Zainteresowała mnie historia ojca Andrzeja Żółtowskiego ze Świnoujścia, brata stryjecznego mojego męża Kazimierza. Uczestnicząc od kilku lat w obchodach poświęconych rocznicy wybuchu powstania warszawskiego 1 sierpnia, odbywających się na cmentarzu parafialnym w Kutnie, wymieniany w apelu uczestników powstania jest Julian Żółtowski ur. 1903 roku. Andrzej, mieszkający od kilkunastu lat w Świnoujściu, nie był świadomy, że nazwisko jego ojca pojawia się w apelu. Ojciec niewiele opowiadał mu o uczestnictwie w powstaniu. Bał się mówić.
Rodzice Andrzeja zamieszkali w Pruszkowie przy ulicy Pańskiej 37, dzielnicy Żbików. Ojciec dojeżdżał do pracy w Warszawie kolejką podmiejską EKD. Pracował w szpitalu jako intendent, zaopatrzeniowiec. Miał przepustkę i mógł dzięki temu łatwiej się poruszać w tajnej konspiracji kurierskiej. Julian, żołnierz AK, pseudonim „Ogończyk” dostaje rozkaz. Z żalem, a zarazem z dumą, zostawia 10-letniego syna Andrzeja i żonę Jadwigę. Nakazuje przed wyjazdem małoletniemu synowi, by opiekował się matką. Rzuca okiem na mieszkanie, jak się okaże po raz ostatni, wsiada do kolejki EKD i stawia się w przydzielonym mu batalionie. Tak jak wszyscy chce walczyć w powstaniu, by wyzwolić stolicę z rąk znienawidzonego okupanta. Zacięte walki toczą się w Śródmieściu i na Woli o każdą ulicę. Przewaga militarna wroga jest widoczna. Wyposażenie powstańców ubogie. Julian i koledzy posługują się starymi przedwojennymi karabinami. Sami robią prymitywne moździerze na czołgi. Wykopują okopy. Rozpalają ognisko i pochodnie, by samolot aliancki mógł zrzucić im broń lub żywność. Niestety upragniony zrzut nie dotarł, samolot zestrzelili Niemcy. Głód doskwierał coraz bardziej. Nie ma co jeść i pić. W piwnicach czasem można było znaleźć wino, o wodzie mogli sobie pomarzyć. Nie pogardzili – co może dla nas być szokujące – kotem czy psem.
Wieczorami słychać modlitwy za żywych i zmarłych. Odbywają się pogrzeby. Andrzej z mamą są świadkami z daleka widocznej płonącej Warszawy. Niepokoją się o ojca . Żadne informacje od niego nie docierają. Muszą jakoś żyć, zdobywać jedzenie. Matka stoi w kolejkach, by zrealizować kartki. Nakarmić siebie i syna. A w Warszawie – jak później opowie ojciec – masakra. Wybuchy, mordy, wszędzie ciała ludzkie. Najokrutniejsi byli Kozacy i Ukraińcy wcieleni do armii niemieckiej. Nie oszczędzili nawet małych dzieci i ludności cywilnej. Brak nadziei na pomoc, przemęczenie, głód, straty w ludziach doprowadziły do upadku powstania. Rozpoczęła się ewakuacja. Julianowi udało się przejść kanałami i wydostać na zewnątrz. Sanitariuszki podrzuciły cywilne ubrania i tak wmieszał się wraz z innymi w tłum. Niestety złapany przez Niemców trafia do obozu pracy w Essen w Niemczech. Pracuje przy piecach, prawdopodobnie przy produkcji elementów broni. Praca ciężka i wyczerpująca , do jedzenia brukiew. Podczas jednej z przepustek udaje mu się uciec. Trafia do kościoła. Niemiecki ksiądz daje mu jeść, a na drogę prowiant, ubranie i pieniądze na bilet kolejowy. Z Essen dociera do Poznania pociągiem. Na dalszą drogę nie ma pieniędzy, więc idzie pieszo do Gąbina, gdzie mieszkają rodzice żony.
Tam, ku wielkiej radości, spotyka się z żoną i synem. Wychudzony, odwodniony, z wielkim wrzodem na szyi , z opuchniętymi, popękanymi od ran stopami – jest szczęśliwy. Nie chce opowiadać o swoich przeżyciach synowi. Być może dorośli wiedzieli, lecz ze względu na ówczesną sytuację polityczną milczeli.
