Tag: Nr 18

  • Życiorys mój

    Ciąg dalszy z poprzedniego numeru.

    Po ucieczce Niemców w dniu 18 stycznia 1945 r. wróciliśmy z rodzicami do naszego domu. Następnego dnia zgłosił się do nas delegat PKP pan Michał Szczęsny z poleceniem objęcia przez mojego ojca stanowiska zawiadowcy stacji PKP w Aleksandrowie Kujawskim. Ojciec polecenie przyjął.

    Po rozpoczęciu przeze mnie nauki w Gimnazjum Ogólnokształcącym Księży Salezjanów w Aleksandrowie Kujawskim stale przebywałem z ojcem na dworcu kolejowym, stanowiąc jego ochronę. Miałem krótką broń, która w tym czasie częstych sporów z Sowietami była konieczna (zdarzały się częste wypadki rozbijania magazynów przez Sowietów, kradzieże itp., z którymi musiał walczyć mój ojciec, pełniąc swoją funkcję).

    W ciągu jednego miesiąca z kilkoma kolegami – Zdzisławem Sochaczyńskim, Tadeuszem Wiśniewskim, Henrykiem Wołczyńskim, Alojzym Lewandowskim – z ocalałych książek przerabialiśmy po pracy materiał pierwszej klasy gimnazjum ogólnokształcącego i zdawaliśmy do drugiej klasy typu semestralnego. Egzamin zdałem pomyślnie i z dniem 15 marca 1945 roku rozpocząłem naukę.

    Ucząc się w klasach semestralnych, w czerwcu 1946 r. zdałem małą maturę oraz wstąpiłem na Kurs Wstępny kierunku Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Po ukończeniu tego kursu, który był równoznaczny z dużą maturą, zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów wyższych Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Kopernika w Toruniu.

    Chcę podkreślić, że nieprawdą jest, jakoby działalność Armii Krajowej ustała, a nawet, jak twierdzą niektórzy, wręcz się rozpadła po wkroczeniu Sowietów do Polski, z powodu represji. Wręcz odwrotnie, nie mówiąc o tych, którzy się ujawnili, pozostali działali nadal, walcząc już teraz z systemem komunistycznym. Byliśmy przekonani, a następnie pewni, że kiedyś system ten się zawali i że Polska będzie znowu suwerenna.

    Nasze radio ukryte pod piecem przetrwało okres okupacji niemieckiej. Osiedleni w naszym domu Niemcy nie odkryli tego radia. Był to sześciolampowy aparat marki Telefunken. Mieliśmy zaraz po ucieczce Niemców najświeższe wiadomości z Londynu. Wiedzieliśmy, że musi się zmienić. Nie mogliśmy czekać, trzeba było działać. Na represje początkowo NKWD, a później UB i SB odpowiadaliśmy drobnymi, ale częstymi wystąpieniami, jak rozrzucanie ulotek, rozlepianie plakatów, napisy na murach, np. „precz z komuną” itp. W czasie wyborów zrywaliśmy i zalepialiśmy afisze komunistyczne, np. bloku 3 x tak. Ulotki otrzymywaliśmy z Włocławka, a plakaty były wykonywane na miejscu. W rozwieszaniu ich brali udział malżonkowie Ożażewscy, Janina Kowalska (pielęgniarka) i ja, Stanisław Żółtowski. Były jeszcze i inne zespoły których nazwisk nie znałem.

    Wracając jeszcze do pierwszych dni po wkroczeniu Sowietów do Aleksandrowa Kujawskiego, chcę nadmienić, że obydwaj moi bracia wstąpili do pracy na kolei (PKP). Romuald początkowo pełnił służbę w Straży Ochrony Kolei (SOK), a po przeszkoleniu objął funkcję dyżurnego ruchu w Ciechocinku.

    Na własną prośbę, 9 lutego 1946 r. został skierowany na studia politechniczne w Akademii Górniczo-Hutniczej na Wydziale Komunikacji w Krakowie. Po skończonych studiach pracował w resorcie komunikacji w Warszawie. Brat mój Henryk również początkowo pełnił służbę w Straży Ochrony Kolei (SOK), a po przeszkoleniu został kasjerem biletowym. Na własną prośbę, w październiku 1945 r., został zwolniony z PKP i zdał egzamin na Politechnikę w Gdańsku, na Wydział Budowy Dróg i Mostów. Studia ukończył i rozpoczął pracę w Gdańskim Biurze Projektów Budowy Mostów.

    Jednym z poważniejszych działań podziemnej organizacji Armii Krajowej, skupiającej w przeważającej części pracowników PKP, było porwanie i uprowadzenie Sowietom całego transportu kolejowego (pociągu składającego się z 46 wagonów), załadowanego nowymi urządzeniami stacyjnymi i kolejowymi, jadącego z Niemiec do ZSRR, i konwojowanego przez dwóch żołnierzy sowieckich.

    Dowódcą całej akcji był mój ojciec Albin Żółtowski, pełniący w tym czasie funkcję zawiadowcy stacji PKP w Aleksandrowie Kujawskim. Wtajemniczeni: Stefan Wieczorkowski – nadzorujący urządzenia hydrauliczne stacji, komendant Straży Ochrony Kolei Polachowski, dyżurny ruchu nastawni nr 1 Pomiechowski, dyżurny ruchu stacji Ciechocinek Romuald Żółtowski (mój najstarszy brat), naczelnik oddziału ruchu PKP w Kutnie Kazimierz Łukomski, i ja – Stanisław Żółtowski (ochrona i łączność ojca).

    Rano, 15 czerwca 1945 r. ojciec został telefonicznie powiadomiony przez pracowników PKP w Toruniu (nazwisk nie znam), że przed wieczorem będzie jechał przez Aleksandrów Kujawski sowiecki transport kolejowy z urządzeniami kolejowymi. Należało wszystko przygotować, aby można było ten transport zatrzymać w Aleksandrowie.

    W nocy z 15 na 16 czerwca 1945 r. pociąg sowiecki nr. 1879/472/473, składający się z 46 wagonów, 96 osi i ważący 810 ton, mający niemiecką rejestrację wagonów, przybył do Aleksandrowa i został zatrzymany pod sygnałem. Parowóz tego pociągu obsługiwali Polacy, ojciec mmój wytłumaczył maszyniście, że musi wracać do Torunia do parowozowni. Ma powiedzieć konwojentomsowieckim, że parowóz ma uszkodzone hamulce i nie może dalej ciągnąć wagonów transportu. Należy go wymienić. W jednej chwili parowóz odczepiono od składu pociągu i zaczął bardzo wolno wracać do Torunia. Inny parowóz, obsługującyprzetoki na stacji Aleksandrów, został wcześniej ukryty na torze w Ciechocinku, aby nie stwarzać możliwości ewentualnej wymiany parowozów na miejscu. Konwojenci sowieccy domagali się zastępczego parowozu. Ojciec mój oświadczył im, że otrzymają go dopiero po zamówieniu parowozu w parowozowni w Toruniu-Kluczykach. (Ojciec znał język rosyjski ponieważ sześć lat służył w carskim wojsku w Rosji i świetnie dogadywał się z Rosjanami). Aby całe działanie w oczach sowieckich konwojentów wyglądało na autentyczne, ojciec w obecności obydwóch żołnierzy sowieckich telefonował do parowozowni Toruń-Kluczyki i zamówił parowóz zastępczy. Parowozownia oświadczyła, że obecnie są trzy parowozy w naprawie i gdy naprawa się skończy, jeden z nich zostanie skierowany do Aleksandrowa. Może to jednak potrwać do samego rana. Wiadomość powyższą ojciec przekazał konwojentom sowieckim.

    Obydwaj konwojenci zadowoleni wyszli z biura zawiadowcy stacji i zabrałem ich na gorący posiłek do stołówki PCK, która znajdowała się na tym samym peronie dworca. Po zjedzeniu kolacji mieli ochotę na coś mocniejszego, a zwłaszcza pytali o „spirit”. Dostarczyłem im dwa razy po pół litra spirytusu gorzelnianego, który pili w kubkach bez rozcieńczenia wodą. Przedtem musiałem z nimi trochę wypić, aby rozwiać obawy, że jest zatruty. Konwojenci sowieccy tak się rozochocili, że wypili cały litr spirytusu. Widocznie byli bardzo zmęczeni, bo już wkrótce obaj spali na ławach w stołówce PCK. Upewniliśmy się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby cały transport odjechał. Wiadomość przekazałem mojemu ojcu oświadczając, że konwojenci sowieccy śpią w stołówce PCK. Ojciec natychmiast telefonicznie zażądał przybycia parowozu z Ciechocinka (dyżur w Ciechocinku pełnił Romuald Żółtowski). Po półgodzinie cały transport sowiecki jechał już do Ciechocinka.

