Jesienne bursztyny
Spadające z drzewa
Zastygłe krople lata
W kolczastym kaftanie
Gdzie słońce składało
Promień po promieniu
A rosa poiła
Kroplą i uśmiechem
Weź kasztan do ręki
Pocałunek dla Ciebie
MAREK ŻÓŁTOWSKI
Poznań 1995
Jesienne bursztyny
Spadające z drzewa
Zastygłe krople lata
W kolczastym kaftanie
Gdzie słońce składało
Promień po promieniu
A rosa poiła
Kroplą i uśmiechem
Weź kasztan do ręki
Pocałunek dla Ciebie
MAREK ŻÓŁTOWSKI
Poznań 1995
Odpalam świeczkę
Nad swoim życiem
I palcem rysuję po ścianie,
Papieros gaśnie w popielniczce,
Drugi na drugie śniadanie.
Wiatr mi ciągle w twarz wieje
I łzy wyciska mi z oczu.
Nie ma Cię, szepcze sama do siebie,
I proszę o promyk losu.
Wiedziałam, że obok siedzi Ona.
ALEKSANDRA KOSIŃSKA
Pomocnicą Anioła być to nie łatwa sztuka
Trzeba się w duszę człowieka wsłuchać,
Trzeba radością zachęcać, pocieszać
I na oddziale się ciągle uśmiechać.
Na plecach uśpione mieć małe skrzydełka,
Które się budzą gdy serce pęka,
Pocieszać pacjentów radosną miną
I gasić ich strach, nim troski nie zginą.
Więc gdy spotkałam swojego Anioła
Wiedziałam, że obok siedzi Ona.
ALEKSANDRA KOSIŃSKA
Z loterii życia ciągniesz los.
I wpływu na to nie masz !
Czy pełny będzie szczęścia kosz ?
Czy nic w tym koszu nie ma ?
A może jest w nim mały szczęścia łut ?
Co więcej wart niż złoto !
A może na dnie leży coś,
Co przypomina młot.
I możesz nim wykuć własny Los
Lecz rzecz w tym –
Czy umiesz władać nim.
To pamiątki lata
Na każdym złożyłam
ANNA NOWOTNA – LASKUS

10.9.1938 – 17.8.2023
Wspomnienie
Izabela urodziła się 10 września 1938 roku w Poznaniu. Jej rodzicami byli Benedykt i Róża z Fudakowskich Żółtowscy – ostatni właściciele Godurowa, majątku położonego w powiecie Gostyńskim w Wielkopolsce. Kiedy nadeszło pamiętne lato roku 1939, Benedykt, jako oficer rezerwy 17. pułku ułanów z Leszna, został również zmobilizowany, Róża Żółtowska z maleńką Izą wyjechały z Godurowa, aby znaleźć schronienie u swoich rodziców Fudakowskich w ich majątku Krasnobród na Roztoczu. Benedykt traci nogę w obronie Warszawy i jako inwalida wojenny nie idzie do niewoli. Po zakończeniu Kampanii Wrześniowej rodzina Żółtowskich osiada w Krasnobrodzie. W 1944 roku wszyscy mieszkańcy krasnobrodzkiego dworu zostali wygnani przez „Armię wyzwolicielkę”. Do Godurowa też nigdy już nie wrócili.
Nadchodzą trudne powojenne lata. W 1955 Iza zdaje maturę w liceum sióstr Sacré-Cœur w Polskiej Wsi koło Poznania. Później studiuje w Warszawie na wydziale Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej, uzyskując dyplom magistra inżyniera geodezji. Następnie przez szereg lat pracuje w Warszawskim Przedsiębiorstwie Geodezyjnym (WPG), gdzie sprawuje różne stanowiska kierownicze.
Z Izą poznaliśmy się w roku 1960 w grupie młodzieży skupionej wokół ks. Tadeusza Fedorowicza z Lasek. W roku 1962 pobraliśmy się, a następnie urodziło nam się dwóch synów: Piotr (1963) i Krzysztof (1966).
Oboje byliśmy zaangażowani w pracę społeczną. To przede wszystkim Klub Inteligencji Katolickiej (KIK) w Warszawie. Kiedy Iza zostanie przewodniczącą Sekcji Rodzin KIK (skupiającą ok. 500 rodzin), rezygnuje z pracy w WPG, aby móc więcej czasu poświęcić pracy w Klubie. Podejmuje pracę w Redakcji miesięcznika „Więź” jako dyrektor administracyjny. (Więź i KIK zajmowały wówczas wspólny lokal przy ul. Kopernika w Warszawie).
Iza była osobą inteligentną i jak to ludzie inteligentni, miała wielkie poczucie humoru. Była z natury pogodna. W każdej napotkanej osobie próbowała znajdować dobre cechy. Mieliśmy ogromne grono przyjaciół. Zapewne dzięki wykształceniu inżynierskiemu potrafiła zachować dystans do napotykanych spraw, umiejąc rozróżniać sprawy ważne od mniej ważnych, czy zupełnie błahych. W naszej rodzinie też była często głosem rozsądku. Była powszechnie szanowana i kochana. W małżeństwie przeżyliśmy 61 szczęśliwych lat. Była wspaniałą żoną. Także matką i babcią oraz niezwykle troskliwą synową.
Była ciekawa świata, kochała przyrodę i podróże. Jeździliśmy po całej Polsce i Europie, ale i po świecie. Najpierw z dziećmi, później sami lub z bliskimi przyjaciółmi. Wielokrotnie żeglowaliśmy po Morzu Śródziemnym. Iza miała niezwykłą orientację w terenie i w czasach kiedy nie było jeszcze nawigacji GPS, dzięki niej, zawsze trafialiśmy do celu. Interesowała się historią i archeologią, a także lubiła otaczać się ładnymi przedmiotami. Lubiła słuchać muzyki, w czym trochę się różniliśmy. Ona wolała utwory fortepianowe, ja – smyczki. Już będąc na emeryturze, napisała książki o historii rodzinnej („Żółtowscy z Godurowa”, a następnie „Trudne Lata”), książkę o warszawskiej rodzinie Szlenkierów, opowieść o ks. Tadeuszu Fedorowiczu („Szczęśliwe Życie”) oraz opracowała wspomnienia swojego dziadka Kazimierza Fudakowskiego („Między endecją a sanacją”). W jej planach było jeszcze opracowanie pamiętników Józefa Żółtowskiego z Kocka, ale wskutek postępującej choroby nie starczyło jej już na to sił.
