Tag: Nr 76

  • Życzenia

    Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzymy świąt rodzinnych i radosnych, a na nowy 2015 rok dużo zdrowia i spełnienia pragnień. Prezes Związku oraz członkowie zarządu

  • Setna rocznica wydania Monografii Rodu Żółtowskich

    1914-2014

    Monografia Rodu Żółtowskich Genealogia Rodu Żółtowski

    Autorem monografii wydanej w 1914 roku był Franciszek Ogończyk-Żółtowski z Mszczonowa. Jak pisał autor: „Potomność z historii sądzi o działalności przodków. W przeszłości naszego narodu było mnóstwo bohaterskich czynów i poświęceń. Przekazanie informacji o działalności naszych przodków dumą napawa następne pokolenia”.

    Franciszek (1867-1943) z zawodu był krawcem, a zakład jego mieścił się przy ul. Świętokrzyskiej 19 w Warszawie.

    W warszawskim cechu krawieckim odgrywał czynną rolę społeczną i zawodową, ale i kulturalną. W prasie, którą wydawał cech, zamieszczał krótkie utwory sceniczne przeznaczone dla teatrzyków amatorskich. W latach 1894-1898 wydawał i był autorem tekstów serii kalendarzy pt. „Krojczy kalendarzyk humorystyczny na rok …” Zamieszczał w nich wiersze, ilustrowane dowcipy oraz ogłoszenia. Był miłośnikiem twórczości Adama Mickiewicza i w setną rocznicę jego urodzin wydał broszury „O Mickiewiczu i jego poezjach”

    Franciszek Żółtowski w 1906 roku wydał najpierw pierwszą bardzo okrojoną monografię, liczącą 41 stron, która była historią tylko jego rodziny. Zawierała także apel o kultywowanie pamięci o przodkach.

    Poszukiwał nadal dokumentów i prowadził badania, podjął się odtworzenia drzewa genealogicznego Rodu Żółtowskich herbu Ogończyk, a owocem tych działań było wydanie w 1914 roku rozszerzonej monografii.

    Jak wiadomo, sto lat temu praca ta wymagała ogromnego wysiłku, także fizycznego, chociażby z powodu trudności w kontaktach z osobami rozsianymi po całej Polsce i zdobywaniu informacji dotyczących ich rodzin.

    Następstwem monografii Franciszka Żółtowskiego było wydanie przez Związek Rodu Żółtowskich w 1998 roku nowej poszerzonej „Genealogii”. Autorem tego wydania był Michał Żółtowski z Łodzi, który zamiłowanie do heraldyki i genealogii wykorzystał do pracy żmudnej i bardzo wnikliwej, do odszukiwania „rodziny”. Odszukał i spisał do przygotowanej przez siebie monografii Rodu Żółtowskich herbu Ogończyk około trzech tysięcy osób noszących rodowe nazwisko.

    Michał jednak odszedł na zawsze i przedwcześnie 20 sierpnia 1994 roku.

    Zebrane informacje genealogiczne pozostawił uporządkowane i w takiej formie, że rodzice jego Elżbieta i Wacław mogli zrealizować zamiar i marzenie Michała, tj. dokończyć jego dzieło. Związek Rodu Żółtowskich postanowił zaktualizować wydaną w 1998 roku „Genealogię”. Pracę nad nowym uzupełnionym wydaniem podjęli się wykonać także Elżbieta i Wacław z Łodzi.

    Nowe egzemplarze ukażą się w 2015 roku.

    Bożena Lipińska

  • Informacja

    Na 25 października Prezes Zarządu Mariusz zaprosił członków zarządu na zebranie do swojego gościnnego domu w Sztumie. Gospodarze przyjęli wszystkich bardzo serdecznie. Po zebraniu i wspaniałym obiedzie Mariusz zaproponował wycieczkę po najciekawszych miejscach Sztumu i okolicach na którą zdecydowała się większość uczestników.

