Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych życzymy dużo zdrowia, radości i nadziei, kolorowych pisanek oraz wesołego śmigusa-dyngusa. Prezes Związku oraz członkowie Zarządu
Tag: Nr 73
-
Wypoczynek po amerykańsku
Ciąg dalszy „Spotkania po latach”

Mój sum Tomek zorganizował czterodniowy pobyt na łonie natury w Wisconsin.
Stan Wisconsin leży na północ od stanu Illinois i wschodnią częścią przylega do jeziora Michigan. Rano w niedzielę zapakowaliśmy dwa samochody naszych drobiazgów, trochę ubrań i pościeli do bagażników oraz różny sprzęt wędkarski. Bez niego nie byłoby wypoczynku. Po krótkim przejeździe przez ulice Chicago wjechaliśmy na autostradę i podążyliśmy na północ. Ja ciekawy wszystkiego, więc droga mi się nie dłużyła. Oglądałem dokładnie wszystko, co mogłem widzieć przez szybę w samochodzie. Romek prowadził, ja z przodu, a z tyłu Lidka i Natalka, która nam śpiewała „żono moja, serce moje, nie ma takich jak nas dwoje”. Wycieczka zapowiadała się wspaniale.
Po blisko pięciu godzinach jazdy autostradą zjechaliśmy na boczną drogę, a potem na jeszcze inną węższą, by wjechać w obszar leśny. Odnaleźliśmy prywatną drogę wjazdową do posesji. Dom drewniany z werandą, dużą kuchnią, salonem i trzema sypialniami. Jedną miał Romek, drugą Tomek, a trzecią miałem ja. Teren nie ogrodzony, a do sąsiadów z prawej i lewej strony po jakieś 100-200 metrów. Zdziwiło mnie, że na podwórku pod drewnianą wiatą stały wędki, wiosła do łódki, ale też rębak do drewna, kosiarka spalinowa, narzędzia rolnicze i ogrodnicze. Nie zamknięte, nie pochowane. Posiadłość należała do szefa Tomasza. On, kiedy dowiedział, że przyjechał ojciec z Polski, zaproponował Tomkowi swoją daczę na cztery dni, byśmy pobyli trochę w lesie i nad wodą. Oczywiście nieodpłatnie. Tomek za to zobowiązał się skosić mu trawę. I tak też któregoś popołudnia zrobił. Posesja leżała w lesie nad rzeką Wisconsin. Rzeka szersza od naszej Wisły, no i rybna. Z podwórka przynieśliśmy łódkę, wiosła, i wyruszyliśmy na połów. Wcześniej w pobliskim miasteczku chłopcy wykupili dla mnie pozwolenie na połów ryb na cztery dni.
Założyliśmy drobiową wątróbkę na duży hak. Po dziesięciu minutach był już pierwszy sum, a za chwilę drugi. Takie po 4,5 do 5 kilogramów każdy. W dodatku oba wyciągnęła Lidka, bo my dwadzieścia metrów od brzegu bawiliśmy się w polowanie na szczupaki z łodzi. Jednego wyciągnąłem. W Ameryce łowi się duże ryby. Zastanawiałem się dlaczego u nas nie? A to dlatego, że tam nie można kupić małych haczyków. Są tylko duże. Chroni się więc narybek przed masowym wyłowieniem i pozwala mu się dorosnąć. Podobnie jak w Chicago nie widzi się pomalowanych murów. Bo nie można kupić sprayu. Farbę może kupić tylko licencjonowany malarz, tak więc młodzi pseudoartyści i chuligani nie mają czym malować.
Dom w środku całkowicie urządzony – z dużym telewizorem, radiem, kinem domowym i komputerem.
W kuchni całe wyposażenie. Zapas żywności w lodówkach i zamrażarce. Ponadto zapas napojów, piwa i alkoholu. Wieczorami organizowaliśmy sobie ognisko i grilla. Dokuczały nam tylko komary, ćmy i pająki, których panicznie się bała moja synowa Madzia. W dzień, oprócz łowienia ryb, zwiedzaliśmy okolice. Wszędzie dużo domów wypoczynkowych wzdłuż rzeki, jachty, żaglówki i łodzie. Odwiedzaliśmy miejsca sprzedaży tzw. garażowej. Jeden z mieszkańców wykupuje w Urzędzie pozwolenie na handel z garażu, a okoliczni sąsiedzi z własnych garaży przynoszą mu rzeczy na sprzedaż. Są to rzeczy, używane, których właściciel już nie potrzebuje. Ja na przykład zbieram lampy naftowe z końca XIX i początku XX wieku i na tej wyprzedaży znalazłem ich bardzo wiele. Mogłem je kupić po 4 lub 5 dolarów za sztukę. Ze Stanów przywiozłem więc kolekcję dwunastu lamp! Wszystkie są sprawne i nieuszkodzone.