Dotarcie do Gąbina żony Jadwigi i syna Andrzeja było też wielkim heroizmem. Wyrzuceni przez Niemców z mieszkania w Pruszkowie, trafiają do Łodzi. Stąd wywieziono ich do Zamościa i zamknięto w kościele, a następnie wypędzono na plac, gdzie spędzili kilka godzin. Z Zamościa trafiają do Gostynina i dalej idą pieszo do rodziców matki do Gąbina.
Gdy Julian trochę wydobrzał, udają się do Kutna, do matki ojca Józefy. Jest szczęśliwa ze spotkania z synem, synową i wnukiem. Przekazuje im tragiczne informacje o śmierci męża Bronisława i o losach córek sióstr Juliana Janiny i Marii. Maria podczas łapanki w Warszawie została wywieziona do obozu koncentracyjnego i tam zamordowana. Matka ojca straciła wcześniej jeszcze jedno dziecko, kochanego syna Wacława, brata Juliana. Zginął w wieku 21 lat 14 maja 1926 roku podczas przewrotu majowego w Warszawie. Był kapralem 37. Łęczyckiego Pułku Piechoty. Babcia Józefa bardzo przeżyła jego śmierć. Wacław był jej ukochanym, bardzo przystojnym synem.
Nigdy nie pogodziła się z jego stratą. Do końca życia nosiła ból w sercu, a Marszałkowi nie mogła wybaczyć. Jest pochowana blisko swojego syna wraz z córką Janiną na cmentarzu w Kutnie. Trzeba było przeżyć odejście najbliższych osób i zacząć organizację życia tu w Kutnie. Przecież Julian nie mógł zostawić samej tak obolałej w cierpieniu matki.
Julian dostaje pracę w Urzędzie Skarbowym. Zmarł 10 kwietnia 1989 roku.
Jedyny jego syn Andrzej zakłada rodzinę i mieszka w Kutnie. Pracuje w Cukrowni Ostrowy na stanowisku dyrektora do spraw ekonomicznych. Ze względu na chorobę córki, by być bliżej morza wyprowadza się do Świnoujścia. Podejmuje pracę w Ośrodku Wczasowo-Sanatoryjnym. Jest mężem Mirosławy i ojcem dwóch córek Marioli i Ani, a także dziadkiem studentki prawa Pauliny. Ze względu na słuszny wiek i problemy zdrowotne od kilku lat nie przyjeżdża do Kutna.
Pamięć o pokoleniu Juliana i jego rodziców jest ukłonem, podziękowaniem i uhonorowaniem.
Dużo wycierpieli i ryzykowali, więc warto pokazać, że ciągle pamiętamy.
To jest wyraz naszego szacunku.
Zbliżający się XXVI Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbędzie się w dniach 14 – 18 czerwca. br. Spotkamy się w Witnicy w ośrodku „Leśne Ustronie”. Witnica położona jest w odległości 25 km od Gorzowa Wielkopolskiego.
Jak informowaliśmy w poprzednim numerze kwartalnika, przedpłaty należy uiścić do 31 marca br. Amatorzy wędkowania mają możliwość „złapać wielką rybę” w przyległym do ośrodka stawie – bez opłat.
Jedynym wymogiem jest, zabranie ze sobą wędek i przynęt.
Planujemy zorganizowanie licytacji, więc zachęcamy do przywiezienia na Zjazd gadżetów. Jak wiemy, w czasie licytacji jest wiele radości i zabawy, co zapewniają nam dowcipni prowadzący tę zabawę.
Szczegółowe informacje dotyczące Zjazdu zamieszczone są w ostatnim świątecznym kwartalniku nr 83. Adres strony internetowej ośrodka w Witnicy:
Jesienią 1939 roku przebywałem we Lwowie i wraz z wielu młodymi podchorążymi wybierałem się na Węgry i do Francji. Spotkałem się tam z kolegą z Grudziądza z innego szwadronu – Zbigniewem Dobrskim. Opowiadał, że gdy 17 września 1938 roku zwolniono wszystkich podchorążych do cywila, zatrzymano tych, którzy służyli w jednostkach nadgranicznych. Taki los spotkał właśnie jego, podchorążego w 25. Pułku Ułanów w Prużanach, jednej z najlepszych jednostek kawaleryjskich w Polsce.
W listopadzie 1939 roku opowiedział mi następującą historię.
