Tag: Nr 20

  • Duma i pokora


    Jan Żółtowski

    Artykuł pisany po śmierci Romana Dmowskiego – 1939 r.

    Okoliczności zrządziły, że przez kilka lat najważniejszych zapewne w życiu i działalności ś.p. Romana Dmowskiego, podczas wielkiej wojny i bezpośrednio po niej, byłem bliskim tej działalności świadkiem, częściowo brałem w niej nawet udział.

    Dało mi to możność poznania znamiennych rysów jego umysłu i charakteru, ocenienia ich potęgi i hartu. Nie wchodząc tu w rozpatrywanie politycznego znaczenia jego indywidualności, jego poczynań i osiągniętych rezultatów, chcę ograniczyć się do podkreślenia niektórych cech jemu właściwych. Może przyczyni się to do lepszego zrozumienia tej niezwykłej postaci oraz niezmiernie silnego jej promieniowania na bliskich a nawet dalekich.

    W Dmowskim nie zauważyłem nigdy objawu pychy, jeszcze mniej próżności, za to przebijała we wszystkich jego poczynaniach i wypowiedzeniach silna i męska duma. Duma ta była w pierwszym rzędzie narodową, ale łączyła się ona z silnym samopoczuciem. Głęboko wierzył i w swój światopogląd i w swoją misję. A wiara ta nie była czczym urojeniem, opierał ja na głębokich przemyśleniach i z niesłabnącą energią ją proponował. Naród ze swej strony przywierał coraz liczniej do nowych myśli i zasad, które w beznadziejności dnia powszedniego budziły nieutopijne nadzieje.

    A jeżeli siła bijąca od tego mocnego człowieka udzielała się Polakom, to działała również na cudzoziemców, którzy się z nim na terenie politycznym spotykali. We wszystkich jego rozmowach i wystąpieniach publicznych za granicą dźwięczała podstawowa nuta wielkości polskiego narodu, żądającego wiele, bo wiele mu się należy, dla dobra swego, niemniej jak i dla dobra Europy.

    Ton samopoczucia polskiego, od którego wielkie państwa były już odwykły, brzmiał z początku obco, niepokojąco. Ale gdy wypadki zaczęły wyraźnie iść po linii, którą wskazywał, ton taki stawał się coraz bardziej dominujący nie tylko w ustach naszych, ale i obcych.

    Obok tych nut brzmiących silnie i twardo, a wykazujących dojrzały i niezmienny światopogląd, odnaleźć można było w jego duszy nieustanną kontrolę siebie samego, pracę nad uzgadnianiem środków z celami, nurtu życia z regulującymi go prawami. A że była to natura bujna i krewka, więc nietrudno sobie wystawić, jak się w niej zmagać musiał temperament z rozwagą, ideał z realizmem.

    Kto z nim rozmawiał lub przysłuchiwał się dyskusji, mógł być zdziwiony sposobem, w jakim je prowadził. Brak tam było tej arbitralności, z którą każdy nie znający go bliżej mógł się liczyć. Przeciwnie, uderzało wsłuchiwanie się Dmowskiego w myśl partnera, chęć wniknięcia w istotę jego twierdzeń, wyciąganie z nich możliwie najwięcej korzyści i praktycznych wniosków. Dopiero potem przystępował do krytyki i do przekonywania argumentacją bardzo zwykle prostą i niezwykle logiczną. Krytykę ujmował w kilku zasadniczych cięciach, trafiając prawie zawsze w samo sedno. Nigdy się w polemice nie lubował. Słysząc takie dyskusje, miało się wrażenie, że się wnika do laboratorium, w którym metodycznie, ale ostrożnie urabiają się jego myśli o nieobliczalnych nieraz konsekwencjach. Zdarzało się czasem, że ktoś z jego bliskich go zaczepił, zarzucił mu błędność lub lekkomyślność jakiegoś przedsiębranego kroku. Widział dobrą wolę, unikał zaostrzenia dyskusji, obracał sprawę w żart, lub zastanawiał się chwilę nad słusznością zarzutu. Nigdy go nie widziałem obrażonym, nigdy nie brał za złe krytyki lub sprzeciwu.

    Na dowód, jak umiał podporządkować swą osobę, a nawet swą ambicję, którą uważał za doniosłą, chcę przytoczyć dwa przykłady. Po pierwszej rewolucji rosyjskiej Erazm Piltz, przeniósłszy się z Petersburga do Warszawy, powołał do życia tzw. Biuro Pracy Społecznej. Miało ono zbieraćmateriały, badać statystyki, przygotowywać projekty dla kół poselskich, dla samorządów albo innych instytucji publicznych.

    Zadanie bardzo celowe i ważne, ale bezbarwne, bezpartyjne i żadnej wnętrznej nie przynoszące chwały. Otóż gdy Dmowski po złożeniu prezesury Koła Polskiego w Dumie wrócił do kraju, przyszedł pierwszy do tej instytucji, ofiarowując jej swą współpracę.

    „Zadania mego w Petersburgu spełnić nie mogłem. Może inni lepiej rzecz poprowadzą, ale chcę, by moje doświadczenie nie poszło na marne i proszę o przydzielenie mi jakiej pracy”.

    Piltz, który mi to opowiadał, a z którym Dmowski był naówczas w dość zaostrzonej politycznej walce, był tym aktem dobrej woli i skromności głęboko ujęty.

    Może krok ten pierwszy na drodze do stworzenia podczas wojny międzypartyjnego bloku w kraju i w Petersburgu, a Komitetu Narodowego zagranicą.

    Drugi epizod odnosi się do czasów wojennych. Gdy toczyły się układy pokojowe w Brześciu, prof. Jan Rozwadowski, członek Komitetu Narodowego, od którego mam tę informację, starał się wpłynąć na Dmowskiego, by wystąpił z oświadczeniem piętnującym szacherki brzeskie. Dmowski zbywał go półsłówkami. Dopiero gdy ogłoszono warunki pokoju, Dmowski w imieniu Komitetu Narodowegodał silny wyraz publiczny poglądom i uczuciom, na jakie zasługiwały. Na pytanie Dmowskiego, dlaczego uczynił to tak późno, odrzekł mu: „Nasze oświadczenie nic by w rezultacie nie zmieniło, a z drugiej strony było możliwe, że Kucharzewskiemu uda się coś korzystnego dla Polski uzyskać. Nie należało mu tej karty z rąk wytrącać i gry mu utrudniać”. Gdy się uwzględni, że Dmowski Kucharzewskiego politycznie nie lubił, a w tym poszczególnym wypadku stał na przeciwległym orientacyjnym biegunie, takie postawienie sprawy jest wysoce znamienne.

    Na zakończenie chciałbym w powyższych uwagach i stwierdzeniach znaleźć odpowiedź na zapytanie, które w ostatnich czasach jedno z pism postawiło. Czym wytłumaczyć, że młodzież polska poszła od czasów powstania Polski w ogromnej większości za suchym realistą Dmowskim? Otóż dlatego zapewne, że realizm jego nie był bezdusznym wyrachowaniem, ale wynikiem głębokich zmagań, w których ostatecznie zwycięstwo odnosiła zawsze wielkoduszność. W jej ramach duma i pokora umiały się harmonijnie kojarzyć.

  • Pięć lat kwartalnika


    Lila z Sulechowa

    We wrześniu 1998 r. nasz kwartalnik obchodził 5 urodziny.