Koloseum Najbardziej ciekawym dla mnie dniem w tym krótkim czterodniowym pobycie był dzień, kiedy pojechaliśmy do Dells. Jest to miasto rozrywki, wypoczynku, zabawy, turystycznych atrakcji. Zaczęliśmy od objazdu miasta. Znajduje sie tam dość spore zoo, a ponieważ była z nami mała Natalka (niecałe 5 lat), zwiedziliśmy je. W Dells jest także Biały Dom stojący na głowie. Chodziliśmy tam po pokojach prezydenckich, gabinetach i po piwnicach z różnymi strachami, łomotami, wybuchami, no tak po amerykańsku. Czasami tandetnie. W Dells stoi także olbrzymi koń trojański, jest Statua Wolności (oczywiście replika), jest też rzymskie Koloseum. Wszędzie mnóstwo aqua parków, pól golfowych, torów gokartowych, stadnin koni, jest pociąg z czasów Dzikiego Zachodu. Najwięcej jest jednak sportów wodnych, rejsów statkami, jest nawet rejs i objazd okolic wojskową amfibią. Tej amfibii nie mogliśmy sobie odmówić, więc po wykupieniu biletów ruszyliśmy w trasę. Siedziałem obok kierowcy, więc mogłem wszystko fotografować. Kierowcą amfibii była młodziutka kobieta, której czasami trudno było operować dźwignią zmiany biegów (taka toporna wojskowa), ale na ogół zupełnie nieźle dawała sobie radę. I tak najpierw po leśnych drogach, potem zjazd do wody, wodą przez jezioro i znowu na ląd. Dalej ponownie do rzeki i rzeką do jeziora i znów na ląd. Mnóstwo atrakcji.
Płynęliśmy także statkiem, który z rzeki wpływał w wąskie kanały jakby fiordy. Zatrzymywał się przy pomostach i specjalnymi podestami wśród skał zwiedzaliśmy wąwozy. Zawsze trasa kończyła sie jakimś barem, sklepem z pamiątkami, lodami, napojami. W Dells jest bardzo dużo lokali gastronomicznych, knajpek, restauracji i barów. Sklepy z pamiątkami, piwiarnie. Na ulicach pokazy cyrkowe i występy grup muzycznych. W niemieckiej piwiarni podają piwo w czterolitrowym szklanym bucie, zamówiliśmy je i nawet smakowało, ale w piciu pomogła mi Lidka.
Wieczorem powrót do domu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Koniec wakacji i powrót do pracy. Mój pobyt też się kończy. Pora wracać. Pożegnania są bardzo smutne i wzruszające. Cieszę się, że poznałem moje synowe. Bardzo miłe i gościnne. Poznałem także rodzeństwo moich synowych, braci i siostry oraz teściów Tomasza Teresę i Kazimierza Kowalczyków, którzy bardzo serdecznie przyjęli mnie w swoim domu i ugościli. Niczego mi nie brakowało i jeszcze obdarowany zostałem prezentami. Dziękuję im za ten pobyt!
Tomek z teściem odwieźli mnie na lotnisko. Po długim locie byłem już w domu.
Rafał z Korycina
P.S. W tym roku też lecę – zaraz po Zjeździe. Kupiłem już bilet i będę miesiąc.
-
Michał z Lasek – człowiek wyjątkowy
W czerwcu 2014 roku odbędzie się zjazd Związku Rodu Żółtowskich. Niestety, to już kolejny Zjazd na którym nie będzie z nami Michała z Lasek.
Michał był człowiekiem bardzo ciepłym, potrafił wokół siebie zgromadzić sporą grupę słuchaczy, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Mówił bardzo ciekawie. Posiadał dużą wiedzę na temat związku i historii, a także umiał tę wiedzę przekazać w sposób bardzo interesujący. Czas spędzony z Nim nigdy nie był czasem straconym i nigdy się nie dłużył. Wręcz przeciwnie. Michał był człowiekiem wyjątkowym.
Na wiosnę 2011 roku wraz z mamą zacząłem zastanawiać się, co można byłoby zrobić, aby pamięć o Michale była zawsze żywa, szczególnie na zjazdach, bo w naszych sercach jest On cały czas obecny. Doszedłem do wniosku, a mama mnie w tym utwierdziła, że dobrym sposobem będzie ufundowanie przez Związek „Medalu im. Michała z Lasek” dla osób, które chociaż w niewielkim stopniu zbliżą się do postawy Michała. Taka forma uczczenia pamięci była dla mnie bliska z racji możliwości zawodowych i kontaktów z osobami (m.in. grafik, rzeźbiarz), które pomogły mi ten pomysł zrealizować. Dzięki temu wykonanie medalu było niezbyt kłopotliwe.
Ideą powstania medalu było z jednej strony uhonorowanie Michała, potwierdzając Jego niezaprzeczalny wkład wniesiony w działalność Związku Rodu Żółtowskich i Rodzinę, a z drugiej strony docenienie, a tym samym i uhonorowania osób, które w sposób szczególny przyczyniły się do rozwoju Związku i Rodziny. Medal miał być rzeczą wyjątkową i elitarną, wręczaną osobom, które nie tylko pełniły funkcję w Związku, ale ich działanie lub osobowość zbliżona była do postawy Michała.
Takimi osobami do tej pory, oprócz Michała z Lasek były: Zbigniew ze Skierniewic, Michał z Łodzi, Andrzej Ludwik z Warszawy (osoby mające duży udział w reaktywacji Związku) i Stefania z Korycina, która swoją osobowością potrafiła jednoczyć ludzi.
Osoby takie, jak Michał z Lasek zdarzają się niezwykle rzadko. To legenda i „pomnik” Związku. Dlatego wyróżnienie medalem Jego imienia winno spełniać podobną rolę i być przyznawane tym osobom, które chociaż w niewielkim stopniu wypełnią po Nim lukę.
Natalia i Jarosław ze Skierniewic
-
Wspomnienie o Tadeuszu Żółtowskim
Moje krótkie wspomnienie o Tadeuszu z pewnością nie odda tego, jakim był człowiekiem. To wiedzą wszyscy, którzy go znają. Piszę to wspomnienie jako jego pacjentka, a i wieloletnia przyjaciółka.