Pułk jego w czasie wojny wszedł w skład grupy operacyjnej dowodzonej przez generała Andersa. W pewnym okresie wędrowali przez południowo-wschodnią część Lubelszczyzny. W zasadzie każdy oddział kawaleryjski ubezpiecza się w marszu, wysyłając przed sobą oraz z prawej i lewej strony po dwóch „szperaczy”. Mają oni wypatrywać w terenie nieprzyjaciela. Pewnego dnia 25. Pułk Ułanów otrzymał od swoich wywiadowców meldunek, że w pobliżu, w głębokim wąwozie ukrył się oddział niemieckiej kawalerii.
Niemcy w 1939 roku mieli jeszcze trochę jazdy. Uzbrojenie jej różniło się znacznie od naszego. Polacy mieli szable przytroczone pod lewym kolanem, pod klapą siodła. Dobywali je jednym ruchem. Niemcy mieli pałasze umieszczone daleko z tyłu za siodłem, pionowo w dół. Polska kawaleria nosiła krótkie karabinki na plecach. Niemcy przytraczali je z tyłu do siodła, dla większej wygody. Dobrze ukryty oddział kawalerii czuł się bezpieczny. Toteż gdy nagle Niemcy zostali otoczeni przez szarżującą polską jazdę, potracili głowy, podnieśli ręce do góry i poddali się. Wyciągnięcie szabli lub karabinka wymagało zbyt wiele czasu.
Myślę, że w całej kampanii wrześniowej był to jedyny tego rodzaju wypadek.
W poprzednim numerze kwartalnika wkradł się błąd, w art. „Najwyższe odznaczenia PRL” w podpisach zdjęć : zdjęcie nr 1 – powinno być ordery Sztandaru Pracy, pod zdjęciem nr 2 powinno być order Budowniczych Polski Ludowej.
Temat do opisywania bardzo prosty i mało skomplikowany. Łyżeczka do kawy -wielkość od 6 do10 centymetrów, może być z metalu platerowanego, nierdzewna. Często spotykamy łyżeczki srebrne, czy złote, to jednak tylko dla wybranych. Dla dzieci często bywają z plastiku, a w gospodarstwie domowym, mogą być drewniane lub z masy porcelanowej. Łyżeczki mają różne kształty, ale najbardziej różnorodną mają rączkę, a więc część za którą ją trzymamy.
Chodząc po giełdach numizmatycznych, zawsze byłem pod wrażeniem łyżeczek i pewnego razu trafiłem na niezły zbiór, a było to w Amsterdamie. Kupiłem ich około 100 sztuk i zapłaciłem za nie aż 10 euro. Początek był całkiem dobry i zachęcający. Od tego czasu zacząłem szukać wśród łyżeczek prawdziwych perełek. Przedstawię kilka z mojego zbioru, a mam ich około 1200 sztuk i żadna się nie powtarza.
Słów kilka o mojej kolejnej pasji. W 1984 roku dostałem od wyjeżdżających na przymusową emigrację kilka dzwoneczków i ponownie jak z łyżeczkami, zacząłem tę pasję systematycznie powiększać Dzwonków mam 642. Są one z różnych materiałów, tak więc mam dzwonki szklane, porcelanowe, z laki i drewniane, są ceramiczne i z różnych metali – brąz, mosiądz, żelazo, żeliwo, cynk i miedź. Kształty są tak niesamowite, że trudno je pogrupować i ocenić, które z nich są najładniejsze. Dopiero gdy patrzy się na cały zbiór, widać ich piękno. Decydując się na takie pasje, trzeba pamiętać, że każdy zbiór wymaga wiele poświęcenia i czasu jaki należy im poświecić. Niebagatelną sprawą są znaczne koszty i zapewnienie miejsca na ich ekspozycję.