    Narodził się z inicjatywy śp. Zbigniewa ze Skierniewic i Bożeny Wandy, Andrzeja Ludwika. Prawą ręką Bożeny był mały Michał z Łodzi. Niestety zginął tragicznie będąc na III roku studiów historycznych. Przez te pięć lat „Kwartalnik” starał się opisywać, na miarę możliwości rzetelnie, najważniejsze wydarzenia z życia Żółtowskich zarówno w przeszłości jak i współczesności. Sądzę, że znalazł poczesne miejsce na środowiskowym rynku. Inne związki rodów wyraziły uznanie nam w związku z wydawaniem „Kwartalnika Rodu Żółtowskich „. Trzeba jednak przyznać, że szczególnie w ostatnim czasie jest brak chętnych do pisania, czy młodzi Żółtowscy nie potrafią pisać i tylko obiecują na zjazdach, że napiszą? Słowa podzięki należą się Czytelnikom „Kwartalnika”. Warto pamiętać o reporterach i autorach artykułów oraz o Bożenie Wandzie i Izie Broszkowskiej. Życzę „Kwartalnikowi” wielu dobrych artykułów.

    Do zobaczenia na Zjeździe.

  • Ród hrabiostwa Żółtowskich


    Stefania Olejniczak

    Stefania Olejniczak, wiejska gospodyni z Michałowa od lat prowadzi „Kronikę Godurowa.” Publikujemy fragment tej bardzo ciekawej tektury. Jednocześnie dziękujemy Pani Stefanii za udostępnienie dzieła. W nawiasach sprostowania Izy z Żółtowskich Broszkowskiej, córki Benedykta.

    W okresie przedwojennym od kilku pokoleń majątkiem Godurowo zarządzała rodzina Żółtowskich, herbu Ogończyk. Żółtowscy szczycą się długą, udokumentowaną od początku XV wieku, historią.

    W toku dziejów podzielili się na linie, z których główna osiadła i rozrodziła się w Wielkopolsce.

    Żółtowscy dbali o swoje majątki, inwestowali w nie. Mieli opinię ambitnych i gospodarnych. Przywiązywali wielką wagę do kształcenia swej młodzieży, kierując ją do bardzo dobrych szkół. Pomagali sobie wzajemnie, odznaczali się solidarnością rodzinną. Był to ród wielodzietny.

    Marceli Żółtowski

    Właściciel Godurowa był wnukiem Jana Nepomucena Żółtowskiego. Pochodził z Niecharowa koło Gniezna. Marceli ożenił się z Ludwiką Czarnecką. Miał dziesięcioro dzieci, w tym 6 synów. Marceli był człowiekiem głębokowierzącym, wyrozumiałym na cierpienia ludzkie i zarazem gorącym patriotą – znanym wtedy na okolicę działaczem polskim dla dobra sprawy narodowej.

    Był on fundatorem szpitala w Marysinie. Decyzję o budowie zakładu podjął po długiej nocnej rozmowie z kwestarzem bonifratrów ze Ścinawy – bratem Maurusem Wieczorkiem. Hrabia Żółtowski ofiarował zakonowi bonifratrów teren (ok. 5 ha) ziemi oraz częściowo materiały budowlane na przyszły klasztor i szpital w Piaskach. Było to w lipcu 1890 roku. Odtąd trzeba było pokonać wiele trudności ze strony rządu pruskiego (a był to okres zaborów) aby całe przedsięwzięcie doprowadzić do szczęśliwego końca.

    Najwcześniej i z wielkim zapałem pomoc okazała ludność z najbliższej okolicy. 16 maja 1892 roku pierwszy wóz kamieni przywiózł na budowę gospodarz Wosik z pobliskiego Drogoszewa.

    Śpieszyły do Piasków furmanki z dworów ziemiańskich, zagród włościańskich i miast.

    Najbiedniejsi dawali bezpłatnie swoją pracę, aby jak najszybciej stanął szpital, który miał się stać także przytułkiem dla chorych i biednych.

    W tej ofiarności nadal przodował hrabia Marceli, który dostarczył 2 tys. m3 kamieni na fundamenty, drewno budowlane na szpital i kaplicę, a ponadto podarował dalsze 45 mórg sosnowego lasu przylegającego od wschodu do placu budowy.

    Fundator na cześć swojej najstarszej, ukochanej córki Marysieńki (ur. 14.V.1883 r.) wybrał dla powstającego obiektu nazwę Marysin. Nazwa ta może również wynikać z głębokiej wiary i wyjątkowej czci hr. Żółtowskiego do Najświętszej Marii Panny.

    15.X.1895 r. nastąpiło poświęcenie wybudowanej części klasztoru i szpitala przez ks. arcybiskupa Stablewskiego.

    Atmosfera samej uroczystości była doniosła i radosna zarazem, stanowiła swego rodzaju „zjazd rodzinny”. Szczególnego wyróżnienia doznała wtedy rodzina fundatora, gdyż córka hr. Marcelego Żółtowskiego – Maria (Marysieńka) podczas uroczystej mszy z tej okazji przyjęła pierwszą komunię świętą.

    W roku 1895 budowa Marysina w głównych (zrębach) była ukończona. Na początku mógł on przyjąć zaledwie 32 chorych mężczyzn, ale już w roku 1910 w Marysinie było 100 pacjentów. Pierwszym pacjentem w zakładzie był przybyły tu 30 września 1895 roku chory na paraliż ks. prob. Leon Raatz z Poznania.

    Wkrótce przyjęto dalszych chorych, najpierw z powiatu gostyńskiego i to bezpłatnie. Niespożyta energia i wytrwałość i głęboka wiara sprawiły, że dzieło zostało doprowadzone wespół z ofiarnym społeczeństwem do szczęśliwego końca – wbrew intencjom Niemców i wszystkim przeszkodom gmach ten stał się niebawem na tym terenie prawdziwym bastionem miłosierdzia i polskości.

    20 lipca 1927 r. zwiedził szpital w Marysinie prezydent Rzeczypospolitej Polski – prof. Ignacy Mościcki.

  • W lesie…

    Panu Janowi Wójcikowi

    świt wysłał umyślnych w pierwsze lasu drzewa mgła ścieżki przeciera kropla rosy na chwilkę otworzyła wielkie oko spłonęła rumieńcem obróciła się na drugi bok śni następną bajkę wachlarze paproci kłębuszek ciemności rozpięta pajęczyna przed śniadaniem małe polowanie listek-lotniarz zamierza wylądować pośrodku polany koło muchomora gaśnie jutrzenka promień gwiazdy uderza w liliowy dzwon srebrny ton budzi kwiaty zwierzęta i ptaki trafia w zieloną koronę olbrzyma sięga pasa gdzie potężny miecz zagrał diamentem śmiałek skarcony wzrokiem pada do jego stóp grzeje słychać cykady kukułka liczy jak najęta nabożeństwo potęga spokój wszystko powolutku mija – przemija stoi jak król lasu dąb

     

    Stefan Żółtowski z Myszkowa

  • Wspomnienia z dzieciństwa i młodości

    Izabela Broszkowska

    Zacznę od tego co najłatwiejsze (od czegoś trzeba zacząć) – od tego, co pamiętam najdawniej. Siedzę na stołeczku, czy też na nocniczku, na szerokim parapecie półokrągłego, wielkiego okna we dworze moich dziadków ze strony Mamy w Krasnobrodzie, i oglądam łaty topniejącego śniegu na gazonie i konie, które chodzą tam i z powrotem. Ostatnio wyczytałam w liście Babci Kunickiej, że wczesną wiosną bronowano wszystkie trawniki w parku – więc to pewnie było owo bronowanie. Siedzę w oknie, bo jestem chora no koklusz i nie mogę wychodzić no spacer. Inne wspomnienie z tego samego okresu – krzyczę przeraźliwie, przerażona, bo przykładają mi do pleców płótno wymazanie czymś czarnym i gorącym, co ma mi pomóc na kaszel – okropnie się tego boję. Z Mamy opowiadań wynika, że koklusz miałam zimą roku 1940 na 41, miałam wtedy dwa lata z kawałkiem, gdyż urodziłam się we wrześniu 1938 roku.

