Tag: Nr 94

  • Wielkanoc 2020

    Wielkanoc 2020

    Oby te Święta minęły nam wszystkim w zdrowiu.

    Pogody ducha i wszelkiej pomyślności

    życzy
    Zarząd Związku Rodu Żółtowskich

  • Neptun Boloński w Helu

    Neptun Boloński w Helu

    27 czerwca 2020 roku w mieście portowym Hel odbędzie się niezwykłe wydarzenie, a mianowicie, odsłonięcie jedynej na świecie rzeźby w granicie, wzorowanej na posągu Neptuna z Bolonii we Włoszech. Rzeźba odsłonięta będzie w obecności najwyższych osób RP i przedstawicieli z Włoch. Pomysłodawcą i autorem projektu rzeźbiarskiego pn. „Neptun z Bolonii” Projekt „Centurion” (Neptune of Bologna – The Centurion Project) jest Arkadiusz Żółtowski z Płocka.
    Kamienna rzeźba wykonana jest w skali 1:1 i waży tyle samo co oryginał, który jest odlany z brązu, mierzy ponad pięć i pół metra wysokości ponad poziom gruntu mierząc od podstawy cokołu do szczytu trójzębu. Postać samego Neptuna ma 3,4 metra wysokości od stóp do głowy i waży 2,3 tony, została wyrzeźbiona z jednego bloku portugalskiego granitu „Blanco Salinas”, który ważył aż 34 tony po wydobyciu z kamieniołomu i sprowadzeniu w marcu 2017 roku do Polski. Cokół na którym postać Neptuna zostanie posadowiona wykonano z tego samego granitu i waży prawie 8 ton, a jego wysokość 1,5 metra.
    Właścicielem rzeźby Neptuna jest Arkadiusz z Płocka, członek Związku Rodu Żółtowskich, którego marzeniem było stworzenie czegoś niezwykłego. Szukał inspiracji pośród mitologicznych bohaterów, ale najbardziej zachwyciła go fontanna Neptuna w Bolonii. Rzymski bóg wód niezwykle go oczarował. Nie bez powodu. Umięśniona i atletyczna sylwetka Neptuna z Bolonii jest odwzorowaniem ciała młodego Rzymianina, a jego głowa jest uosobieniem greckiego mędrca. Trójząb Neptuna z Bolonii, symbol mocy i wigoru, stał się inspiracją dla logo samochodów marki Maserati. Lewe ramię Neptuna pokazuje potęgę w geście władania nad niszczącą siłą mórz i oceanów.
    Projekt wykonania rzeźby nie miał na celu konkurowania z oryginałem w wykonaniu artysty Jean de Boulogne pseudonim Giambologna, raczej podkreślenie i uznanie wielkości kunsztu artystycznego. Ten projekt ma jeszcze bardziej uświetnić sławę istniejącej już statuy Neptuna. Arkadiusz, chciał zwrócić uwagę na przekaz jaki niesie ta konkretna wersja Neptuna, czyli uwalnianie ludzkiej wyobraźni, na zgłębienie mądrości, na siłę i moc charakteru człowieka w dążeniu do spełnienia pasji przez każdego z nas. Pasja, jak podaje w wywiadzie: „Rodzi się w nas i emituje na zewnątrz, aby zwiększyć wyobraźnię w innych. Chodzi o to, by wywołać potrzebę tworzenia.
    Realizacja pomysłu stworzenia rzeźby nie była prosta. Trzeba było znaleźć utalentowanego artystę, który podjąłby się tak trudnego zadania. Szukał kilka miesięcy po całym świecie. Wreszcie po trzech miesiącach natrafił na pana Tadeusza Biniewicza, mieszkającego w Gostyninie, zaledwie 20 km od Płocka. Artysta jest znany i podziwiany nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Wygrywał konkursy oraz zdobył wiele nagród. Miałam okazję wraz z moim mężem podziwiać pomnik Kazimierza Wielkiego w mieście urodzenia króla w Kowalu w woj. kujawsko-pomorskim, autorstwa pana Tadeusza. Arkadiusz był pod dużym wrażeniem jego prac i nie miał wątpliwości, że to będzie odpowiedni artysta. Pan Biniewicz zaskoczył autora stwierdzeniem, że wykona rzeźbę, nawet ładniejszą od oryginału. Zadanie niewątpliwie było bardzo trudne, bowiem nikt od ponad czterystu lat nie podjął się wyrzeźbienia Neptuna w kamieniu. Panu Biniewiczowi udało się. Pomimo, że granit jest twardym materiałem, potrafił przekazać wiernie dziełu duszę, życie, ruch i nieśmiertelność. Realizacja wykonania rzeźby trwała ponad dwa lata.
    Arkadiusz Żółtowski jest osobą pełną pasji, humoru i pomysłów. Urodził się i wychował w Płocku. Rodzice, Aleksander Tadeusz i Bogumiła z Jabłońskich Żółtowscy z linii Aleksego z Popłacina. Od młodzieńczych lat interesował się samolotami i marzył o licencji pilota. W Płocku ukończył szkołę podstawową, a w Dęblinie Liceum Lotnicze i tutaj rozpoczął studia w Wyższej Szkole Lotniczej o profilu „Pilot samolotów odrzutowych ponaddźwiękowych”.
    Wrócił do Płocka i w tutejszym aeroklubie doszkalał się na samolotach do licencji turystycznej i zawodowej.
    W 1980 roku, jeszcze przed stanem wojennym wyemigrował do Austrii, by po około dwóch miesiącach wyjechać do dalekiej Australii. Poszukał pracy w lotnictwie. Po latach założył swój własny biznes w Australii i w Polsce, zajmujący się usługami i sprzedażą związaną z samolotami i lotnictwem. Przez 26 lat dzielił swój czas pomiędzy Australią a Polską. Posiada polsko-australijskie obywatelstwo. W Australii mieszka dwoje jego starszych dzieci, córka i syn. Z młodszą córką i z żoną mieszka w Płocku. Ale jak sam twierdzi, niedługo wyjedzie do Australii, do Perth, które jest stolicą stanu Australia Zachodnia. Położone przy ujściu rzeki Łabędzkiej do Oceanu Indyjskiego, u podnóża gór Darling. Jest czwartym miastem Australii i zamieszkuje je ok. 2. mln mieszkańców. Arkadiusz jest obywatelem świata, ale najbardziej zakochany jest w Polsce i Australii, w Płocku i Perth.
    Mało brakowało, a rzeźba Neptuna wyjechałaby do Perth, gdyby nie pobyt Arkadiusza z rodziną w Gdyni w 2019 roku. Chciał pokazać córce foki, więc popłynęli na Hel. Gdy zobaczył nadbrzeże w Helu i poznał historię miasta, jego obyczaje i kulturę, stwierdził, że to miejsce jest idealne, aby wyeksponować rzeźbę nawiązującą do morskich tradycji. Nie informując rodziny, udał się do Ratusza, by porozmawiać z burmistrzem. Okazało się, że gospodarz miasta jest pasjonatem sztuki. Zachwycony pomysłem wyraził zgodę na realizację tego wspaniałego planu. Tak zaczęła się współpraca Arkadiusza z Burmistrzem i Radą Miasta Hel. 24 sierpnia 2019 roku rzeźbę przetransportowano z Płocka do Helu. 18 grudnia 2019 roku podczas XIII sesji Rady Miasta Helu, Burmistrz Mirosław Wądołowski, wskazał miejsce postawienia rzeźby Neptuna na Bulwarze Nadmorskim. W otoczeniu rzeźby ogrodzenie pięknie kute, oplecione linami rybackimi i z kotwicami, a ściany w kształcie sieci rybackich. Elementy fontanny tzw. „Kąpiel Neptuna” będą podświetlone. Po lewej stronie cokołu umieszczony będzie herb „Ogończyk”, właściciela kamiennego Neptuna Arkadiusza Żółtowskiego, po prawej stronie – gryf kaszubski, z przodu – herb Helu, z tyłu następująca treść autora projektu:

