Tag: Nr 82

  • Wspomnienie o Janie – ojcu Wacława Krzysztofa Żółtowskiego z Łodzi

    To było zaledwie wczoraj,
    tak niedawno pożegnanie Elżbiety!
    Minął krótki czas i nie ma wśród nas Wacława Krzysztofa.
    Zdarzyło się to tak szybko, nieoczekiwanie.
    Straciłam siostrę i brata – smutek i żal!
    Przestały bić dwa dobre serca.

    Wreszcie otrzymano z Watykanu długo oczekiwaną dyspensę, udzieloną przez samego papieża, i rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do ślubu i wesela.  Dyspensa była konieczna z uwagi na to, że narzeczeni byli blisko spokrewnieni – mieli wspólnego dziadka.

    Panna dwojga imion Walentyna Kazimiera była córką właściciela ziemskiego. Drobna blondynka na podstawie zdjęcia ślubnego robi wrażenie osoby zalęknionej, speszonej, ale to tylko pozory. Fotografia odbiega od rzeczywistości, nie oddaje charakteru osoby. W pamięci mojej jawi się ona jako osoba energiczna w bryczesach i do tego ze szpicrutą  w ręku i w oficerkach.

    image001Pan młody Jan – absolwent szkoły technicznej i Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, w randze podporucznika 20. Pułku Ułanów. Elegancki, dystyngowany. Tworzą wyrazistą, piękną parę.

    Gdy narzeczeni jechali karetą do kościoła, rozszalała się burza z błyskawicami i ulewą, nawałnica towarzyszyła im przez całą drogę.

    W karecie była też mała dziewczynka Anna, bratanica narzeczonego. Nie odczuwała lęku, nie bała się burzy, był przy niej jej ukochany stryj Jan Żółtowski.

     W rozświetlonym kościele czekała na nich rodzina, zaproszeni goście. Rozpoczęła się ceremonia ślubna. Nieprawdopodobnie długi i szeroki welon, zwiewny jak mgiełka podtrzymywały bratanice pana młodego: Bronisława, Wanda, Irena, Anna Żółtowskie oraz mały chłopiec, prawdopodobnie ze strony panny młodej. Gdy państwo młodzi dochodzili do ołtarza zdarzyło się coś dziwnego. Na ołtarzu stały dwie duże świece, w pewnym momencie z niewiadomej przyczyny nagle jedna zgasła. Była to świeca pana młodego. Zgromadzeni wydali jęk przerażenia, uważając to za złą przepowiednię.

    Wesele było huczne, bardzo wystawne, miało bogata oprawę. Brat pana młodego Julian Żółtowski sprowadził z Poznania dwie orkiestry oraz mistrza kucharskiego. Goście raczyli się wykwintnymi potrawami, orkiestry grały na zmianę. Wesele trwało dwa tygodnie.

    A było to 24 sierpnia 1938 r. Nikt z obecnych nie przeczuwał, że za rok rozpęta się  druga wojna światowa, najkrwawsza, najokrutniejsza ze wszystkich wojen, a świat, w którym żyją w dobrobycie, zginie bezpowrotnie. Nawet panna młoda Walentyna Kazimiera nie oczekiwała takiej przyszłości, gdy nieroztropnie i lekkomyślnie zrzekła się praw do posagu, mówiąc: „Jan ożenił się ze mną z miłości, a nie dla pieniędzy”.

    Po uroczystościach weselnych młode małżeństwo wyjechało do Tarnowa, gdzie Jan podejmuje pracę w dyrekcji PKP.

    Zostaje ranny w czasie bombardowania dworca kolejowego w 1939 r.  Pod koniec 1939 r. 26 listopada przychodzi na świat pierwsze dziecko Władysław Marian, lecz po miesiącu umiera. 19 stycznia 1941 r. urodził się drugi syn Wacław Krzysztof.

    Z początkiem października 1941 r. Jan zostaje aresztowany przez gestapo. Przy próbie ucieczki zostaje ciężko ranny, jednakże udaje mu się ukryć w rowie melioracyjnym, w którym przeleżał parę godzin. Jeszcze żył, gdy jacyś ludzie przynieśli go do domu.

    Julian jego brat opiekował się Janem w dzień i w nocy, aż do ostatnich jego dni. Pomimo wysiłków lekarza i najbliższych 27 października 1941 r. Jan zmarł w ramionach brata.  Pozostała wdowa z synkiem Wacławem Krzysztofem, który w chwili śmierci ojca miał zaledwie dziewięć miesięcy.

    Przez okres okupacji  niemieckiej Julian Żółtowski otaczał opieką wdowę i jej synka, wysyłając co miesiąc określoną kwotę pieniędzy potrzebną do przeżycia oraz paczki z żywnością i witaminami, które nie były powszechnie dostępne, lecz tylko na „czarnym rynku”.

    Na prośbę Juliana teść jego Władysław Jan Barański artysta malarz wykonał portret zmarłego Jana, umieszczając dedykację na odwrocie portretu: „Moim dzieciom Zofii i Julianowi Żółtowskim – Ojciec”.

    Żoną artysty była pasierbica Józefa Benedykta Żółtowskiego Maria Weber.

    Jak sięgam pamięcią, w każdy Dzień Zaduszny ojciec mój Julian zamykał się w swoim pokoju, zapalał świece przed portretem swego brata Jana i przez długie godziny modlił się w intencji zmarłego i swoich rodziców.

