Tag: Nr 2

  • Kolęda

    KOLĘDA

    wieczór dobry choć luty
    spokój wielki dokoła
    wilk sarenkę omija
    skądś dobiega radosna muzyka –

    kolęda –

    pędzą sanie po drogach
    gości wiele już w progach
    zapłonęły choinki
    pachnie siano pod bielutkim obrusem –

    kolęda –

    niebo ziarnem sypnęło jak nigdy
    złoty mak spada
    na opłatek
    ziemi-

    kolęda-

    cisza leży na polach
    zło odchodzi w niepamięć
    szopa mała pod gontem
    światło dziwne nad ludźmi –

    kolęda-

    w szopie
    Dziecię
    Matka Święta
    do snu tuli w ramionach –

    kolęda –

    gwiazdy grają na cytrach
    mróz srogi uderza w lodowate dzwony
    trzej królowie w podróży
    mirra złoto kadzidło –

    kolęda –

     

    Stefan Żółtowski z Myszkowa

     

  • Relacja ze zjazdu Związku Rodu w Zajączkowie 10-12 września 1993 r.

    W dniach od 10-12 września 1993 r. odbył się w Zajaczkowie k. Szamotuł II zjazd naszego Związku. Zaplanowanym tematem spotkania było przybliżenie uczestnikom historii linii wielkopolskiej, niegdyś zamieszkałej w tej właśnie miejscowości. Liczba przyjezdnych była najlepszym świadectwem potrzeby podobnych imprez. Porównajmy cyfry: I zjazd w 1992 r. – 36 osób, II zjazd w 1993 r. – 63 osoby.Na ten fakt wpłynęła niewątpliwie u biegłoroczna uchwała o dopuszczeniu do członkostwa również kobiet. U czestnicy zjechali się z całej Polski;:z dalekiego Szczecina, Sandomierza, b a – nawet z Białegostoku i Suwałk.

    Na powodzenie imprezy wpłynął trafny wybór miejsca. Dzięki starannemu rozeznaniu przez sekretarza Zarządu znaleźliśmy się w komfortowo urządzonym domu wczasowym – z restaurację, kawiarnię i dwiema świetlicami – przeznaczonym dla pracowników Poznańskiego Kuratorium. Dla nas najważniejszy był fakt, że dom ten urządzono w dawnym dworze Żółtowskich, którzy osiedlili się tam w 1728 r. Na dobre samopoczucie wpływało piękno otoczenia. Dwór wraz z parkiem jest okolony jeziorem, w którego wodach odbijają się otaczające je lasy. Toteż w wolnych chwilach na pomoście wysuniętym w jezioro stało zawsze kilka osób zapatrzonych w krajobraz.

    Zjazd rozpoczął się zebraniem zapoznawczym. Po kolei wstawaliśmy opowiadając, kim jesteśmy. U wielu budziły się refleksje, czy istnieją jakieś cechy wspólne dla całego rodu. Zawodowo przeważali inżynierowie różnych branż i lekarze, lecz byli też nauczyciele, prawnicy itd.

    Walne Zebranie przyjęło z uznaniem sprawozdanie z rocznej pracy Zarządu. Podczas wyborów uchwalono utrzymanie jego członków na dotychczasowych stanowiskach z wyjątkiem skarbnika. Funkcje te musiał przyjąć ktoś mniej obciążony obowiązkami. W dyskusji padła myśl wzmocnienia składu Zarządu przez powołanie dodatkowych członków spośród najdalej zamieszkałych od centrum Polski. Wniosłoby to lepsze rozeznanie ich potrzeb i przyczyniło się do nowych inicjatyw. Podjęto też uchwałę o wydawaniu kwartalnika i dokonaniu uzupełnień w Monografii Rodu z 1914 r. Pełny opis Walnego Zebrania znajdujecie w innym miejscu.

    W referacie poświęconym historii linii wielkopolskiej Andrzej Ludwik podzielił się z nami barwna opowieścią z XVII w., która rozegrała się w niedalekiej od Zajaczkowa okolicy. Dokonano mianowicie zajazdu na dwór wdowy po Ostrorogu, na pewno dość możnej pani.

    Sąsiad – grabieżca odbierał bezprawnie jej mienie, nie zważając na osobę właścicielki, póki nie przyjechał jej z pomocą i nie wywiózł wraz ze służbą w dwóch karocach inny sąsiad, Jerzy Żółtowski. O nim samym mało wiemy, prócz tego, że był spokrewniony z Opalińskimi, bardzo wówczas wpływową rodziną.

    Andrzej Ludwik przeszedł następnie do ogólniejszego omówienia historii linii wielkopolskiej, zwłaszcza jej gałęzi zwanej urbanowską.

    Protoplastą jej był Jan Nepomucen, właściciel Ujazdu k. Grodziska. W początku XIX w., gdy wielu ziemian traciło majątki wskutek wojen i zmian ustrojowych, on wytrwałą praca i oszczędną gospodarką wyposażył w majątki czterech synów, a co ważniejsze – zadbał o ich wykształcenie. W przyszłości włączyli się wszyscy w polityczne lub społeczne życie Wielkopolski. Dwóch z nich służyło w powstaniu 1830 r., dwaj należeli jako posłowie do Koła Polskiego przy berlińskim parlamencie. Wytknięty przez nich kierunek służby narodowi stał siędrogowskazem dla następnych pokoleń, którym przyszło walczyć z rządem Bismarka, w czasie Kulturkampfu o ziemię.

    Później niektórzy osiedlili się w innych stronach kraju: jeden na granicy Kujaw i Pomorza, na tzw. Pałukach, trzech na Lubelszczyźnie, jeden na dalekiej Wileńszczyźnie. Wszyscy wykazywali zdolności organizacyjne, podnosili poziom gospodarki, troszczyli się o potrzeby miejscowej ludności. Można zaryzykować twierdzenie, że cechy te były wspólne większości członków tej linii. Natomiast na ogół nie prezentowali wygórowanych ambicji;nie wyszedł z ich szeregów żaden minister ani generał. Po ostatniej wojnie jednak historycy stwierdzili, że aż trzynastu zostało przyjętych w poczet członków Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk równoznacznego z dzisiejszą Polską Akademią Nauk.

