Tag: Nr 100

  • Michał Żółtowski – Michał z Lasek – Michał Senior wspomnienie

    MICHAŁ ŻÓŁTOWSKI – MICHAŁ Z LASEK –  MICHAŁ SENIOR

    WSPOMNIENIE

    Z okazji XXX-lecia Związku Rodu Żółtowskich chciałam się podzielić moim wspomnieniem o Michale Żółtowskim z Czacza, które spisałam sobie wiele lat temu.

    Paulinka z Michałem

    22 grudnia 2021 mija już 12. rocznica śmierci Michała. Mimo upływu lat, Michał jest ciągle w moim sercu i mojej pamięci. Tęsknię   za nim. Za jego dobrocią i serdecznością. Za czasem który poświęcał nam – dzieciom i młodzieży, za przepięknymi historiami, którymi się dzielił z nami na Zjazdach. Chciałabym się podzielić kilkoma moimi wspomnieniami związanymi z Michałem, tak ja Go pamiętam, może mniej z perspektywy jego zasług dla Ojczyzny, Związku Rodu Żółtowskich, czy dla niewidomych, o których wszyscy wiemy, bardziej z perspektywy ludzkiej, emocjonalnej, z perspektywy dziewczynki (głównie), na której zrobił niesamowite wrażenie

                Był to niezwykle skromny, ciepły człowiek o delikatnym przyjemnym głosie i pięknym sercu. Uwielbiał opowiadać, zabierał w inny świat. Potrafił zaciekawić młodzież. Michał opowiadał fascynujące historie ze swojego życia, o swoich braciach, którzy zginęli w czasie wojny, o rodzinnym domu, o rodzicach, o nauczaniu, o wychowaniu … Było też mnóstwo historii o myśliwych. Pamiętam, że wiele z tych historii dotyczyło jego ojca, którego bardzo kochał i który był dla niego wzorem i autorytetem… To przypomina mi trochę opowieści mojego dziadka o swoim ukochanym ojcu, a moim pradziadku, który był bardzo szanowany i lubiany. Dziadek wspominał też o „słowie Żółtowskiego”, które dane przez pradziadka coś znaczyło.

                Mam taki obraz przed oczyma, Michał, wysoki, lekko zgarbiony starszy pan w skromnym garniturze otwiera kluczem swój pokój, obiecuje komuś, że później jeszcze przyjdzie, opowie kolejną historię, wysłucha… Musi tylko chwilę odpocząć. Albo Michał, który siedzi i snuje swoje opowieści i otacza go wianuszek zasłuchanej młodzieży. Michał, który z uwagą z kimś dorosłym rozmawia, śmieje się, dyskutuje, wspiera dobrym słowem, serdecznie ściska dłonie. Każdemu był w stanie poświęcić chwilę, wszystkich traktował serdecznie, z szacunkiem, nie dzielił ludzi, łączył. Z drugiej strony, pamiętam, mimo że byłam dzieckiem, że nie ze wszystkim się zgadzał, i zawsze śmiało wyrażał swoje zdanie, nie obrażając przy tym nikogo. Myślę, że był taką osobą, która przyciągała do siebie ludzi, ale też taką z której zdaniem wszyscy się liczyli, mieli respekt.