    Dla informacji:  obrazy i rzeźby autorstwa Władysława Jana Barańskiego znajdują się w klasztorze na Jasnej Górze oraz w wielu kościołach na terenie Polski.

    ANNA NOWOTNA-LASKUS z domu  Żółtowska

  • Nekrolog Heleny Łęckiej z Torunia

    Nekrolog Heleny Łęckiej z Torunia

    krzyz_01

    30 kwietnia 2016 r.

    zmarła

    śp.

    Helena Łęcka z Torunia

    o czym zawiadamia siostra Krystyna Hanczewska

    z Berlina

     

    Rodzinie składamy wyrazy najgłębszego współczucia,

    Prezes Związku oraz członkowie zarządu

  • Historia Rodu Żółtowskich – Listy 48 – 51

    Kochany Dziadziu

    Bardzo Dziadzie przepraszam, że Mu na list Jego teraz dopiero odpisuję ale i czasu mi brakowało i dla pewności także już do Czacza pisać wolałem. Paletot Izio już od dość dawna mieć musi, a i inne rzeczy o które mnie prosił zapewne niedługo dostanie. W Czaczu Dziadzio zapewne już znalazł cezury moje miesięczne. Bardzo mi przykro, że nie były lepsze, ale bardzo to trudno tak na początku Roku się uczyć jak później, spodziewam się zatem że Dziadzio w przyszłym miesiącu lepsze odbierze, zwłaszcza w łacinie. Apetyt nie zupełnie mam dobry, to w każdym razie sto razy lepszy niż przeszłego Roku, nic mi też nie dolega i doktor, który mi się co sobota o zdrowie etc. wypytuje, znajduje także, że od przeszłego Roku wielka jest zmiana. Z Polaków dwóch tylko jest w mojej dywizyi Pusłowski i Ramm, obaj z Litwy, ale z żadnym z nich szczególnie nie przestaję. W ogóle Polaków jest około osiemnastu a z nowych tylko dwóch Korytowskich i Skrzyński z Galicyi. Nie mając już więcej czasu kończę całując Kochanemu Dziadzi rączki  i zostając Jego przywiązanym wnukiem.

                                                                                                                                                                Jaś Żółtowski

    ———————————————————————————————————————————————–

    Kochany Dziadziu

    Dzień albo dwa temu Dziadzio zapewne  dostał nasze cezury i może się zasmucił że Izio jeszcze ma dwójkę w greckim ale to może trochę więcej z tego pochodzi że jeszcze koło początku miesiąca trochę był niezdrów i przez jakiś czas nie mógł się uczyć a pomimo że się potem starał zostawioną szparę zapełnić to m u się przecież całkiem nie udało. Ale i ja z łaciny i greki wiem że dobrych cezur nie mam ale pomimo wszelkiego starania życzeniem naszego profesora zadosyć uczynić nie mogę bo nie tylko że ogromnie dużo zadaje ale i nadzwyczaj przy egzaminowaniu jest wymagający.

    Państwo Stefanowie ………..są tutaj i nie tylko że nas do …………… zawołali ale i wczoraj wzięli nas do Wiednia również jak i Wodzickiego i Dzieduszyckiego. Bardzo są dla nas dobrzy  a ich synowie  bardzo grzeczni dla nas. W Wilię Bożego Narodzenia wieczorem zawołali nas do ………………… gdzie teraz mieszkają i sprawili nam wilię na sianie z zupą migdałową i.t.d. Pan Zamoiski każe się Dziadzi pamięci przypomnieć i składa swoje uszanowanie.

                    Ale bardzo przepraszam Dziadzię że przy tem wszystkiem zapomniałem mu na nowy rok powinszować ale właśnie przedtem mówiłem z Iziem że to jeszcze nie czas do Chołoniowa pisać bo tam Nowy rok dopiero 2 tygodnie później, i dlatego Dziadzi winszować zapomniałem. Życzę Dziadzi zatem długich i szczęśliwych lat i samych z powodu nas przyjemności do czego się będę starał o ile możności przyczynić.

                    Całuję Dziadzi kochanemu rączki i zostaję jego przywiązanym wnukiem.

     

    Jaś Żółtowski

    d.27 Grudnia 1885 r. Kalksburg

     

     

    Kochany drogi mój Jasiu.

    Bardzo to dobrze i ładnie że w liście Twoim chcesz nie korzystne cęzury Isia tłumaczyć  i uniewinniać ale zapominasz że Twoje przecież wcale nie świetne właściwie befżiedigend, a w greckiem tylko…………, jest to więc tylko 4 i 5 stopni, a przecież są w Waszej  klasie uczniowie którzy na cenzury ……………,verzilglich a może nawet na ausgczeihnet sobie zasłużyli,  czemuż byście wy takich samych otrzymać nie mogli. Widzisz więc jak koniecznem było Waszych etudów  dla konnej jazdy  nie skracać, kiedy i tak nie macie dostatecznego czasu, aby się dobrze na lekcye przysposobić. Pragniesz Kochany Jasiu abym Ci ułatwił  sprawienie srebrnego serca przed ołtarz Matki Boskiej, ale mi nie donosisz ile to mniej więcej może kosztować, w rzeczach pieniężnych trzeba zawsze oznaczyć ilość o którą chodzi, gdyż  decyzja wszelka zawsze od wysokości potrzebnej sumy zależeć musi. Wtym razie myślę że dziesięć reńskich wystarczy i dla tego  upoważniam Cię do tego wydatku, i w przyłączonym tu bilecie proszę ojca prokuratora aby Ci pieniądze na niego wręczył. Wujcio Xianio  był tu w przeszłym tygodniu ale mnie nie zastał, to właśnie wtenczas byłem w Niechanowie żeby odwiedzić,  cierpiącego stryja  Franciszka odwiedzić, za moim więc powrotem pojechałem zaraz do Kopaczewa, gdzie i Wujcia i Ciocię zastałem. Ale już na samym wyjeździe, bo się bardzo do Chołoniowa spieszyli, gdzie maleńką Zosię zostawili. Pojutrze jadę do Drzewiec więc tam książki do nabożeństwa i album z markami poszukam, a jeżeli znajdę to Ci odeślę. Przez nieuwagę list na odwrotnej stronie papieru zacząłem, ale już go teraz przepisywać nie mogę, gdyżby dzisiejszą pocztą odejść nie zdążył. Ściskam więc Was obudwóch Boskiej we wszyskiem oddając Opatrzności Wasz