    Dwie wojny światowe stały się probierzem wartości wielu Polaków. W Powstaniu Wielkopolskim i wojnie bolszewickiej wzięło udział ośmiu młodych Żółtowskich. Wracali przeważnie do domu z Krzyżami Walecznych. Druga wojna światowa pociągnęła za sobą wiele ofiar z ich szeregów: troje przeszło niemieckie obozy, dwóch wiezienia. Trzech zginęło na polu bitwy, jeden w Oświęcimiu, jeden na Syberii, trzech w Katyniu, jeden podczas Powstania Warszawskiego, dwóch zmarło w nędzy. Dwóch odznaczono Krzyżem Walecznych, jedną osobę Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami. Dwóch na Lubelszczyźnie czynnie współpracowało z AK, a Róża, żona ordynata Zamoyskiego była główną inicjatorką ratowania dzieci z Zamojszczyzny.

    Drugi dzień zjazdu poświęcono na zwiedzanie dawnych siedzib rodziny. Gdy jedni wybrali się do Myszkowa i Wargowa, drudzy skierowali się ku Ziemi Kościańskiej, gdzie zachowały się trzy dawne rezydencje. Odpowiednio wcześniejsze przygotowanie wycieczek przyniosło owoce – wszędzie byliśmy oczekiwani, życzliwie i gościnnie przyjmowani.

    W Głuchowie zastaliśmy pałac mocno zaniedbany, zamieszkany przez pracowników PGR. Kościół natomiast, z grobami rodzinnymi Żółtowskich odnowiony i w dobrym stanie. Ksiądz proboszcz zaznajomił przyjezdnych z historią świątyni oraz pokazał dwa nieznane obrazy religijne wybitnego malarza Pierre’a Potworowskiego, który jako krewny państwa domu spędzał wakacje w Głuchowie.

    Podzieliłem się z uczestnikami wycieczki wspomnieniami sprzed wojny. Pamiętam doskonale starego stryja Henryka, samotnie żyjącego w Głuchowie, póki nie adoptował i nie przekazał majątku bratankowi Marcelemu (juniorowi), ojcu Piotra z Warszawy. Marceli miał w okolicy opinię doskonałego, postępowego gospodarza. W okresie sławnego kryzysu pomagał zadłużonym sąsiadom w podniesieniu gospodarki. U siebie przeprowadzał ciekawe eksperymenty, np. umieszczał w polu słupy mające odprowadzać z ziemi niekorzystne bioprądy, a ściągać sprzyjające. Dom jego był otwarty dla osób ze świata kultury. Nic dziwnego, wszak szwagrem jego był poeta Ludwik Hieronim Morstin, wujem rzeźbiarz Ludwik Puszet, a kuzynem wspomniany już Potworowski.

    O 3 km od Głuchowa leżą Jarogniewice, przed wojną własność tegoż Marcelego. Piękny pałac zbudowany został w XVIII w. przez Sokolnickich na przyjazd króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Monarcha w końcu nie przyjechał, a dwór pozostał. Po II wojnie światowej w Głuchowie i Jarogniewicach mieściły się zakłady reedukacji ociemniałych inwalidów wojennych. Po przeszkoleniu poszli do pracy w fabrykach poznańskich, takich jak Cegielski, Goplana lub Stomil i stanowili pierwszą kadrę niewidomych zatrudnionych w przemyśle. Obecnie w pałacu mieści się dom opieki dla niepełnosprawnych. Całość jest odnowiona i wzorowo utrzymana.

    Ostatnim etapem wycieczki był Czacz, własność przed wojną mojego ojca – Jana. W pałacu mieści się teraz szkoła podstawowa dla 300 dzieci. Zwiedziliśmy zabytkowy kościół, pierwotnie gotycki, w XVII w. przebudowany w stylu barokowym przez Włocha Bonadurę, nadwornego architekta Opalińskich. Właścicielem Czacza byt wówczas Wojciech Gajewski, któremu kościół ten zawdzięcza cudowny obraz Matki Boskiej Szkaplerznej (liczne vota zrabowali hitlerowcy). Gajewski ów brał udział w wyprawie wiedeńskiej i przywiódł z niej tureckich jeńców, którzy na miejscu utkali duży i piękny dywan do czackiej świątyni. Aż do wojny zachowała się w niej jeszcze inna pamiątka: lampa wieczna fundacji właścicieli Czacza od XIV do XVI w. – Świnków. Objęli oni tę posiadłość jako zasłużona i wierna królowi rodzina, podczas gdy rzekomo odebrano ją Jankowi, bratu buntownika Maćka Borkowica, skazanego przez Kazimierza Wielkiego na śmierć głodową.

    Świnkowie już za Jagiellonów zaczęli używać nazwiska Czackich, herbu Świnka. Z nich wywodził się wielce zasłużony Tadeusz Czacki, twórca Liceum Krzemienieckiego. Prawnuczka jego Róża, w zakonie Matka Elżbieta Czacka, założyła Zakład dla Niewidomych w Laskach.

    Będąc teraz w kościele uprzytomniłem sobie, że w latach dwudziestych wszystkie kobiety wiejskie, a nawet dziewczynki, z wyjątkiem córki nauczyciela, chodziły w regionalnych strojach. Podobno był to strój Anny Jagiellonki, żony Stefana Batorego, który stopniowo przeszedł do ludu. W końcu lat trzydziestych już żadna dziewczyna go nie nosiła, jak również i połowa dorosłych niewiast. Mężczyźni jeszcze wcześniej zarzucili swe granatowe sukmany. Mój ojciec pamiętał tylko trzech, którzy je posiadali.