     Pamiętam jak go odwiedziliśmy z dziadkiem w podwarszawskich Laskach. To był ostatni raz jak go widziałam, był już bardzo schorowany, widać było, że cierpiał, z trudnością się poruszał, ale niezmiennie uśmiechał się ciepło i łagodnie. Bardzo ucieszył się, że przyjechaliśmy. Był w trakcie pisania kolejnej książki, powiedział, że opowie nam fragment niezwykłej historii…, pamiętam jak mu się zaświeciły oczy, pojawiły się rumieńce na twarzy… W pewnym momencie przerwał jedną z zaczętych historii, nie chciał zdradzić wszystkiego, powiedział, że to będzie niespodzianka, że koniecznie musimy przeczytać. Z przyjemnością go słuchaliśmy, jak zawsze. Nawet mój dziadek zamilkł oczarowany, a zazwyczaj nie dawał innym dojść do słowa. Dziadek zawsze był pod ogromnym wrażeniem Michała, zresztą trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś nie był. Dziadek się tylko „burzył” jak to jest, że zwracam się do Michała po imieniu, że to nieładnie, że nie wypada…ale wszyscy się tak zwracali, tak sobie Michał życzył… A ja jako dziewczynka byłam niezwykle dumna, że mogę się do kogoś takiego zwracać po imieniu, mając jednak świadomość, że  to nie jest mój kolega, z należytym szacunkiem, nawet mogłabym powiedzieć, że z uwielbieniem 🙂

                Pamiętam, że na Zjazdy Michał przyjeżdżał z Bożeną Wandą z Warszawy.

    Zawsze na początku zjazdów pytałyśmy z siostrą w recepcji, gdzie mieszka Michał. Jaki Michał? Skąd? – Nooo Michał SENIOR – odpowiadałyśmy chórem, oburzone, że panie recepcjonistki nie mają pojęcia o Kim mówimy, śmiały się. Podśmiewali się też inni, z dziewięciolatki, która z powagą i niekrytym podirytowaniem pytała o Michała SE-NIO-RA. To musiało być komiczne. Albo jak Michał się gorzej czuł, zgłosiłam się, że zaniosę mu śniadanie do pokoju, oczywiście poprosiłam panie kucharki o śniadanie dla Michała SE-NIO-RA. 

                Któregoś dnia przysiadłyśmy się z mamą do stolika Michała. Mama robiła wtedy chyba jeden z reportaży o Michale i o Związku i „wypaliła”, że ja jestem w Michale „zakochana”, że ciągle o nim mówię, a Michał się tylko zaśmiał, że kiedyś mi przejdzie. Nie przeszło. Bardzo za nim tęsknię, brakuje mi go w moim dorosłym życiu, na Zjazdach…

    Gdyby żył, to myślę, że mogłabym go zapytać o wiele nurtujących mnie rzeczy.. Bardzo chciałabym móc z nim porozmawiać teraz, kiedy jestem już bardziej ukształtowana, dojrzalsza… Wiem, że wielu ludzi dzieliło się z nim swoimi troskami, problemami, nigdy nie odmawiał pomocy, zawsze służył radą i dobrym słowem…

                O wielkości Michała świadczyła również jego niezwykła skromność. Przecież pochodził z bardzo zamożnej rodziny z arystokratycznymi korzeniami…, jego rodzice  mieli kilka majątków, służbę, konie… Nie był jednym z tych, którzy niewiele tak naprawdę sobą reprezentując, wywyższają się, chełpią swoim bogactwem materialnym, czy pochodzeniem… Był niezwykle skromny, pełen pokory wobec życia, Boga i ludzi. Świadczyło o tym jego zachowanie, to jak żył – w zakładzie dla niewidomych w Laskach mieszkał w jednym z niewielkich pokoi, gdzie stało łóżko i biurko, nawet jego ubiór schludny ale jednak bardzo skromny. Każdy chyba kto spotkał Michała, po chwili wiedział, że ma do czynienia z kimś niezwykłym.. Myślę, że każdy ulegał jego czarowi.

                Na jednej z wycieczek zjazdowych, pojechaliśmy do Czacza. Michał opowiadał, oprowadzał, był wzruszony. Pamiętam w urywkach historie „Damy bez głowy”, którą opowiadał zwiedzając Czacz. Słuchaliśmy tej historii z otwartymi ustami.