    Późniejszych wspomnień jest więcej i też nie są bardzo przyjemne, dotyczą okropnego obyczaju dorosłych, zmuszania dzieci, by spały po obiedzie. No ogół dzieci nie mogą spać na zawołanie i konieczność długiego leżenia jest dla nich torturą. Wiedzą o tym wszystkie współczesne przedszkolaki. Jak pamiętam mój pokój położony był na końcu korytarza na piętrze domu. Miałam spać po moim obiedzie, który był przed obiadem dorosłych. Jadalny pokój był na drugim końcu tego korytarza. W czasie straszliwie nudnego leżenia wymyślałam sobie różne rozrywki. Raz odkleiłam z połowy ściany tapetę w niebiesko-brązowe kwiaty, innym razem wsadziłam głowę między metalowe pręty mojego białego łóżeczka i nie mogłam jej wyjąć. Dopiero po dłuższym czasie Rodzice usłyszeli moje rozpaczliwe krzyki – na podłodze pod zwisającą głowiną była cała kałuża łez. Jeszcze innym razem wsadziłam sobie ostry koralik do nosa, wszelkie próby wyjęcia go palcem pogarszały sytuację, zaczęła kapać krew. I znów na ratunek pośpieszył Tata, na jego opiekuńczych kolanach dmuchałam z całej siły w jakiś ręcznik – aż wydmuchnęłam. Tata był z konieczności lekarzem pierwszej pomocy – do najbliższego lekarza w Zamościu było 20 km jazdy bryczką po dziurawej szutrowej szosie.

    Mam też w pamięci obrazki z życia dworu – salon z kominkiem i dywanem, na którym się rozkładałam. Babcię, która w długie zimowe wieczory robiła papierosy z tytoniu i bibułek zwijanych przy pomocy jakiejś przemyślnej maszynki. Goście w salonie – przed obiadem zakąski z plasterków suchej kiełbasy i kieliszki wódeczki… po obiedzie „kanarek” dla Izi – łyżeczka cukru umoczona w aromatycznej czarnej kawie z malutkiej filiżanki.

    I pokój jadalny z długim stołem założonym prowiantami i pudłami, bo się pakuje paczki do oflagu, gdzie był brat Mamy, wuj Jurek i jego liczni koledzy. Kiedy indziej jakaś uroczystość rodzinna, może imieniny Dziadzi lub Babci.

    Przy stole pełno gości, ja siedzę przy osobnym małym stoliku i do dziś pamiętam smak ciastka na deser z lukrem i wisienką w środku – tak bym zjadła jeszcze jedno, ale o dziecku w zamieszaniu nikt nie pamięta!

    Osobna sprawa to Niemcy. Wiem, że Niemcy to coś okropnego, trzeba ich unikać. Na zdjęciu z tamtego czasu mam wymuszony uśmiech – grymas. Pamiętam, że kazali mi się uśmiechać do Mamy, ale zdjęcie robił Niemiec w mundurze, nie mogłam się zdobyć na ten uśmiech.

    W 1943 roku przenieśliśmy się ze dworu do małego domku – administratorówki.

    Drewniany ganek do tego domku dostawiono według projektu Macieja Krasińskiego – mówiono wtedy, że będzie sławnym architektem – później był projektantem Supersamu w Warszawie i katowickiego Spodka. Maciej, Roman Chmyzowski, Janek Rodak, Aleksander Markowski – chłopcy – mieszkali w naszym domu i pracowali na fermie lisiej. Dziś wiem, że byli w AK i przechowywali się w majątku.

    Z tego czasu pamiętam moją Mamę jak rozczesuje przed lustrem gęste, czarne włosy i mówię jej z całym przekonaniem, że „jest najpiękniejszą panią na całym świecie”. Bardzo lubię chodzić do kuchni, gdzie króluje kucharz Jasiek w białym stroju. Mam swoją stolnicę i wałek i wyrabiam pod jego dyktandem ciasto na pierogi. Zaczynam też edukację – dostaję listy od Inki Lipskiej, kuzynki, która rok starsza, umie już stawiać pierwsze litery – ja chcę też! Rano przychodzę do Taty na dzień dobry do łóżka i tu poznaję pierwsze litery drukowane na opakowaniach od tabletek, czy maści. Potem staram się je pisać przy pomocy Mamy lub Anusi.

    Mam już skończone 5 lat. Anusia moja, a właściwie nasza opiekunka, bo w lecie 1942 roku pojawiła się moja siostra Dorota, jest z nami przez cały czas pobytu w Krasnobrodzie, nie wyobrażam sobie istnienia bez niej. Obok Anusi ważną osobą w moim życiu była też Jadzia Marzecka, pokojówka Babci. Jadzia opowiadała przepiękne bajki. Na któreś imieniny napisała też o mnie opowiadanie, które dostałam w formie książeczki. Niestety bardzo jej nie lubiłam, bo opisywała jak źle dbam o moje laleczki a pajacyka nawet zostawiłam na noc na gazonie. Nikt nie lubi, żeby o nim źle mówiono, a tu jeszcze na piśmie!

    Jadzia i Anusia robiły w Wielkim Poście przepiękne pisanki przy pomocy specjalnych rysików – lejków, robionych ze skuwki od sznurowadła, które maczało się w wosku i „pisało” na jajku wymyślne wzory, a potem zanurzało te jajka w słojach z farbą. To było szalenie ciekawe zajęcie.

    I jeszcze szklarnia-cieplarnia, a w niej ogrodnik Stach. Do szklarni schodziło się w dół po schodkach, było tam zawsze ciepło i wilgotno, rosły paprocie, prymulki i pelargonie i mnóstwo jeszcze innych roślin. Nasza Babcia była zamiłowaną i fachową ogrodniczką. Ogrodnik robił specjalnego kształtu bukiety, układane na liściach paproci, które wręczało się Babci, czy Dziadzi w dniu ich imienin. Pamiętam, jak byłam dumna, gdy mogłam pierwszy raz w życiu sama, bez Anusi pójść do dość odległej od domu cieplarni po taki bukiet.

    Bandyci – nieodłącznie słowo naszego ówczesnego bytowania. Pojawiają się w nocy i zabierają co popadnie. Pewniej nocy wyciągnięto mnie z łóżeczka, po domu chodzili jacyś obcy ludzie, Mama kazała mi schować pod koszulkę złoty medalik od chrztu. Najlepiej pamiętam napad, gdy rodzice byli w niedzielę w kościele. W domu był kucharz Jasiek, Anusia i my z Dorotą. Koło domu przejeżdżają jakieś wozy pełne ludzi z karabinami. Ktoś mówi, że to ruska partyzantka. Jasiek wynosi pod ganek porcelanę w koszyku od kartofli, bo oni wszystko niszczą i rabują. Część przejeżdżających zatrzymała się i wpadła do domu. Byłyśmy z Anusią i Dorotą na górze w dziecinnym pokoju, jakiś drab się do nas dostał i widzę jak Anusia zasłania się przed nim grubą watowaną kołdrą! Draba na szczęście odwołano, wsiedli na wozy i odjechali, a my chodziłyśmy po stertach potłuczonej porcelany i połamanych mebli, ale całe i zdrowe – Jasiek też wylazł z jakiegoś kąta nieuszkodzony.