    Okolice Czacza mają bogatą historię a nawet prehistorię. W Białczu tworzącym jedną całość z Czaczem wykryto po wojnie ślady łowców reniferów, z czasów gdy te ziemie zalegał lodowiec. Większość późniejszych znalezisk, urn i przedmiotów metalowych pochodzi z epoki kultury łużyckiej – 1200-1600 lat przed narodzeniem Chrystusa. Najwięcej z nich znaleziono w polu i tzw. piaskowni, gdzie wybierano czysty piasek. Do najwcześniejszych eksponatów należał pięknie wykonany toporek z czarnego kamienia i tajemnicza kamienna rura o kwadratowym przekroju i takimże okienku. Prawdopodobnie służyła do celów kultowych. Przęślik z ceramiki wykopany w torfowisku świadczy o początkach przędzenia i tkania, a może wskazuje na obecność w tych stronach kupców arabskich lub innych.

    Były też eksponaty najstarszej broni zjedzone przez rdzę. Niemcy nie pozostawili z tego wszystkiego nic, co by dowodziło niegermańskiego osadnictwa na tych ziemiach. Sporo było i późniejszej broni – kusze, rusznice, garłacz, pistolety, rożki do prochu i rogi myśliwskie, nawet rapier używany przez mojego pradziadka w powstaniu 1830 r.

    Tablica pamiątkowa w zabytkowej karczmie, zwanej husarską, informuje gości, że w XVII w. zginął tu szlachcic wleczony końmi z odległego o 3 km Śmigla przez innego szlachcica Arciszewskiego. Pewnie chodzi o słynnego kapitana artylerii z czasów „Potopu”.

    W XVIII w. Czacz przeszedł w ręce zamożnej rodziny Szołdrskich (ostatni z nich mężnie zginął rozstrzelany przez Niemców jesienią 1939 r.). Szołdrscy wybudowali sobie pałac z galeriami i oficynami w stylu epoki. Gdy jego część środkowa spłonęła w pożarze, oddali majątek w dzierżawę. W 1835 r. Jan Nepomucen kupił go dla swego syna Marcelego (seniora) i złączył z Białczem odziedziczonym po matce (Zbijewskiej). Marceli władał Czaczem przez 60 lat, póki nie przekazał go wnukowi Janowi, memu ojcu. Ten w 1912 r. przebudował ówczesną nieestetyczną część środkową, dając jej obecny wystrój. Po II wojnie aktywiści partyjni chcieli potrzaskać herby na pilastrach po obu stronach domu. Nie zrobili tego nie znalazłszy dość wysokich drabin.

    Jako pięcioletni chłopiec doskonale pamiętam długotrwałe kwaterowanie w naszej wsi batalionu piechoty wycofanego z frontu 1920 r. Do dziś dnia mam w uszach ich śpiewy żołnierskie.

    Niewielki dziedziniec po północnej stronie pałacu bywał nieraz świadkiem niecodziennych zdarzeń. W dniu 3 maja zjawiał się tam oddział wspaniale umundurowanych „sokołów”, Towarzystwa Gimnastycznego o pięknych niepodległościowych tradycjach. Mój ojciec wygłaszał do nich przemówienia o Konstytucji 3 Maja i Matce Bożej, Królowej Polski. Raz w roku „sokoli” korzystali z tzw. dolnego parku, aby urządzić tam przy akompaniamencie orkiestry popisy gimnastyczne. Kończyły się „latową zabawą”, w której uczestniczyła cała wieś.

    Na tymże placyku odbywały się też dożynki, zwane w Wielkopolsce „wieńcem”. Wśród dźwięków skrzypiec i dudów przed gankiem ustawiały się dwa szeregi dziewcząt w odświętnych regionalnych strojach i zaczynały się pieśni. Większość tekstów powtarzała się z roku na rok, lecz zwykle uzupełniane były dowcipnie ułożonymi zwrotkami o administratorze zwanym „wielmożnym”, rządcy zwanym „urzędnikiem”, a także gorzelnianym lub pisarzu podwórzowym. Dziewczęta przy tym znacząco się uśmiechały. Potem wchodziły na ganek wręczając wszystkim zebranym wieńce. Także i my – dzieci – otrzymywaliśmy misternie wyplecione wieńce ze zboża, w dodatku z żywym króliczkiem lub gołąbkiem w środku. Zaraz po tym dziewczęta dygając zapraszały do tańca wszystkich panów, nawet chłopców i nigdy nie opuszczały księdza proboszcza, który oczywiście odmawiał. Ale taki był zwyczaj. Równocześnie paru najlepszych tancerzy przychodziło zaprosić moje siostry. Gdy towarzystwo dobrze się rozochociło, cały orszak odchodził na „duże podwórze”, gdzie na parterze spichrza tańczono do rana.

    Czasem na tym samym placyku działy się niezwykle wydarzenia. Spod drzew na drodze do kościoła ukazywał się szwadron 17 Pułku Ułanów z Leszna. Dowódca z adiutantem, poczet sztandarowy, orkiestra na siwych koniach… Ułani ustawiali się dokoła placu. Padała komenda, błyskały szable, orkiestra grała marsz pułkowy, sztandar przenoszono do salonu, gdzie obejmowała nad nim pieczę warta złożona z dwóch ułanów. Jakie to polskie wojsko było piękne i jakeśmy je kochali…

    Ostatni raz pułk ten przybył do Czacza po pierwszejmobilizacji, 24 sierpnia 1939 r. Wstąpili do niego jako ochotnicy moi dwaj bracia Juliusz i Alfred i po forsownych marszach i ciężkich bitwach dotarli do Warszawy. Tam Alfred zginał, Juliusz zaś, uczestnik Powstania, poległ w walce pod Jaktorowem w 1944 r.

    Jak przedstawiało się nasze wychowanie przed wojną? Rodzice w początku lat dwudziestych posyłali troje starszych z rodzeństwa do szkół w Poznaniu, młodszych czworo, a z czasem sześcioro chcieli zatrzymać na wsi. Trzeba było zorganizować im naukę. Lekcje prowadziły domowe nauczycielki, tylko na moją naukę łaciny dojeżdżał z Poznania student. Wymagał bardzo. Tak dużo, że w czasie ferii, gdy reszta rodzeństwa hasała po parku, musiałem z nim powtarzać dwa razy do roku cały materiał. Ale nauczył mnie łaciny.