    Na spotkaniu omówiono najpilniejsze sprawy. Decyzje dotyczące kilku spraw przedstawiam poniżej.

    ***

    Zarząd Związku Rodu Żółtowskich podjął decyzję, że osoby które od pięciu lat nie opłacają składek członkowskich będą wykreślone z listy Związku.

    Nie dotyczy to osób, które ukończyły 75 lat, jak również tych, którzy niezwłocznie uzupełnią zaległości.


    Na Zjeździe w czerwcu 2015 roku będzie można nabyć nową Genealogię Rodu Żółtowskich. Osoby, które zechcą zakupić tę Genealogię, proszone są o zamawianie egzemplarzy do końca marca 2015 roku u sekretarza Związku Kaliny ; listownie, drogą internetową kalina.nowacka@o2.pl lub telefonicznie 56 6553778.

  • Spotkanie z Prezesem honorowym Związku Rodu Żółtowskich Andrzejem Ludwikiem w Warszawie

    Ludwik z Mariuszem Ludwik z Mariuszem

    13 września w godzinach popołudniowych wraz Bożenką Lipińską udaliśmy się na wcześniej umówione spotkanie z Andrzejem Ludwikiem Żółtowskim. Głównym celem naszej wizyty było wręczenie, przyznanego naszemu Prezesowi Honorowemu w czasie jubileuszowego XX Zjazdu Rodu w Dębowej Górze w 2011r., Medalu im. Michała z Lasek Medal ten otrzymują osoby szczególnie zasłużone dla Związku a takową niewątpliwie jest jego współzałożyciel, pierwszy Prezes i wreszcie Prezes Honorowy, Andrzej Ludwik. Tradycją jest dekoracja podczas uroczystej kolacji w czasie Zjazdu, jednak z uwagi na nieobecność nominata, należało znaleźć inną formułę. Tylko dzięki pomocy Jerzego, męża Bożenki, znakomicie znającego Warszawę, udało nam się zdążyć na czas, gdyż ulice dojazdowe były w przebudowie i trzeba było nadłożyć drogi. W mieszkaniu Pana Andrzeja zastaliśmy, poza jego małżonką ,jeszcze jedną damę, która została nam przedstawiona jako Maja Zamoyska.

    Po wręczeniu Medalu, mieliśmy okazję wysłuchać przy kawie i ciasteczku przygotowanym i podanym przez obie Panie, garści wspomnień z Powstania Warszawskiego, którego uczestnikiem był nasz Prezes. Wspominał również swoją ciotkę, Marię Tarnowską, w czasie II Wojny Światowej pełniącą funkcję Prezesa Polskiego Czerwonego Krzyża. W uznaniu zasług awansowana została na stopień majora, który był najwyższym w Polsce stopniem oficerskim, jakim w czasie wojny mogła się poszczycić kobieta.

    Pan Andrzej podzielił się z nami interesującą informacją na temat genezy nazwiska „Żółtowski”. Korzystając ze swoich bogatych zbiorów bibliofilskich, odnalazł, że w „Słowniku Staropolskich Nazw Osobowych” (Tom IV i VI) pojawia się w zapiskach z roku 1427 Petrus Ogon de Szolthowo, następnie występuje: „Woyczek Soltoszky ius habet…portavit litteram sufficientem de Ploczko 1479 „a wreszcie„ Dominus dux Johannes…direxit (!) Stanislaum Szolthowski suum curiensem 1480”. Używając języka dyplomatycznego można by stwierdzić, że spotkanie upłynęło w miłej i serdecznej atmosferze, jednak w tym wypadku sformułowanie to wyjątkowo nie mija się z prawdą. Pan Andrzej, czytający regularnie nasz Kwartalnik, wykazuje nadal żywe zainteresowanie działalnością Związku i chciałbym liczyć na to, że podzieli się z nami na jego łamach interesującymi wspomnieniami, przywołując osoby i zdarzenia, których młodsze pokolenie może nie mieć możliwości poznać z innych źródeł.

