Tag: Nr 21

  • Klasztor Cystersów w Mogile


    Joanna Małgorzata Żółtowska

    W miejscowości Mogiła, wchodzącej obecnie w skład Krakowa, od XIII wieku istnieje klasztor cystersów. Jego zabudowania obejmują obszar o powierzchni prawie pięciu hektarów. Obecny wygląd klasztoru i kościoła jest efektem odbudowy po pożarze w XVIII wieku.

    Postacią mocno związaną z tym miejscem jest Stefan Żółtowski, rycerz z Rabsztyna k. Olkusza. Po powrocie z niewoli tureckiej, w roku 1636, osiedlił się w pobliżu opactwa. W podziękowaniu za ocalenie życia i powrót do kraju przeznaczył swój majątek na wyposażenie kaplicy Pana Jezusa. Zachowaną do dziś pamiątką po nim jest okalająca kaplicę metalowa krata z herbem Ogończyk oraz inicjałami S.Ż.

    Będąc w sierpniu na krótkim urlopie w okolicach Krakowa nie omieszkałam odwiedzić mogilskiego klasztoru. Na moją prośbę zakonnicy pokazali mi przechowywaną z niezwykłą czcią czaszkę rycerza Stefana. Pozwoliliteż zrobić zdjęcie, za co im bardzo serdecznie w imieniu nas wszystkich dziękuję.

  • List do żony


    Jan Żółtowski

    Ogólne uwagi o ludziach i wychowaniu po przyjęciu przez parlament w Berlinie ustawy o wywłaszczeniu Polaków.

    Czacz, X.III.[19]08.

    Moje Kochanie

    Powróciłem do Poznania w lepszym usposobieniu, jak kiedy jechałem. Zastałem bowiem więcej spokoju i zimnej krwi, jak się spodziewałem. Naradzano się tylko nad tym, co zrobić, aby społeczeństwa nie ogarnęła z jednej strony panika i zniechęcenie, a z drugiej, aby jakieś niemądre wiece lub wystąpienia nie pogorszyły jeszcze sprawy. – To, co uradzono, wydaje mi się i rozumnym, i uczciwym. – Są to naturalnie półśrodki tylko, ale chroniące od popadania w szkodliwe ostateczności. – Zrobiłem też przy tym ciekawe spostrzeżenie, że rozsądek u nas idzie niemal w przeciwnym sensie jak stanowiska społeczne, majątek i ogłada. Większa część tego zebrania byli to ludzie, wobec których ci wszyscy, których Ty poznałaś, są jakimś rodzajem Lauzunów,1 otóż mniej na nim głupstw słyszałem, jak na zebraniach kasyna,2 które ma niby skupiać elitę obywatelstwa. – Co do tego, co piszesz, żeby Krysiunia mogła się włożyć w jakąś pracę dla drugich, to z pewnością nie ma nic do nadmienienia, ale co ważniejszym, to, żeby miała do tego ochotę, a tę ochotę daje tylko miłość. Toteż uważam, że grzech bardzo ciężki wobec dzieci polega na tym, aby otoczenie, w którym im kiedyś pracować wypadnie, przebrzydzać lub ośmieszać. Jak dziecko dorastając będzie miało miłość i przywiązanie do ludzi i kraju, to drogi samo znajdzie stosownie do czasu, miejsca i okoliczności. Przypomnieć sobie trzeba słowa św. Pawła o miłości, bez której jest się jak miedź brząkająca. Trzeba to zdaje mi się brać zupełnie literalnie. W dyskusjach izby Panów najpiękniejszą zdaniem moim odegrał rolę stary feldmarszałek Hulsen-Hasseler, który wprost po mowie Bulowa, mimo swojego urzędowego stanowiska, wystąpił stanowczo przeciw projektowi prawa, określając je jako bezprawie, czyn niehonorowy i obłudny. Wystąpienie to tak mnie swoją prostotą i prawością wzruszyło, że napisałem wczoraj do niego krótki list prywatny, którego tekst Ci załączam. Nie ma on żadnego politycznego charakteru, ale chcę, żeby ten uczciwy człowiek wiedział, że umiemy rozróżniać pomiędzy takimi jak on, a nikczemnym lokajstwem reszty. – Swoją drogą, już podczas procesu Hardena, kiedy zeznawał jako świadek, uderzył mnie jakimś dziwnie prawym i szlachetnym sposobem odpowiadania.