    Dzień mieliśmy szczelnie wypełniony zajęciami. Zaczynał się krótką pogadanką religijną z moją matką, po czym odbywały się lekcje. Po południu – lekcja fortepianu i francuskiego i po nich odrabianie zadań na dzień następny. Dobrze wykładane przedmioty bardzo nas pociągały, uczyliśmy się chętnie. Z wcześniejszych jeszcze lat pozostały mi w pamięci takie zajęcia w czasie wolnym, jak zbieranie ziół, grabienie liści, zbiór kasztanów dla Zoo w Poznaniu, aby za zarobione pieniądze umożliwić paru małym murzynkom naukę w szkole misyjnej.

    Nikt z nas nie dostawał kieszonkowego, na przyjemności trzeba było sobie zarobić. Starsze siostry hodowały króliki, a brat gołębie. Miał on zawsze masę pomysłów. Kiedyś z ciotecznym bratem zbudował za opłatą budę z desek dla dozorcy w ogrodzie. Konstruował aparaty radiowe, zajmował się fotografiką, a wszystko wymagało pieniędzy. Gdy później zaczęliśmy polować, sprzedaż zwierzyny w Lesznie dawała nam niezły dochód. Brat uprawiał lekką atletykę, wykopał więc sobie skocznię, ćwiczył rzuty, w końcu zabrał się do przebudowy asfaltowego kortu tenisowego na ziemny. Z pomocą „sił z podwórza” wykonał według wszystkich reguł, a my plewiliśmy kort wiosną i utwardzali stałym wałowaniem. W lecie graliśmy na nim bardzo często.

    Dwa razy, będąc już na studiach, zorganizowaliśmy w Czaczu dwie olimpiady sportowe. Zaprosiliśmy trochę gości, nastrój był doskonały, konkurencji cała masa.

    Wiele czasu poświęcaliśmy na konną jazdę. Koń wierzchowy stanowił wtedy zupełny luksus, toteż jeździliśmy najpierw na konikach pracujących w ogrodzie, potem na klaczach wyjazdowych. Z czasem administrator z Białcza, wytrawny kawalerzysta, ile razy przyjeżdżaliśmyna ferie i wakacje, tyle razy udostępniał nam młode konie fornalskie. Trzeba było wiele nad nimi pracować, żeby nauczyć je różnego rodzaju chodów i skoków.

    Ocenę naszego wychowania wolę pozostawić innym. Zetknąwszy się z realiami życia, mam w stosunku do niektórych drobnych działań wychowawczych kilka zastrzeżeń, lecz wdrożone przez rodziców zasady – prawdy, odpowiedzialności i obowiązku pracy pozostały mi na całe życie.

    Współczesnemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić, jak wyglądało życie w przedwojennym dworze i jaką rolę spełniał w stosunku do okolicy. Albo dawał dobry przykład, albo gorszył. Na wsi wiedziano o wszystkim.

    W czasach, gdy nie istniały zmechanizowane urządzenia gospodarstwa domowego, trzeba było zatrudniać wielu domowników. Obsługa dużej kuchni, pralni, a nawet szwalni musiała być fachowa. Rodzice dobierali personel bardzo starannie. Z biegiem lat tworzył zgraną wspólnotę, prawie rodzinę. Gdy myślę dziś o ich wielkiej prawości, zaangażowaniu i bezinteresowności, pozostaję pełen podziwu dla tych bliskich mi zawsze osób. Wychowali nas swoim przykładem. Gdy pomyślę, co dzieje się obecnie w dawnych majątkach, dlaczego tak mało tam wzajemnej życzliwości, chce mi się wołać: gdzie się to wszystko podziało?

    Zjazd nasz zakończył się w niedzielę 12 września. Z rana pojechaliśmy wszyscy do parafialnego kościoła w Psarskiem. Byliśmy tam mile zaskoczeni wypowiedzią ks. proboszcza, który dwukrotnie – raz przed Mszą Św. i drugi raz podczas kazania z wielką życzliwością wspominał o naszym zjeździe rodzinnym.

    Usiłujemy realizować program naszego Związku, żeby w czasach, gdy tylu ludzi dzieli się i kłóci – dążyć do zjednoczenia.

     

    Michał Żółtowski z Czacza (z Lasek)

    A Tobie Michale dziękujemy, ze byłeś z nami i podzieliłeś się wspomnieniami, że przez 43 lata, niewidomych, kruchych ludzi, a teraz okruchy pamięci jak „kruszynę chleba podnosisz z ziemi przez uszanowanie, dla darów Nieba”. (Cyprian Kamil Norwid „Moja piosnka”) [Red.]

     

     

  • Relacja ze zjazdu Związku w Zajączkowie 10-12 września1993 r.

    Była godzina 4 po południu gdyśmy we czworo zajechali na podjazd w Zajączkowie w czwartek 9 września. W mojej naiwności sądziłem, że ośrodek będzie chciał zaakcentować gościnność w stosunku do rodziny Żółtowskich, choćby z powodu umieszczenia w ulotce reklamowej paru zdań o Żółtowskich i ich historycznych związkach z tą miejscowością. Tymczasem dyrektor nieobecny, recepcja czynna, lecz bez recepcjonisty, w tylnym pokoju za recepcją księgowa z kimś się naradza, jakie pokoje nam przydzielić. Wróciłem na podjazd z kluczami w ręku. Poszliśmy na piętro mijając po drodze drzwi do stołówki zamknięte na klucz; rozpakowałem się w pokoju, sprawdzając poszczególne urządzenia łazienki. Ciepła woda poleciała, ale z odwrotnego kurka. Po zejściu na podjazd piękno otoczenia zachwyciło mnie bez reszty. Kiedyś – niewątpliwie – była to wyspa położona na rozległym jeziorze. Dziś droga od osiedla i wjazd do parku prowadzą po suchym gruncie. Wydaje się, że tam gdzie stoi brama w ogrodzeniu parkowym, był most stały lub zwodzony, a w miejsce dworu mogła być warownia. Teraz wielkie jesiony, lipy, a nawet świerki odgradzają teren pałacowy od osiedla, a na prawo i lewo błyska jezioro. Stopniowo coraz więcej przybywa osób. Przy witaniu należy pamiętać, by nie przedstawiać się Żółtowski. Na tym Zjeździe bowiem ta informacja była niewiele mówiąca. Niektórzy znali się z I Zjazdu w Feliksowie, ale większość była zupełnie nieznana.