                                                                                                                  najprzywiązańszy dziadzia

    Czacz 13/11.1885                                                                                                                                            M.Ż.

     

    Kochany drogi mój Jasiu

    Dziwisz się że wypracowanie za które przeszłym Roku byłbyś dostał vorzülich teraz zaledwo genügent otrzymujesz, a przecież to rzecz słuszna zupełnie, gdyż w miarę jak się w życiu posuwamy i jak nam Opatrzność więcej sądu i doświadczenia udziela tem samem nadaje ludziom prawo stawiania coraz większych wymagań. Tak jest  w życiu a zatem tak tez musi być w szkole, która tem jest doskonalsza im wierniejszym jest całego życia obrazem.  Nie masz więc przyczyny żalić się z tego powodu. Wypada Ci tylko dołożyć wszelkiego starania aby godnie odpowiedzieć wymaganiom, które coraz bardziej posuwające się Twoje lata całkiem usprawiedliwiają. Widzę z Twojego listu że Ci dotąd bardzo markotno, iż lekcyi konnej jazdy nie bierzesz. Pamiętasz zapewne jak od najmłodszych lat Waszych dobieranie odpowiednich dla Was kuców mnie zajmowało, bo uważam konną jazdę za jedną z najużyteczniejszych męskich rozrywek, ale jest ona zawsze tylko rozrywką więc poważniejsze prace muszą przed nią mieć pierwszeństwo, boć można być człowiekiem bardzo użytecznym, chociaż się nie zupełnie prawidłowo konno jeździ, tymczasem bez nauki człowiek ani rodzinie ani krajowi dostatecznie  użytecznym stać się nie może; tam wszystko wyjąwszy jednej cnoty ustępować jej winno. Od Ciebie dowiedziałem się dopiero że Marysia jest u rodziców, wnoszę stąd że mąż jej miejsce swe utracił, bo słyszałem że jego postępowanie nie było wzorowem. Za pierwszą moją bytnością w Drzewcach dowiem się jak ta rzecz stoi i co tylko da się zrobić dla niej zrobię z pewnością, tylko gdyby prosiła o to żeby męża jej przyjąć to by było niepodobieństwem, bo człowiek niewierny nietrzeźwy albo leniwy nie tylko sam staje się nieużytecznym, ale cały ład psuje w gospodarstwie, bo innych złym zaraża przykładem. Ciocia Aniela wraz z Wujciem  przeszły wtorek tu przyjechała Lucia już teraz doskonale chodzi, trzymając się mebli po całem pokoju biega wszystko rozumie ale dotąd wcale jeszcze nie mówi. Wczoraj miałem lisy od Wujcia Xawerego donoszący mi iż szczęśliwie w Skurczu stanęli, zresztą nic więcej ani o sobie ani o Chołoniowie nie  donosi. Jeżeli tam taka pogoda jak u nas to nie tak prędko na lodzie i śniegu będziecie się mogli bawić, bo tu dotąd tak łagodne powietrze, że orać i murować tak jak w lecie można. Ciocia i Wujcio tysiączne Wam przesyłają uściśnienia do których dołącza i Swoje Wasz  najprzywiązańszy dziziadzia.

    Czacz 6/12.85                                                                                                                                                    M.Ż

    ————————————————————————————————————————————————

  • Radość istnienia

    RADOŚĆ ISTNIENIA

    Są tacy moi rodacy, którzy twierdzą,

    że życie jest do chrzanu, kitu i bani,

    a ja się z nimi nie zgadzam proszę szanownej pani.

    Oni nie mają pojęcia bladego,

    co można w tym kraju zobaczyć pięknego.

    Na przykład takie Tatry, albo Bieszczady,

    te góry, a nad nimi chmury, zielone trawy

    i błękitnej wody kaskady, a jesienią:

    drzewa wszystkimi kolorami się mienią,

    brązem, złotem, czerwienią.

    Nie dane mi było być w tamtych stronach,

    lecz jestem pięknem Bieszczad teoretycznie zauroczona,

    chociaż nasi bliźni kochani, mają takie zasady:

    żeby nam obrzydzić życie, to ja na przekór nim krzyczę:

    że piękne, wręcz cudowne jest życie.

                                                   ANNA NOWOTNA-LASKUS

  • Artykuł z Tygodnika Płockiego Nr 24 z 14 czerwca 2016

    W Tygodniku Płockim Nr 24 z dnia 14.06.2016 r,

    ukazał się artykuł redaktor Teresy Radwańskiej – Justyńskiej,

    zatytułowany:

    Przyjechali ze Szwajcarii, Kanady, USA.