    To już było wiosną 1944 roku. Wobec zbliżania się frontu i bolszewików, z którymi Dziadkowie i Mama mieli już do czynienia w roku 1939 – tym razem wyprowadziliśmy się do Ojcowa pod Kraków. Przeprowadzki nie pamiętam dobrze, wiem że odbyła się przy pomocy ciężarówki, że nocowaliśmy w Lublinie i jechaliśmy potem bardzo długo. Chyba nie było za dużo miejsca w tej ciężarówce, bo w Ojcowie trzeba było znaleźć jakiekolwiek meble. Przy tej okazji dziwiłam się, że państwo Skirlińscy, mieszkający piętro niżej mówią na nocny stolik „nachkastlik” – Mama mówiła, że to Galicja.

    W Ojcowie w kilku pokojach na piętrze willi „Korona” zamieszkaliśmy z Dziadziusiami, Anusią, Jadzią i Jaśkiem kucharzem. Myślę, że wtedy Babcia nie wyobrażała sobie życia bez pokojówki, a ani Mama ani Babcia nie umiały gotować. W przystosowaniu się do życia w nowej rzeczywistości było to,zwłaszcza dla Mamy, straszliwą zmorą – stale groziło, że zachoruje lub odejdzie osoba, która nam gotuje.

    W tych warunkach, w sierpniu 1944 roku urodziła nam się siostra Basia. Wtedy rodziło się w domu, powiedziano nam, że Mama jest chora i nie można do niej wchodzić. To trwało, wydaje mi się bardzo długo, aż wreszcie Anusia powiedziała, że mamy wielką radość bo urodziła nam się siostrzyczka Basia! Z tego okresu pamiętam też jak przychodziły do nas kobiety ze wsi i po długich targach wymieniały najpiękniejsze sukienki Mamy na osełki masła, czy biały ser. Ale na Wielkanoc była wielka szynka i kiełbasa w pętach i pisanki malowane jak zwykle przez Jadzię i Anusię.

    Na jesieni Rodzice powiedzieli nam, że postanowili sprowadzić do nas naszych kuzynów – Inkę, Wojtka i Maryś Lipskich. Bardzo się ucieszyłam, najmłodsza z nich Inka była w moim wieku, będę nareszcie miała przyjaciółkę. Rodzice zabrali ich z Milanówka od dalekich krewnych. Ich ojciec, szwagier mojego Taty, Jan Lipski zmarł po wypuszczeniu z obozu w Oranienburgu, a mama, siostra Taty, ciocia Ina przypadkiem pojechała do Warszawy z córką Zosią 1 sierpnia i złapało ją powstanie – nie wiadomo co się z nią dzieje. Wtedy w rozmowach dorosłych pojawiły się słowa: powstanie, kanał, Warszawa w gruzach, a niedługo potem zaczęli się pojawiać ludzie z powstania. Najpierw bledziutka i wycieńczona Ciocia Ina z Zosią, potem wuj Ryś Czarnecki z ledwie zaleczonymi, ciężkimi ranami, Andrzej Żółtowski „postrzelany w kanałach” – nie bardzo wiedziałam co to znaczy.

    Wojna zbliżała się do końca. Rodzice postanowili powiedzieć mi, że w szafie u nich w pokoju jest schowanie radio, ale nie wolno nikomu o tym mówić, bo za to grozi rozstrzelanie. Dotąd pamiętam, jak straszne męki cierpiałam nie mogąc podzielić się moją tajemnicą. Aż wypaliłam na podwórku do dzieci „a my to mamy radio!” Jakiś starszy chłopiec powiedział o tym rodzicom, dostałam straszną burę, ale obyło się bez konsekwencji dla dorosłych.

    Z radiem wiąże się jeszcze jedno wspomnienie. Rodziców nie było w domu, gdy wpadli do nas na górę jacyś wojskowi z rewolwerem w ręku i krzykiem „rewizja”. Obejrzeli dokładnie, zaglądając do szaf, wszystkie pokoje – schowałam się za fotel, wiedząc że w pokoju u rodziców jest radio – na pewno je znajdą i zaraz zaczną strzelać. Ale wsadzili tylko głowę przez drzwi, stwierdzili, że tam nikogo nie ma i poszli sobie. Podobno partyzanci zabili gdzieś w okolicy Niemca i ci szukali „bandytów”. Długo szlochałam w ramionach Anusi.

    A potem byłyśmy z Zosią zimą na spacerze i zobaczyłyśmy sznur sań pełnych mężczyzn nie umundurowanych, ale z karabinami i Zosia powiedziała „pepeery jadą”. Zosia miała chyba ze 16 lat, w moich oczach było prawie dorosła, wiedziała co to znaczy – ja nie.

    Wiosna 1945 roku po przejściu frontu, czyli wyzwoleniu, Tata pojechał do Poznania i Gostynia, żeby dowiedzieć się czegoś o możliwości powrotu do naszego Godurowa. Takiej możliwości oczywiście nie było, nawet nie wolno było zamieszkać w swoim dawnym powiecie.

    Od przypadkiem spotkanego znajomego Tata dowiedział się, że inwalidom wojennym jakiś urząd w Poznaniu przydziela opuszczone przez Niemców gospodarstwa we wsi Cieszyn koło Odolanowa, w połowie drogi między Ostrowem a Wrocławiem. I Tata ten przydział dostał – gdzieś trzeba było się zaczepić.

    Pojechaliśmy więc najpierw we troje – Tata, Mama i ja do Ostrowa, gdzie już mieszkała ciocia Ina z dziećmi, a stamtąd do Cieszyna. Pamiętam, że podróż odbywała się w strasznym tłoku, na zmianę pociągami towarowymi i osobowymi, chyba jechaliśmy kilka dni, a kiedy wreszcie wysiedliśmy w Ostrowie, koło dworca kwitły piękne żółte forsycje – pierwszy raz w życiu je widziałam.

    W Cieszynie objęliśmy kilkuhektarowe gospodarstwo z porządnymi, tak mi się zdaje, zabudowaniami. Dom był z czerwonej cegły, z sieni wejście do kuchni oraz na dwie strony do dwóch pokoi, do których przylegały małe sypialnie. Na strychu były chyba też jakieś pokoiki.

    Przez jakiś czas mieszkaliśmy tylko we trójkę, gotowała nam Niemka, która potem wyjechała. Byli też do pracy dwaj parobcy Niemcy – wtedy zaraz po wojnie Niemcy pracowali za darmo, tylko za wyżywienie. Po jakimś czasie przyjechała pod wodzą Taty ciężarówka, a w niej Anusia z Dorotą i Basia oraz Jasiek kucharz. Dziadziowie przyjechali chyba osobno i zamieszkali na plebanii a u nas się tylko stołowali.

    Dom był bez mebli, a gospodarstwo bez inwentarza. Inwentarz za butelkę wódki odkupywało się od Rosjan, którzy wracając z Berlina pędzili zdobyczne stada krów. Meble „szabrowało” się z okolicznych, opuszczonych przez Niemców wsi. Proceder ten był oczywiście zabroniony i spotkanie z wojskiem, czy milicją, gdy się nie miało kwitu na krowę, czy meble, groziło konsekwencjami od zastrzelenia na miejscu do odebrania towaru w najlepszym razie.

    Ale żyć było trzeba. Po pewnym czasie mieliśmy więc konie, krowy nawet kozę, która dawała podobno zdrowe dla dzieci mleko i miała śliczne białe koźlęta. Mieliśmy też duży rozsuwany stół, krzesła i szafy na ubranie, które towarzyszyły nam w dalszych wędrówkach i służyły przez długie lata.