    Po przyjeździe Zbyszka ze Skierniewic ustaliliśmy program piątkowy jedynie w zarysie, gdyż Bożena miała nadjechać nocą.

    Chciałbym zasygnalizować, że w moim opisie będę mówił o osobie z imienia, z dopowiedzeniem miejscowości, w której zamieszkuje lub z której pochodzi, względnie ulicy, przy której mieszka.

    Kolacja zwyczajem ośrodków wczasowych odbyła się o 6 po południu i na pewno nie mogłaby brać udziału w konkursie kulinarnym.

    Zajączkowo – pałac, względnie Ośrodek Wypoczynkowo-Szkoleniowy Kuratorium Oświaty i Wychowania w Poznaniu oferuje w trzech językach (patrz folder reklamowy): „We wnętrzach pałacu oczekuje na Państwa 80 miejsc… W sali klubowej można mile spędzić czas m. in. oglądając program telewizji satelitarnej… Kawiarnia w stylu wiedeńskiej secesji… Posiadamy salę konsumpcyjną na około 100 miejsc” (verbatim). A więc po kolacji zebraliśmy się we wnętrzach wiedeńskiej secesji i zaczęliśmy się poznawać. Dla mnie najbardziej sensacyjne są zderzenia geograficzne.

    Jestem w pięknym pałacu Żółtowskich w… Wielkopolsce. Znam informacje z XVIII w. o przygotowaniu na śmierć metropolity grekokatolickiego… Szeptyckiego przez jego kapelana ks. Żółtowskiego. Ignacy zaś w XIX w., który dorobił się fortuny w… Astrachaniu, ufundował pierwszy ogród jordanowski… pod Krakowem. By nie ciągnąć dłużej dywagacji historycznych wracam myślą do naszego spotkania i uświadamiam sobie, że na naszym Zjeździe najbardziej oddalonymi od siebie uczestnikami z Polski byli Mieczysław ze… Szczecina, Ryszard z… Suwałk i Piotr z… Sandomierza, zresztą później wybrani do Zarządu. Mimo innych zapowiedzi jedynym uczestnikiem z zagranicy była moja siostra Maria Kemp z Londynu. Było więc o czym rozmawiać w secesyjnej kawiarence pałacowej, gdyż pomiędzy Suwałkami, Szczecinem czy Londynem leżą: Korycin – mieszkają tu Rafał i Stefania, Warszawa i okolice, gdzie aż się roi od Żółtowskich, z Laskami, które dzięki Michałowi z Czacza (honorowy Prezes Zarządu) stały się inspiracją naszej organizacji, a potem już jednym tchem od wschodu do zachodu – Płock, Podkowa Leśna, Skierniewice, Łódź, – zjeżdżamy na południe: Kielce, Gliwice, Myszków, Poznań, Sieraków, Sulechów.

    Czwartek 9 września skończył się dla niektórych później niż na zegarze, bo aż w piątek nad ranem. Przygotowania, spóźnione przyjazdy, rozlokowanie gości.

    Michał z Lasek, z którym mieszkałem, wstaje wcześnie. Już przed śniadaniem odbył długi spacer, w parku rozmawiając i poznając innych uczestników. Szczęściem niebo ulitowało się nad nami i nocny deszcz ustał nad ranem. Okolica zachwycała i pociągała, ale w czasie śniadania zarząd (dotychczasowy) powiadomił o przyjętym i zatwierdzonym programie szczelnie zapełniającym czas.

    Dokonałem otwarcia Zjazdu jako dotychczasowy prezes. Następnie odczytałem miłe słowa zachęty dla Związku i pomyślności obrad od Elżbiety(Niki) Wężykowej i Julii Bnińskiej, córek Pawła i Anny, i Sebastiana, syna Jana z Buenos Aires, dawniej z Myszkowa. Przewodniczącym Zjazdu został obrany Wojciech z Warszawy, który poprosił o uczczenie pamięci zmarłych poległych i pomordowanych chwilą ciszy.

    Na sekretarzy „trzymających pióro” wybrani zostali: Liliana z Sulechowa i Robert z Warszawy.

    Następnie Zbigniew z Feliksowa, dotychczasowy sekretarz-skarbnik Zarządu złożył sprawozdanie, które ujawniło ogrom jego pracy dla Związku. Sadze jednak, że to, co nie zostało wygłoszone w tym sprawozdaniu, było najważniejsze. Zbigniew to motor działania, inicjator, nieustannie pobudza innych do pracy, a jednocześnie skrupulatnie administruje naszymi funduszami. Nie tylko ważne jest bowiem – jak sądzę – mieć pomysł, ale daleko ważniejsze jest wcielenie go w czyn, zestrojenie inicjatywy i zawiadamianie, zawiadamianie i informowanie o wszystkim wszystkich. Dlatego pisząc te słowa chcę utrwalić w druku fakt, że jesteśmy dłużnikami Zbigniewa ze Skierniewic-Feliksowa. Wyrazem naszej wdzięczności był ponowny wybór Zbigniewa Władysława na sekretarza-skarbnika Zarządu. Odbyło się to przez aklamację.

    Relację „działu” prasowego, złożyła Bożena z Ursusa czyli odpowiedzialna za słowo drukowane. Już od pierwszego zebrania Zarządu w październiku 1992 r. utarł się zwyczaj pytania się o zdanie Bożeny na temat zamierzonych prac drukowanych Związku. I tak zostało – co w druku to Bożena.

    Osobiście – pisząc wspomnienie o pierwszym Związku Rodzinnym, tym z 1903 r., miałem pewność, że jakiekolwiek by były niedoskonałości mego pisania, to zostaną tak przetworzone przez Bożenę, że czytający pewnie wyrazi mi pochwałę. W rzeczywistości pochwała nie mnie się należy (Bożena tego nie wolno zmienić!!!”).