Śmierć Tadeusza była dla mnie wielkim szokiem. Jako jedna z niewielu miałam szansę zobaczyć się z nim podczas pobytu w szpitalu, oraz krótko przed jego odejściem.
24.11.2013r. zmarł znany łódzki bioenergoterapeuta Tadeusz Żółtowski. Urodzony 26.10.1952 w Gostyninie. Bez wątpienia postać barwna, ciekawa, człowiek o wielkim sercu. Od najmłodszych lat swe życie poświęcił nauce i pracy. Od siódmego roku życia pomagał rodzicom w rolnictwie. Praca i pomoc innym była dla niego priorytetem i sensem życia. Z ogromnym powodzeniem kilkanaście lat prowadził gabinet bioenergoterapii w Łodzi. Przez ten czas wyleczył setki ludzi. Nie bez przyczyny żartobliwe nazywany był przez swoich pacjentów „magikiem”. Tadeusz potrafił zdziałać cuda. Człowiek od niego wychodził jak nowo narodzony. Znikały problemy dnia codziennego i stresy. Ciało nabierało nowej, pozytywnej energii i chciało się żyć. I taki stan świadomości pozostawał długo po wyjściu z gabinetu.
Był człowiekiem szczerym, jeśli czegoś nie wiedział, nie udawał, że jest inaczej. Żył pełnią życia, czerpał z niego pełnymi garściami, podróżował, obracał się w towarzystwie ciekawych ludzi. Często intrygował swoimi wypowiedziami. Pobudzał do refleksji. Nigdy nie narzekał, nawet wtedy, kiedy było naprawdę źle. Zarażał innych optymizmem, pozytywnym myśleniem i wiarą w lepsze jutro. Był człowiekiem dobrym, wyrozumiałym i empatycznym. Kochał kwiaty, przyrodę i zwierzęta. Był dumny ze swojego ogrodu za domem i oczka wodnego. O Tadeuszu Żółtowskim można by napisać wiele, ale najważniejsze jest to, że był człowiekiem niezwykłym, i takim Go zapamiętajmy.
Mam nadzieję, że Tadeusz jest teraz w miejscu bezwarunkowej miłości…
Izabela Kłos z Siemianowic Śląskich
-
Informacja dotycząca XXIII Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich
Bardziej szczegółowe informacje o warunkach i ośrodku w Szaflarach gdzie odbędzie się tegoroczny Zjazd były zamieszczone w poprzednim kwartalniku.
Pragnę jednak przypomnieć, że termin Zjazdu to 18-22 czerwca 2014 r. Koszt za jeden dzień pobytu – wyżywienie i nocleg wynosi 58 zł od osoby. Dodatkowo płatna uroczysta kolacja.
Przedpłaty należy przekazać na konto:
84 2030 0045 1130 0000 0947 1680 Janina Pawlikowska Oś. Nowe 7 34-424 Szaflary
w terminie 4-18 maja w wysokości jednej osobo dniówki tj. 58 zł od osoby.
Bardzo serdecznie zapraszamy i zachęcamy do uczestnictwa w Zjeździe.
Prezes Związku i członkowie Zarządu
-
Dziadek Reniek – prawdziwy Żółtowski
„Haaaaaaa-lllllooooo” – głos niczym z zaświatów odzywa się po drugiej stronie słuchawki.
„Cześć, Dziadku!” – odpowiadam radośnie.
„O! Malwinka, kochana!” – już zupełnie innym, pełnym energii i optymizmu głosem, odpowiada Dziadek.
Tak zwykle zaczynały się nasze rozmowy, pod warunkiem, że Dziadek wygrał z Babcią wyścig do słuchawki i zdołał odebrać telefon. Potem było już standardowo: pytania o zdrowie i apetyt i nocne smażenie kiełbasy…
Trudno jest mi opisać Dziadka Reńka ze względu na jego osobliwą złożoność charakteru. Zawsze pogodny i z charakterystycznym poczuciem humoru, gdy go odwiedzaliśmy, ale zadziorny, kiedy chciał postawić na swoim. Zapalony chodziarz i jak na chodziarza przystało, podążający własnymi, acz utartymi ścieżkami, znający wszystkich sklepikarzy i handlarzy na osiedlu. Miłośnik kolei, do końca uczestniczył w życiu Związku. Oddany syn, odwiedzający grób matki nawet kilka razy w tygodniu. Wreszcie kochający ojciec i mąż, przywiązany do swojej żony tak mocno, że nie chciał zostać bez niej ani na chwilę. Dziadek doczekał jeszcze 62. rocznicy ślubu.
Jedną z najbardziej lubianych, aczkolwiek szelmowskich, cech charakteru Dziadka był upór. Gdy inne argumenty nie skutkowały, np. gdy Babcia chciała wyjechać na Zjazd i musiała go zostawić na kilka dni samego, potrafił wyciągnąć asa z rękawa i „nagle ciężko zachorować”. Babcia, o miękkim sercu, zawsze nabierała się na te sztuczki. Ale się nie skarżyła, a on przed nami udawał, że wszystko jest w najlepszym porządku. Nikt przecież nie podejrzewał go o takie uczynki.
Babcia też nie pozostawała Dziadkowi dłużna. Kiedy on, zagorzały fan dawnego ustroju, intonował: Socjalizmu się nie lękaj, mało rób i dużo stękaj, Babcia od razu rozpoczynała kontratak, a raczej skutecznie uciszała Dziadka. Pięknie się zaczynały opowieści o tłustej kaszance i jeszcze bardziej pękatej wódce w pracy na kolei, niestety, nie dane im było się skończyć.