17 sierpnia 2023 roku zgasła w domu na warszawskim Ursynowie, otoczona przez najbliższych. Pozostawiła nas w głębokiej żałobie i wielkiej tęsknocie, którą trudno ukoić. Na Jej mszę pogrzebową w dniu 2 września 2023 roku – do kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła w podwarszawskich Pyrach – przybyło ponad 200 osób. To nie tylko krewni i liczni przyjaciele, ale także osoby, które spotykały ją w różnych okolicznościach życiowych i też zapragnęły Ją pożegnać.
R.I.P. Wieczny odpoczynek racz Jej dać Panie.
PAWEŁ BROSZKOWSKI

ZESPÓŁ PAŁACOWO-PARKOWY W MILANOWIE
KSIĄŻĄT ŚWIATOPEŁK – CZETWERTYŃSKICH
Na zaproszenie Caritas Diecezji Siedleckiej, 13 października 2023 roku uczestniczyłam z Kaziem w uroczystości Dnia Pamięci Książąt Marii i Włodzimierza Świętopełk – Czetwertyńskich w Milanowie, powiecie parczewskim na Podlasiu. Historia tego miejsca związana jest z pierwszym prezesem reaktywowanego w 1992 roku Związku Rodu Żółtowskich Andrzejem Ludwikiem Żółtowskim. Twórcami i założycielami rodowej posiadłości w Milanowie byli jego dziadkowie Maria z Uruskich i książę Włodzimierz Światopełk – Czetwertyński. W czasach Czetwertyńskich (od 1872 r.) Milanów stanowił ważne centrum okolicznego życia gospodarczego, kulturalnego i towarzyskiego, gdzie wraz z dziećmi zapisali oni chlubną kartę w procesie budowania tożsamości narodowej, religijnej, kulturowej i patriotycznej Polaków w okresie niewoli. Hojnie wspomagali prześladowanych Unitów i ubogą miejscową ludność. Budowali szkoły, biblioteki i kościoły.
Bardzo angażowali się w działalność polityczną dla odzyskania niepodległości Polski. Ostatnią przedwojenną właścicielką zespołu pałacowo -parkowego była matka Andrzeja Ludwika Wanda z Czetwertyńskich – Żółtowska, żona Andrzeja Piusa hr. Żółtowskiego z Godurowa (Wielkopolska), zamordowanego w czasie II wojny światowej w Oświęcimiu. Matka Andrzeja podczas wojny przechowywała w majątku m.in. Żydów. Przez ponad rok ukrywał się tutaj prof. Janusz Kleiner. Po wkroczeniu Armii Czerwonej w lipcu 1944 roku rodzina Żółtowskich dekretem PKWN została wypędzona, (nie mogli przebywać bliżej niż 50 km od Milanowa) a majątek upaństwowiono. Jeszcze tego samego roku w pałacu umieszczono szkołę, najpierw gimnazjum, potem liceum ogólnokształcące, które w 2017 roku, decyzją Starostwa Powiatowego w Parczewie po ponad 70 latach zostało zlikwidowane.
Andrzej Ludwik z decyzją zamknięcia szkoły nie mógł się pogodzić, ponieważ zarówno pałac i park służyły dobru lokalnego społeczeństwa . Jako potomek tego miejsca był zapraszany na różne wydarzenia odbywające się w liceum i chętnie w nich uczestniczył.
Caritas Diecezji Siedleckiej w 2018 roku zostało właścicielem i podjęło się dzieła ratowania przed zniszczeniem zespołu dworsko – parkowego w Milanowie. Organizacja 13 października zaprosiła potomków właścicieli pałacu – potomków książąt Włodzimierza i Marii z Uruskich, a także przedstawicieli władz samorządowych, dyrektorów placówek kultury, bibliotek, przedsiębiorców , absolwentów byłego liceum ogólnokształcącego .
Spotkanie rozpoczęło się Mszą św. w Kościele Parafialnym pw. Niepokalanego Poczęcia NMP w Milanowie pod przewodnictwem biskupa siedleckiego Kazimierza Gurdy. Dalsza część uroczystości miała miejsce na terenie zespołu dworsko – parkowego w Milanowie, gdzie w obecności potomków posadzono Drzewo Pamięci Książąt Światopełk – Czetwertyńskich. W obu tych wydarzeniach nie uczestniczyliśmy, z uwagi na awarię, która wystąpiła w naszym samochodzie 100 km przed Milanowem. Na szczęście usterkę udało się sprawnie usunąć w przydrożnym warsztacie samochodowym i dzięki temu już bez problemów udaliśmy się do celu, by wziąć udział w dalszej części uroczystości.
Podczas konferencji naukowej odbyła się promocja niezwykłej książki o rodzie autorstwa Bożeny Stępnik –Świątek pt. ”Dobra Ziemskie Milanów. Ród książąt Światopełk – Czetwertyńskich na Nowej Czetwerni h. Pogoń Ruska z gniazda rodowego w Milanowie”. Wydawcą tej publikacji jest Caritas Diecezji Siedleckiej.
Następnie nakreślił plany na przyszłość ks. Paweł Zazuniak, dyrektor Caritas Diecezji Siedleckiej, podkreślając, że kierowana przez niego instytucja podjęła się niezwykłego zadania – odbudowie i przywróceniu zespołowi dworsko – parkowemu w Milanowie historycznej formy, ośrodka kultury i miejsca charytatywno – społecznego. Inicjatywą obecnych właścicieli jest otwarcie obiektu na potrzeby regionu, inicjatywy samorządowe, działania społeczne i kulturalne oraz spowodowanie tego, by rodowa rezydencja książąt Światopełk – Czetwertyńskich stała się „salonem ich pamięci i historii ziemi parczewskiej”.
Na tym etapie prac we dworze powstało Centrum Kulturalne Caritas Diecezji Siedleckiej im. Marii i Włodzimierza ks. Światopełk – Czetwertyńskich. Zespół tworzy koncepcję zagospodarowania tego obiektu. Inwestycja jest bardzo pracochłonna i kosztowana, więc przewiduje się ją na wiele lat. W planach jest zorganizowanie w pałacu Milanowskiego Domu Pracy Twórczej, Biblioteki Milanowskiej oraz Muzeum Milanowskiego z działami cyfrowymi. Warto podkreślić , iż w Milanowskiej Bibliotece Cyfrowej zostaną zgromadzone i udostępnione zdigitalizowane zbiory związane z działalnością bibliofilską Włodzimierza ks. Czetweryńskiego, dokumenty, zdjęcia, książki, publikacje wydane przez potomnych lub poświęcone książęcej rodzinie, ziemi milanowskiej i parczewskiej, ziemiaństwu podlaskiemu i osobowościom regionu.