    Ciechocinek usytuowany jest na bocznej linii kolejowej i połączenie do głównej linii Aleksandrów – Kutno ma tylko przez Aleksandrów. Wszystkie wagony niemieckiej rejestracji załadowane nowym sprzętem kolejowym zostały wepchnięte na ślepą bocznicę kolejową, pod Warzelnią Soli w Ciechocinku. Parowóz do odwołania również pozostał na stacji w Ciechocinku. Następnie ojciec telefonicznie powiadomił naczelnika odcinka ruchu PKP w Kutnie, Kazimierza Łukumskiego o udanej całkowicie akcji.

    Po przebudzeniu konwojenci sowieccy szukali swojego transportu. Zostali poinformowani, że pociąg po zmianie parowozu wcześniej odszedł w kierunku Kutna, a wszyscy byli przekonani, że konwojenci nocowali w pociągu i pojechali razem z transportem. Wobec takiej sytuacji chcieli jak najszybciej pojechać za swoim transportem. Początkowo mieli zamiar jechać pociągiem osobowym do Włocławka, a następnie do Kutna. Tymczasem Toruń powiadomił dyżurnego ruchu, że w stronę Aleksandrowa jedzie następny transport sowiecki z urządzeniami fabrycznymi. Ojciec doradził konwojentom, żeby zabrali się właśnie tym transportem, który jedzie do ZSRR i w Kutnie szukali swego konwoju. Ojciec dokładnie się orientował, że transporty sowieckie nie były ściśle ewidencjonowane (zabierano wszystko, co wpadło im do ręki i wysyłano do ZSRR). Również i konwojenci nie byli ściśle rejestrowani. Konwojenci zgubionego pociągu w tym wypadku jadąc innym transportem zwiększali tylko liczbę konwojentów tego transportu i mieli możliwość przemilczeć zgubienie swojego transportu – w ten sposób uniknęliby kary. Tak się też stało, jak proponował ojciec. Na stacji dano sygnał do zbliżającego się pociągu sowieckiego, aby zwolnił bieg, obydwaj konwojenci wskoczyli do niego i wyjechali z Aleksandrowa. Od tego czasu nic o nich nie wiedzieliśmy. Nie było również szukania pociągu przez władze sowieckie.

    Należy zauważyć, że transport sowiecki jadący do ZSRR wolno było zatrzymać tylko z bardzo ważnego powodu, jak uszkodzenie parowozu lub wagonu grożące katastrofą. Na stacji odwołano pogotowie akcyjne i wszystko wróciło do normalnego biegu. Wagony z rejestracją niemiecką całego transportu przemalowano i po kilka z nich rozsyłano do stacji podanych przez odcinek ruchu w Kutnie. Na jednej platformie pociągu był nawet samolot niemiecki ze złożonymi skrzydłami. Był to Fockerwolf. Samolot ten przewieziono do Warszawy i był to pierwszy samolot Polskiej Kolei Państwowej w stolicy. Według oświadczenia naczelnika Łukomskiego z Kutna, wszyscy biorący udział w akcji mieli być odznaczeni. Niestety, w październiku 1945 r. do Oddziału Ruchu PKP w Kutnie przysłano Sowieta na stanowisko głównego dyspozytora, który kontrolował całą pracę odcinka ruchu w Kutnie i współpracował z NKWD. Wówczas trzeba było milczeć i o sprawie uprowadzonego transportu sowieckiego nic nie wspominać. Było to polecenie naczelnika Łukomskiego.

    Stanisław Żółtowski z Aleksandrowa

  • Do melancholii!


    Maria z Łęgowskich Żółtowska /1922-1982/

    O melancholio księżycowych nocy! Cicha z gwiazd przyszłaś na progi pokoi, Wyciągasz do mnie blade zwątpień dłonie, Cichnę i konam pod wzrokiem Twej mocy, Jak fala cichnie, gdy kamień w niej tonie I dalej płynie do kresu podwoi. O melancholio, złóż pobladłe ręce, Przesuń po twarzy z pieszczotą tajemną I pozwól spojrzeć do głębi oczyma. Może ucichnę po codziennej męce, I może więcej ciężkich chwil przetrzymam, Gdy spokój duszy zawiśnie nade mną. *** Całuję cię, całuję do głębi. Całuję Cię gorączką warg, Płomieniem z moich oczu, Skargo z najgorszych mych skarg. Błądzić jest rzeczą ludzką, Skarżyć się – rzeczą człowieka. Rzucam błąd o podłogę, Skarżę się – nie uciekaj! Dobrotliwe chłodne ręce Połóż na mojej głowie. Resztę Ci moja spowiedź, Mój żal opowie.

  • Jeśli dziś piątek, to jesteśmy w Wilnie…


    Iwona Żółtowska z Warszawy

    To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Cieszyłam się na tę litewską wyprawę, a tymczasem oblicze Wilna oglądane z autokaru, który zatrzymał się niedaleko kantoru wymiany walut, zrobiło na mnie bardzo złe wrażenie. Szeroka, zaniedbana ulica, wzdłuż niej poszarzały mur. Zastanawiałam się, czy miasto, które chcę zobaczyć, w ogóle istnieje? Istniało, ale nie uprzedzajmy faktów.

    W kantorze pierwsze miłe zaskoczenie: złote wymienia się na lity bez najmniejszego problemu. Wietrzę podstęp. Gdzie jest haczyk? Mniejsza o to. Kieszeń pełna, więc jakoś to będzie. Teraz proszę o Wilno.

    Pokazało się, i to w całej krasie. Zobaczyłam je spod osadzonych na łukowatym murze trzech białych krzyży umieszczonych na górze, która od nich wzięła nazwę. Oglądamy panoramę miasta. Czerwone dachy, sylwetki niezliczonych1 kościołów, ciemna niepokojąca bryła opery. Wcześniej strome podejście zboczem góry zamienionym w półdziki park; z powrotem idzie się, rzecz jasna, znacznie przyjemniej. Zapamiętam widziane z oddali czerwone dachówki kontrastujące z bujną zielenią GóryTrzykrzyskiej.

    Kościół Piotra i Pawła. Przed bramą „dyżurni” żebracy. Świadczą mi dobro, bo mogę szybko i bez wysiłku spełnić dobry uczynek. Kilka centasów to jakby przepustka do jasnej barokowej świątyni. W środku biało. Dużo światła, które łagodnie modeluje niezliczone płaskorzeźby. W tym kościele trudno czuć się samotnym. Postaci o kształtach ludzkich, albo zbliżonych, naliczono dwa tysiące. Figury i ornamenty wykonali świetni włoscy sztukatorzy. Bieltworzywa modelowana światłem i cieniem sprawia wrażenie niemal barwnej. Pasy sztukaterii przypominają gobeliny z wypukłym haftem. Oto popiersie młodzieńca podtrzymującego łuk, który przechodzi w fałdzistą draperię. Mam wrażenie, że jeszcze chwila i tkanina zacznie falować. Pod kopułą żegluje statek-żyrandol z kryształu i złota: z przodu głowa smoka, z tyłu kotwica. Ambona ma kształt Piotrowej łodzi. Nad wejściem piętrzą się białe organy pobłyskujące tu i ówdzie odrobiną złota. Na prawo od drzwi stoją dwa wielkie miedziane kotły poczerniałe ze starości. Wspinam się na palce i już wiem: to bębny. W przewodniku czytam, że zostały jakoby zdobyte pod Chocimiem przez Michała Paca, fundatora kościoła. Pada na nie słoneczny blask z umieszczonego dość wysoko okienka. Co za pech! Zdjęcia nie będzie. Wychodzimy na zewnątrz, a tam feeria barw! Słoneczny dzień szybko uzupełnia niedobór kolorów w organizmie. Spacerujemy z Iretką Byszewską wokół otoczonego murem kościoła. W rogach cztery baszty jak w obronnym zamku; tu pełnią funkcję kapliczek. Zapamiętam łagodne światło na cyzelowanych płaskorzeźbach, kryształowy żaglowiec sunący nad moją głową oraz jasną fasadę na tle błękitnego nieba.

    Pogoda wciąż dopisuje. Jedziemy na Rossę, by odwiedzić cmentarz. Przed bramą groby wojskowych oraz matki Marszałka. Wzruszająca inskrypcja: MATKA I SERCE SYNA. Właściwa nekropolia leży na pagórkowatym terenie. Wspinamy się wąską ścieżką między stłoczonymi pomnikami. W masie postarzałych nagrobków uwagę przyciąga odnowiony grobowiec. Napis głosi:
    Architektas Skulptoriua
    ANTANAS VIVULSKIS
    1877-1919
    Spoczywa to Antoni Wiwulski, autor pomnika z Góry Trzykrzyskiej. Podobno nie znał ani słowa po litewsku!