    Panie Prezesie. Serdecznie dziękujemy za przyjęcie w Pana domu i życząc dobrego zdrowia mamy nadzieję na dalsze spotkania.

    Mariusz ze Sztumu

    P.S. Zainspirowany informacjami na temat genezy nazwiska odnalazłem informację, że literę „ż” wprowadzili do języka polskiego drukarze krakowscy w pierwszej połowie XVI w. a więc dopiero od tego czasu mogliśmy nazywać się Żółtowscy.

  • „Młodość górna i chmurna”

    Część VII: lata sześćdziesiąte – liceum im. A. Mickiewicza

    W roku 1965 przeprowadziliśmy się do Warszawy. Rodzice mieli do wyboru dwa mieszkania. Pierwsze w Śródmieściu przy ulicy Pańskiej, ale na ósmym piętrze oraz przy ul. Brazylijskiej na Saskiej Kępie, na pierwszym piętrze. Były to małe mieszkania. Trzy pokoje – łącznie 52 2. Wybrali mieszkanie na Saskiej Kępie. Mama obawiała się ciągłych awarii windy, no i tej wysokości. Mieszkanie (trzypokojowe) było tak niskie, że ręką dotykałem sufitu. Przez to duszne, latem przegrzane, zwłaszcza że wszystkie pokoje były od południowej strony. Kuchnia dla jednej osoby, bo gdy weszły dwie, to nie można się było ruszyć. Nie byliśmy przyzwyczajeni do hałasu dochodzącego z innych mieszkań. Lokator z bloku naprzeciwko lubił płytę Grzesiuka i grał ją cały dzień na okrągło. Po pewnym czasie wszystkie teksty znałem na pamięć. Inna lokatorka słuchała Filipinek przez cały dzień. Najbardziej fatalna była niedziela, bo wszyscy byliśmy w domu. W inne dni rodzice szli do pracy, my do szkoły i jakoś dało się wytrzymać.

    Nie mieliśmy już naszego podwórka ani kolegów do zabawy. Byli tylko koledzy z klasy. Wielu z nich mieszkało w okolicznych blokach. Do szkoły 168 przy ul. Zwycięzców 44 trafiłem w połowie siódmej klasy (wtedy jeszcze szkoła podstawowa była siedmioletnia). Zawsze dobrze się uczyłem, prędko więc się zaaklimatyzowałem i ukończyłem szkołę z dobrymi wynikami. Do szkoły miałem wyjątkowo blisko, gdyż szczyt mego bloku dotykał krańca boiska szkolnego. Wycięta w rogu siatka ogrodzeniowa skracała drogę do szkoły. Ten okres minął mi bardzo szybko i niewiele pamiętam scen godnych opisania. Minęły cztery miesiące i nastały wakacje. Nigdzie nie wyjechaliśmy. Dziadkowie byli już w podeszłym wieku, więc Rodzice nie chcieli obarczać ich wnukami na okres wakacji. Czekał mnie pierwszy poważny egzamin życiowy.