Lata studiów w Warszawie należą do niezwykle ważnych i brzemiennych w skutki okresów naszego życia. Studiowaliśmy na Uniwersytecie Warszawskim: ja historię, Marysia Kleitz, prawo. I nagle trafiliśmy w „oko cyklonu” wielkiej polityki. Wybuchł strajk studencki, nocna okupacja uczelni, petycja do władz, represje. Aleksander Hall – polityk i historyk, działacz opozycji w PRL-u pisał o nim w syntetycznej publikacji „Marzec, czyli początek”: (…) Dla młodego pokolenia, które w latach 70. tworzyło opozycję demokratyczną, wydarzenia marcowe były inicjacją polityczną bądź legendą i impulsem wyzwalającym wolę działania.(…) Marzec ‘ 68 wpisał się w tradycję oporu przeciw totalitarnemu systemowi, tak jak Październik ’56, wydarzenia milenijne roku 1966, Grudzień ’70 czy wreszcie Sierpień ’80. Marzec nie dzieli więc czasów PRL na dobre i złe, ale jest jedną z wielkich dat naszej niepodległościowej tradycji i wydarzeniem, które spowodowało, że przeciw systemowi komunistycznemu zaangażowała się najbardziej wrażliwa moralnie i intelektualnie wyrobiona część młodego pokolenia. (I.W. Świadectwo Bydgoszcz 2000)
Na początku w akademikach przekazywaliśmy sobie z rąk do rąk ulotki o „Liście 34” skierowanym do Urzędu Rady Ministrów PRL. Najznakomitsi intelektualiści protestowali w nim przeciwko ograniczaniu swobody twórczej przez rządzącą, pezetpeerowską klikę. Komentarze dawało się wysłuchiwać wieczorami z Radia Wolna Europa. Mniej uwagi przywiązywaliśmy do informacji o wyrzucaniu niektórych członków Komitetu Uczelnianego z PZPR. Rozgrywki w reżimowych organizacjach nie obchodziły nas. Chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że czerwona legitymacja jest łatwą drogą do awansów. Było to poniżej godności człowieka z zasadami. Dlatego z dystansem traktowaliśmy karierowiczów. Dla Marii wartością była nauka i każdą chwilę jej poświęcała. Tym wyrobiła sobie opinię zdolnej studentki z indeksem pełnym bardzo dobrych ocen.
Coraz ostrzejsze dyskusje toczyły się w klubie na „ Kica”, gdzie Rada Osiedlowa Domów Studenckich zwoływała od czasu do czasu zebrania mieszkańców. Chodziło nam o brak kulturalnych imprez, otwartych dyskusji na każdy temat albo o głodowe stypendia, jak nasze 360 zł na miesiąc. Była to równowartość obiadów w stołówce. Wyższe dotacje przyznawały specjalne komisje działaczom partyjnym i młodzieżowym. Ci „zasłużeni dla władzy ” i dzieci mocno ustawionych w reżimowym systemie rodziców, wyjeżdżali na delegacje i praktyki zagraniczne. My dostawaliśmy skierowania na robotnicze praktyki w teren lub szliśmy do prac fizycznych w Studenckiej Spółdzielni „Plastuś”. Rozładowywało się wagony węgla na bocznicach lub sprzątało mieszkania emerytów, których było na to stać. Nieźle można było zarobić przy przeprowadzkach biur, bo liczyła się stawka godzinowa, a szefowie firm nie żałowali studentom godzin za pomocą tak zwanego długiego ołówka. Człowiek się tylko sporo nachodził po piętrach z paczkami dokumentów, segregatorów, z meblami. Ale przynajmniej było co dołożyć do stypendium.
Głośnym wydarzeniem kulturalnym, a z czasem i politycznym stało się na przełomie lat 1967/68 wystawienie „Dziadów” Adama Mickiewicza na deskach Teatru Narodowego w reżyserii Kazimierza Dejmka. Zbierając na bilety, dowiedzieliśmy się, że na skutek interwencji ambasadora ZSRR mają być zdjęte z afisza. Raził go antyrosyjski wydźwięk tekstu naszego dramatu. A i nasze komunistyczne władze pewnie musiały wziąć do siebie słowa wieszcza: Nie dziw, że nas tu przeklinają, (Wszak to już mija wiek, Jak z Moskwy w Polskę nasyłają,) Samych łajdaków stek.
W tej sytuacji patriotycznym obowiązkiem stało się obejrzenie scen, które rozgrzewały widownię. Doszło jednak do awantur publiczności z milicją przed budynkiem teatru i pod pomnikiem Adama Mickiewicza. I inscenizację dzieła szybko zakazano.