    Nasza grupa rozpada się na mniejsze gromadki. Każda szuka własnej ścieżki wśród mocno zaniedbanych grobów. Urok zieleni sprawia, że widok zniszczeń dokonanych przez czas i ludzką niedbałość przygnębia mniej, niż można by tego oczekiwać. Zwycięża ciekawość. Z grupą Żółtowskich juniorów wędruję odczytując napisy i przyglądając się figurom. Kilkanaście metrów przed nami mężczyzna z kamerą. Znajoma sylwetka. To na pewno Marek z Poznania. Zachwycamy się pomnikiem nagrobnym Izy Salmonowiczówny (1877-1901). Odlany z brązu smukły anioł w cienkiej, fałdzistej szacie kruszy ziemskie okowy; płaszcz muska cokół z ciemnego granitu, stopy unoszą się w powietrzu. Seledynowa od patyny figura majaczy widmowo na tle liści… ciekawe, kim była Iza Salmonowicz, zmarła w wieku dwudziestu czterech lat.

    Mężczyzna z kamerą filmuje nagrobki. Cały Marek – skrupulatny dokumentalista. Śmiało zwiedzamy dalej. Inskrypcja na grobie Joachima Lelewela uderza prostotą: jedno słowo – nazwisko niestrudzonego patrioty. I dość. Zbliżamy się do mężczyzny z kamerą. Odwraca głowę. To nie Marek! Wokół nas nikogo z wycieczki. Oczyma wyobraźni ujrzeliśmy zniecierpliwionych Żółtowskich. Jak długo czekają na nas w autokarze? Wracamy z pokornymi minami, grzecznie tłumaczymy spóźnienie pomyłką i niefortunnym zbiegiem okoliczności, ale nikt z nas chyba nie żałuje przydługiej wędrówki po wileńskiej nekropolii. Zapamiętam smukłego jak trzcina i lekkiego niczym piórko anioła z brązu, kamienie nagrobkówstarzejące się bez ludzkiej opieki, przycupnięte bezradnie na zielonych pagórkach.

    Jedziemy na wileńską starówkę. Gdy stajemy przed Ostrą Bramą, nagle zaczyna się ulewa. Uciekamy na pierwsze piętro do Matki Boskiej. Na drewnianych schodach mijamy zatopionych w modlitwie pielgrzymów, którzy w ciszy suną na kolanach. Stajemy twarzą w twarz z Madonną wspartą na srebrnym półksiężycu. Starsza kobieta w ochronnym kwiecistym fartuchu z zapałem pucuje świeczniki i ramę obrazu. Ma być czysto. Ad maiorem Dei gloriam.2

    Gdy się przejaśniło, nie bacząc na mżawkę zwiedzamy, dalej: kościół św. Kazimierza z efektowną fasadą, barokowy kościół św. Ducha, gdzie nabożeństwa odprawia się tylko po polsku. Mijamy także markowe sklepy: Armani, Versace. Parkują tam drogie auta.

    Z nieba wciąż kapie. Mokro, zimno, głodno… Iretka, Żółtowscy ze Skierniewic i ja buntujemy się przeciwko „wodoodpornemu” przewodnikowi i znikamy dyskretnie w drzwiach przyzwoicie wyglądającej restauracji. Grupka naszych już tam jest. Do zbiórki przy autokarze mamy sporo czasu. Wysychamy w cieple wyłożonej ciemnym drewnem sali. Pożeramy do ostatniej okruszyny wspaniały chleb z kminkiem, podany do posiłku. Obiad był znakomity. Potem tłumaczymy we wszystkich językach świata (i na migi), że chcemy zapłacić osobno, nie razem. Łamiemy stanowczy zakaz Rafała i odzywamy się także po rosyjsku. Po kwadransie ożywionej, choć monotonnej konwersacji porozumienie zostaje osiągnięte, a nasze lity (separately, pas, wmiestie) trafiają do kieszeni pary uśmiechniętych kelnerów.

    Do autokaru docieramy punktualnie. Ruszamy pod wieżę telewizyjną, gdzie nie tak dawno Litwini walczyli o wolność. Skromne, drewniane krzyże z fotografiami ofiar dogorywającego wówczas reżimu. Poważne, myślące oczy, skupione twarze. Sami młodzi ludzie. Wśród zabitych jedna dziewczyna. Obok jej fotografii napis po rosyjsku: „Wybacz nam… ” i tu orginalne imię, którego nie zapamiętałam.

    Przejaśnia się znowu. Widać słońce. Większość Żółtowskich jedzie windą na szczyt wieży. Natalia, Stefania i ja zostajemy. Siadamy na murku ograniczającym trawnik, wystawiamy twarze do słońca, trochę rozmawiamy. Cieszymy się życiem. Tu odczuwa się je trochę inaczej. Wciąż mamy przed oczyma krzyże u stóp wysokiej budowli.

    Z Wilna mkniemy do Troków. Pogoda piękna! Ceglasty zamek Barbary Radziwiłłówny odbija się w szaroniebieskiej tafli jeziora. Wokół mnóstwo drzew. Długi, drewniany most prowadzi do solidnej bramy. Zamek z kamienia i cegły sprawia wrażenie bajkowego. Kameralny nastrój; okrągłe baszty, niskie drzwiczki, wokół dziedzińca drewniane galerie pod okapem z dachówek, krótko mówiąc idealna sceneria dla tajemniczych opowieści o duchach i zaginionychskarbach. W salach z surowej cegły czeka nas kolejna niespodzianka – wspaniała kolekcja dawnego rękodzieła. Oczy świecą się Żółtowskim na widok misternych tabakierek, fajek, wachlarzy, torebek, zastawy stołowej, map, pieczęci, starych fotografii, etc. Ola ze Skierniewic i ja najpierw wzdychamy z zachwytu, a potem zaczynamy wskazywać przedmioty, które chciałybyśmy mieć. Gdyby się udało, powstałaby spora kolekcja.

    Nadchodzi pora zamknięcia podwoi zamku. Snujemy się po nim jeszcze przez kilka chwil, łagodnie ponaglani przez panie z obsługi. Pora wracać. Na moście odwracamy się raz po raz, by popatrzeć na czerwone dachy zamku górujące nad kępami drzew. Jeszcze zakupy na straganach na brzegu jeziora.

    To ostatni punkt wyprawy; stajemy się rozrzutni. Paniom Żółtowskim przypada do gustu brązowa litewska ceramika, a także prosta biżuteria. Kupuję surowe bursztyny. Wybrane na chybił trafił nieregularne bryłki ktoś nawlókł w pośpiechu na żyłkę. Dostaję jednego centasa reszty. Chowam go do portmonetki. Niech tam zostanie; mała srebrzysta Pogoń wśród koronowanych orzełków.


    1 Niezliczonych? Miasto Mickiewicza zachęca do poetyckiej przesady. 72 kościoły. Więcej niż w Krakowie. Podobno taka jest prawda.

    2 Ad maiorem Dei gloriam – (łac.) Na większą chwałę Boga.

  • Mama


    Elżbieta Żółtowska z Godurowa

    Nikt nie jest w stanie opisać swej Matki! I Matka jest Matką, nieśmiało więc kreślę tylko sylwetkę dla wnuków, którzy jej już wcale nie znali.

    Przede wszystkim Mama1 była bardzo ładna. Prześliczne miała oczy – granatowoszafirowe, poważne i najsłodsze w uśmiechu. Brwi i bardzo długie rzęsy – czarne, a włosy jako panienka złotoblond, falujące, potem ściemniały, a po stracie Stefka2 – srebrne, świecące. Płeć miała prześliczną, białoróżową, prawie do końca życia, a miała lat osiemdziesiąt cztery umierając. Wzrostu była powyżej średniego – z córek tylko Rózia ją przerosła.

    Wielkiej dobroci i delikatności uczuć, bardzo inteligentna i wykształcona przez swych wyjątkowych rodziców. Posiadała duży talent do muzyki, brała lekcje w Konserwatorium w Wiedniu, gdzie spędziła z babunią całą zimę, i grała ślicznie na fortepianie aż do 1914 r. Mówiła dobrze po angielsku i francusku, z konieczności po niemiecku. Znała się na gospodarstwie domowym i wybornie na kuchni, toteż wyjątkowo dobrze prowadziła tak bardzo obszerny dwór w Godurowie. Dobraną, zacną służbę traktowała serdecznie i mądrze, szanowała ludzi, doceniała pracę, czas i trud każdego.

    Dzieci wychowywała w posłuszeństwie, pracowitości, porządku i ładzie, w uprzejmości dla wszystkich. Dbała razem z Tatką o najlepsze nasze wykształcenie, nauki stawiając jako obowiązek. Panienki nie uczyły się wtedy w gimnazjum ani na uniwersytetach (jak po wojnie). Sprowadzali więc nam rodzice nauczycielki, pierwszorzędne Polki, do domu – dwukrotnie od niepokalanek.A poza tym co roku albo Francuzki, albo Angielki, zależnie od potrzeby. Wymagała Mama szacunku dla nich, jak i w ogóle dla starszych osób.