    Musiałem dostać się do Liceum Ogólnokształcącego. To było IV LO im. Adama Mickiewicza w Warszawie przy ul. Saskiej 59. Szkoła była też blisko, jakieś dwieście metrów. Egzamin nie był trudny. Zadania z matematyki rozwiązałem, a z języka polskiego pisałem na temat mojego bohatera literackiego Tomka z powieści przygodowych Alfreda Szklarskiego. Próbę życiową zaliczyłem i stałem się licealistą ósmej klasy. Uczyłem się średnio. Nie źle, ale też nie najlepiej. Wtedy to po raz pierwszy zauważyłem, że nie ma sprawiedliwości na świecie. Kiedy czegoś nie wiedziałem, obrywałem dwóję, a kolega, gdy nie umiał odpowiedzieć słyszał tekst: „Siadaj! Na drugi raz postawię ci dwóję!” Mama kolegi przez całe cztery lata nauki przychodziła na długą przerwę i parzyła profesorom kawę. Kolega był więc lepszym uczniem ode mnie. Wiem, że studiów nie skończył. Głowę miałem bardziej humanistyczną niż ścisłą. Matematyka szła mi ciężko przez całe liceum. Co roku zmieniał się nauczyciel. Jeden lepiej tłumaczył, inny gorzej. Długo nie mogłem zrozumieć, co to jest liczba A, B czy C. Podobnie z fizyki. Doszło do tego, że na koniec ósmej klasy miałem poprawkę, właśnie z fizyki. Bardzo się tym przejąłem i przez całe wakacje wstawałem o szóstej rano i do ósmej uczyłem się tego przedmiotu. Humanista, jak wiadomo łatwo i szybko uczy się tekstu na pamięć. Więc książkę z fizyki znałem na pamięć i odpowiadając profesorom na poprawce, cytowałem z niej tekst. Oceniono mnie bardzo dobrze i pochwalono w obecności rodziców. Jednak uważałem, że nie zasługiwałem na tę poprawkę. Nie kłamałem! Opisywałem doświadczenia fizyczne tak, jak one rzeczywiście wychodziły, a nie jak mówiła teoria z książki. Dopiero potem zrozumiałem, że był to błąd urządzeń: porozciągane sprężyny w dynamometrach i przez to błędne pomiary i wyniki. Ci sprytni dopasowali wyniki tak, by wyszło jak w książce, dostawali piątki za doświadczenie. Ja dostawałem dwóję. Fakt, że nie umiałem się bronić, a raz postawiona dwója nie ulegała wymazaniu i rzutowała na ogólną ocenę.

    Jak pisałem, byłem stuprocentowym humanistą. Corocznie w liceum odbywał się konkurs recytatorski.

    Repertuar – oczywiście poezja Mickiewicza. Postanowiłem wystartować z „Redutą Ordona”. Prezentacja utworu trwała siedemnaście minut. Zrobiłem duże wrażenie na gronie pedagogicznym. Wygrałem ten konkurs!

    Kółko teatralne w naszej szkole prowadziła pani Sołuba, żona byłego ambasadora polskiego w Chinach i ówczesnego redaktora naczelnego „Polityki”. Jej syn Zbyszek zdał maturę w liceum im. Mickiewicza i dostał się do Szkoły Teatralnej w Warszawie. Córka Monika (bardzo ładna dziewczyna) także pragnęła być w przyszłości aktorką. Razem z moim bratem Michałem chodziła do jednej klasy. Ja, jako laureat konkursu, zostałem „wcielony” siłą do tego kółka. Próbowaliśmy wystawić „Zemstę” Fredry. Jednak po pewnym czasie kółko się rozpadło, bo coraz mniej członków zespołu przychodziło na próby, wymawiając się sprawdzianem, klasówką.

    Pani Sołuba pracowała w Telewizji Polskiej w redakcji „Kobry”. Pewnego dnia powiedziała mi, że dział młodzieżowy TVP poszukuje młodych prezenterów programu młodzieżowego pt. „Dla każdego coś miłego”. Wpisała mnie na listę kandydatów. Zostałem zaproszony do telewizji do biura, które mieściło się w budynku Teatru Wielkiego wejście od ówczesnego Placu Zwycięstwa. Osoby tam pracujące rozmawiały ze mną tylko na tematy nie związane z telewizją. Po pewnym czasie pokazano mi studio telewizyjne, które wówczas znajdowało się w Pałacu Kultury i Nauki. Stojąc na zapleczu obserwowałem, jak przebiegają programy. Miałem przyjemność zobaczyć tam „na żywo” Edytę Wojtczak, Eugeniusza Pacha, Irenę Dziedzic oraz innych pracowników i aktorów z lat sześćdziesiątych. Oczywiście bezpośrednio z nikim nie rozmawiałem. Byłem dzieckiem w roli gapia, któremu pozwolono przyglądać się pracy z zaplecza.

    Co było dalej? Napiszę w następnym odcinku.