                Kiedyś jadąc na wakacje po drodze odwiedziłyśmy Michała w Laskach z mamą, z Kamilą i z naszą kuzynką…  Michał, uprzedzony, że przyjedziemy, powiedział mamie, że będzie miał dla nas przepyszny miód. Jak już przyjechałyśmy, przygotował dla nas-dzieci zadania, zagadki, powiedział, że nie będzie tak łatwo, że dziewczynki muszą obiecany miód sobie najpierw znaleźć. Ukrył go gdzieś i dał nam kilka wskazówek… Udało się nam go odnaleźć, a miód rzeczywiście był przepyszny. Laski, gdzie mieszkał Michał miały swój czar. Zawsze lubiłam tam wracać. Lasy, spokój, cisza… Taka przystań.

                Michał pisał pełne serdeczności listy do „Urszulki” – mojej mamy, zawsze byłam w stanie rozpoznać jego pismo.

                Kiedy dowiedziałam się o śmierci Michała ogarnął mnie głęboki smutek, miałam wtedy 18 lat, to było na dwa dni przed Bożym Narodzeniem.. Już kilka miesięcy wcześniej wiedziałam, że Michał choruje, bardzo się martwiłam gdy usłyszałam, że któregoś dnia zasłabł tam w Laskach i upadł… Z drugiej strony dożył pięknego wieku i myślę, że był darem dla wszystkich tych którzy mieli to szczęście go spotkać w swoim życiu…

    Pogrzeb Michała był niezwykły. Był biskup Macharski, dużo osobistości …O Michale wspominali Żółtowscy, strażacy, przyjaciele … Potem siostrzyczki zakonne przegotowały posiłek i zaprosiły wszystkich, żeby powspominać Michała… Niestety nie mogliśmy zostać.. Michał ma skromny prosty grób z drewnianym krzyżem, jak wszyscy pochowani w Laskach. Jak dla mnie ten grób jest przepiękny w swojej prostocie.

                Mam nadzieje, że to, że znałam kogoś takiego jak Michał chociaż w niewielkim stopniu wpłynęło na to kim jestem dziś… Szkoda, że mój synek oraz kolejne pokolenia Żółtowskich nie będą mogły tego doświadczyć.

    Michał z Ulą z Warszawy

                23 października ubiegłego roku odeszła kolejna bardzo ważna dla mnie osoba – mój ukochany dziadek – Edward Żółtowski. Dziadek był najwspanialszym dziadkiem jakiego można sobie wymarzyć, troskliwy, wesoły, towarzyski, lubiany przez wszystkich… To z dziadkiem zawsze chętnie jeździłyśmy z siostrą na Zjazdy. Niezwykle silny człowiek, który nigdy się nie poddawał i zawsze dążył do wyznaczonych sobie celów, całe życie był uczciwym człowiekiem, takim na którym wszyscy mogli polegać, dla którego rodzina była najważniejsza. Dziadek miał też ogromną pasję do swojej pracy, dzięki czemu osiągnął dużo w swojej dziedzinie, pracował na kierowniczym stanowisku w firmie STOEN – miał na swoim koncie wiele patentów i wynalazków, był bardzo ceniony i podziwiany przez swoich pracowników oraz współpracowników- nawet jak dziadek odszedł na emeryturę utrzymywali z nim stały kontakt.

    PAULINA  TOMASZEWSKA z Warszawy

     córka Urszuli Żółtowskiej-Tomaszewskiej i wnuczka Edwarda Żółtowskiego

  • Rozmowa z Jarosławem Żółtowskim ze Skierniewic

    Jarku, w ubiegłym 2021 roku świętowaliśmy w Skorzęcinie jubileusz 30. zjazdu Związku Rodu Żółtowskich.  Inicjatorem i jednym z założycieli był Twój ojciec Zbigniew. Czy mógłbyś przybliżyć nam tamten czas? 

    Mój ojciec przypadkiem poznał Wacława i jego syna Michała Żółtowskich z Łodzi, którzy go odwiedzili w Skierniewicach. W trakcie tej wizyty, która odbyła się jesienią 1991 roku i ja miałem okazję ich poznać. 