    Mama świetnie leczyła chorych, którzy zewsząd przychodzili, zakładała opatrunki – zanim nie założono szpitala w Marysinie. Swoje dzieci zawczasu woziła do lekarzy w Poznaniu i Wrocławiu. W późniejszych latach, gdy była zmuszona siedzieć z powodu bolących nóg (z których jedną złamała, drugą zwichnęła), bardzo dużo szyła dla biednych i dla Czerwonego Krzyża. Haftowała, kroiła i szyła całe ornaty dla kościołów.

    Po cichutku dopomogła swoim kosztem trzem synom gospodarskim i wychowała ich na księży. Jeden z nich, ks. Rembowski z Grodnicy odwiedzał nas w Gostyniu – jest proboszczem na Śląsku.

    Będąc szalenie dystyngowaną nie cierpiała złych manier i złego wychowania – prawdziwie to była „Wielka Pani”. Bardzo lubiana w towarzystwie, była jednak od urodzenia nieśmiała wśród obcych. W Rodzinie przepadano za Mamą. Będąc wesołego usposobienia bardzo lubiła się pośmiać, przyjmować gości w domu na wsi. Oboje rodzice gościnność uważali za cnotę i przyjmowali wszystkich bez różnicy stanu. Mama po babci z Ruska i prababce Giżyckiej odziedziczyła zmysł organizacyjny, który ujawnił się przy urządzaniu uroczystości rodzinnych.

    Lubiła ogromnie podróżować, zwłaszcza samochodem. Znała dobrze Paryż, była w Biarritz i Lourdes, w Wenecji i Padwie, w Mediolanie i Lugano, w Szwajcarii i Tyrolu. Znała też bardzo dobrze Wiedeń, Drezno, Pragę, Monachium, Kolonię, a poza tym Królestwo i Litwę, Wołyń, Podole i Odessę. Znalł się dobrze na architekturze, stylach, sztuce różnych epok, również na antykach, meblach i świetnie na koronkach.

    Na wskroś religijna, uczyła nas katechizmu i duchowo przygotowywała do świętych sakramentów – poza naukami księdza. Później woziła na rekolekcje co roku do Poznania, gdy byłyśmy „dziećmi Marii”, a bracia sodalisami, czego Tatka pilnował. Dbała o pierwsze piątki – wspólnie przyjmowaliśmy Komunię Świętą przed wielkim ołtarzem – zwłaszcza pamiętam to z czasów księdza proboszcza Wlazły. Na Boże Ciało zawsze Tatka prowadził księdza na procesji, a później zastępowali go bracia. U Jasia3 zawsze był trzeci ołtarz w bramie ogrodu. Noszono cały tydzień nasz odwieczny feretron4 godurowski, a Mama ubierała do niego cztery najlepsze dziewczęta i piątą „kompletnie” do chorągiewki. Na 2 lipca musiały one też pielgrzymować z feretronem na odpust coroczny do Borku, w czym im asystował i prowadził stary, przepoczciwy stróż Gaszek, intonując pieśni, jako „zaśpiewajło”. Był on niesłychanie typowy i wierny, starej daty – kontynuował tradycję godurowską – chodząc i śpiewając Kto się w opiekę co noc koło domu dziedzińca i podwórza.

    Gwiazdkę dla służby kupowała Mama w Gostyniu u pp. Wojewódzkich. Dostawali suto i obficie: pościele, garderobę, buty, bieliznę, torby z piernikami, jabłka i orzechy. Na sali jadalnej było drzewko, a rodzice łamali się z nimi opłatkiem. Na Trzech Króli służba dostawała pyszne pączki z gorącą lemoniadą, a mężczyźni z arakiem.

    Na Wielkanoc mieli swoje święcone – placek, babka, jaja, kiełbasy i rozmaite mięsiwa.

    Nikt nigdy nie był głodny. Panny i chłopaki ze służby mieli przyzwoite łóżka i umywalnie oraz co miesiąc dostawali czystą pościel. Co niedzielę furmanka do kościoła. Bryczką jechał ekonom z żona i dziećmi, drugą służba – co drugą niedzielę na zmianę.

    Ogród był świetnie prowadzony przez pięćdziesiąt lat przez Ciszaka. Wiele było wszelkich doborowych owoców przez cały rok, jak i warzywa na całą zimę, od jesieni do wiosny.

    Mama bardzo lubiła kwiaty, toteż rok okrągły ich nie brakło. Bukietów moc – zimą holenderskie cebulki – olbrzymie clivie w salonie, stół jadalny w niedzielę ustrojony, w klamrze paten z agawami, klomby na tarasie z łososiowymi pelargoniami, a na brzegach wielkiego trawnika pachnące róże, pozostające aż do zimy. Na froncie znane i lubiane przez wszystkich wspaniałe krzaki różowych piwonii, charakterystycznie związane z klasycznym barokiem pięknego dworu!

    Pierwsza wielka wojna, śmierć ukochanego Stefka przygasiły żywotność i radość życia Mamy. Druga wojna, niewola niemiecka złamały ją ostatecznie.

    Wyrzucenie z domu do oficyny5, pożegnanie z ukochanym Godurowem, obawa o życie synów, bardzo przykry pobyt w Strzelcach, a w Lipiu jeszcze gorsze niewygody, w tym wieku, zgon Jędrka w Oświęcimiu6 – wszystko to odebrało jej siły.

    Nadto poniewierka w chłopskiej chałupie w Małych Strzelcach, szron na ścianach, a latem wilgoć, brak wszelkiej cywilizacji, braki w żywności – to wszystko w wieku osiemdziesięciu czterech lat podkopało jej zdrowie.

    Dnia 6 marca w nocy 1943 r. zamknęła Mamcia swe śliczne oczy na wieki wieków. Jedyne obecne siostry Marysia i Rólka (bo nas nie chciano puścić z Warszawy7) pochowały z księdzem proboszczem Siczyńskim Mamcię najdroższą w Strzelcach obok Tatki.

    Fragment wspomnień Żółtowskich z Godurowa „Godurowskie przeminęło z wiatrem” przygotowany został przez siostrzenicę Elżbiety, Izabelę z Żółtowskich Broszkowską


    1 Ludwika z Czarneckich Marcelowa Żółtowska. Miała dziesięcioro dzieci: Andrzeja, Marię, Stefana, Elżbietę, Różę, Franciszka, Ludwika, Jana, Antoninę (Inę Lipską), Benedykta.

    2 Syn Ludwiki i Marcelego, zginął jako żołnierz wojska pruskiego pod Verdun (11 XII 1916). Tragedię rodziny pogłębiał fakt, że ukochany syn zginął jako żołnierz wojska zaborczego.

    3 Syn, właściciel majątku Strzelce Wielkie.

    4 Feretron – przenośny ołtarzyk, statua lub obraz noszony na drążkach w czasie procesji.

    5 Nastąpiło to we wrześniu 1939 r.

    6 Syn Andrzej, ojciec Andrzeja Ludwika, został zamordowany we wrześniu 1941 r. Syn Franciszek zginął w Powstaniu Warszawskim 15 września 1944 r.

    7 Córki Maria i Róża. W Warszawie wówczas mieszkały dzieci – Franciszek, Elżbieta, autorka wspomnienia, Benedykt, ojciec Izy Broszkowskiej (B. Z.).

  • Moja Suwalszczyzna


    Ryszard Żółtowski z Suwałk

    Piątek, 12.06.1998 r.

    Siedemdziesiąt dwie osoby biorą udział w zwiedzaniu Wileńszczyzny. „Pozostali goście Zjazdu organizują czas wolny według własnych życzeń” – taki zapis znalazłem w programie Zjazdu. Poczułem się nie najlepiej. Przecież to moja Ziemia Rodzinna – ja jestem tu gospodarzem, pozostali uczestnicy Zjazdu – gośćmi. Moja Suwalszczyzna nie może okazać się niegościnna.

    Wsiadłem do samochodu i pomimo nie najlepszej pogody pojechałem do klasztoru, do „moich” gości.

    Zebrało się dziewięć osób w samochodach – zaproponowałem wycieczkę samochodową. Zobaczymy Suwalszczyznę, jej zabytki, miejsca walk, a także urodę lasów i jezior.

    Ruszamy O 11. W Sejnach zwiedzamy Bazylikę Najświętszej Maryi Panny, ruiny dominikańskiego klasztoru i z okien samochodu dawną synagogę.