    Rafał z Korycina

  • Elear – moje serce

    Był mglisty listopadowy poranek. Po nocy spędzonej w podróży dotarłam do celu. Łobez – Zakład Treningowy przy Stadzie Ogierów Skarbu Państwa zlokalizowany w XIX-wiecznych stajniach z czerwonej cegły, tak charakterystycznych dla pomorskiej architektury. W ciągu dwóch dni miała się tu odbyć próba dzielności dla najlepszych 2,5 letnich ogierów półkrwi, kończąca trzymiesięczny okres pracy i przygotowań w kierunku użytkowania sportowego i hodowlanego, tzw. test 100-dniowy.

    Udałam się do biura Zakładu w celu zgłoszenia do aukcji, którą kończyła się próba. Podekscytowana, mimo nieprzespanej nocy i mrozu wertowałam katalog koni dopuszczonych do ostatniego egzaminu. Po tylu latach realizowało się moje największe marzenie – posiadanie własnego wierzchowca. Marzenie okupione wyrzeczeniami i ciężką pracą. Stawka 52 koni prezentowała się imponująco. O prym walczyły najlepsze ogiery swojego rocznika w Polsce wyhodowane w elitarnych stadninach państwowych i ośrodkach prywatnych.

    Pierwszym testem sprawdzającym przydatność koni do użytkowania wierzchowego był korytarz, czyli wygrodzony pas wzdłuż ścian budynku krytej ujeżdżalni z ustawionymi przeszkodami. W tak zbudowany tunel puszczany był koń, który miał za zadanie pokazać swoją dzielność i styl w pokonywaniu przeszkód. Po skokach luzem nadszedł czas na pracę pod siodłem. Ogiery były prezentowane pod jeźdźcami w trzech chodach, z których każdy był poddany ocenie, oraz w skoku. Z zapartym tchem śledziłam zmagania kolejno prezentowanych wierzchowców notując uwagi w katalogu. Pół setki koni później miałam mgliste pojęcie, który z nich wróci ze mną do domu, gdyż stawka była bardzo wyrównana.

    Drugi dzień próby rozpoczął się oceną koni na płycie – koń prezentowany jest w stój, stępie i kłusie, weryfikowana jest też jego bonitacja1. Po dwudniowych zawodach, podsumowaniach ocen i notatek wybrałam dwa ogiery, o które planowałam toczyć bój na zbliżającej się aukcji. Dwa najlepsze, dwa które ujęły mnie swoją dzielnością, odwagą, ekspresją, ruchem, dwa, które samym swoim istnieniem zapierały dech w piersiach. Nie chciałam myśleć o tym, że wśród starych wyjadaczy, hodowców z kilkudziesięcioletnim stażem, na obcej ziemi, mam znikome szanse na zakup wybitnego konia.

    Oni też w to nie wierzyli.

    Oj, jak im było w niesmak jak ich w pole wywiodła studentka! Jak chodzili, pytali, że jak to, że kto to, że taki koń…

    Po wygranej aukcji, po ustaleniu warunków zakupu z dyrektorem stadniny w Prudniku, gdzie został wyhodowany koń, poszłam do stajni, gdzie stał ELEAR – mój wybrany, wyczekany, wymarzony. Zapytałam, czy chce wracać ze mną do domu. Wtulił chrapy w moje dłonie. Zakupu gratulował sam Władysław Byszewski h. Jastrzębiec – wybitny hodowca, jeździec międzynarodowy, człowiek legenda. Powiedział, że gdyby on mógł go kupić, Elear kryłby elitarne klacze w Stadninie Koni w Walewicach.

    Był 23 listopada 2000 roku. Dziś mija 14 lat od tego dnia. I do dziś nie milkną zachwyty tych, którym dane było spotkać tego wspaniałego konia. Konia niezwykle wrażliwego, niezwykle wymagającego, najtrudniejszego w całej mojej karierze jeździeckiej. Silnego, wyniosłego, dumnego, dominującego. Każdy sukces, każdy postęp okupiony był godzinami ciężkich treningów. I dzięki temu tym bardziej cenny.