    Opracował Michał (syn Jana z Lasek)


    1 Nie potrafię wyjaśnić myśli zawartej w tym powiedzeniu.

    2 Chodzi o Kasyno Obywatelskie w Poznaniu, którego Jan Żółtowski był prezesem.

  • Relacja z VIII Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich


    Lila z Sulechowa

    Chomiąża Szlachecka 2-6 czerwca 1999

    Z „Kwartalnika” nr 19 dowiedziałam się o kłopotach z planowanym kolejnym Zjazdem. Ostatecznie w jego organizowaniu wzięło udział kilka osób. Wybór padł na propozycję Bogusi i Witka z Białej Starej. Znaleźli ośrodek wypoczynkowy, który spełniał wymagania wszystkich Żółtowskich – Chomiąża Szlachecka położona jest wśród pięknych jezior i lasów Pojezierza Pałuckiego.

    Tak jak zwykle Zjazd odbył się w czerwcu. Zaczęliśmy się zjeżdżać w środę 2 czerwca. Ja z Bożeną Wandą, po drodze zabieramy Michała z Lasek, już na trasie spotykamy Agatę i Tomka z Gdańska. Do ośrodka docieramy wieczorem. Na miejscu tłok, na parkingu dużo samochodów, rejestracje z całego kraju, a nawet ze Szwajcarii i Niemiec. Wśród nich weteran dróg „bydgoska syrenka”. Ucieszyliśmy się, że przyjechali Janina i Stefan z wnuczką z Bydgoszczy. Sympatyczni, mili dla wszystkich; starsi i niepełnosprawni, ale mała odległość od ośrodka pozwoliła im na przybycie na kolejny Zjazd. Meldunek, przydzielanie kwater, kolacja. W jadalni stoły ustawione w podkowę; z jednej strony sama młodzież i dzieciaki; dorośli obsiedli pozostałą część podkowy. Przywitania, uściski, gwar, śmiech, dalsze przyjazdy. Przyjeżdża radiowa Urszula z mężem Januszem i dziećmi z Warszawy, zabrali nawet swego królika, bo nie mieli z kim go zostawić. Przyjechał Piotr z Agnieszką z Płocka i najmłodszym uczestnikiem Zjazdu – synkiem Adasiem, który ma zaledwie rok.

    We czwartek jedziemy do kościoła na Mszę św. i procesję Bożego Ciała. Mały wiejski kościółek położony jest na wysokiej górze, oblanej z jednej strony ogromnym jeziorem. Pogoda się popsuła, zaczyna padać ulewny deszcz, na obiad wracamy przemoknięci do nitki. Potem zebranie Zarządu, pozostali spotykają się w kawiarni. Rozmowy, wspomnienia rodzinne, zjazdowe, śmiech.

    O 19 rozpoczyna się Walne Zebranie Członków Rodu. Obrady otworzył Prezes Zarządu, Andrzej Ludwik z Warszawy. Przywitał przybyłych, życzył miłego wypoczynku. Na przewodniczącego obrad został wybrany Wojciech z Warszawy. Przypomniano, że w roku 2003 mija sto lat od zatwierdzenia pierwszego Związku Rodu Żółtowskich. Wspomniano założycieli obecnego Związku – śp. Zbigniewa ze Skierniewic, śp. Michała z Łodzi, uczczono ich pamięć minutą ciszy. Potem omówiono program wycieczki do Gniezna i Biskupina, zajął się tym Rafał z Korycina. Padały propozycje Zjazdu w 2000 roku oraz uczestnictwa w światowym Zjeździe Rodzin w Rzymie 14-25 października 2000. Postanowiono, że kolejny Zjazd odbędzie się w Krynicy Morskiej. Odpowiedzialni za organizację zostali Mariusz ze Sztumu i Tomek z Gdańska. Andrzej z Gliwic poddał pod dyskusję propozycję otwarcia strony w internecie dla Związku i kwartalnika. Zebrani, mimo sprzeciwu Andrzeja Ludwika z Warszawy, zaakceptowali ten wniosek. O wydaniu i redagowaniu kwartalnika mówiła Bożena Wanda z Warszawy, poruszyła problem kosztów i doboru tematów w piśmie, a także sprawę pomocy w jego redagowaniu; zaproponowała kupno magnetofonu reporterskiego dla Związku. Propozycja została przyjęta, a załatwienia tej sprawy podjęła się Urszula z Warszawy, redaktor Polskiego Radia. Bożena Wanda omówiła też projekt wydania nowych książek napisanych przez Żółtowskich. Na porządku dziennym znalazły się sprawy finansowe, które referował Jarek ze Skierniewic: wpływy, wydatki, fundusz prasowy. Uchwalono podniesienie składek. Na koniec zgłoszono wolne wnioski. Potem Zarząd wyznaczył mnie do bieżącej sprzedaży książek.