    Potem kierunek: lasy i jeziora. Pierwsza miejscowość na obrzeżach puszczy to wieś letniskowa Giby – wzniesienie, wysoki dębowy krzyż, kamienie rozmieszczone jak idąca grupa ludzi, kamienna tablica z nazwiskami tych, którzy zostali zabrani przez NKWD w 1944 r. i do dnia dzisiejszego nie zostali odnalezieni. A było ich wielu. Ta ziemia kryje dużo tajemnic, a puszcza usłana jest grobami ludzi, którzy walczyli o polskość tej ziemi w całej historii naszego kraju. Zapalamy znicze i po zwiedzeniu drewnianego kościółka (dawniej molenny „starowierów”) wchłania nas puszcza. Mijamy jezioro Gieret, miejscowości Wysoki Most i Frącki, w Macharcach skręcamy na Tobołowo, do Bryzgla. W Bryzglu zatrzymujemy się, schodzimy na brzeg jeziora Wigry. W dali między wyspami Ordów i Ostrów okolona siną linią lasów widoczna jest Zatoka Słupiańska. Na prawo taflę jeziora ograniczają wyspy Krowa i Brzozowy.

    Po chwili odpoczynku przez Płociczno i Gawrych Rudę docieramy nad Zatokę Stupiańską, aby podziwiać szerokie ploso widoczne do Wysokiego Węgła. Musimy się spieszyć, bo to już 14 – czas na obiad. Skręcamy w Płocicznie w drogę do Sobolewa, mijamy Stary Folwark i już jesteśmy w klasztorze.

    Czy było przyjemnie? – wiedzą jedynie ci, którzy wzięli udział w tej wyprawie.

    Sobota – 13.06.1998 r.

    Program: „godz. 10 wycieczka po Suwalszczyźnie”, ale nie tej puszczańskiej – dzisiaj zwiedzimy także piękną Suwalszczyznę północną z wysokimi (do 300 m n.p.m.) wzniesieniami, rzekami, mnóstwem przepięknych jezior, „kamienicami”, głazowiskami i lasami. Tym razem jedzie z nami znawca tych terenów, przewodnik PTTK, były partyzant AK, z zawodu nauczyciel, a poza tym stary żeglarz, włóczykij i mój przyjaciel – pan Jerzy Kliko.

    Jedziemy – siedemnaście samochodów osobowych. Trochę trudno jest opanować tak długą kolumnę, a nie chciałbym, aby ktoś został, zagubił się i narzekał.

    Skręcamy z Suwałk w kierunku Jeleniewa, mijamy cmentarz żołnierzy radzieckich. Zmarli – to żołnierze ze znajdującego się obok założonego w roku 1941 obozu jenieckiego, którzy umarli w 1944 w męczarniach głodu i mrozu, oraz ci, którzy zginęli w walkach o Suwalszczyznę. Na tym cmentarzu pochowanych jest około 40 tys. osób.

    Dojeżdżamy do jednego z pomników Armii Krajowej – grobu Bielickiego i jego towarzyszy broni. Zatrzymujemy się. Jurek krótko przedstawia historię utworzenia jednej z pierwszych grup oporu na ziemiach polskich. „Zginęli, bo byli Polakami”. Zamordowani przez Niemców w 1940 r., zginęli, bo walczyli o wolność i polskość tych ziem zaliczanych od 1939 r. przez Niemców do Prus Wschodnich, a dawniej przez Litwinów do Litwy. Takich grobów na trasie mijamy wiele.

    Jesteśmy na pograniczu. Suwalszczyzna graniczy bowiem z Rosją, Litwą i Białorusią.

    Jedziemy dalej, mijamy drewniany kościółek w Jeleniewie, skręcamy w lewo i przez Kazimirówkę i Szurpiły dojeżdżamy do głazowiska w Rutkach i do Turtula, gdzie zatrzymujemy się przed siedzibą zarządu Parku Krajobrazowego. Przed nami piękna pradolina Czarnej Hańczy, ograniczona z obu stron bardzo wysokimi brzegami. Wspinamy się do punktu widokowego, aby podziwiać cudowny „amfiteatr hańczański”. Krótki spacer i z pięknem krajobrazu w oczach ruszamy serpentynami dróg wijących się wśród wzgórz do Błaskowizny, nad jezioro Hańcza (jest najgłębsze w Europie: 108 m głębokości). Z niego bierze swój początek rzeka, choć w tym miejscu to tylko strumień, Czarna Hańcza.

    Jurek objaśnia – my podziwiamy rozległe ploso, robimy zdjęcia. Spieszymy się, bo przed nami kawał drogi. a czas ucieka. Jedziemy krętą, górzystą trasą do Stańczyk. aby zobaczyć dwa monumentalne mosty kolejowe łączące brzegi doliny rzeki Błędzianki. Oglądamy wierzchołki stuletnich świerków nasienników, sosen i brzóz. Znowu czas goni. Zdajemy sobie z Jurkiem sprawę, że na Cisową Górę nie zdążymy, jest już bowiem godz. 14.

    Zmieniamy trasę. Mieliśmy jechać przez Wiżajny, „biegun zimna”, do Rutki Tartak i stamtąd na Cisowa. A jedziemy z Wiżajn do Smolnik na punktwidokowy. Trasa cały czas przebiega wzdłuż granicy rosyjskiej i litewskiej, miejscami 50-100 m od granicy. Smolniki: mijamy wieś, zatrzymujemy się na punkcie widokowym. Przed nami Park Krajobrazowy, w dali charakterystyczny stożek Góry Cisowej – suwalskiej „Fudżijamy”.

    Jurek objaśnia zasłuchanym wycieczkowiczom, co się gdzie znajduje – podaje nazwy jezior, form geologicznych. wskazuje ślady wędrówek lodowców, ozy, moreny… Kończymy zwiedzanie – przed nami 40 km drogi i obiad opóźniony o dwie godziny. Obserwuję uczestników. Są zmęczeni, ale zachwyceni Polską kresową, o której na co dzień sie nie pamięta…

  • Moje wrażenia ze zjazdu


    Maciej Drożdżal (lat 12, syn Bożeny z d. Żółtowskiej z Torunia)

    Już po raz siódmy spotkaliśmy się w gronie wspaniałej rodziny. W tym roku Zjazd odbył się nad jeziorem Wigry. Spaliśmy w eremach w pokamedulskim klasztorze kamedułów bosych. Mieliśmy ładne pokoje z małym ogrodem. W dniu Bożego Ciała odbyła się Msza Święta i procesja w miejscowym kościele. Po obiedzie było zebranie uczestników wycieczki do Wilna i zebranie ogólne, na którym mówiono, jak wygląda sytuacja finansowa Związku, a skarbnik przypominał, kto nie zapłacił składek członkowskich. Odbyła się również sprzedaż oczekiwanej przez wszystkich książki autorstwa śp. Michała z Łodzi pt. Genealogia Rodu Żółtowskich. Po śmierci Michała dzieło to z ogromnym trudem dokończyli jego rodzice, Elżbieta i Wacław z Łodzi.

    W piątek już o 5 rano wyjechaliśmy na wycieczkę do Wilna. Jechaliśmy autokarami z Biura Podróży „Wigry” z Suwałk. Mieliśmy też zapewnionego polskiego przewodnika, który w Wilnie pokazał nam dom Adama Mickiewicza, Uniwersytet Wileński, Kaplicę Ostrobramską, a także wspaniałe kościoły i dwie cerkwie. Kościół pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła na Antokolu to prawdziwa perła baroku. Byliśmy na Górze Trzech Krzyży zobaczyć panoramę Wilna z lotu ptaka i na wspaniałym cmentarzu na Rossie. W drodze powrotnej zwiedzaliśmy zamek w Trokach. Nie zobaczyliśmy całego zamku, bo mieliśmy przysłowiowe „pięć minut” na zwiedzanie.

    Wycieczka była wspaniała mimo 30C upału i ulewnego deszczu. Następnego dnia odprawiona została Msza Święta za ród – za żyjących i nieżyjących Żółtowskich. Po Mszy wyruszyliśmy siedemnastoma samochodami na wycieczkę po Suwalszczyźnie. Byliśmy w dolinie rzeki Czarna Hańcza. Dolina ta znajduje się w Suwalskim Parku Krajobrazowym w Szurpiłach, gdzie występują tereny polodowcowe. Następnie pojechaliśmy do Turtula zobaczyć młyn wodny z XVII wieku. Jest to najstarsze miejsce osiedleńcze między jeziorem Hańcza a jeziorem Wigry. Młyn działał jeszcze w latach pięćdziesiątych, a obecnie jest tam mała elektrownia wodna.

    Jezioro Hańcza jest to najgłębsze jezioro w Polsce i na całym Niżu Środkowoeuropejskim, ma 108,5 m głębokości.

    W Stańczykach weszliśmy na dwa wysokie wiaduky kolejowe wybudowane przez Niemców. W Smolnikach byliśmy na tarasie widokowym. Dalej jechaliśmy przez Sidory, bo chcieliśmy zobaczyć Cisową Górę. W Jeleniewie zobaczyliśmy jeszcze drewniany kościółek z XIX w i wróciliśmy na obiad.