    Przez te 14 lat byliśmy nierozłączni, wiele lat wspólnych treningów, zawodów, wyjazdów na zgrupowania, potem niespodziewana kontuzja, która przerwała przedwcześnie karierę, operacja, leczenie, rehabilitacja…

    Nigdy nie był kucykiem do przytulania, zawsze miał swoje zdanie, połamał mnie dwa razy, ale nawet z gipsem nadal go dosiadałam. Nigdy nie zrobił nic złośliwie, ale nigdy też nie pozbył się tej dzikości świadczącej o jego władczym charakterze. Ten koń to największe wyzwanie mojego życia, a jego przyjaźń i zaufanie to największa nagroda.

    Dziś Elear jest moim najlepszym przyjacielem, moim sercem i duszą, stanowi nierozerwalną część mnie, jesteśmy jednym umysłem, odczuwamy jednym ciałem, rozumiemy się bez słów. Na jeden gest przybiega do mnie z drugiego końca pastwiska, zostawiając trawę i swoje sprawy, by oprzeć głowę mi na ramieniu i łaskawie pozwolić przytulić się do gorących chrap.

    W lutym przyszłego roku Elear kończy 17 lat. Przez te wszystkie lata zmieniał się fizycznie, dorastał, ale charakter i błysk w oku ma wciąż tego 2,5latka, którego poznałam w pewien mglisty listopadowy poranek…

    Agnieszka z Wrocławia


    1 Bonitacja – ocena wartości hodowlanej i użytkowej zwierzęcia, wyrażona w punktach przyznawanych za poszczególne partie ciała, chody, typ, wygląd ogólny.

  • Wszystkich Świętych 1 listopada 2014r.

    Wspomnienie o Michale Żółtowskim z Lasek i Michale Żółtowskim z Łodzi

    Minął kolejny rok od śmierci dwóch Michałów tak bardzo zasłużonych dla Rodu Żółtowskich, szczególnie dla powstania naszego Związku Rodu. Wspominam ich w ten szczególny dzień. Myślę o tym, kiedy spotykaliśmy się na kolejnych Zjazdach rodowych, w Laskach, a z Michałem z Łodzi również na zebraniach Polskiego Towarzystwa Heraldycznego w Warszawie.

    Pamiętam nasze serdeczne, przyjacielskie i rodzinne relacje. Przyznacie mi rację, drodzy kuzyni, że my wszyscy Żółtowscy jesteśmy szczęściarzami, że znaliśmy Michała „Dużego” i Michała „Małego”. Wraz ze Zbigniewem ze Skierniewic przyczynili się oni do poznania się osób noszących nazwisko Żółtowski.

    To właśnie ś.p. Michał z Łodzi prowadził wielokrotnie rozmowy ze ś.p. Michałem z Lasek i Zbigniewem Żółtowskim ze Skierniewic o powstaniu Związku Rodu. To szczególnie dzięki nim oraz innym członkom-założycielom powstał Związek Rodu Żółtowskich – związek, który skupia osoby spokrewnione w bliższym bądź dalszym stopniu, noszące nazwisko Żółtowski, nazwisko rycerzy, szlachty, wojskowych, bohaterów zasłużonych przez wieki dla sprawy narodowej. Dzięki napisaniu „Genealogii Rodu Żółtowskich” „Mały” Michał przedstawił powiązania między krewnymi i kuzynami bliskimi i dalekimi, którzy nigdy nie poznaliby się, gdyby nie jego badania genealogiczne, podróże po Polsce i wnikliwe rozmowy w domach Żółtowskich.

    Michał z Łodzi odszedł od nas tragicznie w młodym wieku.

    Związek stracił wspaniałego genealoga. Brak jego na Zjazdach spowodował pewną pustkę, podobnie jak odejście Michała z Lasek.