8 marca przed południem po korytarzach akademika biega tam i z powrotem niski, czarnowłosy chłopak i rozpaczliwie drze się w niebogłosy – „Zabili studentkę, idziemy na uniwerek, zabili studentkę, idziemy protestować…. Drzwi w pokojach się pootwierały, wysypali się chłopcy na korytarze i poszliśmy…
Za bramą uniwerka zbierał się już na dziedzińcu spory tłumek. Na kratę bramy wdrapał się jakiś chłopak i krzyczał o … zabitej studentce. Inni mówili o wyrzuceniu „Dziadów”, o relegowaniu studentów z uczelni, o tłumieniu wolnego słowa przez cenzurę . O tym ostatnio rozmawialiśmy w naszym gronie, bo 29 lutego odbył się Zjazd Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Doszło na nim do ostrej krytyki polityki kulturalnej rządu.
Po mniej więcej godzinie wiecujący przenieśli się do największej sali w Audytorium Maximum. Skandowaliśmy – „ Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i sowiecki”. Sala wrzała. W końcu, późnym popołudniem, zapadła decyzja, przy ogólnym aplauzie, o skierowaniu do rządu, za pośrednictwem rektora Uniwersytetu petycji z naszymi postulatami. Głównie chodziło o: – zniesienie cenzury i umożliwienie swobodnego dostępu do dzieł narodowej kultury, – poparcie dla protestu pisarzy i intelektualistów, – przywrócenie na studia relegowanych z uczelni studentów, – obronę wolności i studenckich praw. Rano tekst dokumentu miał trafić do prof. Turskiego.
Nie było wątpliwości, że petycja ma ogromny ciężar i wydźwięk polityczny. Dotychczas nie był znany w Polsce w środowisku akademickim żaden tego typu protest. Można się było spodziewać wściekłej reakcji władz. Atmosfera wiecu nie pozwalała jednak na refleksję. Czuliśmy siłę i jedność myśli w tej spontanicznie zebranej masie ludzi, którzy przecież wcześniej się nie znali. A była tam pełna aula. Byliśmy pewni, że mamy obowiązek domagać się konstytucyjnych praw. I właśnie nadszedł moment, żeby mocno i wyraźnie wypowiedzieć się publicznie i do tego w formie możliwej do przyjęcia przez cywilizowane społeczeństwo. Wierzyliśmy, że vox populi musi być usłyszany.
W środku nocy zmęczenie wzięło górę nad emocjami. Wrzawa cichła. W salach, na korytarzach i schodach pokotem zalegały śpiące postacie. Wtedy wśród kręcących się jeszcze studentów zauważyłem Tereskę z Płocka i Marysię razem z Dzidką i Mirką z Socjologii. Mieszkały razem w akademiku przy Kickiego w jednym pokoju, na około 14. m². Tam do kompletu miały jeszcze Lucynę, też z Socjologii. Poza dziewczynami musiało się tu zmieścić 5 łóżek, stolik, dwa taboreciki i szafa wbudowana w ścianę. W jej zakamarkach wisiały ubrania, a na półkach jedzenie przywożone z domu – najczęściej przetopiony smalec i przetwory albo trochę stołówkowego wiktu.
Tym razem ludzie z akademików na „ Kica” nocowali na uczelni. Na dziewczyny padł blady strach, bo ogłoszono, żeby nie wychodzić poza teren uniwersytetu – za bramą na ulicy milicja łapała i aresztowała studentów. Chodziły słuchy, że może dojść do szturmu specjalnych oddziałów, że już jadą czołgi… Zostajemy wszyscy. Rozpoczął się strajk okupacyjny. Pierwszy w PRL-u studencki protest.
Osobiście to nawet byłem zadowolony z takiego biegu wydarzeń. Emocje w auli rozgrzewały do czerwoności. Raz słuchano tekstów lejących miód na serce, raz skandowano obrazoburcze hasła, w innym momencie buczono na lizusowskie głosy. Potem przyjmowanie petycji. Wreszcie uspokojenie.
Namówiłem Marysię na spacer po uniwersyteckich alejkach – pustych, cichych. Wiele nas łączyło – pierwsze wyprawy do Teatru Wielkiego, na Koncerty Chopinowskie w Parku Łazienkowskim, godziny wspólnej nauki w zacisznej sali BUW-u i niedzielne wyjazdy na msze św. do kościoła Bazylianów na Starym Mieście, gdzie cała oprawa we wschodnim obrządku opierała się na pięknych głosach kantorów. Atmosfera zagrożenia sprzyjała szczerej, niekonwencjonalnej rozmowie. Ona była na drugim roku studiów, ja na ostatnim.