    Po obiedzie odbył się wykład pt. Ziemiaństwo polskie przed rokiem 1939 i obejrzeliśmy zdjęcia rodowe Stefana z Podkowy, który opowiadał historie swojej rodziny. Później odbyła się dyskusja, mająca na celu ustalenie planów na przyszłość.

    Wieczorem miało być ognisko, lecz brzydka pogoda pokrzyżowała plany i w zamian za to odbyła się uroczysta kolacja pożegnalna. Wszyscy jak zwykle świetnie się bawili, wymieniali adresy, oglądali zdjęcia z żalemmyśląc o czekającym rozstaniu.

    Rano po śniadaniu wyjeżdżaliśmy do swoich domów. Myślę, że za rok spotkamy się rownież w tak dużym i miłym gronie.

    Do zobaczenia w Boże Ciało za rok…

  • Moje wspomnienia teatralne

    Irena z Żółtowskich Byszewska

    Aktorzy
    Aktorzy

    Moje wspomnienia teatralne pisałem po trzydziestu latach pracy w teatrze. Tak się złożyło, że tylko dwa razy grałam w Poznaniu w Teatrze Polskim, Gruszczyńską w przedstawieniu pt. Beniowski Słowackiego. Mimo że urodziłam się w Kadzewie k. Śremu, moje życie teatralne związane było raczej z Polskę południową, z Katowicami, Krakowem, Tarnowem i miastami w woj. przemyskim, rzeszowskim i lubelskim.

    Teatr w moim życiu zaczął się już w latach, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Różne przedstawienia były przygotowywane na uroczystości rodzinne (imieniny czy urodziny). Naturalnie, były to inscenizowane bajki lub monologi.

    Całą okupację spędziłam w Pławowicach k. Krakowa u moich wujostwa Ludwikostwa Morstinów. Dom był pełen osób z rodziny i wysiedleńców, wśród gości było też dwóch poetów. Ukrywał się tu również Arnold Szyfman, który zajął się reżyserowaniem fragmentów z różnych sztuk teatralnych. Przedstawienia odbywały się w pracowni wuja na tle kominka i dwóch stylowych komód. Dla podkreślenia nastroju często graliśmy przy zapalonych świecach. W Wyjątku Ludwika Hieronima Morrstina grałam rolę Cyrusa, Biskupa w Bolesławie Śmiałym Wyspiańskiego, Melanto w Penelopie Morstina. Fragmenty z Balladyny Słowackiego grane były w ogrodzie: jako Gopłana wychodziłam zza drzewa, Grabiec zaś (moja siostra) – gdy został zamieniony w wierzbę, schował się do wykopanego dołka i pociągnął za sznurek, żeby stanęła wierzba. Ponieważ były to imieniny pani domu, więc na zakończenie wierzba wróciła do dołka, a Grabiec wyszedł cały i zdrowy.

    Oprócz grania wyjątków ze sztuk organizowaliśmy także wieczory poetyckie. Jeden złożony z wierszy Morstina, Staffa i Tuwima, drugi poświęcony poezji Micińskiego. Był również wieczór poświęcony trzem rocznicom. Na początku prelekcja Krystyny Grzybowskiej pt. Trzy rocznice, potem wiersz napisany specjlnie na otwarcie nowego gmachu teatru krakowskiego, wyrecytowany przez moją siostrę Anusię. Na koniec Penelopa Morstina. Grałam pasierbicę Penelopy – Melanto.

    Następne moje wspomnienia teatralne łączą się z teatrem Iwo Galla. Najpierw chodziłam do studia dramatycznego Iwo Galla w Krakowie, a potem całym zespołem pojechałam do Gdyni do Teatru Wybrzeże. To była naprawdę wielka rodzina, która się bardzo lubiła. Wszyscy sobie pomagali i cieszyli się wzajemnie z sukcesów. Sam dyrektor Iwo Gall był nie tylko dyrektorem, ale reżyserem i opiekunem całego zespołu. Utkwiły mi w pamięci reżyserowane przez niego przedstawienia, szczególnie sztuka W małym domku Rittnera. W trzecim akcie Sędzia w rozmowie z Doktorem, który zabił swoją żonę, po prostu oświadcza, że każdy człowiek jest swym własnym sędzią. Nie zapomnę też przedstawienia Homer i Orchidea w teatrze w Gdyni.

    Po paru miesiącach spędzonych w Gdyni wuj Ludwik Morstin sprowadził mnie do Katowic, gdzie został kierownikiem literackim w teatrze Bronislawa Dąbrowskiego. Pamiętam wiele przedstawień, ale najbardziej utkwiły mi w pamięci Dwa Teatry Szaniawskiego w reżyserii Edmunda Wiercińskiego. Ogromne wrażenie wywarta na mnie scena z małymi żołnierzykami. W ostatnim akcie ukazywały się jak we śnie sylwetki małych żołnierzyków, w papierowych hełmach na głowach, z drewnianymi szabelkami w rękach, poruszały się jak w malignie w takt melodii piosenki powstańczej.

    Nie pamiętam dokładnie, ale tych małych postaci było chyba więcej niż dwadzieścia. W czasie spektaklu siedziałam obok Szaniawskiego. Był w ogóle małomówny. Mówił tylko: „tak…, no tak… tak”. Różna interpretacja tego jednego słowa była bardzo zrozumiała i jednoznaczna.

    Drugi spektakl, którego nie zapomnę, to Mąż i żona Fredry w reżyserii Władysława Krzemińskiego. Było to przedstawienie na małej scenie. W roli Żony Zofia Niwińska, a w roli Justysi Olga Bielska. Tak dobrej inscenizacji Męża i żony nie widziałam w żadnym teatrze.

    Następnie moje losy teatralne przeniosły się do Krakowa, gdzie ukończyłam Państwową Szkołę Dramatyczną im. Ludwika Solskiego. Po ukończeniu szkoły w 1949 r. pierwszą pracę zaczęłam w Teatrze Rapsodycznym pod dyrekcją Mieczysława Kotlarczyka. Był to teatr poetycki, który tworzyli prawdziwi miłośnicy sceny. Słowem i gestem przekazywali myśli i uczucia. Duszą teatru byli Mieczysław Kotlarczyk i Danuta Michałowska.

    Specjalnie utkwiły mi w pamięci dwa przedstawienia Pana Tadeusza. Jedno grane dla głuchoniemych, a drugie dla niewidomych. Dla jednych jedynym środkiem porozumienia był gest, a dla drugich słowo. Trudno mi opisywać wszystkie, ale jestem pewna, że Eugeniusz Oniegin, Beniowski i Pan Tadeusz z niezapomnianą Danutą Michałowską pozostaną w pamięci.

    Po rozwiązaniu Teatru Rapsodycznego pracowałam krótki czas w Teatrze Słowackiego pod dyrekcją Bronisława Dąbrowskiego. Tutaj też były niezapomniane inscenizacje z Ludwikiem Solskim, Aleksandrem Zelwerowiczem, Janem Kurakowiczem, Antonim Fertnerem i Zofią Rysiówną.

    Nie zapomnę pięknego ukłonu Zofii Jaroszewskiej na zakończenie Obrony Ksantypy ze słowami: „jestem twoja, Sokratesie”, sceny z naszyjnikiem w Niemcach Kruczkowskiego z Zofią Jaroszewską, a także pięknego przedstawienia Syna marnotrawnego Romana Brandstaettera w kilkunastu odsłonach życie Rembrandta… Każda odsłona kończyła się obrazem wielkiego malarza. Przedstawienie reżyserowane przez Janusza Warneckiego i w scenografii Karola Frycza przeszło do historii teatru.

    Ostatnim teatrem, gdzie pracowałam do emerytury, był Teatr im. Solskiego w Tarnowie. Tam też było wiele przedstawień, których się nie zapomni, na przykład Cyd wystawiony w bialo-czarnych kolorach. Grałam rolę Szimeny. W tej roli widziałam Ninę Andrycz w Teatrze Polskim w Warszawie.

    Trudno mi teraz pisać, którą rolę najbardziej lubiłam. Może łatwiej byłoby się zastanowić, nad którą najbardziej się napracowałam. Na pewno role poważne i dramatyczne było mi łatwiej sobie przyswoić. Dużo pracowałam z Tadeuszem Łomnickim, który nauczył mnie, żebym w każdej roli znalazła coś osobistego, żeby ta rola była prawdziwa i naprawdę przeżyta. Wtedy nie będzie tylko wyrecytowana.

    W 1980 r. przeszłam na emeryturę. Jeszcze jako emerytka grałam w Czarownicach z Salem i w Trojankach. Teraz z przyjemnością oglądam spektakle teatralne i spotykam się z dawnymi kolegami i koleżankami. Wspominamy minione czasy, jak to kiedyś wyglądała praca w teatrze, który jest tak ważny dla każdego i potrzebny dla rozrywki i do zastanowienia się nad poważnymi problemami życiowymi, a ich w tej chwili nam nie brakuje.