    Nasze pola, położone za stodołą ciągnęły się aż do rzeczki, która przed wojną była rzeczką graniczną z Niemcami. Za tą rzeczką była wioska opuszczona przez Niemców i jeszcze nie zasiedlona przez Polaków. Wybraliśmy się tam kiedyś. Dziwnie groźne wrażenie robiły domy z otwartymi drzwiami i oknami trzaskającymi na wietrze. Widać było, że mieszkańcy uciekli, jak stali. W spiżarniach stały słoje z kompotami, w pokojach porozbijanie meble i potłuczona porcelana, a wszystko tonęło w pierzu z porozpruwanych pierzyn i poduszek – to widome ślady radzieckich oswobodzicieli. Zabraliśmy stamtąd trochę sprzętów kuchennych, których nam brakowało. Wtedy, zaraz po wojnie, oczywiste było, że wszystkie klęski i nieszczęścia, które spotykały Niemców, słusznie im się należą a z mienia opuszczonego mamy moralne prawo wziąć sobie, co jest nam do życia niezbędne. Przecież to Niemcy wygnali nas z domów bez środków do życia i zabrali lub zniszczyli wszystko, dorobek pracy wielu pokoleń.

    Tak więc Rodzice w miarę wygodnie urządzili się w Cieszynie. Piszę „w miarę”, dom był bowiem okropnie zimny, a przy tym okazało się, że w kuchni są straszliwe prusaki. Wieczorem, po zgaszeniu światła słychać było chrzęst wyłażącego ze wszystkich zakamarków robactwa!

    Walczyliśmy z nimi najpierw za pomocą gorącej wody i szorowania, a potem pojawił się cudowny proszek amerykański – DDT i on dopiero okazał się skuteczny. We wsi nie było z początku elektryczności, nie można też było kupić nafty, świeciło się więc karbidówkami. Były to puszki napełnione karbidem z otworem z boku i rurką u góry. Karbid zalewało się wodą, wtedy rurką zaczynał wydzielać się gaz, który się zapalało. Świeciło to dość mocno, ale śmierdziało strasznie i często przy zapalaniu wybuchało, tak że dzieci musiały tej ceremonii przyglądać się z daleka.

    Zaczęły się w tym okresie rodzinne powojenne przywitania i pożegnania. Pojawiła się wywieziona na roboty jeszcze jedna córka cioci Iny, Terenia Lipska, a po niej wiosną 1946 wuj Jurek Fudakowski, brat Mamy – tego roku wrócił z oflagu. Któregoś dnia odnalazła nas dawna gosposia Dziadzi,z jego mieszkania w Warszawie – Józia. Po powstaniu trafiła do Ravensbruck. Opowiadała Rodzicom wieczorami o straszliwych apelach, które trwały godzinami i o innych okropnościach tego obozu – przeganiano mnie, bym nie słuchała tych opowieści. Z Józią zaprzyjaźniłam się od razu i przyjaźń ta przetrwała długie lata.

    Tej wiosny rozstała się z nami z wielkim płaczem Anusia. Postanowiła zrobić maturę i zostać dentystką – bardzo nam było smutno, ale rozumieliśmy wszyscy jej decyzję i wyjechała do Łodzi, gdzie miała możliwości studiowania. Na jakiś czas zastąpiła ją Józia. Basia ząbkowała i chorowała, a w marcu 1946 roku urodził się nam w Poznaniu długo oczekiwany „następca tronu”, brat Marek, było więc się kim zajmować. Tej wiosny również ciocia Krysia, siostra Mamy, zaręczyła się z naszym sąsiadem, poznanym w Cieszynie, Witoldem Sokolnickim. Wuj Witold, oficer 15-tego pułku Ułanów Wielkopolskich, w bitwie pod Krasnobrodem w 1939 r. stracił nogę, w Powstaniu Warszawskim zginęła jego żona, wychowywał z pomocą ciotki 2-letnią córeczkę,Oleńkę. Tak więc moi dziadkowie mieli dwóch zięciów inwalidów z 39 roku, obu bez prawych nóg!

    W tym czasie w Cieszynie właścicielami gospodarstw, a naszymi sąsiadami było wielu byłych ziemian i wojskowych z 1939 roku. Między innymi duże gospodarstwo miała pani Zosia Sokolnicka, bratowa wuja Witolda. Gospodarowała z trzema kilkunastoletnimi synami, z których najlepiej zapamiętałam najmłodszego, wysokiego i bardzo chudego Jurka. Od pani Zosi kupowaliśmy czasem masło i miód odwirowywany w specjalnej maszynie prosto z ramki, wyjętej z ula.

    Na wiosnę została zorganizowana szkołą, poszłam więc do I klasy, ale oprócz tego, że był wielki tłok – niewiele z niej pamiętam. Czytać i pisać nauczyłam się już wcześniej w domu. Szkoła brała udział w uroczystości 3-go Maja i śpiewaliśmy piosenkę „Witaj majowa jutrzenko”.

    Bardzo chorowałam tej zimy, mówiło się, że „na migdałki”, bolało mnie gardło i migdałki były białe. Mama z Ostrowa przywiozła cudowne lekarstwo „Cibasol”, które rzeczywiście pomagało, ale pamiętam, że dużo leżałam w łóżku i wtedy Józia uczyła mnie pisać. W czasie tego chorowania zaczęłam też miewać koszmarny sen, który powtarzał się, potem przez wiele lat – chyba aż zupełnie dorosłam. Śniło mi się, że idę w nocy w zimnym świetle księżyca drogą, która jest równa i gładka, a wokół są straszliwe przepaści, w których coś się ciągle wali i kotłuje, a potem moja droga też zaczyna się chwiać, pękać i walić z jakimś okropnym łoskotem i ja wpadam w tę przepaść. Budziłam się z krzykiem zlana potem i przerażona. Myślę, że byłam dość wrażliwym dzieckiem, a ten sen był odbiciem świata, który otaczał mnie odkąd pamiętam.

    Życie w Cieszynie w krótkim czasie po osiedleniu się Polaków było chyba nieźle zorganizowane. Była krawcowa i szewc, szkoła no i oczywiście kościół w środku wsi. W kościele pod amboną była piękna płaskorzeźba drewniana przedstawiająca pokłon Trzech Króli – mówiło się, że to może dzieło Wita Stwosza. Chodziliśmy do kościoła w niedziele, a w maju na majowe nabożeństwa. Na Boże Ciało była wielka procesja, jeden z ołtarzy koło naszego domu urządzali rodzice i piękny szal turecki Mamy stanowił jego główną ozdobę. Kościół i przewodzący mu proboszcz, stanowił jeden z ważnych elementów jednoczących osadników z różnych stron Polski. A życie tuż po wojnie było bardzo niepewne i niespokojne. Przyjechaliśmy do Cieszyna w kwietniu 1945 roku, kiedy wieczorami widać było łunę na południu i dorośli mówili, że to Wrocław się pali. W pałacu na końcu wsi, gdzie były niemieckie magazyny wojskowe, stała straż rosyjska, a wojsko przechodziło przez wieś wiele razy. Słyszałam rozmowy dorosłych,że ten wyszedł z domu i nigdy nie wrócił, a inny zginął w lesie… Miałam siedem lat i tylko część grozy tych wydarzeń do mnie docierała. Rodzice starali się chronić dzieci przed takimi opowieściami – w każdym razie nasze życie było o tyle spokojniejsze, że nie było już nocnych napadów, jak w Krasnobrodzie.