Dziadek nigdy nie rozstawał się z książką – zawsze polityczną. Wrocławska prasa, codziennie odbierana od znajomego kioskarza, leżała na taborecie w pokoju. Gdy zaczynały się wiadomości, musiała zapaść cisza. Telewizor zaś ryczał na cały regulator i wszyscy musieliśmy słuchać z uwagą. Człowiek zaangażowany politycznie, jakże nam takich brakuje.
Od czasu, kiedy wzięłam ślub, nigdy nie uniknęłam zawadiackiego pytania: „A czy coś zasialiście?”. Dziadek wręcz obsesyjnie stale pragnął prawnuka, Babcia za to stała w opozycji i broniła swą najmłodszą damską wnuczkę. On był jednak nieugięty i mimo wszystko wracał do tego samego pytania.
Klepiąc Dziadka bo wydatnym brzuchu, ogarniało mnie ciepło. Tato klepał go po łysince, a Dziadek znosił to z uśmiechem. Tak było aż do końca, mimo bólu po chemioterapii i mimo przerzutów, Dziadek zawsze był dzielny. Odszedł w spokoju, w miejscu, w którym czuł się bezpiecznie i które kochał.
Pozostaje mi tylko stwierdzić jedno: „ Żałujcie, że nie poznaliście mojego osobliwego Dziadka Reńka, prawdziwego Żółtowskiego!”.
Z głębokim żalem zawiadamiamy, że 10 lutego 2014 roku zmarł śp RAJMUND ŻÓŁTOWSKI z Wrocławia przeżywszy 83 lata. Żonie Janinie, oraz całej rodzinie Zarząd Związku Rodu Żółtowskich składa wyrazy najszczerszego współczucia
Malwina Żywiecka, Londyn
-
Zwykłe dni, (nie)zwykłe wydarzenia
Jest niedziela 9 lutego 2014 roku. Piękną ciepła i słoneczna pogoda. Właśnie wróciłam z kościoła, zrobiłam dwukilometrowy spacer w jedną i drugą stronę z Raciborowa do Sanktuarium w Głogowcu. Kazio pojechał jak co roku na międzynarodową wystawę gołębi i ptactwa ozdobnego do Poznania. Miałam też jechać na tę wystawę, ale zabrakło dla mnie miejsca, gdyż panowie postanowili pojechać jednym samochodem. No cóż, oni są hodowcami, ja tylko obserwatorką. W ubiegłym roku byłam na takich Targach i miałam możliwość obejrzenia wielu gatunków gołębi, różniących się długością rzęs, dzióbka, kolorem oczu, piór czy barwą. Moje największe zainteresowanie wzbudziły czerwone, zielone i pomarańczowe gołębie. Zachwycałam się również rożnymi gatunkami ptaków ozdobnych, ich intensywnością barw i kolorów.
Ja z Kaziem byliśmy zaproszeni do przedszkola na uroczystość związaną z Dniem Babci i Dziadka u wnuka Pawła w Łodzi. Paweł skończył 4,5 roku. Po przybyciu do przedszkola zostaliśmy przywitani przez panie przedszkolanki i dzieci, usiedliśmy przy stolikach na małych dziecięcych krzesełeczkach. Odbyła się najważniejsza część uroczystości – występy artystyczne wykonane przez dzieci, składające się z piosenek, wierszyków i tańców. Gdy Paweł wystąpił z pięknym wierszykiem o miłości do babci i dziadka , byliśmy bardzo dumni. Mówił głośno, wyraźnie i z piękną dykcją. Podziękowaliśmy dzieciom rzęsistymi oklaskami. Następnie wnukowie wręczyli każdej parze „dziadków” własnoręcznie wykonane czerwone serduszka z masy solnej. Potem nastąpił słodki poczęstunek przygotowany przez rodziców i panie przedszkolanki. Z ust przedszkolanki usłyszeliśmy jak mądrym, inteligentnym i dobrze wychowanym dzieckiem jest nasz Paweł. Miło nam było to słyszeć. Drogę z przedszkola do domu przemierzyliśmy spacerkiem, opowiadając sobie różne śmieszne historyjki. W domu czekała na nas córka Agnieszka i wnuczka „piękna księżniczka” , siostra Pawła, Małgorzata, która w grudniu skończyła roczek. Małgosia przywitała nas uroczym uśmiechem i chęcią do zabawy. Mimo, że była śpiąca, zawzięcie bawiła się z Pawłem i z nami w obronę zamku przed najazdem nieprzyjaciół. Taktyka zabawy była przemienna w ataki wrogów i obrońców.
Uświadomiłam sobie, jak wielkim szczęściem jest z posiadanie wnuków, przecież 7 lutego miałam jechać na wycieczkę do Warszawy, do Centrum Nauki „Kopernik”. Zrezygnowałam, gdy tylko dostałam zaproszenie od wnuka. Wyjazd do Warszawy mogę zrealizować w innym terminie. Mam jeszcze w pamięci czas, jak takim małym dzieckiem była nasza córka Agnieszka i jak bardzo cieszyliśmy się z każdego jej, nawet małego, sukcesu.
A teraz kilka słów o Tadeuszu Żółtowskim, bioterapeucie, zajmującym się medycyną naturalną. Tadeusz według niektórych ludzi mógł sprawiać wrażenie megalomana. Może nawet trochę nim był, ale przy bliższym poznaniu, okazywał się ciepłym, wrażliwym i potrafiącym nieść pomoc człowiekiem. Poznaliśmy się kilka lat temu na jednym ze Zjazdów.
