojący kołnierz, zamiast guzów używano sznurowanego wiązania. Ferezji zaczęto używać jako wierzchniego męskiego okrycia Był to płaszcz z ciemnego, lub czerwonego sukna, aż do kostek. Podbity był futrem lub jedwabną podszewką. Od przodu posiadała galony jako zapięcie. Używana była jako narzuta na ramiona. W końcu XVII wieku, ferezja przestała być strojem szlacheckim, a stała strojem włościańskim.

    Szuba to obszerne okrycie wierzchnie sięgające kostek, podbite kosztownym futrem.

    Czapka to podstawowy element stroju sarmackiego. Noszona była z futrzanym otokiem i ozdobiona ptasimi piórami, które były przypięte agrafkami. Z czapką szlachcic nigdy się nie rozstawał nawet podczas jedzenia.

    Sarmaci polscy chętnie nosili kołpaki. Były to czapki z futrzanymi otokami, uszyte z aksamitu lub jedwabiu o żywych kolorach. Rozcięte były po bokach i z przodu. Kołpak zdobiła kosztowna brosza z piórami orła, sokoła i czapli. Od 1768 r , czyli od momentu konfederacji barskiej do stroju polskiego zakładano czapkę tzw. Konfederatkę (rogatywkę). Była ona o kwadratowym, usztywnionym denku, z siwym lub czarnym barankiem. Zdobiona była klejnotami i cennymi ptasimi piórami.

    Bielizna wykonywana była z płótna, a krój jej był prosty bez ozdób. Nie używano nawet koronek. Zamiast skarpet używano onucy, czyli kawałków materiału.

    Polski sarmata musiał mieć oryginalną fryzurę. Włosy były podgolone na okrągło nad uszami i z tyłu głowy. Grzywka musiała być krótka i zaczesana do przodu. Nieodzownym atrybutem szlachcica były długie wąsy.

    Strój polskiej szlachcianki

    Ubiorem polskich szlachcianek był Kontusik. Był znacznie skromniejszy i mniej ozdobny niż kontusz męski. Kontusik szlachcianki nawiązywał krojem do kontusza męskiego. Sięgał do połowy uda i obszyty był futerkiem. Miał podobnie jak kontusz długie rozcinane rękawy.

    Jupka to rozkloszowany z tyłu kaftan z krótkimi rękawami. Jupka obszyta była cennymi futrami. Była to odzież wierzchnia.

    Polskie szlachcianki na głowach nosiły kołpaczki i konfederatki. Ubrania szyte były według mody zachodniej. Wykończenia i dodatki nawiązywały do narodowych tradycji. Na francuskie suknie panie zakładały polskie kontusiki. Dolne brzegi odzieży obszywały futrem,

    Giezło to prosta długa koszula damska, przypominająca wyglądem halkę. Rolę bielizny pełniły gacie i koszula.

    Stroje męskie bliższe naszej współczesności

    Frak szyty jest wyłącznie z czarnego sukna. Marynarka posiada długie poły. Nierzadko porównuje się go do ogona jaskółki. Z przodu ma równoległe rzędy guzików. Fraka nie zapina się. Wyłogi fraka są ozdobione błyszczącą satyną. Do fraka nosi się spodnie bez mankietów, z dwoma lampasami, które ozdabiają szew boczny. Elegancki pan nosi białą kamizelkę z pikowej bawełny z białą usztywnioną z przodu koszulą z zagiętymi rożkami kołnierzyka oraz białą muszkę, również z pikowej bawełny, czarne lakierki i długie, czarne skarpetki. Ozdobą jest zegarek na łańcuszku. W kieszonce marynarki musi znajdować się biała poszetka. Frak od 1740r. jest strojem wieczorowym. Można go jednak założyć w ciągu dnia jako strój dworski, wyłącznie podczas audiencji u króla, królowej, papieża lub na gali orderowej.

    Surdut od XIX wieku jest męskim strojem wizytowym . Jest mniej elegancki niż frak. Jest to przedłużana dwurzędowa marynarka.

    Stefan Żółtowski