    Dzieci, wnuki i prawnuki z Rodu Żółtowskich

    Oto fragmenty tegoż artykułu.

    „Kiedy się spotykają, rozmawiają głównie o wspólnych korzeniach swojego rodu” ……….”Chętnie opowiadają o dzieciach, sukcesach, wnukach, codziennym życiu i planach na kolejne spotkania, które są nieodłączną częścią życia wszystkich z rodu Żółtowskich. W tym roku spotkali się na jubileuszowym XXV zjeździe” ………….. „Właśnie w tym roku niedaleko, w Skępem, zatrzymali się Żółtowscy z całego świata na rodzinnym XXV zjeździe. Czy był on wyjątkowy?… Każdy zjazd jest wyjątkowy, bo możemy spotkać się w jednym miejscu w tak licznym gronie” ……… „Podczas czterodniowego zjazdu w sposób szczególny zostali uhonorowani przodkowie. W kościele w Mochowie podczas mszy świętej odsłonięta została pamiątkowa tablica poświęcona Żółtowskim. Pamięć o przodkach, przywiązanie do tradycji i niewymuszony obowiązek do pielęgnowania tych spraw widać na każdym kroku”…. ..”Każde spotkanie jest dokumentowane – Wciąż poszukujemy tego – co związane z naszymi przodkami, ale także miejscem, w którym jesteśmy. Są takie osoby w naszym rodzie, które zajmują się historią, jak Andrzej Mieczysław z Warszawy. Tacy, którzy zajmują się genealogią, wiedzą, jakie gałęzie były w Wielkopolsce, jakie na Mazowszu. Michał Żółtowski z Łodzi, którego z nami już nie ma, wydał książki z genealogią rodu.”………. „Pierwszy założycielski zjazd odbył się w Skierniewicach w 1992 roku – mówi Mariusz Żółtowski ze Sztumu prezes związku”  ………”Czego szukamy podczas naszych spotkań? Przede wszystkim powiązań rodzinnych. Jeżeli sięgniemy do historii najdawniejszej, Żółtowscy na Mazowszu to początek XV wieku. Teraz puzzle, które rozleciały się po całym świecie, próbujemy złożyć w cały obrazek. Po to się spotykamy, aby się łączyć, takie było przesłanie, na które wielką uwagę zwracał Michał senior z Lasek.”………”Na tegorocznym zjeździe było już czwarte pokolenie Żółtowskich. – Jesteśmy rodem, którego historia przetrwała także dlatego, że wszyscy bardzo się przyjaźnimy. Staramy się sobie pomagać, wspierać. Doroczne spotkania wyznaczają nasz kalendarz”…….. ”u nas istnieje miara czasu od zjazdu do zjazdu” ……… „Co jest bardzo znamienne, że nasze dzieci, wnuki są tu z wewnętrznej potrzeby – mówi Bogusława Żółtowska z Białej w gminie  Stara Biała,  koło Płocka, wiceprezes związku i rodowy zbieracz rodzinnych pamiątek. A Bożena z Warszawy dodaje, że w rodzinie jest wiele serdeczności – Nie ma gniewów i dąsów. Nasze powitania i pożegnania są bardzo wymowne. Łzy płyną, kiedy się witamy, łzy płyną, kiedy się żegnamy.”…………….”Plany na przyszłość? – Chcielibyśmy się dalej spotykać. Nawet jeśli ze względu na wiek pewne osoby wykruszą się i przyjedzie tylko pięćdziesiąt osób, to zjazd i tak się odbędzie. Z pewnością będą kolejne plany wydawnicze – zapewniał Rafał Żółtowski.”

  • Obrazek z pamięci

    Mam w pamięci dom moich teściów  Janiny i Kazimierza Żółtowskich stojący na obrzeżach miasta Kutno, przy ulicy Józefów.

    Droga do niego prowadziła od lecznicy dla zwierząt w kierunku rzeki Ochni. Mały drewniany biały domek, jak w nostalgicznej, pięknej   piosence śpiewanej przez Mieczysława Fogga. Nazwa ulicy jest ciekawą historią naszego miasta. W 1869 r.  pradziadkowie mojego męża nabyli grunty od dziedzica wsi Łąkoszyn i nazwali je imieniem pierwszego dziecka, czyli córki Józefy. Osadę nazwano Józefów i włączono do Kutna w 1933 r. gdzie wkrótce nazwano ją ulicą.

    Dom wybudowali pod koniec XIX wieku dziadkowie Kazia. Okolony wysokimi drzewami brzozowymi oddychał migającymi listkami. Wydawał się taki maleńki. Po lewej stronie prowadziła długa aleja bzów i jaśminów. Przed domem ogródek z rosnącymi wysokimi malwami, niezapominajkami, bławatkami i intensywnie pachnącą latem maciejką. Za ogródkiem po drugiej stronie ścieżki rósł zagajnik, który był przystanią dla śpiewających ptaków. Noce były ciemne, romantyczne, pełne gwiazd. Ten piękny bajkowy krajobraz uwidocznił na płótnie w 1983 roku kutnowski malarz Edward Bobrzak.

    Płótno obrazu  zakupiła od pana Edwarda teściowa. Obraz jest naszą najcenniejszą rodzinną pamiątką.