Dyskutowaliśmy też o przyczynach tego spontanicznego wybuchu. W zakłamanej rzeczywistości żyliśmy przecież od dawna. Co innego było w domu, a co innego na ulicy i w miejscach publicznych. Skoncentrowani na nauce i zaliczaniu kolejnych egzaminów nikomu do głowy nie przychodziło przewracać ustrój. Sowiecka dominacja widoczna była na każdym kroku. Dywizje Czerwonej Armii stacjonowały na naszej ziemi od wojny. W drodze z Berlina zatrzymały się tu i nie chciały wracać do Azji. PZPR panowała nad wszystkimi dziedzinami życia. Może poza Kościołem, chociaż i tam miała pełno konfidentów. I w takiej sytuacji akademicka młodzież zrywa się do walki z władzą.
Chłód nocy zaczął nasuwać wątpliwości i pytania o najbliższe godziny, przyszłość i konsekwencje. Petycja zawierała słuszne naszym zdaniem żądania a na uniwerku mieliśmy prawo przebywać. Zresztą można było liczyć na starego rektora, doświadczonego profesora Turskiego. W końcu to on rządził na uniwersytecie – tak myśleliśmy.
Jako puentę naszych dyskusji zacytuję przytoczoną przez Marysię myśl Zbigniewa Herberta z „Pana Cogito”- „… ocalałeś nie po to, żeby żyć – masz mało czasu. Trzeba dać świadectwo – bądź odważny. Gdy rozum zawodzi – bądź odważny. W ostatecznym rachunku – jedynie to się liczy.”
O świcie zaczęło się robić jakoś luźniej. Ludzie porozchodzili się po wydziałach. Marię i dziewczęta przeprowadziliśmy z chłopakami przez mur od ul. Oboźnej. Tam było spokojnie i żadnych patroli. Miały zajęcia na Studium Wojskowym, a nikt nie chciał zawalać spraw wojskowych. Główna brama była zamknięta w obawie przed prowokatorami i specsłużbami w cywilu. No i przed patrolami milicji chodzącymi z psami po ulicy. Na taki właśnie patrol natknęły się dziewczyny po południu 9 marca po zajęciach na Studium. Na Krakowskim Przedmieściu psy zapędziły je do bramy, a mundurowi Marysi zabrali legitymację studencką.
Milicja pod Uniwersytetem Warszawskim
Tymczasem z resztą strajkujących zebraliśmy się przed Pałacem Kazimierzowskim. Prorektor Rybicki wykrzykiwał z tarasu, żebyśmy zakończyli protest. Na balkon wyszli też nasi delegaci i krótko oświadczyli, że spotkali się z rektorem. Rozchodziliśmy się z poczuciem pewnego niedosytu. I wtedy przez bramę wjechały trzy autokary. Stanęły rzędem wzdłuż chodnika od bramy do BUW-u. Z nich wysypały się gromady cywilów ubranych jednakowo w ciemne jesionki i z długimi pałami w łapach. „ Robotnicy z Ursusa”, jak ich później przedstawiały gazety, bili na lewo i prawo wszystkich chodzących po dziedzińcu. Biegali grupkami po kilku i osaczali dziewczyny i chłopaków. Szalejący sadyści przewracali na ziemię swe ofiary i tłukli wściekle leżących, bezbronnych ludzi. Biegaliśmy na oślep, szukając wyjścia. Zaskoczenie było kompletne. Myśleliśmy, że teren Uniwersytetu ma zagwarantowaną autonomię i wewnątrz jesteśmy bezpieczni. A tu banda zbirów szaleje po placu i drze się jeszcze – „ Studenci do nauki, literaci do piór”. Otoczony budynkami i płotami teren nie dawał szans na ucieczkę z matni. Ratunkiem były jakiekolwiek najbliższe drzwi.
Z kolegami wpadliśmy do najbliższego gmachu, do naszego Instytutu Historycznego na poddasze. W trakcie gorączkowej, bezładnej dyskusji przyszedł dobrze nam znany i szanowany wykładowca – prof. Henryk Samsonowicz. Apelował o rozwagę i spokój. Szeroko wyjaśniał tło studenckich protestów. Najbardziej bulwersujące były informacje, że młodzież z akademików i nasze spontaniczne, autentyczne oburzenie w zaplanowany sposób wykorzystali przedmiotowo, cyniczni polityczni gracze z „warszawki”.