    Wypowiedź Bożeny była wzruszająca, powiedziała o tym,że w naszym gronie mamy ważnych świadków historii, nawiązując do prac Michała z Lasek, ale przeżycia innych też nie mogą ulec zatarciu i że ona uważa ten nasz periodyk za miejsce, gdzie trzeba tym przeżyciom nadać kształt pisany.

    Specjalne wspomnienie poświeciła Franciszkowi Żółtowskiemu, autorowi Monografii, podkreślając rzeczywistą wartość historyczną tej pracy, dokonanej samodzielnie przez autora, redaktora i wydawcę w jednej osobie. Jego grób znajduje się na Powązkach, Bożena z Ursusa ponownie została wybrana do Zarządu, również przez aklamację. Formalnością jedynie było powierzenie jej odpowiedzialności za słowo pisane Związku.

    Wybory odbyły się w sali, którą ośrodek nazwał konferencyjną. Rzeczywiście wystrój jej jest sztywno-konferencyjny, krzesła przytwierdzone do podłogi, stół prezydialny na podniesieniu i pulpit dla mówców. Jednym słowem wnętrze niezupełnie dworskie. Tego dnia jednak atmosfera sali była zupełnie nie konferencyjna. W powietrzu odczuwało się „prądy rodzinne”, zebrani odnosili się do siebie z przyjaźnią, i właśnie w takim momencie Bożena powiedziała: że pierwsze miejsce w Związku należy się naszemu seniorowi Michałowi z Lasek i Michał z Warszawy zgłosił wniosek, by poprosić go o zajęcie fotela Honorowego Prezesa.

    Jednym ruchem wszyscy wstali i zaczęli oklaskiwać pomysł tak świetnie wkomponowany w nastrój sali.

    Tu chwila refleksji – Michał z Czacza, obecnie znany jako Michał z Lasek, jest zaprzeczeniem człowieka ubiegającego się o stanowiska lub zaszczyty. Nawet więcej – widzi chętnie innych na przedzie, wspierając ich radą, przemyśleniem lub choćby tym faktem początkowym – zaufaniem.

    Czy zatem moje odczucia „prądów rodzinnych” i przyjaznych, nie byty rzeczywistością? Ilu z obecnych znało Michała z Lasek? Mniemam, że nie więcej niż połowa lub nawet mniej. A jednak – jednomyślnie i jednogłośnie przyklasnęli pomysłowi Bożeny. Jak gdyby ten pomysł był wcześniej przedstawiony i uzgodniony. A tak nie było. Dlatego twierdzę, że Zjazd był niezwyczajny, że coś tam chodziło wśród zebranych, że coś w romantyzmie zwane „czucie” było obecne między nami Nazajutrz, w sobotę, jeszcze wyraźniej wystąpiło to w Jarogniewicac

    Ale w opowieści o Zjeździe prawie zupełnie zmieniłem porządek programu, bo po relacji prasowej Bożeny była prezentacja rodzinna.

    Ciekawiło mnie bardzo, jak każdy z zebranych zachowa się przed kamerę. Kiedyś, kiedyś, gdy byłem małym chłopcem, samo pojawienie się na estradzie „murowało” występującego wydobywając z niego nieartykułowane jąkania. Dziś, tzn. na Zjeździe, każdy patrzył się bez tremy w oko video-kamery w rękach Rafała z Korycina i wiódł swą kwestię rodzinną poważnie lub wtrącając dowcipną pointę. Wypowiedzi były krótkie, toteż przed obiadem przedstawiłem historię gałęzi wielkopolskiej rodziny.

    Zaczyna się w 1578 r., gdy Maciej – Nobilis Mathiae Zeltowski de Plocesi – nabywa na lat trzy części odziedziczone we wsi Tarnowa powiatu Wschowskiego od Jadwigi Pogorzelskiej, wdowy po Janie Ossowskim, pisarzu ziemskim wschowskim. Zwróciłem uwagę na zagadkowe wątki. Niezrozumiałe późne ożenki, żywot prawie dwukrotnie dłuższy w porównaniu do przeciętnego z tamtych czasów, ożenki nie we wsi sąsiedniej, lecz w okolicy oddalonej o 150 km, znakomite parantele i nieobecność na jakichkolwiek urzędach, nawet ziemskich. Taki obraz gałęzi wielkopolskiej trwa od 1578 do lat 1770, gdy bracia: Józef zostaje wpierw wojskim następnie miecznikiem wschowskim, a Paweł Marceli łowczym poznańskim. Wreszcie, syn Józefa – Jan Nepomucen buduje „wiek złoty” gałęzi wielkopolskiej tworząc poważna fortunę i cedując ją na czterech synów: Stanisława na Jarogniewicach, Marcelego na Czaczu, Białczu i Niechłodzie, Jana na Ujeździe i Franciszka na Niechowie i Godurowie. Naddatkiem są tytuły arystokratyczne. W XIX i XX w. Żółtowscy zgromadzili siedem tytułów hrabiowskich, bijąc wszelkie rekordy gotajskie w tej dziedzinie. Zajączkowo nabyte przed 1728 r. przez Bogusława znajdowało się w rękach rodziny (gałąź zajączkowska i myszkowska) aż do 1888 r., kiedy z nieznanych powodów Jarosław i Emilia (z Myszkowa) sprzedali Zajączakowo i przenieśli się do guberni Siedleckiej.

    Druga połowa wieku XIX to ugruntowanie pozycji rodziny. Nie tylko w Wielkopolsce są znani i doceniani. W wiek XX Żółtowscy w poznańskiem wchodzą z obliczem wyraźnie i pozytywnie ukształtowanym. Druga wojna światowa zniszczyła podstawy majątkowe rodziny, rozproszyła pozostałych przy życiu nawet na antypody i zadała głębokie rany, pozbawiajac trzynastu spośród trzydziestu dziewięciu mężczyzn żyjących w 1939 r.