Jego pasją był ogród, który stworzył na działce wokół swojego domu. Okalały go wysokie liściaste i iglaste drzewa, w środku rozłożysta jabłoń. Przy oczku wodnym wysokie rododendrony, magnolie i różne gatunki krzewów. Tadzio kochał kwiaty, które pięknie wkomponowane zdobiły ogród. Kwiaty wiszące w donicach nad długim wejściem na taras, na bryczce, która dodawała uroku działce. Wielobarwność kwitnących róż witała przybyłych gości przy wjeździe. Drzewa, krzewy, kwiaty i ciekawe rośliny stanowiły swoisty mikroklimat. Siedząc na tarasie, można było wypoczywać.
Ostatnią pasją Tadeusza było kolekcjonowanie i naprawa starych zegarów, tak jakby przewidział rychłe swoje odejście. Często przyjeżdżał w soboty do Kutna na tak zwany pchli targ i często udawało mu się zdobyć ciekawy okaz. Po zakupach zajeżdżał do nas. Wtedy robiłam śniadanie na tarasie i ucinaliśmy sobie miłe pogawędki.
Jego hobby to wędkowanie, więc nieraz łowili z Kaziem ryby. Do dzisiaj czuję smak tych ryb. On sam potrafił przygotować różne z nich przysmaki i często wekował do słoików. Uwielbiał także robić nalewki z owoców i lubił nimi obdarowywać swoich przyjaciół. Oj! dużo tych nalewek otrzymaliśmy od Tadzia. Jedna smaczniejsza od drugiej. Najlepsza moim zdaniem była z pigwy, ale to moja subiektywna ocena.
Pasjonowały go motocykle, zwłaszcza Yamahy. Należał do klubu, który zrzeszał miłośników jazdy na motorze. Mam w pamięci obraz Tadeusza, gdy w skórzanym ubiorze zajeżdża pięknym motocyklem BMW na nasze podwórko, aż moja mama była pełna zachwytu. Interesował się astrologią i numerologią. Wejście do jego gabinetu w Łodzi przy ulicy 6 Sierpnia miało niepowtarzalny wygląd. Dominowały kwiaty, kadzidełka, rzeźby i posągi podarowane przez pacjentów z podróży krajowych i zagranicznych. Dziękuję Ci, Tadziu, za ulgę mojego kręgosłupa. Kazio, także ma po Tobie pamiątkę , rasowego gołąbka, nad którego losem ulitowałeś się, znajdując go zagubionego w parku botanicznym.
Tadeusza pożegnaliśmy 29 listopada 2013 roku na cmentarzu w Łodzi. Wacław Krzysztof z Łodzi w imieniu naszego Związku wygłosił wzruszającą mowę i złożył wieniec. Licznie przybyłym przyjaciołom, rodzinie i pacjentom podziękowali Kazio z Wacławem. Tadeusz, zapewne zza chmurki, z tym swoim uroczym uśmiechem z niedowierzaniem spoglądał na swój grób tonący w kwiatach, a zwłaszcza na czerwone róże, które tak bardzo kochał. Dalsze o nim wspomnienia snuliśmy w kawiarence z Grażynką z Berlina i jej córką. Tadeusza zapamiętamy jako przystojnego, gościnnego, zawsze uśmiechniętego, dowcipnego, tryskającego humorem, sypiącego jak z rękawa kawałami i dowcipami kuzyna.
Elżbieta z Kutna
-
Zrządzenie losu
Do zakładu przyjęto nowego pracownika, była to młoda kobieta.
Pracownicy działu, w którym miała wykonywać obowiązki referenta, nie znali jej, nic o niej nie wiedzieli. Przyjechała niedawno do miasteczka. Kim była? Jedno było pewne, była jakaś „inna”. Trudno było zrozumieć, dlaczego wzbudziła zainteresowanie, była bowiem osobą skromną, nieśmiałą, małomówną. Ze współpracownikami nie nawiązywała znajomości, ograniczała swoje kontakty do spraw służbowych. Jednak drażniła swoim zachowaniem, nie odpowiadała na zaczepki, nie reagowała na drobnie uszczypliwości, a nawet niewybredne żarty, uważano to za wyniosłość.
W zaczepkach najaktywniejszy był starszy referent, błaznował za jej plecami, czym wzbudzał wesołość współpracowników. Zaczepki były coraz bardziej śmiałe, ośmielony brakiem reakcji pozwalał sobie szydzić z jej skromnego ubrania, sposobu bycia, poruszania się. Interesował się jej życiem prywatnym, opowiadał różne historie oparte na domysłach i plotkach. Gdy się dowiedział, że jest mężatką i mąż jej jest niepełnosprawny, w swoich złośliwościach przekraczał wszelkie granice przyzwoitości. Przesadnie naśladował sposób poruszania się jej chorego męża: wykręcał nogi, dostawał drgawek, kręcił nienaturalnie głową, wywalał język, czym wzbudzał salwy śmiechu.
Kobieta nie zwracała uwagi na te prostackie wyczyny „kolegi z pracy”, twarz jej była kamienna, nie wyrażała żadnych uczuć, nie reagowała, uważała, że sytuacja musi się zmienić, po prostu z czasem agresor się znudzi. Natomiast ciągłą błazenadą znudzili się współpracownicy, przestawało ich to śmieszyć. Nie wiadomo, jaki byłby finał tej historii, gdyby nie pewne zdarzenie.
Któregoś dnia starszy referent nie zjawił się w pracy. Okazało się, że został aresztowany, trafił do więzienia, ponieważ popełnił przestępstwo.
Kobieta zapomniała już o tych przykrych dla niej incydentach, kiedy niespodziewanie po latach spotkała go na ulicy. Nie zauważył jej. Szedł z wielkim trudem, opierając się na drewnianych kulach, stąpał na powyginanych nogach, nienaturalnie poruszał głową. To nie była już błazenada, to było prawdziwe cierpienie. Po odbyciu kary więzienia uległ wypadkowi, cudem ocalał, lecz został niepełnosprawny do końca życia.
Kobieta ze zdziwieniem i lękiem patrzyła na oddalającego się człowieka, który wyrządził jej tak wiele przykrości. Nie czuła jednak żadnej satysfakcji z tego, że los go tak srogo pokarał.
I wtedy przypomniała sobie słowa ojca: „Nigdy nie ulegaj pokusie zemsty, los uczyni to za ciebie”.
Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska
-
Chiton
Przed wystawą sklepową stała dziewczyna. Z zainteresowaniem przyglądała się kremowemu delikatnemu materiałowi. Oczami wyobraźni widziała suknię, z którego byłaby uszyta długa, prosta w greckim stylu. Na bal maturalny, wprawdzie jest to tak zwana „mała matura”, ale jeżeli los będzie łaskawy, kreacja będzie na bal maturalny za dwa lata. Weszła do sklepu. Z uśmiechem przywitał ją sprzedawca: „Służę uprzejmie, szanownej pani”. Pomimo jej szesnastu lat potraktował ją jak dorosłą kobietę. Co za wspaniałe uczucie!
– Proszę o ten materiał na długą suknię.
– Ten materiał, szanowna pani – to wysokogatunkowy tiul. delikatny jak mgiełka. Ma pani gust, przy tej urodzie, kasztanowe włosy, ciemne oczy. To będzie wspaniała kreacja.
Później wizyta u krawcowej. Po paru dniach ostatnia przymiarka, to było właśnie to – urzeczywistnienie dziewczęcego marzenia. Suknia wyszła bez zarzutu, fałdy ułożone w wyszukany sposób – całość przypominała grecki chiton. Tylko czekać na bal.
Nadszedł ten długo oczekiwany dzień.
– Krysiu! – mówiła do przyjaciółki – bardzo się cieszę na ten mój pierwszy bal, ciekawa jestem, jakie wrażenie zrobi moja kreacja?
– Zapewne zrobisz furorę w tej swojej pięknej sukni, nigdy takiej nie widziałam, nawet w żurnalach mody. Szkoda tylko, że ja tego nie zobaczę – odpowiada Krysia.
– Dlaczego?
– Z prostego powodu, nie mam się w co ubrać.
Minuta zastanowienia. Krysiu, ty włożysz moją suknię – musisz, a ja? Ja coś sobie wymyślę. Bez ciebie bal nie będzie miał dla mnie uroku.
Krysia dała się przekonać. Gdy weszła na salę w sukni swojej przyjaciółki, zapanowała cisza, zdumienie i ogólny podziw, przywitano ją oklaskami. Pierwsza zabrała głos pani dyrektor szkoły: – Brawo! Dziewczyno, wyglądasz zjawiskowo, cóż to za wspaniały pomysł z tą suknią w stylu greckim, jestem z ciebie dumna, nigdy nie przypuszczałam, że masz tyle inwencji.
Krysia zachowała milczenie – została królową balu. Właścicielka sukni też zachowała milczenie. „Ale czy Krysia jest prawdziwą przyjaciółką? Chyba nie, przecież mogła powiedzieć, że to ja wymyśliłam tę kreację. Przyjaźń w tym przypadku to zbyt wielkie słowo „ – pomyślała z goryczą.
„No cóż, stwierdziła dziewczyna, wieszając suknię do szafy, może się przyda, za dwa lata matura, będę wtedy już dorosła”.
Jednak nigdy jej nie włożyła, nie było jej to dane. Suknię bowiem przywłaszczyła sobie bliska krewna, następnie sprzedała, ze sprzedażą nie miała najmniejszego kłopotu, bo kreacja była wyjątkowo atrakcyjna.
A dziewczyna? Miała innego rodzaju kłopoty, musiała podjąć walkę o przetrwanie.
Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska
-
Przeprowadzka do Bydgoszczy
Nowy etap mojego życia (część V)
Szkołę Powszechną ukończyłem w Lipnie z dobrymi ocenami. Była to druga klasa. Przyszły wakacje, w ciągu których rodzice moi no i trójka dzieci mieliśmy się przenieść do Bydgoszczy. Tatuś awansował z kierownika Rejonu Dróg na zastępce dyrektora Wojewódzkiego Zarządu Drug Publicznych. Dla nas to zmiana miasta, zmiana mieszkania i zmiana szkoły. Trzeba było opuścić nasze podwórko i ogród, nasz Rejon, który dla nas był także naszym podwórkiem. Zostawić kolegów,zwłaszcza Tomka i naszego psa Agresora. Był bardzo stary, ślepy po nosaciźnie i głuchawy. Przyzwyczajony do swojego podwórka i łazęgowania co całym mieście rodzice postanowili zostawić go pod opieką kierowcy ojca Jasia Górczyńskiego. Wiem, że nie był głodny i opuszczony. Zginął tragicznie pod kołami ciężarówki podczas codziennego obchodu miasta gdzieś pod koniec lata.