    I tak to się zaczęło. W Laskach doszło do wspólnego spotkania mojego ojca z młodym studentem  Michałem z Łodzi, Michałem seniorem  oraz z innymi Żółtowskimi, z którymi ojciec zdążył już nawiązać kontakt.  Tak narodziła się idea powołania, a właściwie  reaktywacja Związku Rodu Żółtowskich. Na spotkaniu  w czerwcu 1992 roku postanowiono zwołać zjazd organizacyjny związku, który odbył się 6 września tego samego roku w domu moich rodziców w Skierniewicach. Przybyli Żółtowscy ze wszystkich stron Polski. 

     Ojciec był bardzo szczęśliwy. Spełnił swoje marzenie, którym było ponowne zjednoczenie  Żółtowskich, 

    a ich wspólne korzenie wywodzą się z Żółtowa. 

    Powołano Związek Rodu Żółtowskich. Opracowano Regulamin. Ojciec został sekretarzem i skarbnikiem. Sprawy organizacyjne były jego pasją, więc z legalizacją związku nie było problemu. Pracował w Ratuszu i miał dostęp do wykazów nazwisk. Wyszukiwał Żółtowskich, pisał do nich listy, wyjaśniał sprawę powołania Związku Rodu Żółtowskich, i zapraszał  na zjazd. 

    Na drugi zjazd w Zajączkowie w  1993 roku, wybrałem się z żoną i dwójką naszych dzieci. Byłem mile zaskoczony przyjazną  atmosferą tego spotkania. Tak jakbyśmy znali się od dawna. Na uroczystej kolacji wszyscy pojawili się odświętnie ubrani. Atmosfera iście staropolska. 

    Prowadzone długie rozmowy o nas wówczas młodych,  wspomnienia o naszych przodkach, o tym kim jesteśmy i skąd się wywodzimy.  Spodobało mi się. I tak co roku przyjeżdżaliśmy na zjazd. 

    A wracając do wydarzeń sprzed 30. lat, po nagłej śmierci mojego ojca 7 października 1994 roku, powierzono mi  obowiązki skarbnika,  a mojej mamie Natalii  sekretarza ZRŻ. 

    Praca nasza trwała  kilkanaście lat.  Rok 1994 okazał się dla naszego związku tragiczny, ponieważ odeszli nagle do wieczności główni jego założyciele, w  sierpniu Michał z Łodzi, genealog, a w październiku, mój tata Zbigniew.

    Twój ojciec miał piękną kartę życia. Był zaangażowanym działaczem podczas okupacji oraz w stanie wojennym. Ceniono go, jako działacza samorządowego na rzecz nie tylko lokalnej społeczności.

    Tak, to prawda. Za przykładem swojego starszego brata Antoniego kilkunastoletni Zbyszek został łącznikiem przy oddziale partyzanckim  działających w Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ. W  stanie wojennym działał w solidarności rolniczej. W czasach transformacji ustrojowej na początku lat 90-tych , gdy tworzono struktury samorządowe,  wysłano go wraz z innymi działaczami  do Francji, aby przyjrzeli  się, jak działają samorządy.  I to doświadczenie przeniósł na rozwój i pracę  w samorządzie. Działał jako miejski radny. Był przewodniczącym Rady  Miasta Skierniewice. Został specjalistą od inwestycji przy Sejmiku Wojewódzkim.  Był inicjatorem otwarcia Domu Dziennego Pobytu Emerytów w Skierniewicach , a także działaczem Rady Parafialnej. Był aktywnym samorządowcem i społecznikiem. Znał potrzeby zwykłych ludzi, potrafił słuchać i z nimi rozmawiać,  wspólnie rozwiązywać problemy. Tato był świetnym organizatorem, zawsze pogodny i mający niezwykły dar łączenia ludzi. Do dziś jest ciepło wśród mieszkańców Skierniewic wspominany. A na końcu spełniło się jego marzenie. Udało się reaktywować  Związek Rodu Żółtowskich.