    Z obowiązku kronikarskiego notuję, że wybory odbyły się po przerwie obiadowej i kawiarnianej, w sali na drugim piętrze. Zrelacjonuję jedynie ożywioną dyskusję wieczorem. Chodziło o program sobotni – którą trasą i dokąd pojedziemy, kto i jaki pojazd poprowadzi. Miałem swoje powody, aby opowiadać się za małą trasa, a to wiek uczestników, a to odległość, a to że miałem parokrotnie przykre impresje z Jarogniewic i Głuchowa. Tu, na małej trasie Popówko rzeczywiście opuszczone, lecz kościół w Sobocie zachował żywe w treści epitafium z Żółtowskich Kierskiej. Myszkowo zaś może się pochwalić starodawnym dworem będącym własnością rodziny na pewno lat dwieście, wreszcie Wargowo rok temu odkupione od gminy przez Żółtowskich z Wielkiej Brytanii. Popówko zachęcało tym jeszcze, że był to majątek Fundacji Rodzinnej Żółtowskich z linii Myszkowskiej i że był związany z nagroda im. Andrzeja Żółtowskiego przyznawaną chyba corocznie przez Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk za prace z dziedziny historii Ziemi Wielkopolskiej.

    Ale zostałem przegłosowany… Prawie wszyscy optowali za dłuższa trasą, zostałem opuszczony nawet przez najbliższych. Co więcej zostałem wezwany do udzielenia „podwody” lub opuszczenia jej. Tu lekko koloryzuję,ale żal mi było nie zobaczyć pięknego epitafium i bardzo chciałem odwiedzić rodzinę w Wargowie. Zostałem jednak nagrodzony, a jak to opowiem, mimo że pełną opowieść o Głuchowie, Jarogniewicach i Czaczu obiecał skreślić Michał senior. Należy jeszcze dodać, że niestety Piotra z Jarogniewic i Głuchowa nie było z nami. Również żadnej z jego sióstr.

    A więc wyjechaliśmy rano chyba w dziesięć samochodów (kilka osób jednak udało się w „małą” trasę) i dojechaliśmy do Głuchowa, a potem do Jarogniewic. Podjeżdżamy na podjazd wokół pięknie utrzymanego klombu.

    Jest nas około czterdziestu osób jednego nazwiska, z którym związany był tytuł hrabiów na Jarogniewicach.

    cena jakby surrealistyczna. Miejsce – dawny salon dziś ś wietlica, telewizor, meble PRL, nieodzowne białe „zazdrostki” w wielkich p ortefenetrach, okrągły stół, fotel stojący obok kominka. Osoby – kierownictwo D omu Opieki, parę niepełnosprawnych i… przyjezdni Żółtowscy.

    Stajemy w półkole, Michał z Lasek tyłem do kominka, trochę centralnie. Z sąsiedniego pokoju, dawniej jadalnego wychodzi podprowadzana przez panie kierowniczkę Domu niewidoma kobieta, bardzo małego wzrostu z bardzo wielkim bukietem w ręku. Staje przed Michałem i recytuje wyuczone powitanie. Głos cichy wymowa biedna, kaleka. Wyrecytowana formuła. Wiem, że pani kierowniczka chciała przyjąć nas serdecznie, ale podskórnie kurczę się, włączając instynktownie pamięć wszystkich telewizyjnych scen dzieci z bukietami przed Gomółka, Ochabem, Gierkiem.

    Lecz… nim glos zakończył powitanie, Michał wysoki, pochylony robi krok jeden, drugi, wyjmuje bukiet z rak, delikatnie je obraca, podtrzymując sadza na krześle, całuje w rękę i w pełnej kornego szacunku postawie dopytuje się o zdrowie, samopoczucie… Za chwilę wiedzie dyskurs z panią kierowniczka, a my wokół. Centralną postacią już nie jest Michał Żółtowski, syn, wnuk i prawnuk panów na Jarogniewicach, Głuchowie, Czaczu, Białczu, Drzewcach etc. etc., lecz mała niewidoma, siedząca na krześle i problemy takich jak ona, bo Michał o nich opowiada.

    Wysoki, starszy, siwy pan jest wyłącznie Michałem z Lasek pochylonym już lat czterdzieści nad ludzkim cierpieniem. Asystuje mu w tamtej chwili czterdzieści parę osób jego rodziny.

    Narodziny zaufania, przymierze w miejsce zajazdu, nowy początek tolerancji i różnorodności. Pijemy wspólnie kawę na zaproszenie pani kierowniczki…

    Po powrocie do Zajączkowa Rafał z Korycina nadal rejestrował prezentacje rodzinne, kawiarenka pełna była rozmów. Michał z Łodzi był oblegany: przypuszczam, że gdyby miał swój komputer genealogiczny, to ten by zastrajkował. Szczęśliwie operował jedynie swą pamięcią i wielkimi tablicami w rodzaju „schodków”. Na tych schodkach wszyscy prawie kogoś z rodziny odnajdowali – ten dziadka, tamten stryja i nagle okazywało się, że nieznany jest krewnym nawet bliskim i nie ma potrzeby zmuszać się do „tykania”, bo to autentyczny krewny. Coś jak „mów mi wuju” Zagłoby. I tak Michała zagadali, że nie usłyszeliśmy od niego o początkach 0gończyków – Żółtowskich.

    Wiadomo, żywi maję pierwszeństwo.

    Późno wieczór co młodsi rozpalili ognisko, co starsi siedząc na ławach pociągali coś z rękawa, a niektórzy wiedli pieśń… Nie mam wykształcenia muzycznego, nie śpiewałem, bo mi „rękaw” przeszkadzał, lecz pierwszą nagrodę głosową przyznałbym Ryszardowi z Suwałk. Wiadomo, że na wschodzie piękne głosy mają.

    W niedzielę Msza Św. w kościele parafialnym w Psarskiem zaczęła się o 11. W kazaniu ksiądz proboszcz wyjaśnił parafianom, że ma miły obowiązek powitania przybyłej rodziny Żółtowskich, która tu żyła przez półtora wieku, a lat temu sto z okładem zmuszona była ją opuścić. Pochwalił inicjatywę odwiedzin przez rodzinę tak blisko związaną z tą parafią i wezwał zgromadzonych do modlitwy za ich pomyślność.