W Milanowskim Domu Pracy Twórczej organizowane będą konferencje, seminaria, sesje, panele dyskusyjne, studyjne projekcje filmowe, koncerty, festiwale, plenery malarskie, wystawy prac lokalnych twórców i inne wydarzenia kulturalne i społeczno – charytatywne.
W Muzeum Milanowskim będą zgromadzone pamiątki dotyczące byłych właścicieli regionu oraz stała ekspozycja poświęcona mieszczącego się przez 72 lata w tym obiekcie Liceum Ogólnokształcącego.
Dyrektor Archiwum Państwowego w Lublinie Oddział w Radzyniu Podlaskim przedstawiła zebranym dobra milanowskie i ich właścicieli, jakie zachowały się w zapiskach dokumentów państwowych.
W imieniu rodziny głos zabrał Albert Czetwertyński, przywołując pamięć o przodkach, w pełni wsparł ideę rozwoju dóbr milanowskich, czego dowodem jest obecność członków jego rodziny na uroczystości.
Akcentem artystycznym wydarzenia był montaż słowno – muzyczny poświęcony członkom rodu Czetwertyńskich w wykonaniu grupy teatralnej GOKTER.
Krótki spektakl teatralny przedstawiły dzieci ze Szkoły Podstawowej w Milanowie.
Część oficjalną zakończył występ zespołu ludowego Czeremcha z Gminnego Ośrodka Kultury w Milanowie.
Spotkanie zakończyło się poczęstunkiem, podczas którego był czas na rozmowy. Związek Rodu Żółtowskich został obdarowany przez panią Bożenę Stępnik – Świątek promowaną książką wraz z dedykacją . Z kolei Albert Czetwertyński podarował nam publikację poświęconą pamięci jego Rodzicom Ewie i Stanisławowi Światopełkowi – Czetwertyńskiemu pt. „ Czetwertyńscy Staś i Ewa…”. My także w imieniu związku wręczyliśmy autorom „Genealogię Rodu Żółtowskich” oraz kilka numerów Kwartalnika ZRŻ .
Mimo, że pokonaliśmy kilkaset kilometrów i nikogo nie znaliśmy, byliśmy zachwyceni atmosferą i urokliwym milanowskim miejscem oraz dumni z uczestnictwa w takim wydarzeniu.
Jestem pewna, że byli właściciele z góry będą obserwować poczynania Caritas w przywracaniu do życia tego wyjątkowego miejsca i zapewne zadowoleni, że park i pałac przyciągał będzie ludzi z pasją , wiedzą i sercem oraz służył mieszkańcom, bo to jedna z najpiękniejszych perełek Południowego Podlasia.
ELŻBIETA ŻÓŁTOWSKA z KUTNA
Rozmawiając przez telefon z Bożenką i Marianem z Torunia usłyszałam słowa, które zainspirowały mnie do napisania tego tekstu. Żyjący w latach 1749 – 1832 wybitny niemiecki poeta, prozaik i dramaturg Johann Wolfgang Goethe tak twierdził: „ Każdego dnia trzeba posłuchać choćby krótkiej piosenki, przeczytać dobry wiersz, obejrzeć piękny obraz, a także, jeśli to możliwe, powiedzieć parę rozsądnych słów”. Wzięłam to za moje życiowe motto i staram się wypełniać, przynajmniej początkową jego część. Słucham muzyki klasycznej, lubię poezję, prozę, kocham malarstwo, a nade wszystko cenię sobie wszelkiego rodzaju sztuki teatralne. Wraz z grupą przyjaciół, co najmniej raz w miesiącu, bywamy w teatrach w Warszawie, Łodzi, Toruniu czy Bydgoszczy. Kilkakrotnie pojechaliśmy aż na północ, do Gdyni i Sopotu. Każda wybierana przez nas sztuka jest perełką w swoim rodzaju. Obejrzeliśmy i przeżyliśmy kilkanaście oper i baletów, operetek, musicali, spektakli teatralnych, a w nich plejadę polskich aktorów, artystów, solistów, muzyków, a także malarzy. Uczestniczymy też w ciekawych wystawach sztuki. Regularnie bywam na koncertach Płockiej Orkiestry Symfonicznej. Na którymś ze Zjazdów rozmawialiśmy o potędze sztuki z Bożenką i Marianem Drożdżalami. Ich też bardzo interesuje ta tematyka. Od tej pory często otrzymuję od nich informacje co warto zobaczyć, zwiedzić, gdzie być. Dzięki ich podpowiedzi, korzystając z uprzejmości transportowej, Ani i Michała, zobaczyłam w Muzeum Okręgowym w Toruniu dzieło „ Madonna pod jodłami” Lucasa Cranacha starszego ( 1472 – 1553 ), jedno z najbardziej unikatowych przedstawień tematu Marii z Dzieciątkiem, które posłużyło jako wzór dla twórczości kolejnych pokoleń. Jest to jeden z najcenniejszych obrazów odzyskanych przez Polskę po stratach wojennych dopiero w 2012 roku, po wielu zabiegach i staraniach.