    Co wiadomo Ci o Twoich przodkach i pochodzeniu skierniewickim?

    Moi przodkowie jak większość Żółtowskich wywodzą się z Żółtowa. Mój prapradziadek  Józef  ur. w 1821 roku był dziedzicem części Żabik. Pradziadek Antoni, ur. w 1861 roku po wielu latach pracy osiadł około 1900 roku w Ożarowie k. Ostrowca Świętokrzyskiego i założył wytwórnię sprzętu rolniczego. Specjalizował się w produkcji sieczkarń. Jego najstarszy syn, a mój dziadek Marian urodzony w 1896 roku po ukończeniu szkoły mechanicznej w Wiedniu został pilotem wojskowym. Brał udział w Wojnie Polsko-Bolszewickiej  w bitwach Koziatyn, Biała Cerkiew, Łuck oraz w Bitwie Warszawskiej  od 18 lipca do 20 sierpnia 1920.  Po licznych kontuzjach spowodowanych lotami samolotowymi, w 1937 roku przeszedł w stan spoczynku  i wrócił wraz z rodziną na ojcowiznę do Ożarowa. Podczas wojny zaangażował się w pracę konspiracyjną. Został zdradzony i aresztowany przez gestapo  w 1941 roku. Przez wiele miesięcy brutalnie przesłuchiwany na gestapo w Ostrowcu  Świętokrzyskim.  Niemcy wiedzieli, że jest pilotem i próbowali bezskutecznie namówić go do współpracy i szkolenia pilotów niemieckich. Następnie był więźniem obozów w Oświęcimiu i Oranienburgu,  gdzie dokonywano na nim eksperymentów medycznych. Po wyzwoleniu wrócił do domu z ciężką gruźlicą – zmarł 13 czerwca 1946 roku.  Z kolei mój ojciec Zbigniew urodził się w 1927 roku w Dęblinie. Po śmierci obojga rodziców, (mama zmarła w 1943 roku) pojechał na ziemie odzyskane do Drawska i tam podjął pracę jako instruktor rolnictwa. W 1948 roku trafił na Wydział Architektury Politechniki Szczecińskiej. Zachorował na gruźlicę. Celem podratowania zdrowia wysłano go do Kowar k. Jeleniej  Góry. Podjął pracę jako pracownik personalny w sanatorium. Tam poznał przyszłą żonę Natalię Stefanowską. Wzięli ślub w 1951 roku w Kowarach. Na świat przyszły dzieci: Jolanta i ja – Jarosław. Ponieważ Natalia chciała  mieszkać bliżej swojej odnalezionej po Powstaniu Warszawskim matki, (ojciec w powstaniu zginął), przeprowadzili się z rodziną bliżej Warszawy do Skierniewic. I tutaj rozpoczęli swoje dalsze życie zawodowe i rodzinne. Założyli przedsiębiorstwo handlowo – hodowlane (kurniki) przy ul. Feliksów. I dlatego Skierniewice.

    Jakie wartości i zasady przekazali Tobie rodzice?

    Ja się nie tak dawno nawet nad tym zastanawiałem. Mój ojciec zawsze podkreślał, że  jak się komuś coś obieca, trzeba dotrzymać słowa. Myślę, że ta zasada jest mi bliska. Mądrości ludowe i przysłowia, którymi zawsze posługiwali się moi rodzice,  sprawdzają się, więc  także staram stosować je w moim życiu. Takie jak: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, „słowo się rzekło kobyłka u płotu”. Ważne, żeby być uśmiechniętym i miłym dla ludzi. To zawsze procentuje. U mnie z tym różnie bywa, ale się bardzo staram. 