  • Relacja z VII Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich


    Lila Żółtowska z Sulechowa

    Wigry 11-14 VI 1998 roku

    Każdy lubi mieć wspomnienia, Te dobre i te złe, Lecz najmilsze sercu są wspomnienia Te Zjazdowe, te Rodowe

    W styczniu br. otrzymałam „Kwartalnik” numer 16, z którego dowiedziałam się o kolejnym, VII Zjeździe w czerwcu 1998 r. nad jeziorem Wigry na Suwalszczyźnie. Patrzę na mapę, gdzie są Suwałki, a gdzie Sulechów. Z jednej granicy na drugą. Szybka decyzja – jadę.

    Z „Kwartalnika” dowiaduję się o podziale pracy na Zjeździe. Mnie w roku 1993 w Zajączkowie została powierzona przez śp. Zbigniewa ze Skierniewic rola pióra zjazdowego. I tak zostało do dziś.

    Wyjeżdżam do Bożeny do Warszawy. Po kilku dniach jedziemy razem. Potem jedziemy do Lasek po Michała. Docieramy wieczorem na kolację.Ośrodek – Dom Pracy Twórczej został zbudowany na wyspie. Jest to pokamedulski zespół klasztorny w centrum Wigierskiego Parku Narodowego. Zostajemy zakwaterowani w eremach, Domu Królewskim oraz Kaplicy Kanclerskiej.

    Mimo późnej pory wiele osób przebywa w sali restauracyjnej. Przywitania, uściski, okrzyki radości, wesołość ogólna – „O jesteście…, witam kuzynie, kuzynko…, dzień dobry, ciociu, wujku, cześć…” Rolę gospodarza pełnią Rafał z Korycina i Ryszard z Suwałk. Zmęczeni drogą, pogodą, jemy kolację. Trwają rozmowy. Idziemy spać o godz. 24. Do snu usypia śpiew ptaków. W czwartek rano budzi nas głos skowronka, jest piękna pogoda, świeci słońce. Idziemy na śniadanie. Dalsze powitania, rodzinne uściski. Parking zapełnia się samochodami z rejestracjami z całej Polski. Przybyło na Zjazd Żółtowskich dziewięćdziesiąt osób. Zwiedzamy teren. Rozmowy, kawa, pogawędki…

    Młodzi zajęli się sobą. Rozmowy, gwar, śmiech… Są to kochane dzieciaki, bardzo uczynne, grzeczne, a jak urosły przez ten rok!

    O, jest Piotr z Sandomierza z całą rodziną. Przedstawia żonę Janinę, córkę Kamilę oraz syna Roberta. Karola znam od 1993 r. z Zajączkowa. Był licealistą, a w tej chwili jest już studentem. Mariusz ze Sztumu przywiózł brata Tomka z żoną Agatą z Gdańska. Przyjechała po raz pierwszy Wanda z Wrocławia z córką Grażyną, która mieszka na stałe w Zurychu w Szwajcarii. Najliczniejszą grupę stanowiła Podkowa Leśna. Trzy pokolenia Stefanów. Najwspanialszą uczestniczką zjazdu jest Helenka – 1 rok i 2 miesiące, córka i wnuczka Stefanów.

    Jak zawsze, wokół Michała z Lasek krąg młodzieży oraz pozostałych uczestników. Stefania z Korycina i Basia ze Skierniewic rozdają identyfikatory z napisem: „VII Zjazd Rodu Żółtowskich, Wigry 11-14.06.1998 r.”. Trzeba wpisać swoje imię i miejscowość. O godz. 10 Msza Święta i procesja Bożego Ciała, w której uczestniczymy. Pogoda dopisuje, świeci słońce, ale wieje silny wiatr.

    Po obiedzie – Walne Zebranie Członków. Zebraliśmy się w sali kawiarnianej. Obrady otworzył Prezes Zarządu, Andrzej Ludwik z Warszawy. Przywitał przybyłych, życzył miłego wypoczynku. Odczytano sprawozdanie z działalności Zarządu. Sprawozdanie finansowe przedstawił Jarek ze Skierniewic. Dyskusja, sprawa składek, omówienie i organizacja VIII Zjazdu w roku 1999. Padały różne propozycje co do terminu oraz osób odpowiedzialnych za organizację. Zaproponowano Mieczysława i Sławka ze Szczecina lub Mariusza i Mirellę ze Sztumu oraz Tomka z Gdańska. Dokładne ustalenie nastąpi na jesiennym posiedzeniu Zarządu. Omówiono wydawanie „Kwartalnika” redagowanego przez Bożenę, Izę Broszkowską z Żółtowskich i Małgosię z Warszawy.

    Omówiono też nowo wydaną Genealogię Rodu Żółtowskich. Jest to żmudna praca rozpoczęta przez śp. Michała z Łodzi, a dokończona przez rodziców, Elżbietę i Wacława.

    Jarek przygotował nowe pamiątki. Zjazdowe breloki oraz noże do otwierania kopert, które można było kupić u Basi i Oli ze Skierniewic. Kasety zjazdowe z Ciechocinka i poprzednich Zjazdów oraz Błogosławieńswa Papieża dla Rodu sprzedawał Rafał z Korycina. Sprzedażą Genealogii Rodu zajęłam się ja, Lila z Sulechowa. Marek z Poznania przywiózł pokaźne albumy naszych zdjęć zjazdowych z lat 1993-1997. Poinformowano o wystawie zdjęć rodzinnych Stefana z Podkowy Leśnej, która miała się odbyć w sobotę. Wystawę przygotowała Bożena z Warszawy. Omówiono program wyjazdu do Wilna. Listą uczestników wycieczki zajęła się Bogusia z Białej Starej oraz Rafał z Korycina.

    W czwartkowe popołudnie przybyła pani redaktor z rozgłośni Polskiego Radia Białystok, by nagrać audycję która była emitowana w rozgłośni białostockiej w piątek 12 czerwca. Wysłuchaliśmy jej jadąc do Wilna. W czwartkowy wieczór odbył się koncert kameralny.

    W piątek 12 czerwca o godz. 5 nastąpił wyjazd do Wilna. Na granicy w Ogrodnikach małe zamieszanie z odprawą celno-paszportową, wyjaśnianie, a to wszystko w związku z naszym nazwiskiem. Przekraczamy granicę, jedziemy wśród zieleni, pól, lasów, jezior. Docieramy do Wilna. I tu zaszły zmiany na lepsze. Pilot objaśnia historię miasta oraz jego tradycje, legendy.

    Wilno leży wśród zieleni, przecinają je rzeki Wilia, Wilejka, Mereczanka. Zaczynamy od Góry Trzech Krzyży skąd rozciąga się panorama miasta. Zwiedzamy Stare Miasto, kościół św. Rafała, jedziemy na cmentarz na Rossie, tam odwiedzamy grób Matki i Serce Syna – grób Piłsudskich. Przechodzimy obok mogił jego żołnierzy na Stary cmentarz. Dalej kościoły św. Piotra i Pawła na Antokolu, kościół Bazylianów, św. Ducha, św. Dominika wszystkie zbudowane w stylu baroku wileńskiego. Nabożeństwa odbywają się w języku polskim. Plac Katedralny, na którym znajduje się katedra św. Kazimierza z relikwiami. Odwiedzamy największy skarb katolicki na Litwie – Cudowny Obraz Ostrobramskiej Matki Miłosierdzia. Chwila zadumy, modlitwy. Później przechodzimy do kościoła św. Teresy. Idziemy uliczkami Starego Miasta. Zwiedzamy dom, w którym mieszkał Adam Mickiewicz, jego pomnik, plac Giedymina. Jedziemy na wieżę telewizyjną, aby obejrzeć panoramę całego miasta z lotu ptaka. Zwiedzamy dwie cerkwie. Zostały nam jeszcze Troki. Pogoda dopisuje. Jest ciepło, świeci słońce przeplatane deszczem. Troki leżą na wyspie. Wjeżdżamy groblą wśród lasów, docieramy. Zaczynamy od zwiedzania Zamku Kiejstuta. Oglądamy jego wnętrza, muzeum, wystawę. Wracamy zmęczeni, ale radośni. W czasie drogi powrotnej obsługą barku zajęła się Bogusia z Białej Starej oraz Agata z Podkowy Leśnej. Pełni humoru, mimo zmęczenia podróżą, wracamy na późną kolację do Wigier. W sobotę po śniadaniu kolejny wyjazd – wycieczka po Suwalszczyźnie, którą organizuje Ryszard z Suwałk wraz z zawodowym przewodnikiem. Kawalkadą samochodów ruszamy Doliną Czarnej Hańczy. Przejeżdżamy Szurpiły. Jest to teren polodowcowy. W Turtulach oglądamy stary młyn wodny z XVII w., czynny do 1950 r. Obecnie jest w nim mała elektrownia wodna. Zobaczyliśmy też typową chatę suwalską, w której mieści się muzeum regionalne.