Kolejnym ważnym wydarzeniem, które udało mi się przeżyć dzięki Ich sugestii, było odwiedzenie, multimedialnej wystawy najpiękniejszych dzieł Vincenta van Gogha w Łodzi. Zarówno ekspozycja toruńska jak i łódzka, to wydarzenia niezwykle angażujące zmysły, wspaniałe, niespotykane, godne obejrzenia i podziwiania. Pod koniec roku 2023 ponownie usłyszałam w słuchawce głos Bożenki. Tym razem zachęcała mnie do obejrzenia w Toruniu obrazu Jana Matejki „Astronom Kopernik, czyli rozmowa z Bogiem”. Szczęśliwa właścicielka nowego samochodu, do stolicy województwa kujawsko – pomorskiego udałam się już samodzielnie. Możliwość tak bliskiego obcowania z obrazem Mistrza Jana Matejki ( 1838 – 1893 ) była kolejnym, niezwykłym przeżyciem i przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Bardzo bogata jest historia dzieła, które powstało w 1873 roku, a inspiracją do jego namalowania była 400-letnia rocznica urodzin wielkiego astronoma. Obraz, po wielu historycznych zawirowaniach został przekazany Uniwersytetowi Jagiellońskiemu – „ dla uczczenia najsławniejszego ucznia”. Wśród całej plejady darczyńców widnieje między innymi nazwisko Ignacego Żółtowskiego. Dzięki podpowiedzi Bożenki i Mariana wybrałam się, wraz z Anią, Michałem i wnukiem Filipem, do Warszawy, gdzie w Łazienkach Królewskich eksponowane były obrazy meksykańskiej malarki Fridy Kahlo. Tego samego dnia przy pomniku Fryderyka Chopina koncertował wybitny polski pianista, pedagog i aktor Janusz Olejniczak i musiałam wybierać pomiędzy malarstwem, a muzyką. Chyba jednak bardziej kocham muzykę, bo wybrałam mazurki, polonezy i walce w mistrzowskim wykonaniu. Muzyka nierozerwalnie łączy się z poezją. W mojej szkole, z którą byłam związana przez czterdzieści lat życia, zachęcałam młodzież, a także dorosłych do sięgania po poezję, starałam się ukazać jej piękno. Byłam inicjatorem i organizatorem spotkań w ramach cyklu „ Cafe Poezja”. Czytaliśmy wiersze, recytowaliśmy je, zapraszaliśmy aktorów płockiego teatru, którzy chętnie interpretowali znane oraz mniej znane utwory i pomagali nam zrozumieć sens i znaczenie niełatwego poetyckiego języka. Te piękne uroczystości gromadziły wielbicieli poezji, a także i prozy w różnych porach roku. Takie było założenie, aby pokazać urok słowa, piękno natury. Każda pora roku niesie bowiem całą gamę barw, dźwięków, zapachów, obrazów, wspomnień i może być doskonałym tłem dla stworzonych przez poetów utworów. Kiedy przygotowywałam scenariusze tych niezwykłych spotkań, przekonałam się, że zmieniające się pory roku były ulubionym tematem wielu wybitnych twórców pióra. Spotkania w ramach „Cafe Poezja” odbywały się na cześć każdej pory roku. Wiosna budzi nas do życia po zimowym uśpieniu. Najpierw nieśmiało, potem coraz intensywniej świeci słońce, przydając zieleni świeżości, a pierwszym, rozkwitającym wśród zeschłych liści krokusom i przebiśniegom – blasku. Potem, to już cała feeria barw i odgłosów otaczającej nas przyrody. Lato otula nas ramionami, niczym najczulsza babcia, pełnymi kolorów: szmaragd jezior i rzek, soczysta zieleń lasów, złoto dojrzałych zbóż z czerwonymi plamami maków oraz niebieskimi chabrów. To pora ładowania akumulatorów na zbliżające się jesienne i zimowe chłody. Czas odpoczynku, „łapania” każdego słonecznego promienia.
Jesień, to pełne kosze rumianych jabłek, zielono – żółtych gruszek i fioletowych śliwek. To także liliowość wrzosowisk, nie mówiąc już o niezliczonych odcieniach koloru żółtego i bursztynowego na drzewach i pod nimi za sprawą opadających cichutko liści. Wszystkie te wspaniałości przyrody zostały pięknie opisane przez pisarzy i poetów. Doskonałym uzupełnieniem recytacji fragmentów prozy i poezji były dźwięki utworu „Cztery pory roku” włoskiego kompozytora , skrzypka i rzymskokatolickiego duchownego Antonio Vivaldiego ( 1678 – 1741 ).
Wracając do wypraw teatralnych. Bardzo lubię oglądać „na żywo” wykonawców z telewizyjnego ekranu. Jak pisała poetka Joanna Kulmowa: „ A w teatrze wszystko inaczej, tu naprawdę żyje to, na co patrzę …” Ważny jest też osobisty kontakt z aktorami, mogę im podziękować za ich niezwykłą pracę, podziwiać talent, otrzymać przy tym autograf. Mam w swojej kolekcji około dwustu własnoręcznych podpisów artystów znanych, wybitnych, wspaniałych, niezapomnianych. Wśród nich, między innymi: Anna Dymna, Andrzej Wajda, Gustaw Holoubek, Maja Komorowska, Jerzy Hoffman, Andrzej Seweryn, Beata Tyszkiewicz, Krystyna Janda, Anna Seniuk, Grażyna Brodzińska, Janusz Gajos oraz wielu, wielu innych. Autografy od naszych wspaniałych artystów są dla mnie bardzo cenne.
Wszyscy moi ukochani – Ania, Rysiu, Pola, Roszko, Ania, Michał, Kamila, Marcin, Filip i Ksawery uwielbiają Sztukę – zwiedzają galerie malarstwa, chodzą do teatru i na koncerty, grają na instrumentach, mają swoje ulubione utwory literackie, kochają ludzi, umieją docenić piękno przyrody i otaczającego nas świata.
Bożenko, Marianie, bardzo Wam dziękuję za wszystkie artystyczne przeżycia i wzruszenia. Czekam, kiedy znów usłyszę w słuchawce znajome: „ Halo, tu twoja informacja kulturalna”.
Pozdrawiam serdecznie
BOGUSIA Z BIAŁEJ
„ Audaces Fortuna Iuwat”
Wergiliusz miał rację, ten starożytny rzymski poeta: „Śmiałym szczęście sprzyja”. Prawie połowa października, ale spotkaniu grupy przyjaciół towarzyszyło słońce, pogoda, uśmiech i radość.
Mimo licznych obowiązków zawodowych i rodzinnych, 14 października 2023 roku w Toruniu spotkali się: Ania, Maciej, Wojtek i Madzia Burdynowscy z Grudziądza oraz Ania, Rysiu, Pola, Roszko, Ania, Michał, Kamila, Marcin, Filip, Ksawery Tomaszewscy i Żółtowscy z Płocka.
Po licznych telefonach to właśnie ten piękny, ciekawy, z duszą, klimatyczny gród nad Wisłą został wybrany na rodzinny weekend. Toruń to gotyk. Toruń to Kopernik. Toruń to pierniki. Miasto, które potrafi zachwycić zarówno małych, jak i dużych. Miejscem zbiórki była, XIII wieczna gotycka starówka, która od roku 1997 widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO. Centralny punkt to Rynek Staromiejski z ratuszem i pomnikiem najznamienitszego torunianina Mikołaja Kopernika, który jest miejscem spotkania ekipy grudziądzko – płockiej. Ustalamy plan wycieczki i rozpoczynamy od obowiązkowego zdjęcia przy pomniku. Miało to być spotkanie młodych, ale jakimś trafem ja też się dołączyłam. Były więc reprezentowane trzy pokolenia.