    W rozmowie osobistej ksiądz proboszcz okazał się być historykiem dobrze znającym dzieje okolicy i bardzo zaciekawił Michała z Łodzi obiecując mu wgląd w księgi metrykalne, sięgające osiemnastego wieku. Napomknęliśmy o grobowcu w Zajączkowie i dowiedzieliśmy się, że nie jest to teren podległy jurysdykcji kościelnej. Ksiądz proboszcz obiecał znaleźć miejsce na cmentarzu gdybyśmy chcieli przenieść trumny.

    Wróciliśmy do Zajączkowa i zaczęliśmy się żegnać. Zbyszek z Feliksowa w asyście Andrzeja Ludwika udali się z podziękowaniem do dyrektora. Ustaliliśmy kryterium opłat i szczerze się ucieszyliśmy, że pan dyrektor będąc właścicielem terenu wokół grobowca zobowiązał się pokryć koszty transportu trumien na cmentarz w Psarskiem.

    A zatem do zobaczenia w Płocku gdyż vox populi Źółtwscianae zdecydował mieć zjazd drugi, a chronologii Zbyszka trzeci, tamże.

    „0jczyzny mojej stopy okrwawione, Włosami otrzeć na piasku; Padam: lecz znam i jej twarz, i koronę. Słońca słońc blasku […]. Niechże nie czczą mię, gdzie ma ojczyzna, Bo pola, siła, okopy, i krew, i ciało, i ta jego blizna. To ślad-lub-stopy”… („Moja Ojczyzna” – Cyprian Kamil Norwid) [Red.]

    Andrzej Ludwik Żółtowski z Milanowa

  • Relacja ze zjazdu Związku Rodu Żółtowskich w Zajączkowie10-12 września 1993 r.

    Przybyliśmy na II Zjazd Związku Rodu Żółtowskich. Zajączkowo przywitało nas piękną słoneczną pogodą 9 września 1993 r. Zespół Pałacowo-Parkowy w Zajączkowie położony jest na półwyspie, otoczonym z trzech stron wodami Jeziora Zajączkowskiego. Po kolacji spotkaliśmy się w kawiarni, w gronie rodzinnym, na wspólnej kawie, herbacie.

    Piątek 10 września. Przywitał nas deszczem, ale humory dopisywały. Po śniadaniu spotkanie rodzinne w sali telewizyjno-klubowej, wzajemna prezentacja, krótkie opowiadanie o swoich rodzinach. Potem Andrzej Ludwik wygłosił prelekcję: „Historia gałęzi wielkopolskiej rodu Żółtowskich”. Obiad. Oficjalne otwarcie II Zjazdu przez Andrzeja Ludwika, ustępującego prezesa Związku. Wybór przewodniczącego Zjazdu – Wojciech z Warszawy. Sprawozdanie ze stanu finansowego Związku – Zbigniew ze Skierniewic. Sprawozdanie z działalności Związku – Andrzej Ludwik. Absolutorium. Wybór nowego Zarządu:

    1. MICHAŁ – Laski-HONOROWY PREZES
    2. ANDRZEJ LUDWIK – Warszawa – PREZES ZWIĄZKU
    3. ZBIGNIEW – Skierniewice – SEKRETARZ I SKARBNIK
    4. MICHAŁ – Łódź – DZIAŁ GENEALOGICZNY
    5. BOŻENA WANDA-Warszawa REDAKTOR KWARTALNIKA – DZIAŁ PRASOWY
    6. ANDRZEJ – Gliwice
    7. RAFAŁ – Korycin – WICEPREZES ZWIĄZKU, DZIAŁ AUDIO-WIDEO
    8. PIOTR – Sandomierz
    9. WOJCIECH – Warszawa
    10. MIECZYSŁAW JAN – Szczecin — WICEPREZES ZWIĄZKU
    11. ANDRZEJ – Podkowa Leśna
    12. STEFAN – Podkowa Leśna
    13. RYSZARD KAZIMIERZ – Suwałki – WICEPREZES ZWIĄZKU
    14. WŁADYSŁAW – Suwałki
    15. LIDIA – Sulechów

    Ustalenie wysokości składek na 1994 r. – 20.000 zł miesięcznie. Założenie archiwum u Zbigniewa w Skierniewicach. Wydawanie gazety, kwartalnika – Związek Rodu Żółtowskich. Omówienie spraw bieżących. Kolacja. Ukonstytuowanie się Zarządu. Omówienie wyjazdu i trasy zwiedzania dawnych siedzib gałęzi wielkopolskiej rodu Żółtowskich:

    1. mała trasa 42 km
    2. duża trasa 80 km

    Sobota 11 września. Śniadanie. Wyjazd na wycieczkę na dwie trasy: mała – Myszków, Popówko, Wargowo. Na małą trasę wybrali się: Robert – Warszawa, Michał – Łódź – przewodnik wycieczki, Lidia – Sulechów, Janusz – Szczecin, Anka – Warszawa, Marek – Warszawa, Wojtek – Warszawa, Małżeństwo z Bydgoszczy. Po zwiedzeniu Myszkowa przeprowadziliśmy wywiad z była pracowniczką Żółtowskich w Myszkowie, panią Marchewką; jej syn Wojciech Marchewka zamieszkały w Szamotułach, przekazał haftowany proporzec Koła Sodalicji Mariańskiej w Myszkowie oraz zdjęcia Żółtowskich do archiwum w Skierniewicach. (W protokole brak opisu dużej trasy, ponieważ Robert i Lidia pojechali małą trasa – BW). Po kolacji krótka wymiana wrażeń z wycieczek – później ognisko z pieczeniem kiełbasy, oraz opowieści mieszkańca Zajączkowa; zabawy i śpiew, wodzirejem przy ognisku – Ryszard Kazimierz – Suwałki.

    Niedziela, 12 września, przywitała nas słońcem.Po śniadaniu udaliśmy się do Kościoła Parafialnego we wsi Psarskie na Mszę Św. w intencji rodzin Żółtowskich oraz zmarłych przodków. Po obiedzie nastąpiło pożegnanie uczestników zjazdu. Rada familijna ustanowiła III Zjazd w 1994 r. w Łącku koło Płocka. Cały Zjazd i obrady filmował Rafał z Korycina, nagrywał na taśmy Robert z Warszawy.

    Lila Żółtowska z Sulechowa, Robert Żółtowski z Warszawy