    Michał z Lasek spotkał się z młodym pokoleniem Żółtowskich. Opowiadał historie związane z rodem. Zaczęły się wspomnienia. Dzieci uwielbiają słuchać opowieści Michała.

    Janusz z Łodzi na spotkaniu z młodymi ogłosił konkurs związany z herbem Ogończyk. Prace zostały wykonane techniką dowolną przez Martynę Merkel, lat 10 (Wrocław) wnuczkę Basi z Żółtowskich, Zosię Żółtowską, lat 11 (Podkowa Leśna), Piotra Zółtowskiego, lat 12 (Sztum), Anię Żółtowską, lat 15 (Sztum), Martę Żółtowską, lat 7 (Sztum). Prace oceniała komisja w składzie: Wanda z Białegostoku – architekt wnętrz, Janusz Merkel, syn Basi z Żółtowskich z Wrocławia – artysta plastyk, oraz ja, Lila z Sulechowa – sekretarz. Wszystkie prace zostały uznane za świetne, a artyści otrzymali dyplomy uznania z herbem Ogończyk.

    Przedstawiali się też nowo przybyli Żółtowscy. Wieczorem odbyły się spotkania towarzyskie. Młodzi organizowali sobie czas sami.

    Kolejny dzień, piątek 4 czerwca, rozpoczął się śniadaniem i wyjazdem na wycieczkę. Albert Krzysiak, przewodnik, przybliża nam historię Pałuk-Kujaw. Opowiada o mijanych miejscowościach. W Gnieźnie, mimo złej pogody, zwiedzamy katedrę, oglądamy pomnik Bolesława Chrobrego, przypominamy sobie historię św. Wojciecha, w dalszej drodze mijamy pomnik Leszka Białego w Marcinowicach. Z Gąsowej do Wenecji biegnie dwudziestokilometrowy szlak kolejki wąskotorowej, szerokość toru 60 cm, widzimy barwne wagoniki. Jedziemy do Biskupina. Oglądamy skansen i wykopaliska. Przenosimy się w inny świat. Jedziemy dalej. Wenecja muzeum kolei wąskotorowej: lokomotywy i wagoniki. Pan Krzysiak opowiada legendę diabła weneckiego. Wracamy na obiad radośni i zadowoleni.

    Po obiedzie promienie słońca zachęcają do wyjścia na dwór. Fantazja dopisuje: koło stołówki powstaje „pub Żółtowskich” – ławki ustawiono w koło, wesoły nastrój rozgadanych, uśmiechniętych osób. Ze zwieszoną głową i smutną miną podchodzi Jacek z Łodzi i prosi o pomoc w otworzeniu samochodu. Przez nieuwagę zostawił kluczyki w środku i zamknął. Panowie ruszają z pomocą, nie można kuzyna zostawić bez wsparcia. Za pomocą drutu włamano się do samochodu – drzwi otwarte. Ktoś proponuje ognisko po kolacji. Ognisko odbywa się przy śpiewach i zabawie. Rej wodzi jak zawsze Bogusia z Białej Starej. Dołącza do niej Tadeusz z Wrocławia, który przyjechał na Zjazd pierwszy raz. Wiele radości sprawili Janusz z Łodzi, Kazimierz z Kutna, Mariusz ze Sztumu, mały Stefanek z Podkowy Leśnej, którzy z zapałem nałowili ryb na ognisko. Dziewczynki (Ola – wnuczka Janiny i Stefana z Bydgoszczy, Martyna – wnuczka Basi z Wrocławia) z Zosią z Podkowy Leśnej przygotowały ryby, pomogli Mieczysław ze Szczecina i Bronisław z Berlina. Maciej z Białej Starej ku radości dzieci łapał raki: dla niektórych była to okazja zobaczenia raka żywego, mały Bartosz, syn Andrzeja, bankowca z Warszawy – pierwszy raz na Zjeździe – aż krzyczał i podskakiwał widząc prawdziwe i żywe raki. Mały Adaś, syn Piotra, chodził dzielnie i kopał piłkę podaną przez chłopaków. Sławek ze Szczecina zabrał malca na ręce, uczył zjeżdżania po poręczy schodów oraz innych psot. Ryby pieczone w ognisku bardzo smakowały. Ogniska pilnowali Mieczysław ze Szczecina i Janusz z Łodzi.