Rynek jak zwykle, jest zatłoczony, ale pobliskie uliczki kuszą spokojem i urokiem starych murów. Docieramy do ulicy Most Pauliński, która jest niebywałą osobliwością Torunia. Jest to ulica znajdująca się na fragmentach dawnego średniowiecznego mostu łączącego Stare Miasto i Nowe Miasto. Most ten stał na fosie oddzielającej oba miasta, do której wykorzystywano rzeczkę Postolec. W jednym z zachowanych na historycznym moście domów mieści się obecnie restauracja – pierogarnia „ Stary Toruń”, w której w sile piętnastu osób zasiadamy do wspólnego obiadu.. Mamy okazję do świętowania, zarówno tego, że jesteśmy razem, jak i Dnia Edukacji Narodowej, a przede wszystkim urodzin Maćka. W dalszej części wycieczki zwiedzamy okolice ratusza, młodzież, fotografuje się z psem Filutkiem, przechodzimy obok domu urodzenia Mikołaja Kopernika, wędrując wzdłuż starych murów docieramy do Krzywej Wieży. W tym miejscu przypomina mi się jedna z legend z mojego przebogatego zbioru opowieści z całej Polski, co jest jednym z moich hobby. Legenda dotyczy nazwy miasta. Otóż zdarzało się, że pobliska Wisła często podmywała mury Krzywej Wieży. Ta protestowała: „ Nie podmywaj mnie Wisło, bo runę”, na co rozzłoszczona w końcu biadoleniem wieży rzeka stwierdziła: „ To ruń!”.
Zmęczeni, ale szczęśliwi planujemy kolejne spotkania.
Brytyjski pisarz, filozof i filolog C. S. Lewis stwierdził: „ Przyjaźń rodzi się w momencie, gdy jedna osoba mówi do drugiej: Co? Ty też? Myślałem, że tylko ja”
Pozdrawiam serdecznie
BOGUSIA z Białej
Gdy się człowiek w otchłań choroby zanurza,
Gdy brakuje sił, kiedy płacze dusza,
Gdy bezradność powala, jak huragan ogromny
Wtedy trzeba Anioła o sercu niezłomnym
Anioła co rękę poda, wyciągnie z czarnej otchłani
Anioła z ludzką twarzą, z ludzkimi troskami.
Gdy spotkasz Go na swej drodze zrozumiesz.
Ja spotkałam
Dziękuję
ALEKSANDRA KOSIŃSKA
Rafale, jesteś osobą znaną w Związku Rodu Żółtowskich, bowiem związany jesteś od początku jego reaktywacji w 1992 roku. Przez wiele lat pełniłeś funkcję wiceprezesa, a od 2000 do 2012 roku prezesa ZRŻ, obecnie prezesa honorowego. Byłeś organizatorem i współorganizatorem wielu zjazdów i wycieczek. Dokumentowałeś kamerą kolejne zjazdy i nowo przybyłych członków. Jesteś autorem wielu artykułów do naszego Kwartalnika. Zawsze życzliwy, pogodny, serdeczny, przyjacielski i towarzyski. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, jakie pytania Tobie zadać, przecież prawie wszyscy Ciebie znamy! Pomyślałam jednak, że może nie do końca znamy….?
Kto Cię zaprosił we wrześniu 1992 roku na spotkanie założycielskie ZRŻ do Skierniewic i jakie emocje Wam wszystkim Żółtowskim towarzyszyły?
Zaprosił mnie mój brat św. pamięci Michał z Warszawy na spotkanie założycielskie stowarzyszenia rodziny Żółtowskich. Miała to być reaktywacja istniejącego do II wojny światowej Związku Rodu Żółtowskich z linii wielkopolskiej. Chętnie skorzystaliśmy z zaproszenia i z naszymi żonami Ewą i Stefanią pojechaliśmy do Skierniewic, by wraz z innymi Żółtowskimi uczestniczyć we mszy świętej za rodzinę w małym, starym kościółku św. Stanisława w Skierniewicach. Następnie udaliśmy się do domu Natalii i Zbigniewa Żółtowskich, organizatorów tego spotkania. Nikogo z bratem nie znaliśmy. Trochę czuliśmy się zagubieni wśród nieznanych nam osób. Ale nie trwało to długo!
Na czym polegał według Ciebie fenomen pierwszego spotkania? Twoje osobiste wrażenia?
Zbigniew rozpoczął spotkanie od propozycji, aby każdy się przedstawił i kilka słów powiedział o sobie i swoich korzeniach i najbliższej rodzinie. Fenomenem tego pierwszego spotkania było zapewne stworzenie przyjaznej atmosfery przez Natalię i Zbigniewa. Z początkowej ciszy w salonie zrobiło się gwarno, serdecznie i rodzinnie. Przybyli Żółtowscy z Białegostoku, Gliwic, Szczecina, Poznania, Płocka po Tarnobrzeg i Warszawę. Pokrótce stanowiliśmy jedną rodzinę. Padła propozycja reaktywacji Związku Rodu Żółtowskich. Pierwszym do wyboru tymczasowym prezesem związku został Andrzej Ludwik z Warszawy, prezesem honorowym Michał Ludwik z Lasek. To spotkanie było sukcesem organizatorów. Uczestniczyło nas ponad 30 osób, praktycznie wcześniej sobie nie znanych. Z rozmów z uczestnikami, odniosłem wrażenie, że ta organizacja jest potrzebna. Wielką rolę odegrali Zbigniew i Natalia. Użyczyli własnego domu na spotkania bądź co bądź w większości obcych ludzi, ugościli i przyjęli rolę sekretarzy, prowadzenia spraw organizacyjnych, administracyjnych i wszelkich innych na potrzeby nowego związku. Zbigniew był bardzo zaangażowany w jego reaktywację . Wyzwaniem były najważniejsze słowa, które padły na tym I Zjeździe Rodu. Słowa Michała z Lasek, przypomnieć trzeba, iż były to czasy rozpadu polityki, gospodarki, dosłownie wszystkiego – powiedział: „jeżeli dziś się wszyscy rozpadają to my się połączmy”. I tak się stało!