Sami należeli do PZPR-u i partię, „ przewodnią siłę narodu”, zmieniali od środka. – „ Celem pierwszym było zdobycie wpływu na młodzież Wydziałów Filozofii i Ekonomii UW, a potem rozszerzenie tych wpływów na młodzież innych wydziałów – pisała w broszurze pt. „ Marzec 1968 – Nieudana próba zamachu stanu” – doc. Ida Martowa. / str. 21/….Niemniej jednak zaczynali oni dostrzegać, że bez poparcia szerszego ogółu studentów będą drobną, izolowaną grupą. Cytat z oświadczenia jednego z relegowanych studentów: rozmawialiśmy m.in. na temat „komandosów”. Powiedziałem bez ogródek, że „istniejący stan rzeczy w grupie jest nie do utrzymania na dłuższą metę. Albo panowie i panie «intelektualiści» pomyślą realnie o studentach z akademika i zamiast pić koniak etc. wezmą się do rzetelnej roboty, albo likwidujemy interes”/ str. 31/.
Dwa budynki na Kickiego, to był największy w stolicy kompleks, gdzie mieszkali studenci z historii, prawa, socjologii, filozofii, ekonomii, matematyki i fizyki. Kierunki , na których antysowieckie nastroje dawały się zauważyć. Na „ Kica” najłatwiej można było trafić na odpowiedni grunt i „młodych gniewnych” oraz brak wyrobienia politycznego. Potrzebny był tylko detonator, którym okazało się zdjęcie „Dziadów” ze sceny i nasz zryw.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. W kilka dni po strajku ogłoszono, że wyrzuconych jest 72. studentów. Usunięto też wielu naukowych pracowników, głównie profesorów. Rektor rozwiązał filozofię, ekonomię, socjologię, psychologię oraz III rok wydziału matematyczno-fizycznego. Od razu zarządził też ponowne wpisy dla 1616. studentów. Relegowani, w tym nasze koleżanki z socjologii – Dzidka i Mirka, nie przeszli przez sito speckomisji. Zajęcia przerwano do 22 maja. Zdaniem władz w strajku okupacyjnym brało udział około 2 tys. osób. Nie podali jednak jaką część stanowili ludzie z akademików.
Marysia, w związku z zatrzymaniem przez milicyjny patrol na ulicy, dostała urzędowe wezwanie do Pałacu Mostowskich, jak nazywano Komendę Stołecznej Milicji. Wzięła ciepłe ubranie i sweter, kanapki i herbatę, i pojechaliśmy przed otoczony złą sławą pałac. Szła jak na stracenie albo do więzienia. Wejść mogła tylko wezwana. I po wielu godzinach… wyszła?! Legitymacji studenckiej nie oddali, ale pytali o wszystko, co im do ewidencji widać było potrzebne – o rodziców, adres, źródła i środki utrzymania, powody kręcenia się przy uniwerku, udział w strajku itp. Straszne wrażenie zrobiło protokołowane śledztwo, które, nie wiadomo czym miało się skończyć.
Po tym wyjechała do domu. Egzaminy miała już zdane. Niepokojąca tylko była myśl, co zastaniemy po zakończeniu wydłużonych ferii. Bez legitymacji studenckiej nie można było funkcjonować na uczelni. Wstęp do bibliotek i czytelni wymagał każdorazowo wyjaśnień. Nie przysługiwały też ulgi na kolej, autobusy, tramwaje. Nawet nie było szansy na tańsze bilety w placówkach kultury.
Przez około dwa miesiące trwał stan niepewności. Dziekan Wydziału Prawa prof. Bogusław Leśnodorski robił, co mógł, starał się bronić swoich wychowanków i zabiegał o zwrot dokumentów. W końcu z sekretariatu Wydziału Prawa przyszło eleganckie zaproszenie osobiście od dziekana i Marysi oddał legitymację. Znowu stała się pełnoprawną studentką.
11 marca Koło Poselskie ZNAK – co warte jest odnotowania- skierowało do Sejmu Interpelację. Znalazły się w niej pytania: – Co zamierza Rząd uczynić, aby powściągnąć brutalną akcję milicji i ORMO wobec młodzieży akademickiej i ustalić odpowiedzialność za brutalne potraktowanie młodzieży? – Co zamierza Rząd uczynić, aby merytorycznie odpowiedzieć młodzieży na stawiane przez nią palące pytania, które nurtują także szeroką opinię społeczną, a dotyczą demokratycznych swobód obywatelskich i polityki kulturalnej Rządu? Był to liczący się głos i świadczył o tym, że nie jesteśmy osamotnieni.