    Opowiedz Jarku o sobie ( szkoła, praca)…

    Jestem absolwentem  Politechniki Warszawskiej  o specjalności Konstrukcje Budowlane  Inżynierskie z 1978 roku (dyplom u prof. Wojciecha Żółtowskiego). Pracę rozpocząłem jeszcze przed ukończeniem studiów, najpierw w biurze konstrukcyjnym, a potem w nadzorze budowlanym  jako starszy inspektor do spraw kontroli jakości robót  budowlanych w Wojewódzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej. W drugiej połowie lat 70-tych budownictwo mieszkaniowe w PRL-u było tak ważne, że moi zwierzchnicy naciskali na pomijanie przepisów i norm budowlanych, byleby budować więcej i szybciej, więc po 3. latach podziękowałem im za współpracę. Trochę się zastanawiałem nad moim życiem zawodowym  i założyłem prywatną firmę produkującą między innymi sztuczną biżuterię.  Tak się rozpędziłem z tą sztuczną biżuterią, że w końcu lat 80-tych zatrudniałem ponad 40 osób i wysyłałem swoje wyroby do większości tzw. KDL-ów   O mały włos zostałbym milionerem w Polsce Ludowej (właściwie zostałem z powodu inflacji), gdyby nie to, że komuna upadła, a wraz z nią cały system gospodarczy. Otworzono granice i już nikt nie chciał mojej biżuterii. A mnie pozostał  200. milionowy dług z odsetkami Balcerowicza. Trochę się zastanowiłem i w kurniku  po moim ojcu stworzyłem  pierwszy rolniczy loft,  gdzie także zamieszkałem w 1993 roku. Zacząłem wykonywać drobne odlewy z metali niskotopliwych w elastycznych formach metodą ciśnienia odśrodkowego. Realizowałem zamówienia dla różnych firm np. wojska, wywiadu, Straży Granicznej, firm handlowych (m. in. żetony do wózków), produkcyjnych, samochodowych (breloki), także medale m.in. dla Muzeów, Hodowców Gołębi, a nawet sex shopu ( czego się nie robi dla pieniędzy). Obecnie wykonuję zlecenia jako podwykonawca  na półprodukty, głównie w 90 % dla wędkarstwa. 

    W tym roku przypada 42. rocznica  mojej prywatnej działalności. Od trzech lat jestem na emeryturze, ale bez pracy chyba nie potrafię funkcjonować. 

    Dla Związku wykonujesz różne pamiątkowe gadżety. Skąd czerpiesz inspiracje na wykonanie takich prac?

    Obserwuję otaczający mnie świat poszukuję w nim inspiracji. 

    Twoi bliscy…

    Moja mama Natalia. Tego roku  27 lipca skończy 90 lat. Pełniła przez kilkanaście lat rolę sekretarza Związku Rodu Żółtowskich. Mam  żonę Barbarę.

    Dwoje rodzeństwa, starszą o rok siostrę Jolantę, która wraz z mężem mieszka w Hiszpanii, młodszego o 14 lat brata Rafała, zamieszkałego z rodziną w Warszawie. Dwoje dzieci: Aleksandrę i Włodzimierza oraz czworo wnucząt: Anielę, Idę, Adelajdę oraz najmłodszego potomka Kajetana. Synową Aleksandrę i zięcia Jakuba. Ola i Włodek po skończeniu studiów, zamieszkali z rodzinami w Warszawie.

    Czy masz jakieś pasje, o których nie wiemy?

    Zawsze lubiłem książki i filmy z gatunku  science fiction. Dziś to jest literatura faktu, historyczna  i polityczna. Dawniej dużo książek kupowałem, a dziś są to głównie audiobooki. Lubię słuchać muzyki. Zbierałem je także w postaci nagrań od 1968 roku. Do dzisiaj posiadam kilkaset taśm magnetofonowych  z ok. 20000 nagrań, oraz kolekcję magnetofonów szpulowych od Akai po Revoxa i  TEAC-a. 