Pełniona przez trzy kadencje funkcja prezesa, to niezwykła odpowiedzialność i ciężka praca. Co było dla Ciebie największym priorytetem i wyzwaniem?
Może zacznę odpowiedź od końca pytania. Priorytetem na pewno było powielenie dążenia Zbigniewa do scalenia rodziny jako całości, bez względu na status społeczny, polityczny, wyznaniowy czy ekonomiczny. Nawiązania jak największych relacji, przyjaźni, stworzenia całości genealogii, w co bardzo zaangażował się Michał z Łodzi, jej aktualizacji, porządkowania i wnoszenia poprawek. Zbigniew odszedł za szybko. Stworzył cały rdzeń i podstawy do dalszej działalności i to było dla mnie wyzwaniem do kontynuacji jego dzieła. Miałem nawet z pierwszym prezesem Związku Rodu Żółtowskich Andrzejem Ludwikiem na temat podejścia do związku odrębne spojrzenie, które spowodowało pewne wyłączenie się gałęzi wielkopolskiej. Pozostały realizacje wyzwań. A było ich wiele. Moim największym wyzwaniem w związku było zapewnienie ciągłości wzajemnych relacji i poznawanie i zachęcanie innych nie zrzeszonych rodzin do uczestnictwa w zjazdach. Czasami poświęcałem ze Stefanią dużo czasu na znalezienie odpowiednich miejsc na spotkania. Wielu naszych członków było zaangażowanych w poszukiwania i organizowania miejsc na kolejne zjazdy. Bogusia z Białej organizowała i dalej to czyni, wspaniałe wycieczki. Było to moje i naszych członków wyzwanie do wspólnego działania i za to wszystkim dziękuję. Moje plany spełnili odpowiedzialni członkowie naszego Rodu. Powrócę teraz do początku pytania. Czy prezes ma odpowiedzialność i ciężką pracę? Odpowiedzialność tak, bo się czegoś podjął. Ale czy ciężką pracę? Odpowiem. Nie! To jest pasja, to jest poczucie chęci zrobienia czegoś dla wspólnego dobra. Nie odczuwałem ciężaru odpowiedzialności. Robiłem coś co mnie inspirowało, coś co dało innym radość i przyjemność i także, mnie też. Czy ciężko? Nie, naprawdę nie! Korespondencja między nami była wyjątkowo dobra. Sprawy administracyjne świetnie prowadzone były przez Natalię i Basię.
Co się Tobie udało, a co nie wyszło?
Wydawanie naszego Kwartalnika ZRŻ. To największy sukces wszystkich prezesów, zarządów i redaktorów. Udało mi się zorganizować trzy wyjazdy zagraniczne: do Wilna, Włoch i Watykanu (spotkanie z papieżem Janem Pawłem II ). Powstał także ciekawy zwyczaj, iż podczas uroczystej kolacji odbywała się licytacja przywiezionych przez uczestników zjazdu gadżetów. Było dużo wspólnej zabawy, śmiechu, przetargów i radości. Dofinansowały one nasze stowarzyszenie w dodatkowe środki pieniężne. Pomysłodawczynią licytacji była Stefania, która podarowała na ten cel swoje obrazy. Znajdują się one w kilku domach Żółtowskich. Myślę, że powinniśmy wrócić do tej radosnej i ciekawej zabawy. Nie udało się wydanie w Kwartalniku cyklu wspomnień o naszych matkach. Były i są to kobiety z innych rodów i rodzin, często herbowych. Kobiety po zamążpójściu przyjmowały nazwisko męża. Ich wkład w wychowanie kilku pokoleń Żółtowskich w duchu patriotycznym, wykształcenia, szacunku do pracy i innych ludzi jest bardzo duży. Nie powinniśmy o nich zapomnieć. Bez nich nie byłoby nas!
Który zjazd najmocniej zapadł Ci w pamięci?
Każdy zjazd pamiętam. Nie uczestniczyłem tylko na jednym zjeździe, który organizowała Kicia z Olsztyna, z uwagi na zły stan zdrowia Stefanii.
Sprawy związku są Tobie szczególnie bliskie. Jak widzisz w nim przyszłość młodego pokoleniu?
Ten problem poruszałem na ostatnim zebraniu zarządu w czerwcu 2023 roku. Czekam na dyskusje w tej sprawie wszystkich członków związku, nie tylko zarządu. Marzeniem moim jest, by młodzi sami o sobie zaczęli decydować, organizować spotkania po swojemu, przyjeżdżać z dziećmi, z rodzeństwem, kiedy chcą i tam gdzie chcą. My seniorzy dostosujemy się do nich. Kiedyś to oni przejmą po nas pałeczkę. Na nich bardzo liczę i wiem, że mimo zmieniającego się świata o rodzicach, dziadkach i przodkach, o naszym pokoleniu i naszej historii Rodu nie zapomną. Myślę, że związek będzie trwał dalej. Ufam w kontynuację, ufam, że będzie dobrze.
Za swoją pracę na rzecz naszego stowarzyszenia zostałeś uhonorowany decyzją Zarządu i Kapituły najwyższym wyróżnieniem ZRŻ medalem im. Michała Żółtowskiego z Czacza w 2018 roku. Czy to dla Ciebie ważne wyróżnienie?
Ważne, bardzo ważne! Nawet ważniejsze niż te wcześniejsze, które otrzymałem z harcerstwa, PCK czy Brązowy Krzyż Zasługi z rąk Prezydenta RP w Belwederze. Medal im. Michała Żółtowskiego z Czacza, to moja rzeczywista praca na rzecz dobra rodzinnego, za upamiętnienie roli Rodziny w całokształcie historii Polski. Michała znałem. Spotykałem się z nim poza zjazdami w Laskach na zebraniach zarządu, a także wielokrotnie korespondowaliśmy listownie i telefonicznie. Związek Rodu Żółtowskich był wydawcą jego książek w 2004 roku. Medal im. Michała z Czacza jest dla mnie bardzo ważną pamiątką naszych wspólnych działań na rzecz Rodziny.
Jesteś z wykształcenia magistrem farmacji i doktorem nauk medycznych. Byłeś właścicielem i kierownikiem wielu aptek w Polsce. Czy Polki i Polacy dbają o zdrowie?
Trudno mi się wypowiadać za blisko 37 milionów rodaków, pomimo mojej długoletniej pracy. Bez szczególnej analizy podzieliłbym ludzi na bagatelizujących zdrowie i hipochondryków. Nie dotyczy to oczywiście osób, których dopadło jakieś schorzenie.