    Sfotografowaną mam w pamięci łąkę za domem, obrośniętą wysoką kiściastą trawą, po której biegała beztrosko moja mała córeczka Agnieszka z wielką, plażową piłką, zachęcając do zabawy mnie i Kazia.

    Dom już nie istnieje, nie ma też brzóz, a wydawały się mocno wrośnięte w ziemię. Tylko rzeka Ochnia płynie w tym samym kierunku.

    Obecnie przez siedlisko gospodarstwa  przechodzi trasa, łącząca duże osiedla mieszkaniowe.

                       Za każdym razem, gdy przejeżdżam tą drogą,  wyobrażam sobie, że wjeżdżam do środka domu, mijam sień, kuchnię, pokój i jadę dalej, zostawiając tam moich teściów, którzy zza chmurki patrzą zdziwieni, że przez ich dom prowadzi ruchliwa trasa, a na łące stoją duże zachodnie firmy.

    ELŻBIETA ŻÓŁTOWSKA  z Kutna

     

     

  • Wspomnienie o moim ojcu Edwardzie Żółtowskim

    Zdjęcie Ojca Halina z Podkowy 123Na świat przyszedł w rodzinnym majątku w Żołnowie 3 lutego 1920 roku  we wsi położonej w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie Nieszawa. Jego ojcem był Franciszek Żółtowski, mamą – szlachcianka Helena Żółtowska z rodu Skibińskich. Tata miał troje rodzeństwa: starszego brata Czesława i dwie młodsze siostry Alinę i Zenobię. W moim rodzinnym domu niewiele się mówiło o arystokratycznym pochodzeniu czy powiązaniach rodzinnych, ponieważ, chcąc pozostać po 1945 roku w wojsku, Tata podał o sobie niezupełnie prawdziwe informacje, a i tak był ciągle inwigilowany przez władze komunistyczne, które nie wierzyły w jego oświadczenia o pochodzeniu inteligencko–chłopskim.  Po latach zaprzyjaźniony z Tatą  „kadrowiec” pokazał mu jego teczkę personalną, na której widniał duży czerwony znak zapytania, postawiony na niej w czasach stalinizmu. Oznaczało to tylko jedno, że gdyby po 1956 roku nie nastąpiła tzw. odwilż,   wyrzucono by go z wojska, a niewykluczone, że jako wróg ludu trafiłby śladem innych do więzienia.

    Ojciec wychowywał się w atmosferze przedwojennego domu ziemiańskiego. O dzieciństwie i okresie młodzieńczym wiem niewiele. Mówiono, że był pracowity, ambitny, chętnie i dobrze się uczył, był ciekawy świata. W Konecku uczęszczał do szkoły podstawowej i ogólnokształcącej i jeszcze przed II wojną światową zrobił tzw. dużą maturę. Zaraz potem  wybuchła wojna, która zasadniczo zmieniła zarówno Jego świat, jak i świat pozostałych rodaków.

    W 1939 roku tak jak wszyscy młodzi mężczyźni został powołany do Wojska Polskiego. Był uczestnikiem wojny obronnej, a dowodzony przez niego pluton brał udział w walkach z niemieckim najeźdźcą w rejonie Torunia, Włocławka, Kutna i w Łasku. Po klęsce wrześniowej działał wraz ze starszym bratem w partyzantce i z tego powodu  obaj musieli się ukrywać. Pod przybranymi nazwiskami zatrudnili się w cukrowni swojego wujka w Dobrym. Rodzina Żółtowskich została przez Niemców wykwaterowana ze swojego domu , który znajdował się w okolicach Łowiczka. Dom ten stał się siedzibą rezydujących w tamtej okolicy Niemców. Niemcy aresztowali dziadka Franciszka, chcąc dowiedzieć się, gdzie przebywają jego synowie. Po kilku miesiącach aresztu rodzinie udało się dziadka „wykupić”, ale nie odzyskał on już nigdy dawnej formy i w krótkim czasie zmarł. O działalności partyzanckiej Taty nic więcej nie wiem, ponieważ cała rodzina zgodnie milczała na ten temat po wojnie, obawiając się represji.

    Kiedy Wojsko Polskie, idąc na Berlin, dotarło w okolice Nieszawy, Dobrego i Torunia, Tata mój dołączył do nich i pomaszerował z wojskiem na Berlin – już jako żołnierz Ludowego Wojska Polskiego. Do Berlina doszedł i od kwietnia 1945 roku całe swoje życie związał z Ludowym Wojskiem Polskim. W drodze powrotnej został skierowany w okolice Szczecina gdzie dowodził  plutonem moździerzy, a następnie kompanią 41. pułku piechoty 12. DP, w 1946 roku uzyskał stopień ppor. piechoty. Otrzymał też odznakę i tytuł „Kościuszkowca” – Bojowej Jednostki I. Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej Wojska Polskiego.

    Za ten okres służby wojskowej odznaczono go medalami: „Za udział w Wojnie Obronnej 1939”,  brązowy medal  „Zasłużony na Polu Chwały 1944”, oraz  „Za udział w walkach o Berlin”.