    W deszczu udaliśmy się do Stańczyk, gdzie dwa wysokie wiadukty kolejowe, wybudowane przez Niemców przed I wojną światową są w tak dobrym stanie, że służą jako punkt widokowy na dorzecze Błędzianki. Następnie Smolniki – piękne tarasy widokowe na jezioro Hańcza. Sidory, Góra Cisowa porośnięta drzewami. Mijamy Jeleniewo, w nim drewniany kościółek z XIX w. – perła Suwalszczyzny. Zmęczeni wracamy na obiad. Po posiłku kolejna niespodzianka. Wystawa zdjęć rodzinnych Stefana z Podkowy Leśnej. Omówienie kolejnych zdjęć przez Stefana. Dzielnie pomaga dziadkowi Helenka.

    Deszcz zamiast ogniska. Uroczysta kolacja pożegnalna z tańcami i śpiewem. Młodzi zorganizowali dyskotekę, a Maciej z Torunia i Michał z Białej Starej rozegrali partyjkę kart. Niedziela – dzień odjazdów. Po śniadaniu poszliśmy na Mszę Św. Ksiądz poinformował wiernych o naszym pobycie, o rodzinie. Modlitwa za dusze zmarłych Żółtowskich i szczęśliwy powrót do naszych domów. W niedzielę przybyła pani redaktor Grażyna Mikłaszewicz z gazety „Współczesny Tydzień”. Zrobiła reportaż pt. „Polski my naród, polski ród”. Ukazał się w dniu 19.06.1998 r.

    Dla nas to wypoczynek, miłe spotkanie, radość w gronie rodziny, a dla Natalii, Basi, Jarka ze Skierniewic, Rafała, Stefanii z Korycina, Ryszarda z Suwałk ciężka praca organizacyjna. Załatwianie wielu spraw, rozliczenia, pilnowanie, by wszystko było jak należy. Do uczestników Zjazdu przyszły życzenia od Łęckich z Torunia, Krystyny i Bronisława z Berlina, p. Wojciechowskiego z Torunia, Janiny i Stefana z Bydgoszczy. Janina i Stefan z Bydgoszczy to ludzie niesłychanie sympatyczni. Niestety, wiek i zdrowie nie pozwoliły im na tak daleką podróż.

    Dowiedzieliśmy się, jakie są ukochane Suwałki Ryszarda, a może w 1999 r. dowiemy się, jaki jest Szczecin Mieczysława (słowa ich obu w Rucianem w 1995 r. zarejestrowane na taśmie wideo upamiętnione przez Rafała z Korycina.)

    Nastąpiły pożegnania, pamiątkowe zdjęcia, wymiana adresów, uściski do następnego zjazdu na Boże Ciało 1999. Odjazdy, machania dłonią, klaksony.

    Filmował Rafał z Korycina, zdjęcia robił Marek z Poznania.

    Do „tradycji” zjazdowej należy, a w naszej naturze leży, że zawsze zapomina się coś zabrać ze sobą. Następują powroty lub też kierownictwo przekazuje Jarkowi ze Skierniewic zgubę, a ten zawsze znajdzie jej właściciela.

    Sulechów, lipiec – sierpień, 1998

  • Wycieczka do Wilna


    Rafał Żółtowski z Korycina

    Rano, bardzo rano, bo o godz. 5 podjechały autokary turystycznej firmy „Wigry” z Suwałk. Zaparkowały oba wozy u wejścia do klasztoru i oczekiwały na Żółtowskich, by zawieźć nas do Wilna. Zarząd wynajął przewodnika i transport, by tradycyjną wycieczką było tym razem Wilno. Młodzież do osiemnastego roku życia jechała za darmo; związek z własnych funduszy opłacał im tę atrakcję.

    Pogoda piękna, lekkie mgły oplatały suwalskie pagórki, laski, małe i większe jeziorka. Uroczo, bo i urokliwa kraina gościła Żółtowskich na kolejnym VII Zjeździe.

    Krótka droga do granicy i kontrola celna. Gładko przeszła, z uśmiechem celnika na twarzy. Dała nam wjazd do krainy, gdzie odbył się Mickiewiczowski ostatni zajazd, gdzie więcej niż połowa historii to historia Polski i historia jej wielkich mężów i sławnych ludzi. I te potrzeby poznania i przypomnienia zawiodły nas na drogi do Wilna, do Ostrej Bramy, do Uniwersytetu, cmentarza na Rossie i w końcu do Trok. Dlatego też prosiłem maluchów, by każdy umiał choć inwokację do Pana Tadeusza, bo po tej wycieczce, jak dorośnie, to dużo zrozumie, a może nawet i powróci tam, gdzie młode kroki stawiał.

    Jak to na każdej wycieczce bywa, potrzebne są finanse, więc za namową przewodnika, pierwszym etapem była wymiana w przydworcowym kantorze złotych, dolarów i innej zachodniej waluty na litewskie lity.

    Przed wjazdem do miasta byt krótki wypoczynek nad przepięknymlitewskim jeziorem, toteż wypoczęci i zasobni w lity, od razu wchodzimy bez zmęczenia na najwyższe z siedmiu wzgórz Wilna, na Górę Trzech Krzyży. Góra i trzy krzyże, potężne krzyże, a niżej o dwadzieścia metrów, podobne krzyże, ale po wysadzeniu w powietrze przez sowieckie władze. Nowe krzyże postawił wolny naród litewski, stare są świadkiem ucisku i nietolerancji. Wszystkie wycieczki są tu przywożone, bo jest to też miejsce, z którego rozciąga się przepiękny widok na całe Wilno.

    Zjeżdżamy ze wzgórza i podjeżdżamy pod kościół Piotra i Pawła. Arcydzieło architektury sakralnej z przepięknym żyrandolem w kształcie łodzi wikinga. Wojciech Profesor upatruje w tym dziele pracę swego przodka. Dalej droga, wiedzie do jedynego znanego nam kościoła pod otwartym niebem. To kościół w Ostrej Bramie. To ta Matka, o której w Inwokacji pisał nasz wieszcz. Dalej króluje w tym samym miejscu. Wchodzimy do Niej, każdy modli się osobno, każdy jest z Nią sam. W końcu odmawiamy wspólny pacierz, który zaintonował Wacław z Łodzi.

    Z Kaplicą Ostrobramską łączy się kościół św. Teresy, który także zwiedzamy, dalej zaś cerkiew prawosławna zbudowana w stylu typowego gotyku wileńskiego, bez cebulastych kopuł, znakomicie odrestaurowana, ciesząca oczy wielokolorowym wnętrzem i przyjaznym zachowaniem duchownych. Ciekawostką jest kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, którą prawosławni czczą jak i katolicy.

    Zwiedzamy Stare Miasto, jego wąskie uliczki i inne kościoły spośród trzydziestu czterech, jakie są w Wilnie. Z tego tylko siedemnaście funkcjonuje, inne są jeszcze w remoncie, gdyż były kiedyś magazynami zboża lub cementu.

    Trochę pada, ale to nieważne. Widzimy dom Mickiewicza i jego muzeum. Obok, 200 m dalej, stoi jego pomnik. Udajemy się na dziedzińce Uniwersytetu, wstępujemy na krótko do kościoła akademickiego, oglądamy, choć tylko z zewnątrz, Pałac Prezydenta Litwy. W końcu trafiamy na plac z pomnikiem Giedymina – założyciela państwa litewskiego. Obok znajduje się katedra wileńska.

    Specjalną atrakcją jest wjazd na wieżę telewizyjna, gdzie na wysokości 160 m znajduje się obrotowa kawiarnia, z której widać wspaniale pełną panoramę miasta. Kawiarnia raczej obskurna, jak na dzisiejsze normy europejskie, ale widok wspaniały.

    Późno, ale w końcu trafiamy do zamku w Trokach. Obsługa wpuściła nas mimo pewnego niezadowolenia, gdyż przedłużaliśmy ich czas pracy.

    Zamek wspaniale odrestaurowany, z bogatą kolekcją wystawienniczą. Zwiedzamy go w pośpiechu, bo czas wracać do kraju.

    U brzegu jeziora, gdyż zamek leży na wyspie, znajduje się centrum turystyczno-handlowe i tam dokonujemy ostatnich zakupów. Są bursztyny, obrazy olejne, srebro i porcelana. Każdy coś tam sobie wybrał i marsz na granicę.

    Wróciliśmy późno, zmęczeni, ale i zadowoleni. Każdy z nas przeżył tę wycieczkę osobiście. Nie będę się więc silił na własną ocenę. Myślę tylko, że była ciekawa i inna niż dotychczasowe. Myślę, że była okazją dla wielu osób, które indywidualnie nie znalazłyby czasu, aby tam pojechać.