Korzenie twojej rodziny.
Korzenie mojej rodziny w/g Genealogii Rodu Żółtowskich, poz.3.2.1.1 str.118 sięgają roku 1790. Dalej nie udało się św. pamięci Michałowi z Łodzi znaleźć przodków, a na pewno byli. Pamiętam mojego dziadka Albina, którego ojcem był Bazyli. Nawet byłem w posiadaniu sygnetu rodowego pradziadka Bazylego z jego inicjałami. Albin pochodził z licznej rodziny. Jego brat Edmund był na zjeździe Rodu Żółtowskich wraz z synami Andrzejem i Józefem z Popłacina w Soczewce. Dziadek miał trzech synów, Romualda, mojego ojca, Henryka i Stanisława. Bracia mojego ojca byli uczestnikami kilku zjazdów. Ojciec ukończył studia na Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie o kierunku budownictwa lądowego i mostowego. Mama studiowała polonistykę.
Czy wspominasz lata dzieciństwa ?
Chyba tak jak każdy, a przynajmniej każdy z normalnej kochającej rodziny. Było zawsze ciepło, pogodnie i wesoło. Nie pamiętam żeby kiedyś padał deszcz, czy była zawieja, która ograniczała wyjście na podwórko, do zabawy. Rodzice na pewno mieli swoje problemy, a my dzieci nie doświadczyliśmy tego. Jak nas ubrali, tak byliśmy ubrani, co było na stole, to było. Wszystko było dobrze. Nie było marudzenia, żądań, fochów. Dzieciństwo było wspaniałe. Żaden okres w życiu już nie był taki beztroski. Był cudowny! Rodzice duży nacisk kładli na nasze wykształcenie i przyszłość. Wszędzie chodziliśmy razem, nawet na kawę do znajomych. Nie ograniczano nam kontaktów z dorosłymi. Nie wypraszano do drugiego pokoju, jak przychodzili dorośli znajomi. Takie podejście do dzieci dawało nam wszechstronny rozwój intelektualny, obyczajowy, kontaktowy, kulturalny. Ojciec mój przodował w przygotowaniu dzieci do późniejszego życia. To cudowny okres w życiu. Szkoda, że tak krótki… Wspomnę jeszcze, że dzieciństwo swoje zapamiętałem, mając w pamięci taki oto obrazek – stojąc przy oknie , czekając na powrót taty z pracy widzimy z braćmi, że ciągnie na sankach choinkę do domu. Choinka dotarła, a sanki podobno dał mu św. Mikołaj dla nas. I weź tu zapomnij o dzieciństwie.
Lata dziecięce szybko mijają, i trzeba pomyśleć o przyszłości.
Często przeprowadzaliśmy się i mieszkaliśmy tam, gdzie tata pracował. Tato też nie miał łatwo, bowiem miał swojego komunistycznego opiekuna. Pierwsze dwie klasy Szkoły Podstawowej rozpocząłem w Lipnie, kontynuowałem w Bydgoszczy, by dokończyć w Warszawie. Ukończyłem LO im. Adama Mickiewicza na Saskiej Kępie maturą w 1969 roku. Na Akademię Medyczną startowałem trzykrotnie. Konkurencja była duża. Dwa razy oblewałem egzamin z chemii. Za trzecim razem przeniosłem się na farmację i chyba za karę 5 lat studiowałem tę nieszczęsną chemię, ale dałem radę. Przez 5 lat studiów pracowałem w Pogotowiu Ratunkowym. Miałem dobrego zmiennika i w razie colocvium czy innych zaliczeń, zamienialiśmy się. Na 4. roku wzięliśmy ślub ze Stefanią. Przeniosła się z Augustowa do Warszawy. I cóż, zakończył się młodzieńczy okres.
Imię Stefania to…
To ciepło, słoneczne dni, domowy spokój, wzajemny szacunek i wzajemne zrozumienie, wybaczanie wspólnych błędów, wspólna radość, zabawa, wyjścia do znajomych, ogródek, wycieczki do lasu, na grzyby, na ryby ,cele do zrealizowania i radość z posiadania potomstwa.
Przedstaw nam swoich bliskich. Czym się zajmują? Gdzie mieszkają?
Rodzinę mam już nieliczną. Starszy Brat Michał (lekarz) zmarł w tym roku, a osiem lat młodszy brat Jacek pracuje i mieszka w Warszawie. Mam czwórkę dzieci: Romka, Olę, Anię i Tomka. Ola, jedna pozostała w Polsce, pracuje jako technik farmaceuta w aptece w Prudniku. Mieszka z mężem Mariuszem we własnym domu w Łące Prudnickiej. Bardzo ładna posesja z wielkim ogrodem nad górskim strumieniem. Ola ma jednego syna Olgierda, który jest już dorosły i pracuje jako informatyk. Pozostałe dzieci osiedliły się w USA. Synowie w stanie Illinois, a córka w Colorado. Romek z wykształcenia jest politologiem i dziennikarzem, jednak zajmuje się inną dziedziną. Od wielu lat ma własną firmę zakładającą ogrzewanie i chłodzenie w budynkach. Tomek po maturze wyjechał do Romka i jego żony Lidki na chrzciny ich córki Natalki. Tam został, ożenił się z Magdą i mają dwójkę dzieci Michała 9 lat i Wiktorię 6 lat . Dzieci chodzą do szkól amerykańskich i do szkół polskich. Tomasz prowadzi własną firmę stolarską, zajmującą się wyposażeniem pomieszczeń. Córka Ania skończyła w Polsce Wyższą Szkołę Psychologii Społecznej. Jest magistrem psychologii. Nostryfikowała dyplom w USA. Pracuje jednak w hotelarstwie. W Colorado jest menadżerem kilkunastu domów wypoczynkowych w wysokich partiach górskich. Mieszka na wysokości 4 tys. metrów i jest szczęśliwa. Nie założyła rodziny. Mówię, że moi bliscy, to niewielka rodzina. Sam jestem wdowcem od 16 lat. Mam za to bliską Rodzinę Żółtowskich i dobrze mi z tym już od 32 lat.
Jakie wartości starałeś się przekazać swoim dzieciom?