    Od najmłodszych lat, już jako uczeń szkoły podstawowej interesowałem  się tematyką morską, marynistyką, zwłaszcza działaniami  II wojny światowej. Zgłosiłem nawet swój akces do teleturnieju ale odpowiedziano mi, że temat II Wojny Światowej na morzu jest  zbyt wąski,  (jak to się dziś ma do życiorysu jednego nawet bardzo wybitnego człowieka). Do dziś posiadam flotę wojenna Brazylii z 1942 roku wykonaną z zapałek.

    Podróże już od dzieciństwa są moją pasją. Pamiętam taki oto obrazek: Była niedziela. Miałem 12 lat i marzyłem zostać turystą z prawdziwego zdarzenia.  Ojca nie było w domu, ale mamę bardzo namawiałem do pieszej wędrówki do znajomych, którzy posiadali domek na wsi nad rzeką w odległości 12 kilometrów. Tak suszyłem mamie głowę, że pokonaliśmy tę odległość piechotą, ja oczywiście jak przystało na prawdziwego przystało turystę, z plecakiem.

    Jakie miejsca odwiedziłem? Raczej powiem gdzie jeszcze nie byłem i prawdopodobnie nie będę, to Indie i Chiny.  Źle się czuję w tłumie. Pozostała mi do odwiedzenia Australia i Nowa Zelandia i kilka drobniejszych miejsc. Lubię także podróże pociągami. Marzy mi się podróż koleją transsyberyjską do Władywostoku. Pandemia spowodowała, że zainteresowałem się bliskimi podróżami. Polska jest także pięknym i malowniczym krajem. Zachwycam się niektórymi miastami, zwłaszcza pod kątem rozwiązań urbanistycznych i architektonicznych. Mam specjalny sentyment do miasta Łodzi,

    Myślę, że Skierniewice są dla Ciebie wspaniałym, miastem.

    Tak, to miasto położone jest na Równinie Łowicko – Błońskiej w połowie drogi miedzy Łodzią, a Warszawą na prawach powiatu. Liczące ponad 48 tys. mieszkańców. Większość  ludzi dojeżdża do pracy, głównie do większych miast, Warszawy czy Łodzi. Skierniewice mają ładne miejsca. Warto zwiedzić   Dworzec Kolejowy, Kolei Warszawsko–Wiedeńskiej, wybudowany w 1875 roku w stylu gotyku angielskiego z wnętrzami neoklasycystycznymi i ławeczką Wokulskiego przy pierwszym peronie. Kręcono tutaj film na podstawie powieści Bolesława Prusa „Lalka”. Bywał tu także Władysław Stanisław Reymont. Plac Dworcowy jest jednym z ładniej zagospodarowanych terenów w Skierniewicach. To także  Kompleks Parowozowni przy ul. Łowickiej, Wieża Ciśnień przy Dworcu PKP. Warto pospacerować po Miejskim Parku. Skierniewice to też architektoniczny miszmasz, w centrum obok zabytkowych willi z XIX i początku XX wieku stoją bloki.  Na odnowionym rynku z Ratuszem, można przysiąść się do ławeczki profesora Szczepana Pieniążka, założyciela i długoletniego dyrektora miejscowego Instytutu Sadownictwa. Ponadto w jednym z wrześniowych weekendów Skierniewice stają się wielobarwnym i pachnącym sadem i ogrodem, bowiem od 1977 roku obchodzimy Ogólnopolskie Święto Kwiatów Owoców i Warzyw. W tym wspaniałym otoczeniu w mieście, dzieją się różne wydarzenia i imprezy.

    Z czego jesteś zadowolony?

    Zachowałem zawodową  niezależność. Współpracuję z kilkoma firmami i osobami od prawie 30. lat. – to znaczy, że wzajemnie się rozumiemy i tolerujemy.

    Jarosławie, czy  masz jakieś marzenia, pragnienia?