    Następnego ranka wita nas słońce, kolejny dzień pobytu. Po śniadaniu udaliśmy się do kościoła na Mszę św. z homilią poświęconą rodzinie Żółtowskich. Ksiądz przywitał nas bardzo serdecznie. Do Mszy służył Michał z Białej Starej, fragmenty Pisma Świętego czytała Bogusia z Białej Starej, a na tacę zbierał Wacław z Łodzi. Wspólne zdjęcie, czas wolny, spotkania przy kawie, kąpiel w jeziorze. zwiedzanie okolic. O 16 prelekcja Michała z Lasek na temat pielgrzymek Jana Pawła II do Polski. Pięknie udekorowaną salę przygotowały Stefania z Korycina i Ania ze Sztumu. Wieczorem uroczysta kolacja przy świecach i muzyce. Śmiech, gwar.

    Sobota była pracowita dla Basi i Jarka ze Skierniewic: rozliczanie Zjazdu, składki, sprzedaż kolejnych breloków. Taśmy wideo rozprowadzał Rafał z Korycina. Rafał też nagrał wywiad z Michałem z Lasek. On również jak zawsze filmował cały Zjazd, a nagrywała Urszula z Warszawy, audycja radiowa odbędzie się we wrześniu. Dziękujemy Bogusi i Witkowi z Białej Starej za wspaniałą jajecznicę ze stu osiemdziesięciu jajek, które przywieźli z własnej fermy.

    W niedzielę w czasie śniadania wiadomość, że 6 czerwca 1999 o godz. 3 przyszedł na świat najmłodszy Żółtowski, syn Agaty i Stefana z Podkowy Leśnej. Składamy życzenia dziadkom i rodzeństwu.

    Niedziela – rozjeżdżamy się: uściski, pożegnania… do kolejnego Zjazdu w Krynicy Morskiej. Każdy wraca radosny i zadowolony.

    Do tradycji Zjazdu należy zapominanie różnych rzeczy. Włodek ze Skierniewic zostawił koszulkę, odda mu ją Marcin z Białej Starej.

    Dziękuję Krystynie, Kici, Adasiowi ze Szczęsnego, którzy mnie zabrali i dowieźli do Inowroclawia, do pociągu. Każdy kogoś podwozi czy zabiera. Widać, jak silne są więzi rodzinne rodowe.

    Pozdrawiam do następnego Zjazdu w Krynicy Morskiej.

    Czerwiec-lipiec 1999

  • Wokół VIII Zjazdu


    Andrzej z Milanowa

    Jestem pewien, że wszyscy członkowie Związku zapisani na Zjazd modlili się o jedno – oby była pogoda. My oboje potraktowaliśmy ten Zjazd turystycznie. Taka okolica! I Brześć Kujawski, i Kruszwica, i Moglino, i osławiony Biskupin a nade wszystko Gniezno. Toż to nasza polska kolebka. Wybraliśmy się więc już 31 maja – jakby dyliżansem; ot, w przeddzień przedednia Zjazdu. Czasami jest wygodnie, gdy można JUŻ się nie spieszyć.

    Nagrodą pierwszą – oprócz pogody – była restauracja w Mogilnie. Zabytki zabytkami, lecz gdy „fara chuda”, to i zabytki mijają nie dostrzeżone. „Fara” była tak świetna, że i nazajutrz byliśmy w Mogilnie. Już po powrocie Zosia stwierdziła, że nie może sobie darować niezapisania adresu sklepu, gdzie kupiła rajstopy. Niech się schowa warszawski „Dior” czy „Panorama”. Rajstopy wspaniałe, trwałe, świetny kolor. To ostatnie trudno mi było ocenić, bo odcienie beżów wprowadzają mnie w zakłopotanie i ląduję w rudym i ostro zielonym. Wiadomo – daltonizm.

    Prawdziwym zaskoczeniem była Chomiąża. Oczywiście Szlachecka, gdyż istnieje też Chomiąża Kościelna. Obie leżą nad jeziorem. W roku 1870 różniły się głównie tym, że w Szlacheckiej było znacznie więcej analfabetów.

    Dziś, pięć miesięcy po naszym Zjeździe, byłoby mi trudno wytłumaczyć, jak się do tej Chomiąży dojeżdża. Tyle razy skręcać w prawo, lewo i znów w lewo, a potem pod górę… i człowiek ląduje zupełnie gdzie indziej, niż tam, gdzie zamierzał. Dziwię się, że kierowcy autobusów chcą tam w ogóle jeździć. No i jeszcze jedno dziwo – są pagórki, pagóry i gdy się jest w dole, to jest się już przegranym. Zwłaszcza gdy krzyżówka jest między pagórkami, gdy brak drogowskazu i nie ma się kompasu. Ale dojechaliśmy, no i właśnie zaskoczenie. Brama i architektura „środkowy Gierek”, ale widok… jakby słonecznego raju. I gdyby moja skoda była amfibią, pewnie bym się znalazł w środku jeziora.

    Było słoneczne popołudnie, między pawilonami mnóstwo rozbieganych dzieci i młodzieży robiło wyścigi na „molo”, wśród trzcin i leszczyny i z powrotem. Oczywiście z odpowiednim akompaniamentem głosowym. W chwili przytomności jedno z nich grzecznie wskazało mi recepcję.

    Tu trochę mnie zatkało. No, bo recepcja to było pomieszczenie o powierzchni najwyżej czterech i pół metrów kwadratowych, gdzie obok drzwi było tylko okienko dla interesantów i okno. Przez wszystkie sześć dni pobytu nie mogłem zrozumieć, gdzie pani kierowniczka pracuje. I to pracuje świetnie.

    „A to państwo na Zjazd Żółtowskich? Bardzo się cieszę, ale spodziewałam się państwa dopiero jutro”. „Tak, lecz mieliśmy jeden wolny dzień wcześniej. Czy można przenocować?” – „Nie ma sprawy. Proszę bardzo.Może pan wybierze pokój”.

    Zosia jak zwykle wystawiła się już do słońca, pozostawiając mnie wszelkie inne sprawy. Poszliśmy. Pokój był miły, a pani kierowniczka zatroszczyła się o kolację i czy chcielibyśmy mieć jutro pełne utrzymanie.

    Trochę mnie niepokoiła obecność tylu wycieczkowiczów i co gorsza żadnego autokaru; wokół las, jezioro i tylko pani kierowniczka, a jutro zjeżdża naszego Rodu na pewno pięćdziesiątka.

    Wydobyłem wszystko z samochodu, zaniosłem do pokoju i wyskoczyłem do lasu. Pachniał tak, jak tylko w czerwcu, w pogodny wieczór, może pachnieć las. Ledwo uszedłem ze dwieście kroków, z prawej strony wyskoczył rogacz, popędził i tylko mogłem jego ślady wąchać, tak jak w mojej wczesnej młodości dzieci ze wsi położonych w głębi lasów wąchały na piasku ślady samochodu.

    Nazajutrz byliśmy znowu w Mogilnie, nie tylko na świetnym obiedzie, ale też w dostojnej kolegiacie, gdzie w odkrytym podziemiu oglądać można wczesnoromański kościół. Trumny ze szkieletami mnichów czy fundatorów, wmurowane w oszklone nisze, każą zapomnieć o przesłonecznionym dniu i powtarzać jedynie „memento mori”. Pod wieczór wszyscy zaczęli się zjeżdżać. Liczyliśmy odległości, ja, mimo że jechałem od 10 rano do 7 wieczorem, miałem jedną z krótszych tras. Oczywiście Rafał twierdził, że on miał najdalej, lecz Mieczysław – ten, który się ze mną zawsze droczy – wykazał na mapie, że ze Szczecina jest znacznie dalej. Nawet Berlin, skąd też nadjechali przyjaciele, jest bliższy.

    Gdy mam mówić, co się działo na Zjeździe, to powiem, że było cudownie, bo nic się nie działo. Ot, zjechaliśmy się i byliśmy bardzo uradowani i zadowoleni, że jesteśmy razem. Jednak dwie sprawy wymagały poważnego zastanowienia. Pomysł Rafała, by Ród Żółtowskich był obecny na Zjeździe Rodzin w Rzymie w roku jubileuszowym postawił pod znakiem zapytania organizowanie naszego dorocznego Zjazdu w 2000 roku. Była żywa dyskusja i przegłosowano zaskakującą decyzję – organizujemy obie imprezy. Mariusz ze Sztumu podjął się organizacji Zjazdu Żółtowskich w kraju, a niezawodny Rafał ma się zająć naszym udziałem w rzymskim Zjeździe Rodzin.

    Byłbym całkowicie zapomniał o dwóch sprawach osobistych. Podaję je chronologicznie. W dyskusji o wprowadzeniu Związku Rodu Żółtowskich do internetu byłem jedynym, który głosował przeciw.

    W czasie wycieczki do Gniezna, na którą wybraliśmy się z Zosią naszym samochodem, zgubiłem się wśród jezior i pagórków Kujaw – całkowicie. A ponieważ mili czytelnicy nie byli z nami, zdradzę następny fantastyczny adres kulinarny – pizzeria na Kanonii Gnieźnieńskiej. Dobrego apetytu!

    Z ostatniej chwili – Rafał już zarezerwował czterdzieści miejsc z całkowitym utrzymaniem w pensjonacie rzymskim na Zjazd Rodzin!

  • Wspomnienie o dziadku


    Mariusz ze Sztumu

    Przerzucając kartki albumów, wracamy myślą do tych, którzy odeszli, do postaci z naszego dzieciństwa. Niektóre z nich zajmują miejsce szczególne, czujemy ich obecność, zastanawiamy się, jak oceniliby nasze postępowanie. Dla mnie kimś ważnym i zarazem intrygującym był mój dziadek, Stanisław.

    Mieszkanie dziadków, znajdujące się na obrzeżach Gdańska, stanowiło znakomitą bazę wypadową dla moich wypraw wędkarskich. Miejsce to tętniło życiem z racji częstych wizyt krewnych, przyjaciół, sąsiadów, którzy zawsze mogli liczyć na serdeczne przyjęcie i dobrą radę. Jeden z pokoi był zajmowany przez bliższych bądź dalszych krewnych, którzy nie mieli aktualnie własnego mieszkania. Spotkania rodzinne z okazji świąt oraz imienin gromadziły liczne towarzystwo, które chętnie brało udział we wspólnych śpiewach, oczywiście pod przewodnictwem dziadka, mającego piękny tenor. Dzielnie wtórowała mu babcia Helena. Oboje tworzyli atmosferę ciepła i życzliwości.

    Dziadek był człowiekiem niezwykle aktywnym. Pracował zawodowo do siedemdziesiątego roku życia jako kierownik narzędziowni wydziału kadłubowego Stoczni Gdańskiej (wówczas im. Lenina), był bowiem z zawodu mechanikiem. Po pracy z zapałem uprawiał spory ogródek (w czym z mniejszym zapałem mu pomagałem), w pozostałych wolnych chwilach malował obrazy, wykorzystując rozmaite techniki, od ołówka i akwareli poczynając, a na farbach olejnych kończąc. W dziedzinie malarstwa był samoukiem. Obrazami obdarowywał licznych krewnych. Posiadał jeszcze jeden niezwykły talent – umiejętność pisania listów. Z łatwością zapełniał równym, kaligraficznym pismem liczne strony, wplatając tworzone ad hoc wiersze. Było w nich tyle humoru, że często czytaliśmy je na głos, śmiejąc się do rozpuku. Dziadek był człowiekiem pogodnym, ale miał cięty dowcip i ci, którzy mu się narazili, mogli być pewni celnej riposty. Oboje dziadkowie byli głęboko wierzący. Przez cały Wielki Tydzień nie jedli mięsa, często przystępowali do Komunii św., co wieczór odmawiali różaniec podobno w jakiejś intencji, jakiej pozostanie ich tajemnicą.

    Do przeszłości dziadek wracał niechętnie, uważając, że istotniejsza jest teraźniejszość i przyszłość. Z tego też względu, aby zapewnić trzem synom możliwość kształcenia się, zdecydował się przeprowadzić z ubogiej wsi mazowieckiej do Gdańska. Sam dużo czytał i prowadził rozległą korespondencję, dzięki której stałem się właścicielem pokaźnej kolekcji znaczków pocztowych. Chcąc mi zrobić przyjemność, poprosił swego przyjaciela z ławy szkolnej, podówczas Sekretarza Generalnego Zrzeszenia Polsko narodowego w Nowym Jorku, Stanisława Głowackiego, o przesłanie pewnej ich ilości. Prośba została spełniona w iście amerykańskim stylu – przysłano duże pudło kartonowe pełne znaczków i co gorsza trzeba było zapłacić bardzo wysokie cło. Poczułem się strasznie zawstydzony i już nigdy nie prosiłem dziadka o znaczki.

    Wielokrotnie nagabywany przez ciekawskiego wnuka, zdawkowo opowiadał o swych młodych latach, i to raczej w formie anegdotycznej – nie lubił mówić o sobie. Znając moją inną pasję, jaką było wędkowanie, uraczył mnie kiedyś następującą opowieścią: jego ojciec, Konstanty, był zapalonym myśliwym. Któregoś dnia wybrał się na polowanie na kaczki. Aby mieć lepszą widoczność, wszedł na leżący przy brzegu omszały pień. Jakież było jego zdumienie, gdy „pień” poruszył się i zaczął wolno odpływać. Okazało się, że był to ogromny szczupak.

    Bliższe szczegóły z jego przeszłości poznałem dopiero, gdy zmarł. Urodził się 5 maja 1899 roku we wsi Świętosław na Mazowszu w rodzinie wielodzietnej. Większość rodzeństwa zmarła w czasie jakiejś epidemii. Jego ojciec, Konstanty, był kowalem-mechanikiem, matka, Marianna z d. Zaręba, zajmowała się domem (jej bratanica, Helena Zaręba, była współzałożycielką, a następnie wikarią generalną Zgromadzenia Sióstr Pasterek w Jabłonowie Pomorskim). Interesującą postacią był brat dziadka, Konstanty (ur. 6 lutego 1888). Musiał uciekać za granicę, gdyż za walkę z caratem otrzymał zaocznie wyrok śmierci. Emigrował do USA, prawdopodobnie w latach 1905-1906 – jedyny zachowany list z 1911 roku mówi u kilkuletnim pobycie za oceanem. Wspomina w nim, że dorobił się sporego majątku, ale jeszcze się nie ożenił. Po II wojnie światowej dziadek podjął poszukiwania swego brata przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż – udało się jedynie ustalić, że wyemigrował na południe Anglii i podobno był fabrykantem.

    Dziadek Stanisław ukończył szkołę rosyjską w Kikole. W młodości był członkiem POW i otrzymał medal za rozbrajanie Niemców w czasie I wojny światowej, następnie członkiem PPS (zapewne idąc w ślady starszego brata). W latach 1920-1921 walczył z bolszewikami, biorąc między innymi udział w obronie Zamościa przed konnicą Budionnego. Szlak bojowy zakończył w stopniu plutonowego-radiotelegrafisty pod Wilnem. Powyższe fakty wskazują, że był żołnierzem Legionowego Pułku Piechoty II Armii. Podobno za obronę Zamościa otrzymał wniosek o odznaczenie Krzyżem Virtuti Mililtari, lecz w zawierusze wojennej rozkaz zaginął i do odznaczenia nie doszło.

    Ożenił się z Heleną Zarębianką, córką ciotecznego brata, Władysława Zaręby, a na ślub musiała wyrazić zgodę Stolica Apostolska. Odbył się on w Piotrkowie, niedaleko Golubia Dobrzynia. Czy w uzyskaniu zgody pomogły koligacje z arcybiskupem płockim, Antonim Julianem Nowowiejskim, pozostanie tajemnicą. Małżeństwo to przeżyło zgodnie ponad pięćdziesiąt lat. Od 1946 roku aż do śmierci w 1982 dziadek mieszkał w Gdańsku. W pamięci tych, którzy go znali, pozostał jako człowiek niezwykłej dobroci i uczciwości, roztaczający wokół siebie aurę serdeczności. Stronił od konfliktów i procesów sądowych, czego świadectwo znajduję w listach jego teścia, Władysława Zaręby, czyniącego mu wyrzuty, że nie stara się odzyskać należnej mu sukcesji i usunąć nieuczciwych dzierżawców. Do końca pozostał człowiekiem ubogim materialnie, ale bogatym bogactwem swej osobowości.