    Jeszcze w czasie wojny (pomimo zakazu Niemców) ożenił się z Lucyną Duszyńską – moją Mamą. Ślubu udzielił im zaprzyjaźniony ksiądz, (dziadek Franciszek wybudował miejscowy kościół), a o tym fakcie przypomniał naszej rodzinie ksiądz proboszcz, kiedy chowaliśmy naszą ciocię Zenobię (Taty siostrę), i nie chciał przyjąć od nas pełnej, zwyczajowo pobieranej za pochówek opłaty.  Akt ślubu ukryli pod drzewem na terenie parafii. Mama pochodziła z poznańskiego. Na Kujawach znalazła się przez przypadek, ponieważ jej ojciec Władysław Duszyński wybudował i uruchomił w 1936 roku pensjonat w Ciechocinku (nota bene upaństwowiony w 1956 roku – nowym właścicielem zostało Polskie Biuro Podróży „Orbis”, a dom znajdujący się na posesji,  przeznaczony  na mieszkania dla pracowników zatrudnionych w pensjonacie, przejęła we władanie miejscowa organizacja PZPR –  i tak zakończyła się jedna epoka, a rozpoczęła druga).

    Rodzice mieli tylko jedno dziecko – mnie, urodzoną w Aleksandrowie Kujawskim 15 maja 1947 roku Halinę Zofię Żółtowską (później noszącą kolejno nazwiska Fijałkowska, Susłow i Janiszewska). W czasie moich narodzin Tata na stałe przebywał już w Warszawie, gdzie pracował i uczył się. Mama chciała urodzić dziecko, będąc wśród bliskich, a bliscy mieszkali w Ciechocinku, więc urodziłam się w najbliższym od Ciechocinka szpitalu z oddziałem położniczym, czyli w Aleksandrowie Kujawskim.

    Jak już wspomniałam, w 1947 roku Tata wrócił do Polski centralnej i podjął studia w Akademii Sztabu Generalnego w Rembertowie. Dyplom ukończenia ASG WP uzyskał w sierpniu 1952 roku. Pozostał już w Akademii i poświęcił się działalności naukowo-badawczej. W tej najstarszej wyższej uczelni Polskich Sił Zbrojnych był między innymi starszym pomocnikiem szefa Oddziału Naukowo-Badawczego uczelni, a następnie pracował na stanowisku docenta zastępcy szefa Oddziału Naukowego ASG WP. W 1958 roku otrzymał tytuł oficera dyplomowanego. Stopień pułkownika WP otrzymał 1962 roku.

    W 1962 roku uzyskał tytuł doktora nauk wojskowych, broniąc pracę doktorską pt. „Zaskoczenie w II wojnie światowej”, a następnie się habilitował. Na podstawie pracy doktorskiej napisał potem książkę pt. „Zaskoczenie w wojnie współczesnej”. I tu ciekawostka: Melchior Wańkowicz w książce „Wojna i pióro” (Wydawnictwo Literackie.1978, str. 118), analizując „o ile cięższe wymogi nerwom ludzkim będzie stawiać wojna atomowa”,  powołuje się na ocenę tej kwestii  zawartą w książce mojego Taty „Zaskoczenie w wojnie współczesnej” i przytacza cytat z tej książki. W kolejnych latach pracy w ASG WP  Tata habilitował się i otrzymał tytuł doktora habilitowanego nauk wojskowych.

    W 1975 roku odszedł z ASG WP, przeniósł się do Sztabu Generalnego WP i został powołany na stanowisko redaktora naczelnego redakcji czasopisma „Myśl Wojskowa” oraz Biuletynu Informacyjnego Sztabu Generalnego WP. Pomimo odejścia z ASG w dalszym ciągu współpracował z uczelnią. Funkcję redaktora naczelnego pełnił do czasu odejścia ze służby, czyli do 23 stycznia 1985 roku. Przechodząc w stan spoczynku, nie zakończył pracy naukowej, pracował nadal na stanowisku starszego specjalisty kierownika w Sztabie Generalnym WP i pracownika naukowo-badawczego Instytutu Badań Strategiczno-Obronnych Akademii Sztabu Generalnego WP.

    Ojciec mógł się poszczycić całkiem sporym dorobkiem naukowym. Jest autorem kilku książek i wielu artykułów o tematyce wojskowej. Jedne z ważniejszych to: współautorstwo w opracowaniu  powojennej historii Wojska Polskiego pt. „Rozwój Ludowego Wojska Polskiego w latach 1945-1983” oraz  „Mała Encyklopedia Wojskowa” (trzy tomy), poza tym jest autorem książek:  „Kto, kiedy, dlaczego? O wojsku i obronności kraju”, jak również  „Zaskoczenie w wojnie współczesnej” i jeszcze kilku innych.

    Otrzymał też wiele orderów i medali, lista jest długa, wymienię najważniejsze:

    • Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski  otrzymał w 1968 r.,
    • Medal Komisji Edukacji Narodowej,
    • Order Sztandaru pracy II klasy otrzymał w 1983 r.

    Pomimo osiągnięć naukowych i zajmowania etatu generalskiego kariera jego była hamowana. Uważam, iż przyczyna tkwiła w nie wyjaśnionym znaku zapytania na teczce personalnej, w ziemiańskim pochodzeniu  niemile widzianym w tamtych czasach  oraz braku zaangażowania w socjalistyczną ideologię (starał się omijać w swoich pracach tematy ideologiczne, koncentrując się na czysto wojskowych).

    Jako Ojciec był cudowny – ciepły, wyrozumiały, cierpliwy, zawsze znalazł wytłumaczenie.  Potrafił wytłumaczyć także Mamie,   dlaczego jego kochana córeczka narozrabiała. Dbał o rodzinę zarówno najbliższą, jak i dalszą. Dużą wagę przywiązywał do wykształcenia nie tylko  mojego czy też swojej wnuczki, ale także dopingował do podnoszenia kwalifikacji podległych mu pracowników. Pracownicy bardzo go lubili, szanowali i szczerze chwalili, był dla nich prawdziwym autorytetem. Dbał o nich i zawsze walczył o ich interesy. Sam był skromny i raczej nieśmiały. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, służący mądrymi radami.