    W Michale z Lasek podobało mi się to, że traktował wszystkich Żółtowskich tak samo. Nie było lepszych czy gorszych. Szanował każdego człowieka i każdego Żółtowskiego bez względu na to, czy wywodził się z rodziny szlacheckiej, zubożałej, zaściankowej schłopiałej, czy arystokratycznej bądź średniozamożnej. Uczył sposobu na życie, dla każdego miał dobre, ciepłe słowo. Jego niezwykle celne zdania, były wskazówką, jak postępować. Uczył, jak mówić prawdę, nie zrażając innych. Był to człowiek bardzo dobry i mądry. O sobie myślał na końcu. Był prawdziwym arystokratą ducha, strażnikiem słowa, dobrych obyczajów, manier, kultury i tradycji. Był uosobieniem radości i pogody ducha. Posiadając tak znakomitych przodków, nigdy nie podkreślał swojego arystokratycznego urodzenia przy Żółtowskich, których przodkowie byli zwykłymi, nie wyróżniającymi się obywatelami Polski. Dzięki niemu każdy z nas czuł się dumny, że ma takiego zacnego kuzyna.

    Podziwiam Michała z Czacza, że nie wyemigrował jak wielu innych, został w Ojczyźnie i służył wiernie Polsce, że poświęcił swe życie dla dzieci w zakładzie dla niewidomych w Laskach jako wychowawca i nauczyciel.

    Michał Żółtowski z Lasek napisał też wiele ciekawych wspomnień i książek, np.:

    – Henryk Ruszczyc i jego praca dla niewidomych,

    – Blask Prawdziwego Światła – albo Matka Róża Czacka i jej dzieło,

    – Jan Szkolik Artysta- stolarz, żołnierz Grupy Kampinos AK,

    – To wszystko działo się naprawdę,

    – Wspomnienia z młodych lat,

    – Leon Krzeczunowicz – „Uprawa”- „Tarcza”,

    i wiele pamiętników oraz artykułów do kwartalników Związku Rodu Żółtowskich.

    Odeszli od nas wielcy ludzie, wielcy zasłużeni Żółtowscy – Michał „Duży” z Lasek i Michał „Mały” z Łodzi, którzy cieszyli się wielkim uznaniem wszystkich członków Związku Rodu Żółtowskich.

    Pamiętajmy o nich, szczególnie w dniu Wszystkich Świętych!

    Stefan Żółtowski

  • „A siódme: Nie…?”

    Styczeń 1945 rok – początek końca II Wojny Światowej.

    Na peryferiach od strony Warszawy stało wojsko radzieckie, które prowadziło ostrzał artyleryjski, kierując ogień na przeciwległy kraniec miasteczka, gdzie były skoncentrowane siły niemieckie.

    Pociski przelatywały nad domkami, które przykryte czapami śniegu przypominały przycupnięte grzybki z białymi kapeluszami. Huk wybuchów powodował, że czapy śniegu pękały i spadały z dachów. Jeden z pocisków trafił w zabudowania niemieckiego magazynu żywnościowego. Na środku dużego placu stało okazałe gmaszysko, czerwono-żółte jęzory ognia lizały jedną ze ścian. Pomimo rozprzestrzeniającego się pożaru ludzie tłoczyli się usiłując wejść do magazynu. Z narażeniem życia wynosili co się tylko dało: konserwy, różnorodne sery, alkohole, tłuszcze i inne artykuły żywnościowe. Pierwszy raz w życiu widzieli taki ogrom nagromadzonej żywności. Przez lata wojny doznali niewyobrażalnej nędzy i uczucia głodu, teraz na widok nadmiaru jedzenia tracili jakikolwiek rozsądek. Nie bacząc na niebezpieczeństwo wskakiwali w czeluść magazynu, który przypominał już piec.

    Trzask pękających butelek z alkoholem mieszał się z krzykami poparzonych ludzi. Tłum oszalał nie zważając na to, że nie wszystkim udało się wyjść z pomieszczeń. Śmiałkowie jednak wskakiwali w ogień, chęć rabunku była silniejsza niż strach przed kalectwem i śmiercią.