Takie same jakie przekazali mi moi rodzice. Miłość rodzinna najważniejsza, potem nauka i to wszechstronna, wielokierunkowa, rozwijanie pasji i zainteresowań. Kultura wyniesiona z domu wielopokoleniowego, zachowanie tradycji, życie według prostych 10. przykazań i szacunek do swego zawodu i do pracy, szacunek do innych osób i to pod każdym względem. Uczciwość do bólu, choć pokusy świata są różne. Ważną wartością jest język jakim się wyrażamy. Bez wulgaryzmów, bez prostactwa, chamstwa w z wypowiedziach, bez kpin i wyszydzania innych, mniej zdolnych, bez wywyższania się i pokazywania się lepszym. Zawsze uczyłem dzieci szacunku do innych. Nie wiesz kiedy i za jaki czas, ale karma zawsze wróci do ciebie.
Często zmieniałeś miejsca zamieszkania, ale najważniejszym miejscem na ziemi jest…?
Tak, często zmieniałem. Przyczyny były zawsze ekonomiczne. Chcąc lepszego życia dla siebie i dla rodziny ciągle się kształciłem. Trzy lata po studiach zrobiłem pierwszy stopień specjalizacji. Pracowałem w wiejskiej aptece ale czułem się zapuszkowany. Zaproponowano mi wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Farmaceutycznego w Ciechanowie ds. gospodarki lekami. Przyjąłem, choć byłem świadom dodatkowej pracy i nieobecności w domu. Nie miałem za to limitu na paliwo, choć wszyscy mieli na nie kartki. Takie były kartkowe czasy, choć partia robiła mi stale kłopoty, bo nie byłem ich. W końcu udało nam się ze Stefanią i dziećmi osiedlić w Korycinie. Zbudowaliśmy własny dom.
Korycin, to najważniejsze miejsce w moim życiu. Duży dom, własna apteka. Tutaj dzieci ukończyły szkoły. Zmieniałem kolejne miejsca zamieszkania po śmierci Stefanii, także z przyczyn ekonomicznych. Wyjechałem na Pomorze Zachodnie, gdyż tam były wyższe zarobki niż na Podlasiu. Z Grecji, gdzie wcześniej mieszkała, wróciła moja córka Ola z mężem do Polski. Znalazła pracę w nowo otwieranej aptece w Głuchołazach, ale nie było kierownika, więc dla córki porzuciłem Wyspę Wolin i przyjechałem do Głuchołaz, zapewne już na stałe. Zostawiłem w Korycinie drugi stopień specjalizacji, doktorat w Białymstoku, wszelkie znajomości, miłe wspomnienia i dobrych przyjaznych ludzi. Tak wygląda moja tułaczka. Może przykra, ale była konieczna .
Które wspomnienia sprawiają Tobie szczególną przyjemność?
Te z młodości. Lata licealne i studenckie, bez zmartwień i problemów, jeszcze pod okiem rodziców i z ich finansowaniem. Lasy i jeziora które zmieniają się o każdej porze roku, a zimą można poszaleć na łyżwach. Tak było za moich czasów młodości. Dziś już jest bardziej niebezpiecznie, z uwagi na zmiany klimatyczne. Łowię ryby od 57 lat. Obecnie już rzadziej. Lasy o każdej porze roku są przepiękne. Góry ładne, ale z daleka. Nie lubię wchodzenia pod górę i schodzenia z niej. Podziwiam naszego prezesa Mariusza i jego córkę Anię. To łaziki górskie. Ja jednak – woda stojąca, jeziora, łódka, kajak, wędka i to mi sprawia szczególną przyjemność.
Zapewne zapamiętałeś jakąś niesamowitą przygodę.
Życie, to jedna wielka przygoda… ! Nie oceniam swego życia w kategorii przygód, nie dzielę na lepsze, gorsze, ciekawsze czy mniej ciekawe. Wszystkie musiały być przeżyte, zaczęte i ukończone. Przygoda życia, to przygoda z ludźmi. Jedni postrzegają ciebie tak, inni odwrotnie, są życzliwi lub nie. Ważne, by patrzeć na to jak na przygodę i dalej żyć i nie czynić nikomu krzywdy. To najważniejsza przygoda i dewiza życia.
Czym się interesujesz? Jakie masz hobby?
Tak ogólnie interesuje się nauką i stałym pogłębianiem wiedzy. Nawet codziennie czytam odwrotną stronę z kartki kalendarza i dowiaduję się rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Wiedza jest dla mnie bardzo ważna i to w każdej dziedzinie. Lubię kucharzyć, robić przetwory na zimę i mieć porządek w domu. Nie znoszę bałaganiarstwa i obojętności. Nie lubię lenistwa, bezradności i prostackich wypowiedzi z wulgaryzmami łamiącymi nasz kochany polski język. Znaczki pocztowe zbieram od dziecka, lampy naftowe, łowiłem ryby, zbierałem grzyby, ale już do tego nie wrócę.
Co Cię złości, drażni, irytuje?
Jak już mówiłem, prostactwo, brak wychowania i ogłady, kaleczenie naszej mowy, ślizganie się na dorobku innych ludzi, cwaniactwo i złodziejstwo. Prostactwo, to nie ludzie prości, a prostacy. Ludzie prości są często ludźmi godnymi poszanowania, na ogół zdolni i przyzwoici i ogólnie szanowani. Prostacy, nawet z dyplomem godni pożałowania. Także złodziejstwo, czyli łatwy zysk. Nie ważne jest, czy łupem jest pudełko zapałek, pieniądz czy skradziona kobieta.
Z czego jesteś dumny?
Jestem dumny z moich dzieci, które bardzo kocham. A duma moja wcale nie jest oparta na tezie, że to moje dzieci. Żyję na co dzień ich życiem, interesuję się ich kłopotami i radościami. Codziennie są ze mną, choć daleko za wodą. Jak jest im dobrze, to duma mnie rozpiera i serce inaczej stuka. To moja duma! Najważniejsza! Dumny jestem też z mojej szerokiej Rodziny związkowej. Pamiętają o mnie, by na kolejnych zjazdach było miejsce dla mnie niepełnosprawnego. Bardzo im za to dziękuję!
Jakie słowo określa Rafała Żółtowskiego?
Pierwsze to jest imię
Drugie to nazwisko.
O czym marzy Rafał?
Marzenia dotyczą na ogół ludzi młodych. Mam wszystko co chcę i oby się nic nie pogorszyło!
Dziękuję za ciekawą rozmowę i życzę Tobie Rafale w imieniu wszystkich Żółtowskich zdrowia i kontynuacji swoich pasji.
ELŻBIETA Żółtowska z Kutna