    Był cudownym mężem – zarówno dla mojej Mamy, która zmarła nagle w 1969 roku wskutek pęknięcia tętniaka aorty płucnej, jak i dla drugiej żony Zofii, którą poślubił  dwa lata później i z którą był do końca swych dni. Zosia miała dwoje dzieci syna Zbigniewa i córkę Lidię oraz dwójkę wnuków. Dzieci Zosi i jej wnuki uwielbiały mojego ojca, był dla nich wzorem ojca i przyjaciela.  Lubił podróże, ale najchętniej już pod koniec życia czas spędzał na działce, niedaleko domu, zajmując się ogrodnictwem i ciesząc życiem rodzinnym. Nie lubił wracać wspomnieniami do młodości, chyba że opowiadał o mojej Mamie.  Był dobrym psychologiem.  Lepiej wiedział, jak postąpię, niż ja sama – znał mnie jak nikt inny. Nie tylko mnie znał.  On mnie także rozumiał. Oboje byliśmy uparci, więc nieraz mieliśmy różnice zdań, ale miałam w nim ogromne oparcie, był moim wychowawcą, nauczycielem i prawdziwym przyjacielem.

    Wojsko to nie tylko ciężka i odpowiedzialna praca, to samo życie z wszelkimi jego przejawami – tragedii i humoru. Przytoczę zabawną historyjkę: Mój Tata w towarzystwie komendanta ASG gen. Kuropieski szedł na obiad do miejscowego kasyna, obydwaj po cywilnemu. Wcześniej gen. Kuropieska wydał zakaz sprzedawania w kasynie żołnierzom wódki. Przed kasynem stoi żołnierz i zwraca się do obydwu panów z prośbą o kupienie mu pół litra wódki, bo „taki, nie taki komendant wydał zakaz sprzedawania alkoholu”. Tata zamarł, a gen. Kuropieska mówi, „daj pieniądze zaraz kupię”, żołnierz dał i stoi w towarzystwie Taty czekając na pół litra.  Wraca gen. Kuropieska podaje wymarzoną butelkę i mówi do szeregowca: „masz i żebyś mi więcej nie wysyłał generała po wódkę!”.

    Dr hab. płk Edward Żółtowski zmarł 5 lipca 2005 roku w wieku  85 lat. Pochowany został w asyście kompanii honorowej Wojska Polskiego na cmentarzu na Wólce Węglowej (taką decyzję podjęła Jego żona – nie chciała pochować Taty na Powązkach Wojskowych) w Warszawie, po pięknej wojskowej ceremonii pogrzebowej w Katedrze Wojska Polskiego przy ul. Długiej. Towarzyszyła mu w tej ostatniej drodze cała rodzina, w tym żona Zofia i jej dzieci oraz wnuki, pisząca te słowa Halina ( jedyne jego dziecko), jedyna wnuczka Anna Czepkowska oraz prawnuczka Magdalena Czepkowska.

    HALINA z ŻÓŁTOWSKICH  JANISZEWSKA

    z Podkowy Leśnej

     

  • Krótkie serdeczne rodzinne spotkanie

    DSC_0296 Rafał 82,jpgW czerwcu tego roku odbyłem podróż do moich dzieci w Chicago.

    Jadąc samochodem obok domu Wieśka Żółtowskiego, zobaczyliśmy, że stoi w drzwiach i spogląda, kto to do niego podjechał. Już nas nie puścił. Zaprasza do domu. Chce pokazać, jak mieszka. My się bronimy, a zwłaszcza Lidka moja synowa, gdyż godzinę wcześniej buszowała po polu z truskawkami i ręce wiadomo jak to po zbiorach. Została w samochodzie, a ja z Romkiem i Natalką daliśmy się wciągnąć do domu.

    No cóż, piękny dom! Trudno mi opisać to wszystko. W piwnicy ma swoją leśniczówkę, jak sam to miejsce nazywa. Dużo choinek tworzących las, liczne trofea, rogi i wypchane zwierzęta. Tam Wiesiek odpoczywa w ciszy i spokoju. Pokazywał mi gablotę z jego odznaczeniami i orderami otrzymanymi z rąk trzech prezydentów Polski: Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego. Różne dyplomy, podziękowania, prezenty. Tuż opodal leśniczówki ma osobisty bar z napojami. Gazowane i niegazowane i te, po których wychodzi się na gazie. Po chwili pobiegł po Lidkę. Przyprowadził  do domu, gdzie umyła ręce i ponownie oprowadził po swym majątku. Dwa tygodnie wcześniej był ślub córki. Koniecznie musieliśmy posmakować weselnej żurawinówki i cytrynówki. Było nam po tym bardzo ciepło.  Wiesiek nas ładnie i ciepło przyjął. Dziękujemy Ci, Wiesiu, za radosne przyjęcie, niezapowiadane serdeczne i bardzo miłe.

    Rafał, Romek ,Lidka i Natalka Żółtowscy

    Do zobaczenia w kraju.