    „Ku nie ograniczonym marzeniom i ku dążeniu do ich spełnienia,
    trwając w poczuciu siły i mądrości,
    dedykuję ten artystyczny projekt rzeźbiarski moim dzieciom.
    Natomiast rzeźbę Neptuna, symbolizującego poprzez swe wyciągnięte lewe ramię
    wolę ochrony ludzi przed zburzonymi falami mórz, przed sztormowymi wiatrami,
    dedykuję ludziom morza miasta Helu i jego ciężko pracującym rybakom, jak i żołnierzom
    Marynarki Wojennej RP, którzy na co dzień chronią polskiego wybrzeża”

    Będzie to na pewno bardzo interesujące wydarzenie. Z tej okazji organizowane będą dni włoskie w Helu. Odbędzie się koncert włoskich artystów, degustacja potraw włoskich, zlot starych samochodów, w tym także produkowanych we Włoszech i mnóstwo innych atrakcji.
    Zaproszeni będą oprócz władz polskich, ambasador Włoch i burmistrz Bolonii, przedstawiciel marki samochodu Maserati. Będzie to zapewne znakomita okazja, by zaowocowała współpraca pomiędzy obu miastami, które 27 czerwca zostaną oficjalnie połączone jednym wspólnym symbolem jakim jest boloński Neptun.


    Niesamowite co uczynił Arkadiusz dla przypomnienia wątku polskiego w historii Bolonii.
    21 kwietnia 1945 roku 2. Korpus Polski gen. Władysława Andersa wyzwolił Bolonię. Oddziały te były owacyjnie witane przez ludność, a 9. Batalion Strzelców Karpackich uzyskał miano „bolońskiego”, siedemnastu jego dowódców otrzymało honorowe obywatelstwo miasta. Senat Bolonii wręczył polskim żołnierzom 215 specjalnie wybitych pamiątkowych medali. W bitwie bolońskiej zginęło 300. polskich żołnierzy, 600. zostało rannych. Dziewięciuset polskich żołnierzy zakochało się w bolońskich dziewczynach i osiedlili się tam po wojnie na stałe.
    Neptun helski wniesie wyjątkową indywidualność do przestrzeni publicznej miasta i zapewne przyczyni się do rozsławienia Helu w Europie i na świecie.
    Motto autora projektu brzmi: „Nie ograniczaj się, mierz wysoko i zawsze spełniaj swoje marzenia”. Arkadiuszowi udało się!

    Stoją od lewej: Arkadiusz Żółtowski, Ambasador Republiki Włoskiej Pan Aldo Amati, Burmistrz Helu, Pan Mirosław Wądołowski

    ELŻBIETA z Kutna

  • Ostatnie pożegnanie Witolda Żółtowskiego

    22 marca 2020 roku zmarł
    ś.p.
    WITOLD ŻÓŁTOWSKI
    urodzony 2 stycznia 1959 r w Starej Białej.

    Był długoletnim członkiem Związku Rodu Żółtowskich.
    Rodzinie, głębokie wyrazy współczucia i żalu składają

    Prezes zarządu, członkowie zarządu oraz
    członkowie Związku Rodu Żółtowskich.

  • Wywiad z Kicią ze Szczęsnego

    Wywiad z Kicią ze Szczęsnego

    Dlaczego Kicia?

    Mam na imię Krystyna. Przydomek Kicia przylgnął do mnie już w pierwszym roku życia. Osobą która zmieniła mi imię była Pani Helena Nawrot, żona i impresario sławnego dyrygenta. Mieszkaliśmy wtedy w Warszawie, a moja Mama w czasie okupacji jakiś czas mieszkała u niej. Wołała na mnie kitten – kocię, koteczek, czyli kicia i tak już zostało. Wielokrotnie próbowałam „zlikwidować Kicię” w szkole, na studiach, w różnych środowiskach, ale niestety zawsze wokół mnie było mnóstwo Krystyn i Kicia przebijała się jako wyróżnik. Pogodziłam się więc z losem i nawet zaczęłam tak podpisywać prywatną korespondencję – co robię do dziś.

    Kiciu, wyszłaś za mąż za Macieja Żółtowskiego, który zmarł w 1993r. Proszę, opowiedz o Nim i jego rodzinie.

    Maćka Żółtowskiego poznałam na studiach w olsztyńskiej WSR (Wyższa Szkoła Rolnicza). Na pierwszy rzut oka robił wrażenie zarozumiałego i bezczelnego chłopaka – dla mnie zupełnie nieciekawy typ. Przypadek zrządził, że „wykruszyli” się nasi partnerzy na obowiązkowych ćwiczeniach i Maćka przydzielono do mnie na mikrobiologii, a mnie do grupy Maćka na maszynoznawstwie. Okazało się, że wbrew pozorom współpraca układa się nam doskonale. Zainteresowania nasze się uzupełniają, a w wiedzy potrafimy się wspierać. Zaczęliśmy też wspólnie pracować w Spółdzielni Studenckiej „Żaczek”. Mycie okien wystawowych, dekoracje wystaw, sprzątanie po remontach sklepów, malowanie i stawianie reklam na szosach wylotowych z miasta itp. Maciek mieszkał w akademiku w miasteczku studenckim w Kortowie, a ja z mamą w jej służbowym mieszkaniu w Banku Inwestycyjnym w centrum Olsztyna. Do Kortowa, gdzie mieściła się moja uczelnia jeździłam trolejbusem. Co niedzielę przyjeżdżał Maciek i razem szliśmy na 10-tą do olsztyńskiej Katedry na mszę akademicką. Tam też w marcu 1964r. wzięliśmy ślub. Studia się kończyły, a my nie chcieliśmy się rozstawać. Nasze rodziny okazały się pod względem pochodzenia, wyznania i poglądów podobne. Obie doznały wielu cierpień ze strony okupanta niemieckiego. Ojciec i Dziadek Maćka przeżyli obóz w Mauthausen, wyzwolony przez Amerykanów, którzy namawiali ich aby osiedlili się w Europie Zachodniej lub w USA. Mieli obywatelstwo amerykańskie, Ojciec Maćka szkołę podstawową ukończył w USA. Odmówili jednak i wrócili do swych żon i dzieci do Polski. Natychmiast po powrocie zostali aresztowani przez UB jako „faszyści” i jakiś czas przesiedzieli w „ubeckiej piwnicy”. By uniknąć podobnych incydentów wyprowadzili się z pod płockiego Bodzanowa do Pasłęka na Warmii na tzw. ziemie odzyskane. Mój Ojciec po ucieczce z obozu jenieckiego umarł w 1942r. w warszawskim szpitalu Dzieciątka Jezus z powodu kompletnego wycieńczenia i nabytych w obozie chorób. Matka zaś ledwo przeżyła niemieckie gestapowskie więzienie (Warszawa i Łódź). Ja jako trzy letnie dziecko przez pół roku tułałam się po krewnych i znajomych i też byłam poszukiwana. Babcia i sześć ciotek, jako więźniowie polityczni trafiły na dwa lata do obozu w Stutthofie (odwet za Powstanie Wielkopolskie).
    Po ślubie z Maćkiem przez pięć lat mieszkaliśmy z moją Mamą i Ciocią. Trzy lata po ślubie urodził się Wojtek – nasz najstarszy synek i dopiero gdy miał dwa latka, zdołaliśmy się wyprowadzić do nowego domu. Oboje pracowaliśmy w instytucjach branży spożywczej – zgodnie z naszą specjalnością zawodową. Zarabialiśmy nieźle, jednak na mieszkanie służbowe w Olsztynie nie mieliśmy żadnych szans, a system pracy – tydzień w terenie, niedziela w domu, zupełnie nam nie odpowiadał. O żadnym wstąpieniu do partii rządzącej nie było mowy, takie propozycje odrzucaliśmy bezwzględnie. Pozostało nam jedynie zbudowanie własnego domu. Aby szybko zarobić odpowiednią kwotę niezbędną do uzyskania kredytu bankowego, zaczęliśmy od pod olsztyńskiej gminy dzierżawić ziemię i uprawiać warzywa – głównie kapustę. Olsztyńska Spółdzielnia Ogrodnicza chętnie kontraktowała większe ilości i po odbiór towaru z pola przysyłała własny transport. To nas urządzało. Do zbiorów zatrudnialiśmy różne osoby, a także studentów z „Żaczka”. Praca była ciężka, ale efekty niezłe. I tak w 1969 r. wprowadziliśmy się do nowego domu w Olsztynie na osiedlu Rybaki. Od północy osłaniał nas las miejski, w pobliżu piękne Jezioro Długie, kompleks sklepów, przedszkole, szkoła podstawowa i niewielki ośrodek zdrowia. Niedaleko dwa technika ekonomiczne i elektryczne, a duże Jezioro Ukiel z wieloma klubami żeglarskimi. Zdawało się, że miejsce wprost wymarzone dla rodziny z dziećmi. Jednak mieszkaliśmy tam tylko trzy lata. Dzierżawione pola nadal funkcjonowały. Maciek przez regularne nawożenie doprowadził je do wysokiego plonowania, lecz nie mógł ich kupić, bo był tzw. „rolnikiem z Marszałkowskiej” i zakupili je najbliżsi gospodarze. Zaczęliśmy więc rozglądać się za jakimś małym gospodarstwem położonym w pobliżu.
    Wkrótce trafiło się takie w Szczęsnem – wsi graniczącej z Olsztynem. Starszy wiekiem rolnik, który miał czterech synów pracujących w Stoczni Gdańskiej, przeprowadził się do nich, a siedmiohektarowe gospodarstwo sprzedał nam. Notariusz oczywiście zażądał udokumentowania naszej wiedzy rolniczej – pokazaliśmy dyplomy WSR w Olsztynie i choć z innego wydziału, okazały się wystarczające. I tak to się zaczęło! W 1971r. w maju urodził się nam drugi synek Piotruś. Gdy miał półtora roku sprzedaliśmy dom w Olsztynie i przeprowadziliśmy się do nowego domu w Szczęsnem. Przed przeprowadzką powstały dwie szklarnie typu holenderskiego po 600 m2 i mnożarka. Zaczęła się dla nas „dekada koniunktury”. Maciek sprowadził swoje ukochane konie sportowe, bryki, sanie itp. Wyposażył się w jachty i inne łodzie, zbudował piękny dom letniskowy nad Jeziorem Pluszne tak, że oprócz ciężkiej pracy był też sport i rozrywka. Urlopy spędzaliśmy z Orbisem za granicą. W 1980r. Pojechaliśmy do Rosji, żeby pokazać dzieciom Olimpiadę w 1983r. polecieliśmy na Kubę. Powstały też dwie następne szklarnie i dokupiliśmy ziemię do 65 ha. Niestety 40 ha w odległości około 30 km – bliżej wszystko pochłaniał PGR. W 1984r. urodził się Adaś, nasze najmłodsze dziecko (córeczki się nie doczekałam). Teraz mam za to cztery wnuczki i tylko dwóch wnuków. Nasi synowie od najmłodszych lat brali udział w naszych pracach w gospodarstwie i w domu oraz w sporcie, który był pasją Maćka i moją (jazda konna, żeglarstwo). Myślę, że dzięki temu są życiowo zaradni, wiele potrafią zrobić samodzielnie, mają patenty żeglarskie, jeżdżą konno itp. Tak jak my wszyscy ukończyli naszą olsztyńską Alma Mater. My – Wyższą Szkołę Rolniczą, Wojtek i Piotr – Akademię Rolniczo-Techniczną, a Adaś – Uniwersytet Warmińsko–Mazurski w Olsztynie.

    Kto Cię zaprosił na Zjazd i jak pamiętasz pierwsze spotkanie z Żółtowskimi. Jaka atmosfera towarzyszyła spotkaniu?

    Z uczestnikami Zjazdów zapoznawałam się stopniowo. Pierwsze na pewno były ostrzeżenia mojej Babci Apolonii (1886-1967), która długo mieszkała w Poznaniu i dobrze znała Żółtowskich z Wielkopolski. Maciek długo ją zapewniał, że nie jest hrabią i przodków ma tylko nad Wisłą oraz, że na działalność społeczną go nie stać, a działalnością polityczną się nie interesuje. Na nasze wesele przybyli tylko krewni teściowej. Poza teściem i dwoma braćmi męża innych Żółtowskich nie było. Pod koniec lat 70-tych wybraliśmy się do Wiednia z wycieczką Orbisowską i tam na Kalembergu w kaplicy Sobieskiego ujrzałam po raz pierwszy herb Ogończyk z podpisem Adalbertus Żółtowski. Odrysowałam go sobie (mam ten rysunek do dziś) i odtąd żartowaliśmy, że mamy w rodzinie jednego herbowego – to jest nasz synek Wojtuś (Adalbert). Parę lat później do męża przyszedł list z Zabrza – nadawca Andrzej Żółtowski. Pismo mego szwagra Andrzeja, bardzo podobne. Powiedziałam do męża: „Czy ten Andrzej zwariował, pewnie pojechał na Śląsk na jeden dzień i list do ciebie pisze?” Po otwarciu okazało się, że list dotyczy informacji o Rodzie Żółtowskich, parę słów o historii Rodu i pytania o rodziców, rodzeństwo, potomstwo i jak najdalsze koligacje po linii nazwiska. Maciek przeczytał list, podarł i wrzucił do kosza – powiedział, że ma w Warszawie wielu krewnych, ale ich nie zna i nie chce ich szukać. Wyjęłam z kosza część listu i przy najbliższej okazji pokazałam teściowi. Podał mi dane ojca i dziadka i tą informację wysłałam panu Andrzejowi z Zabrza. Zamieściłam też informację o tym, że mój mąż zupełnie nie interesuje się rodowodami ludzi, natomiast z pasją śledzi rodowody koni i zaprasza p. Andrzeja na przejażdżkę konną. Minął jakiś czas (około roku 1990-go) i niespodzianie zjawił się u nas dobry duch Rodu Żółtowskich, a teraz już patron w niebie – Michał Żółtowski z Łodzi. Przyjęliśmy go radośnie, jakby zawsze był w rodzinie. Wiekiem i wzrostem był równy z naszym synem Piotrem. Różnili się karnacją, Michał – blondyn, Piotr – brunet. Myślę, że polubili się od razu. Do dziś ich widzę jak wyjeżdżają na koniach – jeden biały, drugi czarny. Michał zbierał materiały do opracowania genealogii Żółtowskich, więc odwiozłam go do innych Żółtowskich zamieszkałych w Olsztynie. Rok 1993 okazał się dla naszej rodziny fatalny. W wyniku nieudanej operacji 12-go sierpnia umarł mój mąż Maciek. Tuż po jego śmierci nadszedł list z zaproszeniem na Zjazd Rodu Żółtowskich w Zajączkowie. Oczywiście nikt nie pojechał. Ale następnego roku 1994-go wybrałam się na Zjazd w Soczewce k. Płocka z synami Piotrem i Adasiem (10-lat), zabrałam także Madzię, córkę brata męża – Jacka. Pojechał także Andrzej – drugi brat Maćka z synem Michałem. Zjazd był niezwykle radosny, przybyło mnóstwo ludzi i wszyscy byli życzliwi dla siebie, nie zwracając uwagi na poglądy, wyznanie, pracę, wykształcenie, wiek itp. W społeczności polskiej to wprost fenomen – jak spotkanie rodaków na antypodach, coś jak „zew krwi”. Myślę, że to właśnie „u Żółtowskich” mnie urzekło i od tej pory dość często bywam na Zjazdach.

    Z kim się zaprzyjaźniłaś?

    Na Zjazdach zaprzyjaźniłam się z Bożeną-Wandą z Warszawy i z Lidią z Sulechowa. Obie już odwiedziłam poza Zjazdami i one już kilkakrotnie odwiedziły mnie. Myślę, że te sympatyczne kontakty nadal będą trwały. U Bożenki zatrzymuję się, gdy jestem w Warszawie na grobach ojca i dziadka. Mamy też zawsze w programie wizyty w muzeach, na koncertach, w Laskach, w warszawskich parkach i świątyniach, w teatrze i operze. Byłyśmy też razem w Częstochowie i w Gietrzwałdzie. Stale jesteśmy w kontakcie telefonicznym.

    Kiciu, masz trzech synów: Wojciecha, Piotra i Adama. Wojciech i Piotr skończyli studia rolnicze, Adam ekonomię. Czym się zajmują?

    Wojtek wraz z żoną Małgosią prowadzi hotel pięknie położony nad Jeziorem Wulpińskim w pod olsztyńskiej miejscowości Dorotowo. Piotr z żoną Edytą zbudowali nowoczesne gospodarstwo ogrodnicze i produkują pomidory w trzyhektarowej szklarni w Mierkach pod Olsztynkiem. Adaś pozostał w Szczęsnym i wraz z żoną Kasią przeprowadzili modernizację naszego ogrodnictwa. Założyli też szkółkę drzew i roślin ozdobnych oraz sklep ogrodniczy. Wszyscy trzej w wolnych chwilach uprawiają jeździectwo i żeglarstwo.

    Opowiedz o kochanych Twoich wnukach.

    Wnucząt mam sześcioro. Troje studentów: Tomek i Hania (dzieci Wojtka), Kasia (córka Piotra). Druga córka Piotra – Martynka jest jeszcze w podstawówce. Maciek – przedszkolak ma pięć lat i Hania dwa latka – to dzieci Adasia. Wszystkie są piękne i kochane.

    Co robisz, kiedy masz chwilę dla siebie?

    Odpoczywam, czytam, kładę pasjanse, oglądam telewizję, myślę o bliskich i przyjaciołach, którzy odeszli i tęsknię za nimi.

    Co najbardziej Cię fascynuje?

    Chyba już wszelkie fascynacje minęły i to już dość dawno. Dziś wciąż uzupełniam brakującą wiedzę, a tą, którą posiadam staram się wspierać bliskich.

    Co jest dla Ciebie szczęściem?

    Szczęście moich dzieci i wnucząt. Cieszę się, że są i jest im dobrze, choć tylko najmłodszy syn Adaś potrafi ocenić pozytywnie pracę i sukces finansowy rodziców i potrafi to okazywać – ku mojej radości. Cieszę się też, że troje moich wnucząt – studentów zdało wszystkie egzaminy i zaliczyło kolejny rok akademicki oraz, że wszyscy są zdrowi, to jest moje największe szczęście.

    Dziękuję Ci pięknie za rozmowę i życzę dużo radości i pięknych chwil w życiu.
    ELŻBIETA z Kutna

  • Obrazki z polskiej wsi. Wakacje na wsi Siedliska-Bogusz

    Wczasy odgrywają u większości ludzi szczególną rolę, ponieważ dają okazję do poznawania nowych ludzi, nieznanych dzielnic i do oddawania się zajęciom, na które w ciągu roku nie znajdowali czasu. Pracując w szkole, miałem dwa miesiące wakacji. W lipcu 1964 r, znalazłem się w wyjątkowo malowniczej, dużej gospodarskiej wsi dawnego zaboru austriackiego, niedaleko od Jasła. Historyczna przeszłość wycisnęła piętno na ziemiach polskich, pozostawiając ślady państw zaborczych. Dziwną drogą trafiłem raz do miejscowości o nazwie Siedliska-Bogusz, która leży w dolinie nad małą rzeczką i składa się z dwóch złączonych ze sobą wiosek. Namówiła mnie na to p. Munkowa, żona znanego filmowego reżysera. Kiedyś pod wodzą swego profesora socjologii z zespołem kolegów przebywała tam, by prowadzić wywiady z ludnością na temat Jakuba Szeli, rodem z Siedlisk. Zamiarem profesora było doprowadzenie do zbiorowego opracowania gloryfikującego krwawego wodza „rabacji”. Akcja ta spełzła na niczym, gdyż okazało się, że dzisiejsi mieszkańcy wsi nie są dumni, lecz raczej wstydzą się dawnego legendarnego prowodyra. W rodzinie Wójcików, do której skierowała mnie p. Munkowa, żyła jeszcze babka, która go pamiętała. Nie będąc pewnym nastawienia rodziny, wolałem nie poruszać trudnego tematu, póki nie poznam świadectwa o Szeli, jakie pozostawiła babka. Do tej sprawy wrócę na końcu mego opowiadania.

    Miałem natomiast okazję zetknąć się bliżej z życiem wsi. Pan Wójcik był sołtysem, żona jego pracowała w urzędzie gminnym, a jej siostra w wiejskim sklepie. Dwóch synów chodziło do szkoły, była też czteroletnia córka, toteż tematów do rozmowy nigdy nie brakowało. Do sołtysa przychodzili ludzie z różnymi sprawami. Z rana ktoś wstąpił z wiadomością, że podczas pracy w polu koń kopnął w głowę jednego z sąsiadów i stan jego jest poważny. Wkrótce cała wieś o tym wiedziała i widziałem, jak przejmowano się tym nieszczęściem. Od pani domu dowiedziałem się, że dopiero co odbył się pogrzeb dziewczynki zabitej przez piorun. Zgodnie z ludowym obyczajem próbowano ją ratować, zakopując w ziemi, lecz i to nic nie pomogło.
    Potem rozmowa zeszła na niedawno ukończoną elektryfikację wsi. Kosztowała poszczególnych gospodarzy niemało pieniędzy, lecz przyniosła wielkie korzyści. Chroniła przed częstym na wsi zaprószeniem ognia w budynkach gospodarczych, zapewniała lepsze oświetlenie w domu, napęd elektryczny do sieczkarni itd. ,,Ale – jak mówiła gospodyni – przysłano do tej pracy dwóch obcych ludzi, którzy zadanie wykonali, ale pozostawili po sobie dwoje nieślubnych dzieci. Gdyby zaangażowano elektryków pochodzących z Siedlisk, nie byłoby to się zdarzyło”. – Z każdą godziną dowiadywałem się czegoś nowego i czułem bijące tętno tej społeczności wiejskiej.
    Upłynęło kilka dni i pani domu przyniosła mi ciekawą wiadomość. W rannych godzinach miało się odbyć wesele jakiejś młodej pary zamieszkałej w odległej wsi leżącej na skraju parafii i daleko od uczęszczanych szlaków. Radziła pójść pod kościół i popatrzeć, gdyż zapowiadała się niecodzienna uroczystość. Wziąłem szkicownik i składane krzesełko, po czym usadowiłem się niedaleko kościoła. Stało już tam jedenaście furmanek bogato przystrojonych i zaprzężonych w dobre konie. Na chomątach umieszczono różne ozdoby. Ani się spostrzegłem, gdy zjawił się przy mnie milicjant, ,,Kim pan jest i co pan tu robi?” zapytał. Musiałem się wylegitymować, a on skrzętnie notował wszystkie moje dane. No bo cóż? Nieznajomy człowiek, który rysuje, jest prawdopodobnie szpiegiem, agentem obcego wywiadu. Byłem wściekły, ale nie było rady. Sprawa zresztą nie miała dalszych skutków. Słyszałem, że mój dawny nauczyciel rysunku w szkole, Władysław Dołżycki, rektor Akademii Sztuk Plastycznych, przesiedział trzy dni w areszcie za to, że malował z daleka Wrocław.
    Tymczasem wyszła z kościoła młoda para i wsiadła do ustrojonej furmanki. Pozostałe wozy ustawiły się w długi sznur i wszyscy ruszyli z miejsca, Nie ujechali więcej niż pięćdziesiąt metrów, gdy znowu wszystko stanęło. Zgodnie ze starym obyczajem toczono pertraktacje z towarzyszącą im orkiestrą i dopiero, gdy „bryka” ostro zagrała, zastęp furmanek puścił się w drogę.
    Okazało się, iż długie pertraktacje z orkiestrą i uzgodnienie ceny należy do dawnych zwyczajów, które zatarły się w obecnych czasach.
    Od opisywanego pobytu w 1964 r. upłynęło 25 Lat, gdy otrzymałem nagle zaproszenie na odwiedzenie rodziny Wójcików, od ich córki Marysi, którą pamiętałem jako czteroletnią dziewczynkę. Ona mnie jednak nie zapomniała, i prosiła o przyjazd w imieniu swoim i matki. W ciągu ćwierćwiecza wiele się w rodzinie zmieniło. Ojciec wyjechał do Ameryki za lepszym zarobkiem, bracia pożenili się i pracowali w Dębicy. Marysia była nauczycielką. Matka, osoba o pełnej przytomności umysłu, przyjęła mnie z wielką gościnnością. Dzięki temu pozostałem w Siedliskach całe trzy dni. Chcąc przypomnieć sobie dobrze mi znane widoki, doszedłem raz do końca wsi. Stał tam dom ładnie położony na wzniesieniu. Gdy mu się przypatrywałem dłużej, zobaczyłem przy samym domu gromadkę dzieci, przyglądających mi się z ciekawością. Po chwili ruszyły ku mnie biegiem i zaczęły opowiadać, że ich rodzice od razu mnie rozpoznali. ,,To jest ten sam pan, który malował”. Po tylu latach zachowała się pamięć o przybyszu, który zainteresował się ich wioską.
    Jakże to porównać z postawą ludności miast gdzie napotkany przechodzień w ogóle się nie liczy.
    Poruszę jeszcze temat Jakuba Szeli, bo przecież dzięki tej legendarnej postaci znalazłem się w jego rodzinnej wsi. Kiedyś pani Wójcikowa zaczęła mi o nim opowiadać i od razu mogłem wywnioskować, jakie wspomnienie o tym człowieku zachowało się w miejscowej tradycji. ,,Co można powiedzieć dobrego o Szeli – zaczęła – skoro za zorganizowanie tych wydarzeń otrzymał w nagrodę od austriackiego rządu majątek na Bukowinie”.
    Te słowa wyrażały niemal wszystko, co najważniejsze. – ,,Ale – ciągnęła dalej p. Wójcikowa – pan powinien zobaczyć miejsce, gdzie stał jego dom”. Poszedłem i zobaczyłem otoczony niziutkim żywopłotem placyk pozostały po rozebranym domu. Natomiast na cmentarzu parafialnym we wsi Bogusz odnalazłem bez trudu groby pomordowanych ziemian. Źródła podają ogólną liczbę ofiar rabacji – około 1000 osób – w tym także kobiet, dzieci i oficjalistów pracujących w majątkach.
    Problem właściwego załatwienia sprawy pańszczyzny od dawna drążył sumienia polskiej szlachty, a potem ziemiaństwa. W sejmie Królestwa Kongresowego paru posłów wniosło go na porządek dzienny. Za przykład może służyć fakt, że dwaj posłowie: bracia Antoni i Władysław Ostrowscy w swoich dobrach znieśli pańszczyznę. W Wielkopolsce w latach 1820-1840 zrobili to Niemcy. W Galicji garść ziemian z Kornelem Krzeczunowiczem oraz z ziemianinem Franciszkiem Trzecieskim, posłami do Sejmu Galicyjskiego, opracowała projekt oczynszowania wsi i złożyła pismo w tej sprawie do kanclerza Metternicha, wielkiego wroga Polaków. Było to w 1842 r. Nic z tego nie wyszło, gdyż kanclerz szukał właśnie drogi, by zniszczyć warstwę ziemiańską, skłonną do walk o niepodległość. Zamiast oczynszowania wymyślił „rzeź galicyjską”. Odsłonięcie szczegółów przeszłości i nastrojów ludności w obecnych Siedliskach utrąciły pomysł nakręcenia filmu o Jakubie Szeli.
    Nie był to jedyny raz, kiedy Polska Partia Robotnicza chciała opracować bohaterski film o buntowniczym ruchu polskich chłopów. Dwieście lat wcześniej, bo w roku 165l, na Podkarpaciu doszło do podobnych zajść pod wodzą Aleksandra Kostka-Napierskiego, Musiano użyć sił zbrojnych, by zaradzić rozmiarom tego buntu, a przywódcę stracono. Dopiero gdy w XX w. historycy zaczęli badać źródła tej sprawy i okazało się, że Kostka Napierski był agentem Szwecji przygotowującej inwazję na Polskę w 1955 r. Wyjaśnienie tych okoliczności zniechęciło autorów sensacyjnego filmu.
    Po raz trzeci państwo zaborcze – carska Rosja – nie dopuściła do zniesienia pańszczyzny edyktem Rządu Powstańczego w 1863 r., w chwili wybuchu Powstania Styczniowego. Dopiero w dwa lata później rząd carski sam wystąpił jako dobrodziej polskiej ludności wiejskiej, ogłaszając to jako obowiązującą uchwałę.
    Historycy wiedzą, że rząd austriacki przed rozpoczęciem „rabacji” zadbał, by wszystkie wiejskie karczmy były dobrze zaopatrzone w alkohol. Wiadomo też, że tłumy mordujących były pijane. Po zakończeniu rabacji oo. Jezuici na szeroką skalę podjęli misje ludowe w okolicach najbardziej zaangażowanych w mordowanie dziedziców pod wpływem ich nauk nastroje się zmieniły, ludzie tłumnie szli do spowiedzi, w kościele głośno wyrażali swój ból i rozpacz z powodu, iż dali się porwać prymitywnym instynktom. Gdy jednak misjonarze zachęcali do składania ślubu niepicia wódki do końca życia, znowu wtrącił się rząd austriacki, zabraniając Jezuitom prowadzenia księgi abstynentów.

                                            MICHAŁ ŻÓŁTOWSKI z Lasek
  • Zapiski z rejsu dookoła świata

    Zapiski z rejsu dookoła świata

    cz. VI -Nowa Zelandia.

    Do portu Auckland w Nowej Zelandii dotarliśmy bez większych atrakcji, nie licząc wymyślnych prób ukrycia gołębia przygarniętego przez najstarszego z marynarzy, który na rufie statku zbudował dla niego specjalną klatkę. Wykrycie obecności ptaka przez służby celne groziło konsekwencjami finansowymi. Dwa tygodnie wcześniej armator statku, z którego podczas przeładunku spadł na nabrzeże snopek słomy, musiał zapłacić kilkadziesiąt tysięcy dolarów kary.

    Odebrałem list od Mirelli, zawierający informacje o tym co się dzieje w domu.
    Na nabrzeżu czekali na nas przedstawiciele emigracji oferujący swoje towarzystwo i pomoc w poznawaniu ich nowej ojczyzny. Przed wyjściem do portu ostrzeżono nas, by nie zabierać ze statku żywności ze względu na surowe przepisy sanitarne. Ruszyliśmy na zwiedzanie największego nowozelandzkiego miasta, zachowując szczególną ostrożność podczas przechodzenia przez ulice, ze względu na ruch lewostronny. Zrozumiałe zainteresowanie wzbudził bajecznie kolorowy China Market – u nas wówczas podobnych sklepów, gdzie można kupić dosłownie wszystko, jeszcze nie było,
    Zaraz po śniadaniu wybraliśmy się na zwiedzanie muzeum podwodnego, założonego przez słynnego nurka Kelly’ego Tarltona. Bilet kosztował całe siedem dolarów, ale warto było. Przed naszymi oczami w ogromnym akwarium zbudowanym na zasadzie luster weneckich w scenerii złożonej z bajecznie kolorowych koralowców, przepływały majestatycznie rekiny, płaszczki, barakudy, a pomiędzy skałami czaiły się mureny, wysuwając ze swoich kryjówek jedynie fragment uzbrojonego w zęby jadowe pyski. Zwiedzający stali na ruchomym chodniku, który okrążał akwaria, dzięki czemu nie było tłoku. Zostawiwszy podwodny świat udaliśmy się do Muzeum Historii Naturalnej (tym razem za darmo).

    Szczególnie interesujący okazał się dział ukazujący kulturę Aborygenów. Podziwialiśmy m.in. łódź zrobioną z wypalonego pnia drzewa, mogącą pomieścić stu wojowników. Moją uwagę przykuł jednak inny, dość makabryczny artefakt – był to widelec do wyjadania oczu używany przez kanibali (!). Różnił się od zwykłego widelca tym, że cztery ząbki ułożone były w dwu szeregach, a nie w jednym. Kiedy wracaliśmy wieczorem do portu, usłyszeliśmy dochodzącą z kamienicy głośną muzykę, jak się okazało, odbywało się właśnie przyjęcie weselne. Po krótkiej wymianie zdań zostaliśmy zaproszeni przez gościnnych gospodarzy, ale niestety czekające obowiązki kazały nam się wymówić.
    Jest niedzielny poranek i na nabrzeżu pojawiły się samochody z polonusami, którzy zawieźli nas na mszę do polskiego kościoła, którą odprawiał ksiądz pochodzący z Nowego Sącza. Po mszy św. krótkie spotkanie przy kawie w Domu Polskim, po którym poszczególne rodziny „porwały” nas na obiad do swoich domów. Oczywiście rozmowy dotyczyły głównie tego co się działo w ostatnim czasie w Ojczyźnie. Po obiedzie spacer, którego ukoronowaniem było wdrapanie się na szczyt wygasłego wulkanu o nazwie Eden. Wróciliśmy na statek pod ogromnym wrażeniem serdeczności z jaką przyjęli nas rodacy z antypodów.
    Po skończonym załadunku popłynęliśmy w kierunku południowej wyspy i po kilkunastu godzinach rzuciliśmy kotwicę na redzie portu Lyttelton. Musieliśmy poczekać na wejście do portu. Z nudów zaczęliśmy łowić na improwizowane wędki niewielkie rekiny kręcące się wokół statku. Wywołało to nerwową reakcję kucharza, który z tasakiem w dłoni wyskoczył z kambuza i zagroził, że nam zaraz obetnie ręce trzymające wędki. Jak się okazało, istnieje stary, marynarski przesąd mówiący, że obecność rekina na statku (z wyjątkiem rybackiego) wróży nieszczęście. Konflikt został zażegnany przez stadko delfinów, które przegnały rekiny z naszego sąsiedztwa. Mięsa rekina oczywiście spróbowałem, było słodkawe i nie bardzo przypadło mi do gustu. Ktoś z załogi stwierdził, że smakuje podobnie jak ludzkie (?!) – takie tam – „morskie opowieści”. Przyszłe wypadki miały przyznać rację kucharzowi. Postój na redzie zapowiadał się na trzy dni, ale pojawił się istotny problem. Jeden z pasażerów, niemłody już człowiek, zaczął wysoko gorączkować, bolały go stawy, puchły nogi, samopoczucie się pogarszało. Kilka dni wcześniej upadł na rafie przewrócony przez wysoką falę i mocno podrapał sobie plecy, a świeże rany obsiadły jakieś muchy. Objawy nie pasowały mi jednak do żadnej choroby tropikalnej. Zastosowane przeze mnie antybiotyki nie dały efektu. Zdecydowaliśmy się zasięgnąć porady lekarza portowego, dysponującego laboratorium analitycznym. Kapitan uzyskał zgodę na spuszczenie szalupy i wraz z chorym udaliśmy się na ląd. Przyjął nas bardzo miły młody lekarz, który po zbadaniu pacjenta i wykonaniu dostępnych badań laboratoryjnych, bezradnie rozłożył ręce – nie wiedział jaka to choroba. Skierował nas do kliniki uniwersyteckiej w Christchurch, gdzie udaliśmy się taksówką. Na miejscu już czekano na nas, a pacjentem natychmiast zajął się starszy lekarz o profesorskim wyglądzie. Po kilku godzinach intensywnej diagnostyki on również rozłożył ręce i stwierdził, że chory musi pozostać w szpitalu, gdyż nie potrafią postawić diagnozy. Moje ego odetchnęło z ulgą. Wysoko postawiona medycyna Nowej Zelandii okazała się równie bezradna jak ja.
    Powrót szalupą na statek okazał się dość emocjonujący, gdyż kapitan posadził mnie za sterem, a wraz z przeciwnym wiatrem pojawiły się dość wysokie fale. Stary dieslowski silnik kaszlał i prychał, a nikomu nie uśmiechało się siadanie do wioseł.


    Po dwu dniach statek opuścił redę i dobił do nabrzeża Lyttelton, miasteczka liczącego ok. 2500 mieszkańców. Oczywiście od razu udałem się na zwiedzanie. Drewniane, w większości parterowe domy z gankami, tonące w zieleni ogrodów, otoczone górami Port Hills, przywodziły na myśl scenografię z westernów. Ponieważ nigdzie nie było widać policji, zaintrygowani tym faktem, zasięgnęliśmy języka u mieszkańców. Dowiedzieliśmy się, że jest jedna policjantka, ale nie ma nic do roboty. Jest nawet więzienie, ale bez klucza, bo kilka lat wcześniej ktoś go zgubił. W odległej przeszłości było raz wykorzystane, gdy marynarze rosyjscy po nadużyciu lokalnych wyrobów spirytusowych wdali się w burdę z miejscowymi. Od tego czasu właściwie przestępstw nie ma. Niestety nasz pobyt w miasteczku był bardzo krótki. Wieczorem powrócił ze szpitala nasz pasażer z rozpoznaniem „agresywnego zapalenia stawów” i zaleconą terapią sterydową. Przyczyny zachorowania nigdy nie poznałem. W nocy odcumowaliśmy od brzegu pozostawiwszy w
    pamięci niezwykłą serdeczność z jaką się spotkaliśmy ze strony mieszkańców.

      MARIUSZ ze Sztumu

  • Listy Jana Żółtowskiego cd.

    Kochany drogi mój Jasiu,

    Bardzo chętnie się na to zgadzam, abyście podróż waszą osobno i w dzień odbyli. Będzie to i mniej męczące i korzystniej dla Was, bo zobaczycie przynajmniej okolice przez które będziecie przejeżdżać. Jak już do Izia pisałem Bunia życzy sobie abyście nasamprzód do Chołoniewa pojechali gdyż ma wstąpić jeszcze do wód i wyjechać musi. Nam się także do wód będzie trzeba wybrać, ale do których to trzeba będzie zależało od zdania lekarzy. Kiedy jak mi piszesz ósmego lipca już będziecie mogli  z Kalksburga wyjechać to Pan Goździewski  na noc już tam przyjedzie, abyście z rana zaraz pojechali z nim do Wiednia skąd około południa wyjedziecie do Krakowa gdzieś przed dziewiątą a zatem  o tej porze roku za dnia jeszcze staniecie. W Krakowie zatrzymacie się przez piątek i możecie korzystać z tej sposobności aby odwiedzić Panią Jenny Kwaśniewską, przyczem wypada aby każdy z Was dał po 10 reńskich jej synkowi, który jest krzesnym Izia. Z Krakowa wyjeżdżając o ósmej z rana w sobotę staniecie we Lwowie około czwartej gdzie znowu przenocować trzeba, gdyż żaden pociąg o tej godzinie już do Brodów nie wychodzi, a na zajutrz wyjeżdżając po piątej ze Lwowa będziecie o wpół do dziesiątej w Radziwiłłowie gdzie na Was konie z Chołoniewa czekać będą. Pan Goździewski odda każdemu z Was po sto reńskich na koszta podróży bo już jesteście w tym wieku że sami powinniście umieć o sobie radzić. Gdyby wczemkolwiek zmiana jaka zajść miała natychmiast Was zawiadomię a teraz tysiącznie Was Obu najserdeczniej ściska najprzywiązańszy dziadzia.

    27.6.86                                                                                                                                               M.Ż.

    Łaskawemu Panu Hrabiemu Dobrodziejowi spieszę donieść iż wczoraj odebrałem list od Jasia którym mi donosi iż wakacye już się 8 lipca rozpoczną. Czyniąc więc zadość życzeniom Pana……….. ………………

    (tu wiele wyrazów nieczytelnych)  mogli by tego dnia z Kalksburga wyjechawszy stanąć wieczorem w Krakowie, tam przez piątek wypocząć, w sobotę wyjechać z Krakowa stanąć na nocleg w Radziwiłłowie i nazajutrz po wysłuchaniu mszy ś. do Chołoniowa się puścić. Podróż tak urządzona zajmie wprawdzie cztery dni, ale chłopcy proszą aby ją dniami tylko odbyć mogli, co dla nich mniej męczące i korzystniejsze, gdyż się przynajmniej okolicom przez które przejeżdżają przypatrzeć mogą.

    Mój sekretarz pojedzie po nich do Kalksburga, odwiezie ich do Radziwiłłowa. Są oni wprawdzie już w tym wieku żeby tę podróż sami odbyć mogli, dodaję im więc towarzysza jedynie dla mojej spokojności, będzie on miał wszakże polecenie aby tylko wrazie koniecznej potrzeby niemi się zajął a z resztą wszelką im pozostawić swobodę, aby przywykli sami sobą rządzić się. Względem wód do których wypadnie nam dla Jasia jechać, toczy się korrespondencya między lekarzem z Kalksburga i tutejszym który znając Jasia od lat kilku bardzo dokładnie z jego usposobieniem jest obznajomiony, ale jeszcze żadne stanowcze nie zapadło postanowienie.  Gdyby jakakolwiek nieprzewidziana zmiana zajść miała w powyższych projektach nie omieszkam o tem Panią hrabinę zaraz zawiadomić a teraz łącząc wyrazy głębokiego mego uszanowania zostaje z wysokim szacunkiem i poważaniem Pana Dobrodzieja najżyczliwszy sługa.

                                                                                                                                                                 M.Ż.

    —————————————————————————————————————————————-                                                                                                                                                   

    Skurcze pod Tarczynem                                                                                 d.14 lipca 1886 r.

           Na Wołyniu

    Kochany Dziadziu

    Bardzo Dziadzię kochanego przepraszam, żem do Niego od naszego z Kalksburga wyjazdu nie pisał ale w dniach przed odejściem poczty ze Skurcza jeszcze po podróży trochę zmęczony byłem i trochę mnie głowa bolała, a więc Izia poprosiłem aby Dziadzi doniósł, żeśmy szczęśliwie najprzód do Chołoniowa, a z tamtąd do Skurcza przybyli. Wczoraj z Łucka wróciliśmy dokądeśmy z Wujciem Xianiem pojechali aby sobie miasto oglądać. Byliśmy tam na mustrze jednego pułku piechoty a potem i konicy która nam się zwłaszcza bardzo podobała. Stoi bowiem teraz kilka pułków wojska /około 5ooo żołnierzy/ pod Łuckiem obozem, a ma później stać dziesięć tysięcy. Mała córeczka Wujcia Xiania, Zosia  bardzo jest ładniutka i sprytna, a przytem już biega wcale nie źle i mówić zaczyna, tylko w ostatnich dniach jest trochę niezdrowa bo ząbki dostaje. Buni zdrowie nie bardzo służy, dosyć jest osłabiona i nie dobrze chodzi, zamierza zatem w połowie lata do wód pojechać ale nie wie jeszcze dokąd. Izio tu jeździ Wujcia Xiana wierzchowcem, siwego i bardzo dzielnego, który jest większy od karego wierzchowca czackiego, ale wiele jest od niego silniejszy, ja jeżdżę na starym czerkiesie który u Wujcia przez jakiś czas w zaprzęgu chodził,  a profesyi jest koniem wierzchowym, a chociaż starszy i brzydki, to przecież jeszcze doskonały. – Nie wiele już mam czasu bo się kolacja zbliża a jutro raniuteńko poczta odchodzi, przytem też już nic więcej do pisania, kończę zatem całując kochanemu Dziadzi rączki i zostając jego przywiązanym wnukiem.

                                                                                                                                 Jaś Żółtowski