    Chyba tak wyglądała biblijna Sodoma i Gomora pomyślała przerażona dziewczynka, która wbiegła wraz z innymi, ciągnąc za sobą sanki. I tak znalazła się na placu magazynowym. Nie bardzo rozumiała samą siebie, dlaczego uległa psychozie tłumu i biegła razem z innymi, jakby jakaś niewidzialna fala unosiła ją. Ogarnięta dziwnym podnieceniem nie pomyślała o celu swojej eskapady, ani o jej konsekwencjach.

    Naokoło placu stały parterowe zabudowania, w których były worki i skrzynie z takimi produktami jak; kasze, makarony, cukier, mąkę i inne. Pomieszczenia te stały w pewnej odległości od palącego się głównego magazynu, ogień do nich jeszcze nie dotarł. Nie były też na razie celem zainteresowania tłumu. Natomiast wszechobecny był czarny, gryzący oczy dym. W jednym z pomieszczeń stały kartonowe pudła, a w nich małe żelazne pudełka zawierające (jak się później okazało) paliwo w kostkach.

    Mała z wielkim trudem załadowała kilka kartonów na sanki i z jeszcze większym wysiłkiem je ciągnęła. Nikt jej nie zatrzymał, nawet niemieccy żołnierze, którzy stali przed bramą magazynu i odbierali ludziom uratowane od ognia produkty. Na widok zawartości sanek jeden z żołnierzy machnął lekceważąco ręką, widocznie nie przedstawiała ona dla Niemców większej wartości. Nikt nie zwracał na nią uwagi i tak szczęśliwie dotarła do domu.

    Jednakże w domu nie doceniono jej wysiłków, wręcz przeciwnie, otrzymała ostrą reprymendę; każda kradzież jest naganna.

    Dziwne zrządzenie losu, wydawało się, że narażanie swego zdrowia, a nawet życia, aby przetransportować z tak wielkim trudem ponad siły dziecka paliwo w kostkach. Wkrótce okazało się, że było to konieczne, bowiem w krótkim czasie po tym zdarzeniu wybuch bomby spowodował awarię elektrowni. Szpital został pozbawiony dostawy prądu. Sytuacja była tragiczna, pomocy potrzebowało wielu rannych i właśnie wtedy paliwo w kostkach przydało się do celów sterylizacji urządzeń chirurgicznych.

    Anna Nowotna-Laskus

  • Odrobina szaleństwa

    Czy można byłoby żyć
    w tym najpodlejszym, najokrutniejszym,
    a zarazem jedynym najpiękniejszym świecie
    gdyby nie odrobina szaleństwa?
    Gdyby nie to dziecko które mieszka w naszym sercu
    i z naiwną nadzieją patrzy w przyszłość
    i cieszy się najmniejszą drobiną.
    A gdy przychodzi czarna godzina,
    trzepoce się w sercu
    jak dziki ptak w trwodze.
    Czy życie byłoby do zniesienia?
    Czy starczyło by siły i odwagi,
    Gdyby nie ta odrobina szaleństwa?

    Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska

  • Stanął nad rzeką

    Stanął nad rzeką, na haczyk nadział przynętę,
    później z rozmachem zarzucił wędkę.
    Zabulgotała srebrzysta woda,
    ukazała się rybki złota głowa.
    Na wędkarza spojrzała ciekawie
    i rzecze z ironią: złowiłeś mnie – prawie.
    Bo gdyby tam była francuska ostryga,
    ale dżdżownica? a do tego jeszcze ledwo żywa.
    Bardzo nie lubię – tej przynęty.
    Jestem na diecie, a ty jesteś chciwiec wstrętny.
    Myślałeś, że mnie złapiesz na taki marny smakołyk?
    Tak tylko myśli ograniczony matołek.
    Machnęła ogonkiem i zginęła w głębinie.
    A z tego morał płynie: „Nie wierz żadnej dziewczynie!”

    Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska