Tag: Nr 4-5

  • (brakujący artykuł Michała)


    B. W.

    Po tym tekście – powinien znaleźć się artykuł Michała z Łodzi o początkach rodu, który miał być streszczeniem wykładu prof. dr Janusza Bieniaka (wygłoszonego w Soczewce), uzupełnionym najnowszymi danymi zebranymi przez Michała.

    Nigdy nie będzie napisany.

    Ja żegnam w Michale kolegę „po fachu”, współredaktora tego pisma, „łapacza” literówek, a przede wszystkim Serdecznego Przyjaciela.

    Sit tibi terra levis Michale

  • Janina z Puttkamerów Żółtowska /1889-1968/


    Stefan Kieniewicz

    Urodziła się 27 czerwca/9 lipca 1889 r. w Wilnie, była córką Wawrzyńca Puttkamera i Zofii z Kieniewiczów, prawnuczką Maryli z Wereszczaków Puttkamerowej. Odebrała staranne wychowanie domowe, oparte na wielojęzycznych poważnych lekturach, wzbogacanych w toku podróży do Włoch. Brała lekcje rysunku i chętnie uprawiała malarstwo pejzażowe. We wrześniu 1910 r. wyszła za mąż za Adama Żółtowskiego. Otrzymała wówczas od ojca leśny majątek Rajcę w pow. nowogródzkim. Tu zaskoczyła ich oboje wojna; 2 lata spędzili pod okupacją niemiecką, na pierwszej lino frontu. W 1921 r. osiadła w Poznaniu, gdzie mąż jej objął katedrę na Uniwersytecie. Prowadziła salon intelektualny, w którym spotykał się świat ziemiański i profesorski, gościły odwiedzające Poznań sławy europejskie. Parała się piórem; jej powieść obyczajową pt. „Ballada”, sytuowaną na Kresach przed I wojną światową, drukował w odcinku w 1925 r. „Dzień Polski”. Pisala pod ps. Jan Rajecki. Zamieszczane w konserwatywnej prasie recenzje literackie sygnowała J.R.

    Po śmierci ojca w 1923 r. odziedziczyli majątki: Bolcieniki w pow. lidzkim i Korelicze z przyległościami w pow. nowogródzkim. Nie zajmowała się administracją dóbr /w Koreliczach z jej inicjatywy założone zostało duże gospodarstwo rybne/. Zabiegała o erygowanie w Koreliczach parafii rzymsko-katolickiej i przyczyniła się do wystawienia tamże tymczasowej kaplicy. W Bolcienikach spędzała lato, na stałe zamieszkali tam w 1933 r. gdy mąż jej utracił katedrę w Poznaniu.

    Po 17 września 1939 r. wydostała się wraz z mężem i matką, przez Kowno i Szwecję do Anglii. Resztę życia spędzili w Londynie. W 1949 skreśliła pamiętniki, poświęcone życiu obyczajowemu i umysłowemu ziemiaństwa w różnych częściach Polski. Początkowa ich partia, po rok 1909, ogłoszona została drukiem pt. „Inne czasy, inni ludzie” /Londyn, Alma Book 1959/. Maszynopis dalszej części, doprowadzonej do 1921 r. pozostaje w ręku rodziny. Fragmenty wspomnień, jak również recenzje z obcojęzycznej literatury, zamieszczała w londyńskich „Wiadomościach”. Zmarła bezdzietnie w Londynie, w początku lutego 1968 r., pochowana obok męża. Dział rękopisów Biblioteki Narodowej w Warszawie przechowuje jej obszerne dzienniki sięgające lat panieńskich, aż po rok 1932 – celnie skreśloną kronikę rodzinną, obyczajową i polityczną, wartościową zwłaszcza dla okresu 1917-1932.

  • Marceli Teodor Marek Maria Żółtowski /1900 – 1940/

    Urodził się 18 czerwca 1900 r. w rodzinnych Jarogniewicach jako czwarte z pięciorga dzieci Adama Żółtowskiego, doktora filozofii, działaczaspołecznego i polityka, właściciela dóbr Jarogniewice, Kadzew, Jaktorowo w Wielkopolsce i Marii Kwileckiej z Oporowa, córki Mieczysława, współzałożyciela Banku Kwilecki-Potocki.

    Z rodzeństwa był najstarszy Stanisław ur. 1892, do 1939 r. gospodarował w Kadzewie, żyje do dziś we Wrocławiu, druga była Janina – Nina ur. 1895, była żoną Ludwika Hieronima Morstina współwłaściciela Pawłowie w Małopolsce, poety i pisarza, zm. w Warszawie w 1963, trzecia była Cecylia ur. 1898 r. niezamężna, zmarła w Warszawie w 1970 r. najmłodsza Gabryela – Ela ur. w 1902 r. wstąpiła do Szarych Urszulanek, pracowała w domach tego zgromadzenia we Francji i umarła w Grenoble w 1980 r.

    Sytuacja w domu w czasach dzieciństwa Marcelego była szczególnie trudna; na nastroje głębokim cieniem kładło się zagrożenie wywłaszczeniami i antypolska polityka Hakatystów, co spowodowało wysłanie dzieci do szkół poza granice. Marceli, gdy miał osiem lat, ze względu na zdrowie, również został umieszczony w jezuickiej szkole w St. Andreas-Kolleg Charlottenlund w Kopenhadze, gdzie przebywał do 1914 r. Pobyt ten bardzo go usamodzielnił oraz wyrobił w nim wysokie poczucie odpowiedzialności i godności jako młodego Polaka; rozwinął też zamiłowanie do sportów (wkrótce został komendantem drużyny piłki nożnej).

    W 1914 r. został przeniesiony do gimnazjum w Paczkowie, gdzie dyrektorem był Polak i dopuszczalne było mówienie po polsku. Gdy ukończył 15 lat, ze względu na zagrożenie poborem, wyjechał do szkoły pod Genewą w Szwajcarii „Chataigneraie”. Przed powrotem do kraju kupił w Davos rentgen płuc chorego na gruźlicę, by uniknąć wcielenia do armii pruskiej. Jakiś czas przebywał w Jarogniewicach wdrażając się w sprawy prowadzenia majątku; zgodnie z życzeniem ojca, nie poszedł do Powstania Wielkopolskiego, lecz do wojska w Kongresówce. W dniu 19 marca 1919 r. został wcielony do Wojska Polskiego jako ochotnik. Od maja do października przebywał w Podoficerskiej Szkole Jazdy w Starej Wsi, następnie został odkomenderowany do Szkoły Podchorążych w Warszawie, którą ukończył w marcu 1920 r. Mianowany podchorążym objął 1 maja 1920 r. dowództwo plutonu w 3 szwadronie 16. Pułku Ułanów i został wysłany na front. Brał udział w ataku na armię Budionnego. W okolicach Brodów przy wycofywaniu plutonu ze wsi Jazłowczyk, 3 sierpnia 1920 r. idąc na końcu i ostrzeliwując się został ranny w nogę. We wniosku na Krzyż Virtuti Militari jest powiedziane, że „… odwagą i męstwem dawał dobry przykład…,” mimo rany „… nie wypuścił kierownictwa z rąk i cierpiąc ból nadal prowadził pluton”. Otrzymał Krzyż Virtuti Militari V klasy i następującą opinię: „Oficer b. dobry, obowiązkowy, bardzo sumienny i pracowity. Zainteresowany służbą. Dobry jeździec. Jako bardzo młodemu oficerowi brakuje mu rutyny, ale ma wszelkie dane być bardzo dobrym oficerem w przyszłości”.

    Strzał w nogę był od przodu w kostkę z kulomiotu, jedna z kul została wyjęta dopiero w czasie leczenia w Jarogniewicach.

    Maturę Marceli zdał w Poznaniu w czerwcu 1922 r. po odbyciu przyspieszonych kursów dla oficerów. Następne dwa lata nauki to Wyższe Kursy Ziemiańskie Turnaua we Lwowie. Miał już za sobą praktyki rolnicze, na których był przed wstąpieniem do wojska u Bernarda Sypniewskiego w Skoraszewicach i u Tadeusza Morawskiego w Żernikach. Po studiach praktykował w cukrownictwie i w bankowości.

    W ten sposób przygotowany do samodzielności zamieszkał w domu po swych dziadkach Stefanostwie Żółtowskich w Głuchowie, (2 km od Jarogniewic), gdzie właścicielem był brat Adama, Henryk Żółtowski, stary kawaler. On też adoptował Marcelego i scedował na niego gospodarowanie.

    Jedną z cech charakteryzujących Marcelego było zamiłowanie do sportów, był świetnym kawalerzystą, zbierał laury na wojskowych konkursach hippicznych w mundurze białych ułanów. Szczególnie lubił sport samochodowy, stryj Henryk zafundował mu wyprawę do Afryki, później wiele podróżował po Europie, najchętniej za kierownicą; lubił polowanie, grał w tenisa.

    W dniu 17 października 1929 r. ożenił się z młodszą od siebie o dwa lata Różą Turno, córką Stanisława z Objezierza i Barbary Mańkowskiej, daleką swą kuzynką. Ślub odbył się w Poznaniu w kościele św. Wojciecha, wesele w domu Turnów (ul. Chopina, obecnie konsulat Amerykański). Stanisław Turnoprzyjął Marcelego za zięcia z entuzjazmem i przez dziesięcioletni okres trwania małżeństwa porozumienie i współpraca w sprawach rodzinnych i majątkowych pomiędzy teściem i Marcelim była idealna.

    Wiemy z korespondencji, z jakim oddaniem rodzice budowali wzajemną więź, by stworzyć dom promieniujący przyjaźnią i odpowiedzialnością za wielu przyjaciół i krewnych. Oboje odznaczali się wyrobionym poczuciem społecznym. Róża była psychologiem z wykształcenia, pracowała przed ślubem w ochronkach i opiece nad najuboższymi w Warszawie. Należała do Akcji Katolickiej, organizowała w Głuchowie kursy gotowania i szycia dla dziewcząt, opiekowała się kuchnią św. Wincentego a Paulo w Czempiniu. Marceli działałw Wielkopolskim Towarzystwie Kółek Rolniczych, był przewodniczącym Kościańskiego Kóła Powiatowego Wielkopolskiego Związku Ziemian, należał do Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Pomagał w gospodarowaniu teściowi i bratu, tuż przed śmiercią ojca, był też odpowiedzialny za Jarogniewice, musiał spłacać siostry. W trudnych latach kryzysu starał się dbać o pracowników, zapewniał im opiekę lekarską, utrzymując w Głuchowie ambulatorium ze stałą pielęgniarką.

    Życie w Głuchowie było wypełnione pracą, jak wspomina siostra Cecylia, gości proszono na kolację, a nie na podwieczorek, jak w innych domach,by nie skracać dnia roboczego.

    W rodzinie stworzonej przez Marcelego i Różę Żółtowskich urodziło się czworo dzieci: w 1930 r. Maria, historyk sztuki (wyszła za mąż za Stanisława Glińskiego) mieszka w Szczecinie; w 1931 r. Piotr, obecnie dr hab. (PAN, chemia fizyczna) (ożeniony z Anną Bocheńską), bezdzietny, mieszka w Warszawie; w 1935 r. urodziła się Joanna, od urodzenia nieuleczalnie chora, zmarła 4 października 1939 r. w czasie podróży powrotnej z „potyczki” wrześniowej na Wschód, pochowana na cmentarzu w Głuchowie; w 1940 r, już na wygnaniu w Warszawie przyszła na świat Teresa, nie znała Ojca, jest psychologiem (wyszła za mąż za Macieja Jakubowskiego) mieszka w Warszawie.

    Marceli Żółtowski w lutym 1931 r. odbył ćwiczenia w 17 pułku ułanów w Lesznie i w tymże pułku został 2 stycznia 1932 r. mianowany porucznikiem rezerwy kawalerii. Dnia 24 sierpnia 1939 r. został powołany do pułku w Lesznie. Zgodnie z rozkazem 26 sierpnia stawił się swoim samochodem w Kraśniku Lubelskim, gdzie powstała Poznańska Zapasowa Brygada Kawalerii. Stąd 1 września pisał do żony, którą wraz z dziećmi wywiózł na wschód do domu stryja Józefa Żółtowskiego do Kocka: „Co się miało stać, stało się, wojna się zaczęła. Trzeba z ufnością oczekiwać, jak los nam Bóg przeznacza […] możesz powiedzieć Piotrusiowi, że dali mi szwadron gospodarczy […] i kazali mi organizować kasyno i mam z tym urwanie głowy…” Długa wędrówka oddziałów skończyła się rozbrojeniem przez Armię Czerwoną w nocy z 30 września na 1 października w lasach nad Sanem koło Niska: konie zostały zdane 4 października we wsi Lubycza Szlachecka. Oficerów zawieziono ciężarówkami do Lwowa, a następnie pociągiem do Wołoczysk za Zbruczem. Wydaje się, że z obozu przejściowego w Szepietówce do Kozielska został przewieziony na początku listopada. Stamtąd przyszedł w listopadzie list do teścia do Poznania, a w lutym 1940 kartka przez Czerwony Krzyż do żony do Warszawy. W Kozielsku znał Marcelego prof. Stanisław Świaniewicz, który w 1962 r. napisał z Londynu do Róży : „…spotkałem się z nim w listopadzie 1939 r. w obozie w Kozielsku, spytałem go, czy nie jest krewnym prof. Adama Żółtowskiego – i tak zawiązała się nasza znajomość. Przez cały czas pobytu w Kozielsku był w dobrej formie fizycznej i psychicznej, zachowując nawet pewną elegancję ułańską”.

    „W marcu 1940 r. gdy rozeszła się pogłoska, że wkrótce nastąpi likwidacja obozu kozielskiego oraz że jeńcy mają być odesłani do kraju, namawiał kolegów, aby ostro protestowali przeciwko tego rodzaju rozwiązaniu naszej sprawy. Uważał, że odesłanie do kraju równałoby się odesłaniu do obozów niemieckich, gdzie bylibyśmy unieruchomieni do końca wojny. Natomiast dopóki byliśmy w Rosji, mogliśmy mieć nadzieję, że wytworzy się taka sytuacja polityczna, w której władze sowieckie zezwoliłyby nam wyjechać do zachodnichkrajów sojuszniczych. Pragnął gorąco wziąć jeszcze udział w walkach…” Tymczasem w transporcie był Władysław Żółtowski kuzyn, 10 lat młodszy, natomiast Marceli jest wymieniony na tzw. liście Chochłowa (telefonicznie podany spis Polaków przeznaczonych na śmierć w Katyniu) z dnia 14 kwietnia znak 032/1 w transporcie X, który wyruszył z Kozielska 16 kwietnia. Egzekucja odbyła się w Lesie Katyńskim 17 kwietnia po południu. Zwłoki zostały oznaczone nr AM 1142. Na płycie pamiątkowej w kościele parafialnym w Głuchowie podana jest data śmierci 30 kwietnia, gdyż w 1974 r., kiedy żona napis zamawiała, znana była tylko nieścisła informacja prof. Świaniewicza, który prawdopodobnie słyszał, że w jego transporcie jest Żółtowski, ale nie wiedział który.

    Zginął również w Katyniu trzeci Żółtowski Stefan z Wargowa ur. 1902 r. oznaczony przy egzekucji nr AM 130.

    Żona Marcelego, w poważnym stanie, wraz z dwojgiem dzieci, wysiedlona z Głuchowa 7 grudnia 1939 r. okupację przebyła w Warszawie; uniknęła udziału w Powstaniu Warszawskim, ponieważ spędzała wakacje 1944 r. u szwagrostwa Marcelego – Morstinów, w Pławowicach pod Krakowem. Stamtąd w kwietniu wróciła do Głuchowa, by po dwóch miesiącach zostać znowu wyrzucona zgodnie z ustawąo reformie rolnej, tym razem poza obręb powiatu. Od września 1945 r. organizowała, nie bez przeszkód, życie dla siebie i dzieci w Poznaniu. Utrzymywała się głównie dzięki znajomości języków, z lekcji i tłumaczeń,co zresztą bardzo lubiła. Ostatnie lata spędziła u córki Teresy. Zmarła w Warszawie 27 lutego 1984 r.

    Maria z Żółtowskich ze Szczecina

  • Michał z Łodzi nie żyje!

    W sobotę 20 sierpnia 1994 r. członkowie Związku Rodu Żółtowskich wraz z rodzicami, bratem, rodziną, delegacją Uniwersytetu Łódzkiego, sąsiadami i znajomymi oddali hołd i pożegnali Michała z Łodzi.

    Przedwczesna i nieubłagana śmierć wyrwała z naszych szeregów najmłodszego i najbardziej oddanego, a zarazem posiadającego szeroką wiedzę o historii Rodu. Podjął się trudu opracowania bogatszej o współczesne pokolenia monografii Rodu, łącząc studia na Wydziale Historii Uniwersytetu Łódzkiego z licznymi wyjazdami i szperaniem w archiwach i zapisach parafialnych.

    Poznałem Go jako kilkunastoletniego ucznia liceum, gdy po raz pierwszy brał do rąk Monografię Rodu Żółtowskich Franciszka Ogończyka-Żółtowskiego z 1914 r. Ten sam blask oczu i drżenie rąk Michała widziałem w Archiwum Diecezjalnym we Włocławku, gdy trzymał w rękach woskowy odcisk pieczęci Herbu Ogończyk z 1350 r.

    Wiedzę o Rodzie zdobywał szybko. Tę wiedzę, zapał i poświęcenie przekazywał Zarządowi Związku i wpływał na każdego, z kim się spotkał. Pracował intensywnie nad nową Monografią Rodu, w której miejsce mieli znaleźć wszyscy ŻÓŁTOWSCY. Na zjazdach lub innych spotkaniach był zawsze najbardziej otaczanym uczestnikiem, ponieważ każdemu umiał wyjaśnić i pomóc dotrzeć do jego korzeni. Dla każdego zawsze znalazł czas.

    Weź Michale w swoje dłonie te dobre uczynki i złóż u stóp Pana Najwyższego, tak jak od sześciu wieków czynili to nasi przodkowie, zawsze będąc wiernymi BOGU i OJCZYŹNIE.

    Ażeby oddać hołd Michałowi z Łodzi, następną książką sponsorowaną przez Związek będzie zbiór danych i nowych ustaleń, które Michał zarejestrował w komputerze.

    Zbigniew ze Skierniewic

  • III Zjazd Związku Rodu Żółtowskich

    Soczewka położona jest na Mazowszu w dorzeczu Wisły, w lesie wśród jezior na trasie Płock-Włocławek.

    Zamierzeniem III Zjazdu było przybliżenie uczestnikom najdawniejszej historii naszego rodu, a więc poznanie dokumentów, a także terenów Mazowsza, z których przez wiele wieków wywędrowywali członkowie rodu Żółtowskich zamieszkując całą Rzeczpospolitą, a nawet świat.

    Przyjazd uczestników Zjazdu nastąpił 2 czerwca; zjechali Żółtowscy z całej Polski czasem trzema pokoleniami; przybyli też Żółtowscy z Francji – Paryż – Edward z żoną Francuzką – Anne oraz z Niemiec – Berlin – Krystyna z Bronisławem. (Liczba przyjezdnych była najlepszym świadectwem potrzeby podobnych spotkań : I Zjazd w 1992 r. – Feliksów – Skierniewice – 36 osób, II Zjazd w 1993 r. – Zajączkowo – 63 osoby, III Zjazd w 1994 r. – Soczewka -120 osób).

    Wieczorem 2 czerwca odbyło się posiedzenie Zarządu, na którym omówiono program III Zjazdu oraz sprawy organizacyjne, związkowe, finansowe. W nocy z 2 na 3 czerwca ciężko rozchorował się Zbigniew ze Skierniewic – główny organizator – sekretarz Związku. Pogotowie Ratunkowe zabrało go do szpitala w Kruku (po kilku dniach syn Jarek przewiózł go na następne badania do Skierniewic). Ogromnie to wydarzenie zaważyło na nastroju Zjazdu. Niepokoiliśmy się o Zbigniewa. Lekarze Żółtowscy utrzymywali stały kontakt ze szpitalem. Zostały wysłane mu życzenia szybkiego powrotu do zdrowia przez nas wszystkich podpisane.

    Po śniadaniu 3 czerwca odtworzono z kasety video nagranie z II Zjazdu w Zajączkowie. Projekcją zajął się Robert z Warszawy. Rozpoczęliśmy też sprzedaż książek wydanych przez Związek i Michała z Lasek na temat rodu Żółtowskich i zajęła się tym Bożena-Wanda z Warszawy, kasę przejęła Lila z Sulechowa i Stefania z Korycina, autografy składał autor wielu prac Michał z Lasek. Było 5 różnych tytułów książkowych do sprzedaży. Książki cieszyły się dużym powodzeniem. Sprawiło to wielką radość i Michałowi i sprzedającym.

    Po obiedzie nastąpił wyjazd do Płocka. Zwiedziliśmy Katedrę, obejrzeliśmy panoramę Wisły ze Wzgórza Tumskiego, przepiękne eksponaty w Muzeum Secesji. Odwiedziliśmy też najstarszą szkołę w Polsce – Liceum Ogólnokształcące im. Marszałka Stanisława Małachowskiego. O szkole opowiadał i oprowadzał nas jej absolwent Mieczysław ze Szczecina.

    Następnie udaliśmy się do małej wsi mazowieckiej Żółtowo – historycznego gniazda Rodu Żółtowskich. Wioska współcześnie nie nosi śladów przeszłości. Mimo wielu prób Urszuli – radiowej reporterki nie udało się nikomu namówić żadnego mieszkańca do wspomnień. Zrobiliśmy sobie więc zdjęcie pod napisem „Żółtowo” i wróciliśmy do Soczewki na kolację. O godz. 20 odbyło się Walne Zgromadzenie członków Związku. Zebranych powitał i Zarząd przedstawił Andrzej-Ludwik z Warszawy. Protokołowaniem zajęła się Lila z Sulechowa.

    Nastąpiły prezentacje członków Zarządu oraz nowych rodzin. Michał z Łodzi przedstawił najbardziej aktualne ustalenia pokrewieństw poszczególnych członków naszego Związku. W humorystyczny sposób opowiedział, dlaczego zajął się badaniem historii Rodu, w jaki sposób docierał do akt urodzenia w archiwach ksiąg meldunkowych. Opowiedział też o swoich wizytach u różnych naszych rodzin. Z ustaleń Michała z Łodzi wynika, że w Polsce jest około 2000 osób noszących nasze nazwisko – dane z Centralnego biura meldunkowego w Warszawie. W dniu 3 czerwca 1994 r. Rozgłośnia Regionalna Radio Płock nadała wiadomość o odbywającym się Zjeździe Rodu Żółtowskich – życzyli pomyślnych obrad oraz miłego pobytu w Soczewce – informację podał Wacław z Łodzi.

    W sobotę Michał z Lasek zebrał młode kilku-kilkunastoletnie pokolenie Żółtowskich, podzielił się z nimi wspomnieniami, opowiadał o znaczeniu więzi, o honorze i godności. Dzieci słuchały z wielkim przejęciem i długo dyskutowały po spotkaniu. Zjazd zaszczycił senior popłacińskiej gałęzi Rodu z Płocka, osiemdziesięciosiedmioletni Edmund Mieczysław, który przybył z liczną rodziną (synowie i wnuki) i opowiedział o swoim ciężkim życiu, w którym walka o człowieczą godność i honor zajmowała główne miejsce.

    Rano 4 czerwca 1994 r. Piotr z Sandomierza i Wojciech z Warszawy pojechali do Warszawy po profesora historii z Uniwersytetu Toruńskiego i PAN Jana Bieniaka. Po śniadaniu młodzież, która wniosła do Zjazdu miłą i serdeczną atmosferę, pełną życia i humoru, przygotowała program artystyczny na wieczorne ognisko.

    O godz. 12 prof. Jan Bieniak – historyk mediewista – wygłosił prelekcję na temat powstania herbu Ogończyk, nazwiska Żółtowskich, prezentując źródła i stan badań linii rodowych. Szczegółowym opisem wykładu zajął się Michał z Łodzi. Spotkanie prowadzone przez Andrzeja-Ludwika przebiegło w ciepłej rodzinnej atmosferze. Profesor bardzo ciekawie opowiadał i wzbudził duże zainteresowanie wśród słuchaczy, padały pytania z sali, na które odpowiadał Profesor i Michał z Łodzi. Na pożegnanie Bożena z Warszawy wręczyła książki na temat rodzin Żółtowskich.

    Po obiedzie nastąpiły spotkania rodzinne. Oblegany był Michał z Łodzi – genealog, któremu w wyjaśnianiu powiązań rodzinnych pomagał Andrzej-Mieczysław z Warszawy. Natomiast Karol z Sandomierza, Roman z Korycina, Marcin z Poznania, Michał ze Szczęsnego, Piotr i Marysia z Warszawy pomagali młodzieży przygotować drzewo na ognisko. Głównym organizatorem był Tolek z Wrocławia. Sprawą kiełbasek na ognisko zajął się Piotr „Bosman” z Michałem i przemiłą mamą Krysią ze Szczęsnego. W godzinach wieczornych zasiedliśmy do ogniska, przy którym piekliśmy kiełbaski, humor dopisywał, choć atakowała nas plaga komarów. Śpiewem i dowcipem bawiła nas młodzież. Śpiewali nam: Ola i Ania z Korycina, Magda z Jelonki k Pasłęka, Ewa z kuzynkami z Suwałk, Adaś, Mikołaj, Romek, Tomek, Paweł, Michał, a na gitarze grał i rozweselał Michał z Poznania. Wodzirejem w śpiewie jak zawsze był Ryszard z Suwałk, zabawiał monologami i dowcipami Wacław z Łodzi, tata Michała. Punktem kulminacyjnym programu ogniska był wybór miss. Zgłoszono 7 kandydatek: Małą Kasię z Płocka, Olę z Korycina, Kasię z Łodzi, Madzię z Jelonek, Małgosię z Warszawy, Dorotę z Gostynina, Hankę z Płocka. Wszystkie Panie zostały godnie wyróżnione przez jury w składzie: Robert z Warszawy, Mieczysław ze Szczecina, Witold z Warszawy, Edward z Sochaczewa, Wacław z Łodzi, Tadeusz z Warszawy, Adam ze Szczęsnego, Rafał z Korycina. Nagrodami były: uścisk dłoni prezesa Andrzeja Ludwika z Warszawy oraz gromkie brawa publiczności przy ognisku.

    Nagranie całości Zjazdu prowadziła Urszula z Warszawy, filmował Rafał z Korycina.

    Wystosowany został list do seniora Rodu Stanisława z Wrocławia, który skończył 101 lat, z życzeniami zdrowia, pomyślności. Podpisali go wszyscy uczestnicy Zjazdu. Wtedy też podpisywano list do Zbigniewa leżącego w szpitalu. Autorem obu tekstów i pomysłodawcą był Michał z Lasek.

    Wspierała go Zosia – dobry duch Zjazdu, małżonka Andrzeja Ludwika. Bożena Wanda wytrwale, pomimo zmroku, zbierała podpisy pod listami. Siedząc przy ognisku, bawiąc się serdecznie nie zapominaliśmy o tych, którzy cierpią, i tych którym zawdzięczamy ten Zjazd, i Tych, którzy sto prawie lat temu pomyśleli o jedności, godności rodziny, życia w Bogu i dla Ojczyzny.

    W niedzielę po śniadaniu udaliśmy się do kościoła parafialnego na mszę św. w intencji rodziny Żółtowskich. W ostatnim dniu Zjazdu nastąpiła wymiana adresów, uwag dotyczących następnego Zjazdu. W świetlicy w Soczewce pożegnał nas i zamknął Zjazd Andrzej-Ludwik; zrobiono pamiątkowe zdjęcia.

    Po obiedzie pożegnaliśmy się i odjechaliśmy przy akompaniamencie głośnych klaksonów. Żegnaliśmy się do przyszłego, 1995 roku, w nadziei na IV Zjazd.

    B.W. i Lila z Sulechowa

    Soczewka 2-5 czerwca 1994 r.

  • III Zjazd Związku Rodu Żółtowskich

     

    W dniach 3, 4 i 5 czerwca 1994 r. odbył się III Zjazd Związku Rodu Żółtowskich. Dni te spędziliśmy w Soczewce. Okolica była ładna. Ośrodek w którym mieszkaliśmy znajdował się obok lasu, a od jeziora dzieliło nas zaledwie parę minut drogi. Lecz woda w tym jeziorze była bardzo zanieczyszczona i z tego powodu nikt z nas nie miał ochoty się wykąpać.

    W miejscu naszego zakwaterowania posiłki były smaczne, lecz pokoje w których mieszkaliśmy nie należały do najlepszych. Ale pomimo tego każdy uczestnik Zjazdu miał dobry humor. Nasze dobre samopoczucie zakłócały natrętne komary, od których aż się roiło. Komary nie opuszczały nas ani na chwilę.

    W porównaniu z II Zjazdem w Zajączkowie, na III Zjazd przybyło dużo więcej Żółtowskich. Przyjeżdżali z całego kraju, a także spoza jego granic. Ja bardzo ucieszyłem się z tego powodu, że na Zjazd przyjechało dużo młodzieży, ponieważ się nie nudziłem. Mam nadzieję, że następnym razem przyjedzie jeszcze więcej.

    W pierwszy dzień naszego Zjazdu po zakwaterowaniu nas w pokojach, mieliśmy do wieczora czas wolny. Zawieraliśmy nowe znajomości, a także odnawialiśmy stare, zawarte na zjazdach poprzednich. Duża część osób znała się już z wcześniejszych spotkań. Tego dnia atmosfera panująca między wszystkimi uczestnikami nie była jeszcze tak „luźna”, jak w dniach następnych. Co jakiś czas aż do wieczora przyjeżdżali kolejni Żółtowscy. Od razu się z nimi zapoznawaliśmy. Około godziny 19 zjedliśmy kolację. W późnych godzinach nocnych udaliśmy się do swoich pokoi spać, aby na nowo wstać wypoczętym.

    Następnego dnia rano, około godziny 8 zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się do Płocka. Zaraz po przyjeździe udaliśmy się do Muzeum Secesji. Oglądaliśmy tam obrazy, rzeźby, przedmioty codziennego użytku i jeszcze bardzo dużo innych antyków.

    Po wyjściu z muzeum zwiedziliśmy pobliski kościół. Wśród wielu herbów pięknie wymalowanych na ścianach kościoła, nie zabrakło i naszego Ogończyka.

    Następnie udaliśmy się do Liceum im. Marszałka Stanisława Małachowskiego. Liceum to byto bardzo stare, ale zarazem bardzo czyste i zadbane. Chyba każdy z nas poczuł się dumny widząc na płycie pamiątkowej wystawionej zaraz przy wyjściu ze szkoły nasze nazwisko.

    Potem pojechaliśmy do Żółtowa – wsi od której wywodzi się nasze nazwisko. Ku naszemu zdziwieniu we wsi tej nie mieszkał żaden Żółtowski. Na zakończenie naszej wizyty robiliśmy zdjęcia pamiątkowe obok tablicy z napisem Żółtowo, przy wjeździe do wsi. Następnie udaliśmy się do Soczewki. Po tej wycieczce byliśmy bardzo zmęczeni i głodni, więc ucieszyliśmy się bardzo na widok gorącego obiadu. Wieczorem, po tak wyczerpującym dniu zjedliśmy kolację i zmęczeni poszliśmy spać.

    W dniu następnym odwiedził nas profesor Bieniak, który wygłosił wykład na temat historii niektórych polskich herbów, w tym też Ogończyka – który najbardziej nas interesował. Po wykładzie zaprosiliśmy Pana Profesora na obiad i poobiednią pogawędkę. Po południu odwieziono go do Warszawy.

    Tego dnia wieczorem planowaliśmy zorganizowanie ogniska. Przygotowywaliśmy się do niego od rana. Jedni zbierali drewno, inni pojechali po kiełbasę. Nasz trud opłacił się, gdyż ognisko było bardzo udane.

    W niedzielę – ostatni dzień naszego Zjazdu – po śniadaniu udaliśmy się do kościoła. Po zakończeniu mszy udaliśmy się na zamknięcie Zjazdu do naszego hotelu. Zaczęły się przygotowania do podróży powrotnej. Już od samego rana każdy chodził obładowany walizkami. Po zjedzeniu obiadu pożegnaliśmy się ze wszystkimi uczestnikami Zjazdu i udaliśmy się w drogę powrotną do swoich domów.

    Moim zdaniem Zjazd nasz był bardzo udany. Zapoznaliśmy się z wieloma ludźmi, zwiedziliśmy Płock. Zjazdy takie powinno się organizować, ponieważ poprzez nie poznajemy nowych ludzi, a także możemy poznać swoje korzenie.

    Moje uwagi z III Zjazdu:

    1. Na Zjeździe najbardziej zaciekawił mnie Michał Żółtowski z Lasek. Jest bardzo mądrym człowiekiem, ma dobrą pamięć i w ciekawy sposób opowiadał o dziejach naszego rodu.
    2. Moim zdaniem wszyscy uczestnicy Zjazdu byli bardzo mili. Chętnie przebywałem z nimi, ponieważ czułem się dobrze w ich towarzystwie.
    3. Cieszę się bardzo, że mój tata należy do Zarządu. Dzięki temu będę mógł lepiej poznać historię naszego rodu. Będę mógł także na bieżąco dowiadywać się o wszelkich posunięciach Związku.

     

    Karol, lat 15, syn Piotra z Sandomierza

    Soczewka 2-5 czerwca 1994 r.