Przed wyjazdem rodzice pozbywali się części swego dobytku z tej przyczyny, że nie wszystko pasowało do drugiego mieszkania,które metrażowo było dużo mniejsze niż w Lipnie.
Może było za to bardziej nowoczesne, komfortowe. Było centralne ogrzewanie, ciepła woda w gazowego piecyka zarówno do kuchni jak i w łazience. Parkiet na podłodze ( o Panie Bożę co myśmy wycierpieli przez ten parkiet ), mały balkon, trzy pokoje, kuchnia i łazienka. W łazience stał jeszcze stary piec ,bojler, na ciepłą wodę. Paliło się pod nim węglem i grzało się jakieś 50, 60 litrów wody do kąpieli. Używaliśmy jednak gazowego pieca, bo było czyściej i szybciej. Teraz jestem przekonany, że część rzeczy sprzedali, gdyż nie mieściły sie do mieszkania jak tapczan ale część chyba w celu pozyskania trochę pieniędzy. Każda przeprowadzka generuje koszty a my nie byliśmy bogaci. Może duchem, kulturą, wykształceniem to tak, lecz finansowo było bardzo skromnie. Tak więc rodzice sprzedali rower Mifę, o którym pisałem poprzednio i zegar stary z wahadłem w drewnianej ozdobnej obudowie,bijący godziny.Drzwiczki były oszklone z elementami inkrustowanymi. Chciałbym mieć dzisiaj taki zegar. Były to przedwojenne zegary, ale dość powszechne. W tamtych latach nie stanowiły większej wartości. Jeszcze kilka innych rzeczy się pozbyli lecz nie pamiętam co to było. Po mamę i nas przyjechał Konrad Ryzmanowski nowy ojca kierowca w Bydgoszczy. Nasze rzeczy zabrał Rejonowy samochód ciężąrowy. I tak oto cała rodzina trafiła na nowe miejsce na pięć lat jak się potem okazało. Od 1960 roku do 1965 mieszkaliśmy w Stolicy Pomorza nad rzeką Brdą. Nam dzieciom bardzo się podobało. Mieszkaliśmy w bloku pracowniczym 18 mieszkaniowym dwupiętrowym, po trzy mieszkania na każej kondygnacji Najważniejsze, że było dużo kolegów i koleżanek. Tak, że dwie drużyny piłkarskie po pięciu graczy zawsze udało się stworzyć. Całość tworzyły dwa bloki. Stojący przodem do ulicy Fordońskiej biurowiec Wojewódzkiego Zarządu a szytem stał blok mieszkalny. Miedzy blokami było podwórko na środku którego było nasze boisko do piłki nożnej lub do palanta, zabaw w klasę. Zimą wylewano wodę i jak telko mróz sie pojawił mieliśmy lodowisko. W koło tego placu sportowego było tzw. okrążenie. Z płaskiego bruku zrobiona jezdnia, tak, że samochód mógł objechać dookoła plac sportowy. W głębi podwórka były garaże na samochody.Pięć garaży. Pierwszy garaż zajmował samochód Warszawa dyrektora naczelnego Pana Gogola, którego kierowcą był Pan Felczykowski mieszkający z żoną w kawalerce jednopokojowej piętro wyżej nad nami. Drugi garaż służył dla Warszawy mego taty, którego kierowcą był Pan Konrad Ryzmanowski, sąsiad na tym samym pierwszym piętrze. Ryzmanowscy mieli trójkę dzieci. Barbarę starszą od nas,Hanię, z którą chodziłem razem do jednej klasy oraz Tomka młodszego od nas. Hania bardzo lubiła opiekować się i bawić z naszym małym Jackiem, co oczywiście było mnie i Michałowi na rękę. Jak tylko Hania przyszła do nas do domu to my „choda”na podwórko. Inne życie! My poważni obywatele podwórkowi od razu organizowaliśmy zabawy męskie, czyli piłka, palant, gra w wojnę itp. Przyznam,że owszem byliśmy bardzo aktywni -mówię o wszystkich dzieciach z podwórka- i mimo, że rozbrykani to nasi rodzice nie mieli się czego wstydzić. Bawiliśmy się jak prawdziwe dzieci powinny się bawić. Fakt, że było wszystko i chodzenie po dachach garażu, hydrofornii, zabawa w chowanego, gdy z lekka już się ściemniało (wtedy najlepsza). podchody wyścigi rowerowe po okrążeniu. Strupy na kolanach, poranione nogi to widok normalny. Toż niejeden raz leżało się na tym bruku, bo za szybko wchodziło się w zakręt. Zimą też mieliśmy fajne zabawy, zwłaszcza na lodzie. Gra w hokeja, gdzie krążkiem było pudełko od pasty do butów wypełnione dociążeniem, czyli piaskiem. Kije hokejowe własnej produkcji , które jak mocniej udeżył krążek to wieczko odpadało i wysypywał sie piasek. Kto rozpędzony wpadł na rozsypany na lodzie piasek wiadomo, że kończył na leżąco. W nogawkach śnieg, w butach śnieg, za kołnierzem śnieg, bo wiadomo trzeba było kogoś natrzeć śniegiem. Łyżwy też były inne niż teraz. Mało kto miał łyżwy zespolone z butami. JedynieJacek Tascher nasz sąsiad z tej samej kondygnacji miał z klubu figurówki. Jacek, młodszy ode mnie, późniejszy mistrz Polski w jeździe figurowej na lodzie i w tańach na lodzie prawie dzień w dzień ze swoją matką chodził na treningi na 5,30 rano na Torbyd (sztuczne lodowisko w Bydgoszczy). On z nami nie grał w hokeya. To była inna klasa zawodnika. Łyżwy, które mieliśmy były zakładane na blaszki przymocowane do obcasa i szczęki do krawędzi buta. Do przykręcenia szczęk trzeba było posiadać specjalny kluczyk. Łyżwy potrafiły się odpiąć w czasie jazdy , do otworów w blaszkach dostawał się śnieg z piaskiem, czy popiołem i trzeba to było czyścić przed założeniem łyżew jakimś szpikulcem czy gwoździem.