    RAFAŁ z Korycina

     

     

  • Narodziny Leona Żółtowskiego

    Narodziny Leona Żółtowskiego

    29 sierpnia 2015 r. urodził się w Szczecinie

    LEON ŻÓŁTOWSKI

    Szczęśliwymi rodzicami są

    Oliwia i Michał Żółtowscy ze Szczecina

    DSCN2055

  • Choroba ojca i małe kłamstwo – Życiorys mój (odcinek XI)

    Muszę się cofnąć do początku 1971 roku, jeszcze przed moimi egzaminami na studia. Pracowałem wtedy w Katedrze Histologii i Embriologii Akademii Medycznej w Warszawie w charakterze wolontariusza, zdobywając dodatkowe dwa punkty do egzaminów. Mój ojciec Romuald był zastępcą dyrektora Centralnego Zarządu Dróg Publicznych w Warszawie w Ministerstwie Komunikacji. W tamtych czasach był to drugi co do wielkości budynek po Pałacu Kultury – u zbiegu Wspólnej i Chałubińskego. Pewnego dnia rodzina nasza doznała szoku.

    Ojciec mój często wyjeżdżał za granicę służbowo. Pewnie dlatego  jeździł tak często, gdyż jako jeden z nielicznych znał obce  języki. Po kilku dniach pobytu na Węgrzech dostał zawału serca. Dowieźli go do najbliższego szpitala i został tam sześć  tygodni. Mieszkanie bez niego   w Warszawie było puste i smutne. Łączność telefoniczna, w tamtych latach była wyjątkowo zła. Przez sześć tygodni udało się nam porozmawiać z nim tylko dwa razy.

     Wrócił do domu pociągiem w towarzystwie lekarza. Taki zwyczaj był na Węgrzech, że chorego do domu ze szpitala odwoził lekarz. Myślę, że dla tego lekarza wyjazd do Polski, to była nie lada okazja. Na Węgrzech wtedy była papryka i pomidory, ale nie było pościeli. Rodzice chcieli lekarzowi wynagrodzić jego trud i gdy mama zaproponowała pościel, to wręcz szalał z radości. Byłem jeszcze młody i nie obeznany z rynkami europejskimi. Do NRD jeździło się po walizki, do Czechosłowacji po buty i rękawiczki skórzane, na Węgry nad Balaton, do Bułgarii z kremem Nivea, a do ZSRR pociągiem przyjaźni na festyny i wiece. Kto był wybitnym aktywistą, mógł się załapać na Hawanę.

    Po powrocie ojciec miał dłuższy urlop. Wyjeżdżaliśmy częściej do Przewięzi, by tam dochodził do siebie w puszczy nad jeziorami. Wówczas, by wypłynąć łódką czy kajakiem na wodę, należało mieć kartę pływacką. Ja miałem, bracia też, ale ojciec i mama nie mieli. Postanowiliśmy wyrobić ojcu kartę, gdyż bał się po zawale sam płynąć 200 metrów. Znaliśmy młodego ratownika, mniej więcej w naszym wieku, który nadzorował plażę i egzaminował na kartę pływacką. Wiedział, że ja i Michał mamy karty pływackie, ale o Jacku, osiem lat ode mnie młodszym bracie, nic nie wiedział. Gdy ja miałem 20 lat, to on 12, więc w tak dorosłym towarzystwie się nie liczył,  ratownik go nie znał. Za to dobrze pływał. Zaprowadziliśmy go na egzamin, tłumacząc, że nie ma karty, a ma już skończone 14 lat. Skłamaliśmy. Ratownik kazał mu popłynąć do pala, do którego mocowano tratwy, i z powrotem. Popłynął. Więc ratownik za długopis i wpisuje jego dane: Romuald Żółtowski, Warszawa, adres, rok urodzenia 1921. Już to napisał, gdy naraz pyta. „Ty! Kiedy ty się urodziłeś?” „A niech tak zostanie – mówi Jacek – a czy to takie ważne?”

    Zorientował się, o co chodzi, i tylko spytał, czy ojciec rzeczywiście umie pływać. Tak więc tatuś i mama, gdy mieli ochotę, pływali sobie wzdłuż brzegu, nie obawiając się Milicji Wodnej, która patrolowała motorówką nawet trzy razy dziennie brzeg naszej plaży.

    Drugi raz do Przewięzi pojechałem we wrześniu. Stefania o tym nie wiedziała. Zaczęła rok szkolny, już maturalny. Odwiedziłem ją w domu, ale była w szkole. Ciotka mnie zlustrowała od dołu do góry.

    Podejrzewam, że wywnioskowała, iż we wrześniu pomocy w krawiectwie już nie będzie.

    Poszedłem do szkoły i poprosiłem woźnego, by wywołał Stefanię z lekcji. Słyszę, jak idzie po korytarzu szkolnym i mówi do woźnego: „Tutti frutti, już ja panu wierzę, że ktoś do mnie przyjechał”. Nagle staje ze mną twarzą w twarz. Zdziwiona pyta: „Co ty tu robisz?” „Przyjechałem do Ciebie”. Radość i śmiech. Było to we wrześniu 1971 roku. Krótko napiszę – było fajnie! Stenia przyjeżdżała do mnie, jak tylko miała wolną chwilę. Dużo pływaliśmy po jeziorach i suszyliśmy zebrane grzyby. Odrabiałem jej lekcje, bo  mnie to szybciej szło. Koniec września i trzeba było wracać. Studia tuż-tuż. O nich napiszę w następnym odcinku.

                                  

     RAFAŁ  z  Korycina