    Marzenie to może za dużo, ale chciałbym zrealizować taki pomysł. Wszyscy Żółtowscy są z Żółtowa skąd się wywodzą. Do Skierniewic, gdzie leży mój ojciec, do  Ożarowa Świętokrzyskiego  gdzie, leży mój dziad i pradziad, mój wnuk i prawnuk (który się jeszcze nie urodził) nie pojedzie na 1 listopada, bo będzie za daleko i za wiele miejsc do odwiedzenia. Dlatego mam plan stworzenia miejsca na cmentarzu w Mochowie (właściwy dla Żółtowa ) do złożenia prochów antenatów. W ten sposób odwiedzając  cmentarz w Mochowie odwiedzimy wszystkich Żółtowskich. Proszę pamiętać że wszystkie  inne miejsca  dla Żółtowskich są przypadkowe, z wyjątkiem Żółtowa.  W ten sposób zmarli Żółtowscy porozrzucani po kraju i świecie, mieli by możliwość powrotu do domu, także moi dziadkowie i pradziadkowie pochowani w Ożarowie. To byłoby miejsce łączące pokolenia Żółtowskich z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. To takie poczucie rodowej więzi.

    Chciałbym także, aby upamiętnić pochodzenie naszego rodu w miejscowości  Żółtowo,  kamiennym dużym głazem z pamiątkową tablicą.

    Dziękuję Jarku za interesującą rozmowę przy kawie i ciasteczku. Życzę, aby idea Twojego marzenia się spełniła.

    ELŻBIETA  z Kutna

  • Odpowiedzi brak

    Dziś był trudny dzień…

    Aż do bólu.

    Aż do dna tęsknoty.

    Natrętnie wraca pytanie

    Czy warto było aż tak… 

    (A jeśli było aż tak?)

    Czy to było coś wielkiego…

    (A jeśli było?)

    Skąd zatem te pytania?

    Dziś jest inaczej niż miało być

    Tak samotnie,

    Tak bez Twego imienia…

    Nostalgicznie, jesiennie, szaro…

    Dziś był smutny dzień.

    MAREK  ŻÓŁTOWSKI

                                       Poznań

  • Rośnie mistrz szpady

    Karol Żółtowski, syn Jarosława i Nadii wywalczył ostatnio w Warszawie tytuł Wicemistrza i srebrny medal w Ogólnopolskim Turnieju Szermierczym Dzieci i Młodzieży.
    Lata ćwiczeń na macie przyniosły w efekcie duży sukces. Tym samym młody Karol wkroczył w ślady swych dzielnych przodków walczących białą bronią.       Jest uczniem Szkoły Podstawowej nr 211 imienia  Korczaka w Warszawie, a wywodzi sie z popłacińskiej linii rodu Żółtowskich.  Trenuje w stołecznym oddziale Polskiego Klubu Szermierczego.  Sukcesy odnosił już w międzyszkolnych i dzielnicowych  zawodach warszawskich.   

    ANDRZEJ

  • Prezes na medal

    Grudzień 2021

        SZANOWNY PANIE PREZESIE,

    PRZYJACIELU NAS WSZYSTKICH,

    MARIUSZU !

    Wypełniając postanowienia Kapituły Medalu „Michała z Czacza”, kończąc Nasze jubileuszowe trzydziestolecie w odchodzącym 2021 , wręczamy niniejszym Tobie, to zaszczytne odznaczenie.  Jesteśmy dumni z Twego wejścia do elitarnej grupy posiadaczy tego medalu.

    Kapituła, doceniając Twoją pracę, zaangażowanie i stałe czuwanie nad dobrem Naszego Związku przez wiele kadencji, jednomyślnie przyznała to wyróżnienie.

    Życzymy Tobie Prezesie dużo zdrowia, dalszych sukcesów zawodowych, społecznych i związkowych oraz pomyślności i radości w realizacji wyzwań życiowych.

    W imieniu Kapituły , Zarządu , wszystkich członków i sympatyków Związku  

                                                                                                                                    RAFAŁ