    Tak więc było nas już czworo dzieci – rodzice nie widzieli swojej przyszłości na gospodarstwie, zwłaszcza, że parobcy Niemcy wyjechali wiosną 46-go roku do Niemiec. A tata z protezą nie mógł przecież chodzić za pługiem!

    Ciężarówka zajechała więc znowu przed nasz domek. Tym razem i rodzina była większa i trochę mebli przybyło, tak więc z trudem udało się to wszystko upakować na jeden samu chód. Ale Tata był mistrzem w pakowaniu – tylko trzeba było tyczką unosić druty od elektryczności przy wyjeździe z bramy na szosę, bo tak wysoka była piramida na samochodzie. Między szafami i materacami ustawionymi na sztorc. zrobione było „gniazdo”, gdzie zmieściły się większe dzieci z Józią, a Mama z kilkutygodniowym Markiem siedziała w szoferce. Na szczęście nie padał deszcz, ale droga do Nieświastowa koło Konina, dokąd się przeprowadzaliśmy, dłużyła nam się niemiłosiernie.

    Ciąg dalszy w następnym numerze.

  • Życie codzienne państwa Żółtowskich


    Marta Jurga, uczennica VI klasy SP w Czaczu

    Praca konkursowa, 1998 r. Została napisana na podstawie informacji uzyskanych od syna hrabiego Jana Żółtowskiego, Michała.

    Mieszkam w Czaczu, miejscowości mającej kilka cennych zabytków. Jednym z nich jest pałac pochodzący z XVI wieku. Budowla ta miała wielu właścicieli, lecz na szczególną uwagę zasługuje rodzina Żółtowskich. Właśnie jej życie codzienne chciałabym opisać.

    Około 1835 roku Czacz został kupiony przez Jana Nepomucena ożenionego z Józefą Zbijewską pochodzącą z Białcza. Był on prapradziadkiem Michała Żółtowskiego. W dwa lata później zamieszkał tam pierwszy właściciel, Marceli. W 1897 roku objął po nim majątek hrabia Jan Żółtowski i wprowadził się do pałacu wraz z rodziną.

    Mieszkańcy Czacza byli bardzo różni, nie obowiązywała ich żadna reguła. Rozpoczynali więc dzień o różnych porach. Ojciec – Jan Żółtowski całe życie cierpiał na bezsenność. Kładł się spać późno, zwykle nie wcześniej niż koło godziny pierwszej w nocy. Wieczór wypełniały mu lektury. Późną nocą spacerował po dużej bibliotece pałacu w Czaczu pogrążony w myślach. Układał nieraz w głowie treść artykułów na tematy polityczne i społeczne, z których tak wiele opublikował. Zatrudniał świetnych administratorów, dlatego nie musiał zrywać się ze snu bladym świtem. Wstawał więc około ósmej rano. Jego żona rozpoczynała dzień około godziny szóstej z rana i wychodziła do kościoła. Dzieci hrabiego, będąc jeszcze małe wstawały o godzinie siódmej trzydzieści. Potem różnie – zależnie od tego, co kto robił, zwykle przyjeżdżały do domu na ferie i chciały się odespać po szkole. Ale bywało również i tak, że młodzi domownicy o trzeciej w nocy zrywali się z łóżek, aby jechać do lasu i tam polować na rogacze. W okresie polowań na jelenie wstawali dwie godziny wcześniej. Zawsze były to wakacje.

    Rodzina Żółtowskich miała bardzo rożny rozkład zajęć. Ranek schodził zwykle hr. Żółtowskiemu na czytaniu gazet. Ten zwyczaj był mu potrzebny w jego działalności społecznej i publicznej dąjąc orientację w wielu kwestiach, w których się go radzono. Codzienna poczta dostarczała do Czacza bardzo dużo gazet.

    Przed obiadem, zgodnie z powszechnym, wiejskim zwyczajem, tuż przed wybiciem godziny dwunastej hrabia wychodził na podwórze. Oglądał tam wyjazdowe klacze hodowlane. Następnie udawał się na okólnik by zobaczyć źrebięta, które latem znajdowały się tam przez cały dzień, czasem przeganiał stado, by biegło galopem. W ten sposób mógł ocenić ich przyszłą przydatność. Po obiedzie i dokończeniu lektury gazet hrabia wyjeżdżał końmi w pole. Wyjazdy te stanowiły największą atrakcję dla gromadki jego dzieci. Każde z nich chciało ojcu towarzyszyć w tych objazdach. Oprócz przyjemności wyjazdy te dawały również niemały pożytek. W ich trakcie ojciec opowiadał im wiele interesujących rzeczy. Jeżeli długie cytaty z „Pana Tadeusza” wiązały się z czymś oglądanym w danej chwili – hrabia przytaczał je z pamięci swoim pociechom. Jan Żółtowski zwracał uwagę dzieci na różne rzeczy i sprawy, co było bardzo pouczające, a ponadto rozwijało w nich samych zmysł obserwacji. Często były to długie wędrówki po kolejno lustrowanych folwarkach.

    Działalność żony hrabiego, Ludwiki z Ostrowskich (zarówno w Czaczu jak i okolicy) zasługuje na szczególną uwagę. Była ona matką jedenaściorga dzieci, z których dwoje zmarło we wczesnej młodości. Za jej namową powstała w Czaczu ochronka, odpowiednik dzisiejszego przedszkola. Była ona przeznaczona dla 80 dzieci, nie tylko z majątku, lecz także z bliskiej okolicy. Prowadziły ją dwie siostry zakonne. Jan Żółtowski pokrywał wszelkie koszty związane z utworzeniem i funkcjonowaniem ochronki w Czaczu. Druga taka ochronka powstała w Białczu. Przebywały w niej dzieci tylko z Białcza, a zatrudniona była jedna zakonnica. Funkcję pielęgniarki pełniła kolejna siostra zakonna. Roztaczała ona opiekę nad chorymi i potrzebującymi pomocy medycznej w Czaczu i sąsiednich wsiach. Jej powinnością było także informowanie właścicieli Czacza o biedzie materialnej i rodzinach najbardziej potrzebujących wsparcia. W Czaczu został także zaangażowany trener sportowy o odpowiednich kwalifikacjach, prowadzący tutaj treningi w specjalnie na ten cel utworzonej świetlicy i sali sportowej. Stworzono te funkcję z myślą o prowadzeniu zajęć sportowych z młodzieżą należącą do Katolickiego Stowarzyszenia MłodzieżyMęskiej. Z tego wynika, że rola dworu w przedwojennej wsi sięgała o wiele dalej, niż się to dziś powszechnie przyjmuje. Również kierowany przez nauczyciela lub organistę chór kościelny złożony z młodzieży męskiej, stanowił przedmiot żywego zainteresowania, a także troski patronów Kościoła parafialnego zobowiązanych także do opieki nad jego stanem i ponoszenia wszelkich kosztów remontu oraz konserwacji. Pani Ludwika Żółtowska sama zajmowała się w wielkim Tygodniu urządzaniem w kościele Grobu Pańskiego. Wszystkie kwiaty z jej ogrodu, specjalnie hodowane na ten cel zdobiły ołtarze kościelne, stanowiąc przedmiot jej dumy i radości. Ona również prowadziła w Czaczu Stowarzyszenie Matek Chrześcijańskich, dbając o staranny dobór prelegentów na zebrania z mieszkańcami Czacza i sąsiednich wsi. Szczególną opieką otaczała również Koło Młodych Polek działające we wsi. Urządzała dla nich kursy kroju i szycia, gotowania, a także wycieczki turystyczno-krajoznawcze, lub wyjazdy do szkoły gospodarczej pod Śmiglem.

    Tak wyglądał rozkład zajęć państwa Żółtowskich. Mieli oni liczną gromadkę dzieci. Ich zajęcia też warto opisać. Rozkład zajęć był bardzo różny, zależnie od wieku dzieci, między najstarszą córką hrabiego, a najmłodszą różnica wieku wynosiła aż 20 lat. Pan Michał Żółtowski wspomina „gdy starsze siostry i brat chodziły do szkół w Poznaniu, my młodzi bawiliśmy się w piasku”. Młodsze dzieci miały swój wspólny ogródek. Każde z nich uprawiało w nim swoją grządkę, na której siało lub sadziło co tylko chciało. Gdy byli trochę starsi kazano im zbierać zioła w polu, szły one gdzieś do Poznania. Matka zachęcała dzieci do zbierania w jesieni kasztanów, które przewożone były do zoologu w Poznaniu, jako karma dla jeleni. Za to nieźle płacono. Kasztanów było dużo, dzieci zbierały więc całe tony, bo – jak mówiono za 50 zł można było wykupić małego Murzynka w Afryce tzn. umożliwić mu naukę w miejskiej szkole i wyuczenie zawodu. Co dzień pociechy państwa Żółtowskich tym się zajmowały. Drugą taką jesienną akcją, w której uczestniczyli młodzi mieszkańcy pałacu było zbieranie chrustu dla starszych, niezamożnych osób we wsi. Poza tym dzieci grabiły suche liście w parku.

    Starsze córki państwa Żółtowskich hodowały rasowe króliki, a ich młodsze rodzeństwo troszczyło się o paszę dla nich, czasem wyjeżdżali daleko w pole dwukołowym wózkiem, aby narwać koniczyny. Dzieciom nie dawano kieszonkowego. Trzeba było samemu zarobić pieniądze, jeżeli ktoś miał specjalne zamiłowanie. Starszy brat pana Michała, Jerzy np. konstruował coraz to inne aparaty radiowe. Potrzebował jednak pieniędzy na kupno części. Potem jego pasją stało się fotografowanie, abonował fachowe pisma. Wysyłał też swe najlepsze zdjęcia do oceny redakcji. Zrobił sobie w jednej, malutkiej łazience ciemnię do wywoływania i odbijania zdjęć. Sam również wykonał powiększalnik. Poza tym pan Jerzy uprawiał lekką atletykę. Miał własny dysk, kulę i oszczep. Zrobił też sobie skocznię i kupił gimnastyczne buty z kolcami. Zdobywał w szkole większość medali. Jego siostra, Róża miała zdolności do malowania i rysowania. Zabierało to wiele czasu, ale też dawało wiele przyjemności. W 1920 roku troje starszych dzieci poszło do szkół, młodsi pozostali w Czaczu. Pan Michał poszedł do szkoły w 1928 roku mając 13 lat. Jego starsze siostry chodziły do szkół Urszulanek i miały bardzo dobrych nauczycieli. Wszyscy z tego pośrednio korzystali, bo np. na Wielkanoc przyjeżdżały one do domu i zaczynało się zbieranie siatką-podrywką we wiosennych rozlewiskach różnych stworzeń, o których one wiele wiedziały, a ich młodsze rodzeństwo – nie. I wszystkie nałapane stworzonka dzieci hodowały w wielkich słojach. Innym zajęciem były wykopaliska. Szukano ich przeważnie w Piaskowni oraz na trawie, na łące. To było bardzo pouczające i ciekawe.

    Syn hrabiego miał zdolności techniczne i razem z ciotecznym bratem Janem Brzozowskim wykonywali różne rzeczy dla różnych osób. Pasją pana Jerzego były ciągle aparaty fotograficzne. A więc pieniądze, które otrzymywał przeznaczał na swoje hobby. Innym razem wybudowali w parku piece z cegieł. Na nich właśnie próbowali piec i gotować. Później pan Jerzy skonstruował składany kajak. Jego cioteczne rodzeństwo wykańczało tylko wynalazek. Dzieci pływały nim po kanałach obrzańskich i stawach rybnych w Szczodrowie. Oprócz tego brat pana Michała chował gołębie, które potem on przejął i miał piękne garłacze, mewki i kilka innych gatunków tych ptaków.

    W miarę jak dzieci państwa Żółtowskich dorastały, zmieniały się ich zajęcia. Gdy były już większe do przyjemnych zajęć należała jazda konnai polowanie. Dzięki temu, że w Poznaniu chodziły na lekcje jazdy konnejdo Wielkopolskiego Klubu, mogły w Czaczu same ujeżdżać konie. Mimo, że wtedy koń wierzchowy był przedmiotem luksusu, administrator Czacza i Białcza, który był zapalonym kawalerzystą, umiał wynajdować na okres ferii i wakacji świeżo oprzęgane konie pod wierzch. Ujeżdżanie ich to bardzo ciężka praca, lecz udawało się to. Mogło się nawet na nich startować w małych, organizowanych we wsi konkursach.

    Jak wcześniej wspomniałam, polowanie także należało do zajęć dzieci hrabiego. Było ono na ogół ich pasją, wówczas zwierzyny było parokrotnie więcej niż jest dziś, więc polowano dużo. Polowano na kuropatwy, bażanty, zające. Z czasem także na rogacze, a nawet na jelenie. Pan Michał całymi dniami przesiadywał w lesie i na błotnistych łąkach, nie mogąc się nacieszyć nastrojem tych terenów.

    Warto jeszcze napisać o grach i zabawach wypełniających czas pociechom państwa Żółtowskim. Gdy mieszkało się na wsi w tak dużej zbiorowości, trzeba było wypełnić dzieciom zabawą i rozrywką wolny od nauki i dodatkowych zajęć czas. Rozrywki dzieci były oczywiście zależne od wieku. Najmłodsze zaczynały zabawy od gry w domino, a także w jenkinsa. Ta gra polegała na odgadywaniu, kto z grających po przeliczonej stronie trzyma w ręku umiejętnie ukryty pieniądz. Była to gra zręcznościowa, gdyż w czasie zgadywania wszyscy musieli dokonywać różnych ruchów ręki, tak aby przeciwnicy nie zorientowali się,że pieniądz pozostaje w dłoni. Poza tym grało się także w młynek, halmę, stołową ruletkę, a także kartami w „garyboldkę” i „tysiąca”. Grywano także w szachy. Popularne było stawianie pasjansów, które stanowiły pasję także ludzi dorosłych.

    Jeżeli chodzi o starsze dzieci, to ich młodość przypadła jeszcze na czasy, w których nie całkiem wyszły z użycia pianole. Dzięki temu młodzież poznała bogaty repertuar muzyki klasycznej, która choć w tym instrumencie nie wypadała najlepiej, ucha młodych słuchaczy za bardzo nie raziła. Duży pałac ułatwiał także gry w ciuciubabkę, a szafy pełne garderoby ułatwiały zabawy w przebieranie się, tzw. gry kostiumowe. Z czasem młodzież zaczęła namiętnie grać w ping-ponga, a latem w parku w krykieta i w siatkówkę. Gdy dorastała, miłośnicy lektur starali się raczej wyłączać z zabaw z dzieciarnią wymykając się do biblioteki. Tam jedni czytali, inni rysowali z zapałem. Niektórzy z nich zdradzali w tym kierunku prawdziwe uzdolnienia, jak chociażby jedna z najmłodszych córek, która dziś artystycznie klei i maluje porcelanę. Nie brakło w tym licznym gronie młodzieży także zapalonych filatelistów. Przy tych zajęciach panowała cisza, którą wypełniał głos matki czytającej na głos bądź to lektury szkolne, bądź też jakieś francuskie powieści.

    Zajęcia, o których dotychczas pisałam należały do przyjemności. Tymczasem dzień powszedni dzieci składał się z wielu godzin lekcji, które trzeba było pracowicie odbywać. Lekcje z wykładami nauczycieli i nauczycielek oraz codziennym odpytywaniem z zadanego materiału trwały od rana aż do popołudnia. Po odmówieniu modlitwy „Anioł Pański” o 12.15 domownicy udawali się na obiad. W Czaczu do stołu zasiadało zwykle dwadzieścia i więcej osób. Do wspólnych obiadów i kolacji siadały razem z członkami rodziny również nauczycielki, nauczyciele oraz bony, a także prowadząca całe gospodarstwo domowe zarządczyni domu. Wyręczała ona panią domu, która najwięcej czasu poświęcała ukochanym swym zajęciom – pracy w ogrodzie kwiatowym. Często zbyt szybko mijały jej tam całe popołudnia. Resztę czasu wypełniała praca społeczna. O swojej działalności charytatywnej w ogóle w domu nie wspominała. Dom także wymagał ręki pani domu i matki.

    Poza domownikami przyjeżdżali do Czacza przyjaciele wieluspośród dzieci. Na dłuższe pobyty w Czaczu przybywali starsi krewni.

    Podczas roku szkolnego posiłki podawane do stołu trwały bardzo krótko. Może dlatego, że ojciec tej dziewiątki dzieci jadł bardzo szybko, a gdy reszta rodziny ze spokojem kończyła posiłek, on dzielił się z obecnymi zawsze ciekawymi uwagami na temat polityki, o przeczytanych książkach, i o różnych przejawach bieżącego życia kulturalnego i gospodarczego w kraju i na świecie. W porze letniej, gdy całe rodzeństwo wracało pod dach rodzinny z chwilą rozpoczęcia ferii, obiady i kolacje znacznie się przedłużały, już chociażby dlatego, że jednorazowo tak wiele osób zasiadało stołu. W żywo prowadzonych przy stole rozmowach głos zabierali również goście. Po skończonym obiedzie pani domu wstawała pierwsza, dając w ten sposób hasło. Wówczas wszyscy opuszczali salę jadalną. Nie było w Czaczu zwyczaju, by wstając od stołu dziękować za obiad.

    Po skończeniu obiadu głośno czytano powieści historyczne, chodzono na długie spacery. Następnie odbywała się lekcja gry na fortepianie i lekcja francuskiego. Po południu dzieci odrabiały zadane lekcje. Aby nie odebrać porządnej bury, trzeba było je starannie przygotować. Później w szkole w Poznaniu pan Michał miał codziennie lekcje języka greckiego i łacińskiego, a trzy razy w tygodniu francuskiego. Przygotowanie się z języków starożytnych zajmowało mu półtorej do dwóch godzin dziennej pracy. Hrabia Jan Żółtowski uważał odrabianie zadań domowych za ważniejsze od lekcji w szkole, gdyż zmuszało do samodzielnego myślenia i działania. Innych lekcji było także bardzo dużo. „W mojej pamięci utrwaliło się przekonanie, że dnie mieliśmy po brzegi wypełnione zajęciami” – wspomina pan Żółtowski.

    Pociechy państwa Żółtowskich podczas długich tygodni jesieni, będąc jeszcze małymi dziećmi wykonywały ozdoby na choinkę, uczyły się kolęd i przygotowywały małe przedstawienia. Były jednak, zwłaszcza po kolacji, inne rozrywki takie jak gra w ciuciubabkę, w chowanego (w pałacu lub w parku) i wiele innych przyjemnych zabaw. Lubiano też jeździć na rowerze.

    W miarę jak dzieci dorastały, różnie układał się kontakty z rodzicami. Hrabia wiele czasu poświęcał swym dzieciom. Miał wielki dar opowiadania i otoczony gromadką zasłuchanych dzieci spacerował po parku lub korytarzu domu. Po kolacji brał je również do biblioteki i pokazywał albumy z kolorowymi reprodukcjami polskich malarzy. Stąd też wcześnie zdobyły niezłe rozeznanie w sprawach sztuki. Tym hrabia zajmował młodsze dzieci. Starszym zaś czytał „Trylogię” Sienkiewicza i inne książki tego autora. Czytał im też fragmenty „Pana Tadeusza”. Biblioteka w Czaczu była zaopatrzona w całą serię młodzieńczych powieści historycznych. Były bardzo zajmujące, dlatego młodzież czytała je z upodobaniem. Często po kilka razy.

    Codziennie matka przed lekcjami odbywała z dziećmi krótką pogadankę religijną. Wieczorny pacierz odmawiała cała rodzina wspólnie z ojcem. Gdy dzieci były trochę starsze, chodziły na nabożeństwa majowe, a w czasie adwentu na Roraty. Zbierały też kwiatki do sypania w procesji Bożego Ciała. Hrabia zawsze wtedy prowadził księdza proboszcza.

    Opisywany przeze mnie materiał jest może mało systematyczny, a wynika to m.in. z tego, że gromadka dzieci państwa Żółtowskich była zróżnicowana wiekiem. Razem z dziećmi hrabiego wychowywało się ich kuzynostwo – Brzozowscy.

    Mali mieszkańcy pałacu mieli wiele jeszcze zajęć i rozrywek. Chodzili też na długie spacery, nieraz od 8 do 12 km. Lubili to. Wychowawczyni młodszych dzieci zabierała je w różne miejsca, by poznały pracę mieszkańców wsi i okolicy. Dzieci lubiły także być przy odłowie ryb w stawie koło kościoła. Ryby były bardzo różne i było ich bardzo dużo. Dziś ten staw jest bardzo zanieczyszczony.

    Warto jeszcze napisać „kilka zdań” o gościach odwiedzających państwo Żółtowskich. Mógłby o nich powstać cały rozdział. W 1920 r. był duży napływ gości z Kijowa i jego okolic, a także z Ukrainy. Ci ludzie przeważnie wszystko stracili, nie mieli gdzie się podziać. Państwo Żółtowscy zatrudniali takie osoby do jakiejkolwiek pracy, aby podnieść ich warunki życiowe. Wielugości przyjeżdżało również w czasie świąt. Byli to niekiedy bardzo interesujący ludzie. W rodzinie państwa Żółtowskich święta obchodzono bardzo uroczyście. Gdy zasiadano do wieczerzy w wieczór wigilijny, zgodnie ze zwyczajem, pod obrusem było siano. Dzielenie opłatkiem rozpoczynał ojciec. W wieczerzy brał udział ksiądz proboszcz i administrator. Potrawy były tradycyjne. Choinka na Boże Narodzenie dostarczała wszystkim wiele radości, śpiewano kolędy, rozdawano prezenty. Matka umiała dobrać prezenty odpowiadające gustom dzieci. Święta Wielkanocne również były wspaniałe. Pieczono doskonałe mazurki, wykonywano piękne pisanki. Święta przebiegały w miłej, rodzinnej atmosferze.

    Na koniec chciałabym wrócić do sylwetki hrabiego Jana Żółtowskiego, ponieważ był on człowiekiem zasługującym na uwagę. Zawsze był skromny, bezpośredni, nigdy nie wynosił się ponad innych. W każdej chwili gotów był służyć radą, dobrym słowem, pomocą. Zmarł w Poznaniu 23 grudnia 1946 roku otoczony serdeczną opieką najbliższych.

    Praca Marty Jurgi nie była oceniania, ponieważ zaginęła… Ta wersja jest odtworzona.