Oprócz części sportowej podwórka był także dość spory obszar obsiany trawą z ławkami do wypoczynku. Po środku zaś była duża piaskownica. Młodsze dzieci królowały w piaskownicy. Dalej były dwa trzepaki na dywany i chodniki. Słupki metalowe z przeciągniętymi między nimi linkami do suszenia bielizny. Blok miał dwie klatki schodowe. Każda klatka w części piwnicznej wyposażona była w pralnię i suszarnię. Codziennie inna rodzina w porozumieniu korzystała z pralni. Tam można było prać w baliach, na tarach i gotować bielizną w kotłach na dużych piecach oczywiście węglowych. Później pralki stały się coraz bardziej powszechne i kobiety rzadziej korzystały z pralni. Kobiety na pomorzu były bardzo gospodarne i dbału o dom. Dużo kłopotu w tamtych czasach sprawiało im pranie firan. Nie było jeszcze firan z nylony.stylonu, czi innych tworzyw sztucznych. Często były robione ręcznie szydełkiem z nici bawełnianych. Takie firanki po upraniu trzeba było wysuszyć odpowiednio naprężone. Prasować się togo nie dało. Pogniecionych się nie powiesi w oknie bo jak to wygląda. Na naszym podwórku ktoś z mieszkanców stworzył ramy do suszenia firan. Która kobieta potrzebowała tych ram to z nich korzystała. Wyglądało to tak. Trzymetrowe grube listwi z nabitymi co pół centymetra małymi gwoździami. Były cztery listwy. Na te gwoździe zaczepiało się końcowe oczka firanki naciągając z czterrech stron. Tak naciągniętą firankę stawiało się na słońcu na czterech stołkach lub krzesłach do wyschnięcia. W tamtych czasach, a to już pędziesiąt lat minęło kobiety miały znacznie więcej pracy niż dzisiejsze. Fakt, że zajmowały sie domem a mniej pracowało zawodowo.
Mieszkaliśmy przy ulicy Fordońskiej 8 mieszkanie nr 13. Ulica nasza ciągnęła się wzdłuż rzeki Brdy, która płynie przez środek miasta. Wtedy w Bydgoszczy był tulko jeden most przez Brdę w środku miasta koła Starego Rynku miejskiego. Brda tylko w części miasta była uregulowana bulwarami, gdzie był port rzeczny i gdzie cumował statek wycieczkowy. Można było płynąć do Brdyujścia lub dalej Wisłą do Torunia. Nie było jeszcze tamy we Włocławku więc z powodzeniem można było dotrzeć do Płocka i Warszawy.Bądź w górę do Gdańska. Kiedyś byłem uczestnikiem takiej wycieczki do ujścia Brdy i z powrotem. Brda była w części od Wisły do miasta rzeką spławną i pamiętam, dużo barek z towarem ciągnięte przez cholowniki lub pchane przez pchacze kursowały po Brdzie. Barki oprócz części ładowniczej miały mniejszą część mieszkalna przeznaczoną jako dom dla szypra, żony jego i rodziny. Brda w owych czasach była rzeką bardzo brudną, powiedziałbym cuchnącą. Była ściekiem dla całego miasta.Czasami chodziliśmy sami lub z rodzicami na spacer nad Brdę. Wzdłuż rzeki szła alejka, dalej ścieżka chyba do samego Fordonu. Często jednak wracaliśmy zawiedzeni, gdyż zapach wody nie był ciekawy.
W zeszłym roku byliśmy jako grupa Żółtowskich na wycieczce w Bydgoszczy. Przez te piędziesiąt lat miasto zmieniło się o kilkaset procent. Dziś widać czystą Brdę, widziałem pływające ryby. Odnowione zabytki wzdłuż rzeki, Stare miasto i Wenecje bydgoską. Z naszego podwórka widać było wzgórza Szwederowa, dzielnicy miasta, która była po drugiej stronie Brdy. Szwederowo słynęło z lotniska wojskowego. Był to okres zimnej wojny.Samoloty odrzutowe startowały i lądowały po kilka lub kilkanaście razy dziennie. Zapewne w ramach ćwiczeń. Kiedy wzbijały się lub lądowały często na małej wysokości przelatywały nad naszym domem i podwórkiem. Robiły dużo hałasu, co nie było mile widziane przez mieszkańców naszego domu. Nam dzieciom to nie przeszkadzało ale utkwiło mi to w pamięci. Dzielnica Bydgoszczy, w której mieści się ulica Fordońska nazywa się Wielkie Bartodzieje. To wschodni koniec Bydgoszczy. Po przeciwnej zachodniej stronie dzielnica zwała się Wilczak Obie te dzielnice łączyła linia tramwajowa Nr 3. Przystanek za nami w stronę Fordonu trasa się kończyła pętlą tramwajową . Między tą pętlą a naszym domem była i jest do tej pory moja Szkoła Podstawowa Nr 23 , o której już w następnej części.
Rafał z Korycina