Przez reżimową prasę przetoczyła się fala potępienia młodzieży. W fabrykach organizowano, niby oddolnie inspirowane, „ masówki” , na których wyrażano, jak głosiła propaganda, „oburzenie klasy robotniczej”.
Kiedy jechaliśmy 8 marca na wiec, nie sądziliśmy, że wypadki potoczą się w nie przewidywanym kierunku. Po ciężkiej nocy i złożeniu petycji emocje opadały. Masakra, jaką zgotowali studentom „robotnicy z Ursusa” , rozwścieczyła nas. Szukaliśmy sposobu, aby dać tak zwanym „robotnikom” odpowiedź, konsekwentnie pokazać siłę i wyszliśmy na ulice. Na Krakowskim Przedmieściu poza patrolami pojawiły się też „suki”. Ale na naszą gromadę było ich za mało. Skierowaliśmy się na Politechnikę, gdzie miał być solidarnościowy wiec. Faktem jest, że w pobliżu Komitetu Centralnego PZPR ci bardziej zdenerwowani młodzi ludzie przewracali kosze na śmieci i wszystko, co dało się ruszyć. Aleje Jerozolimskie wyglądały jak pole po bitwie. Poszliśmy jednak dalej i doszliśmy. A tam pusto. I po sprawie… Wiec odbył się na polibudzie później.
Wracam na uniwerek, a przed bramą na całej szerokości ulicy kordon mundurowych, w hełmach i z pałami. Idą w kierunku pomnika Kopernika. Wpadam na schody kościoła Świętego Krzyża, jak inni ludzie z ulicy i wpychamy się do kruchty. Jeszcze w drzwiach krótka szamotanina z cywilami blokującymi drzwi. Ubrani są tak samo jak ci „robotnicy” pałujący nas na dziedzińcu Uniwersytetu. Krewkich chłopaków w kruchcie jest pełno, a i mnie krzepy nie brakuje, bo ćwiczę codziennie na wiosłach, to szybko uciekają do swoich golędziniaków.
Za moment znów jesteśmy na schodach. Odchodzącym w tyralierze rzucamy wygrzebane z kieszeni drobniaki i chórem krzyczymy – „Gestapo” – „Płatne pachołki Moskwy”. Ten manewr powtarza się jeszcze kilkakrotnie, kiedy przechodzi ulicą tyraliera. Ale w końcu ich pewnie odkomenderowali, bo zniknęli. Na uniwerku też już spokój. Pora wracać do swoich na „Kica”. Tam siadam z kolegami przed mikrofonami osiedlowego radiowęzła. Tu jesteśmy u siebie. Mówimy jak było.
Gazety później opisywały nas jako chuliganów. Faktycznie nie byłoby zajść i konfrontacji z mundurowymi, gdyby władza nie masakrowała studentów, a prasa i radio nie kłamały, fałszując obraz strajku. Satysfakcję mieliśmy, słuchając Radia Wolna Europa. Stąd dowiedzieliśmy się, że za Uniwersytetem poszła Politechnika i inne uczelnie w kraju. Masakra studentów pokazała światu, jak komunistyczna władza rozmawia z młodzieżą. Z czasem protest studentów przeszedł do historiografii pod nazwą -„ Marzec‘ 68”.
Saksonia, której stolicą jest Drezno, a w nim Zwinger, zespół pałacowy z XVIII wieku, jeden z najwybitniejszych przykładów architektury rokokowej świata. Został zniszczony na skutek działań drugiej wojny światowej przez dywanowe naloty alianckie.
Przez trzy dni od 13 lutego 1945 do 15 lutego 1945 roku trwały naloty bombowe. Zrzucono na miasto ponad 1200 ton bomb zapalających, rozpryskujących fosfor, które spowodowały burzę ogniową na obszarze 39. km². Żadna żywa istota nie miała szans na przeżycie.
W tym czasie w Dreźnie przebywało wiele osób różnej narodowości, oszacowanie strat nie jest możliwe. Różnie źródła podają, że było to 35 tysięcy, a nawet 200 tysięcy.
Naocznymi świadkami tych tragicznych zdarzeń byli jeńcy amerykańscy. W grupie tej znajdował się pisarz Kurt Vonnegut, który opisał przebieg bombardowania Drezna w swojej książce „Rzeźnia nr 5”, skutki zastosowania bomb zapalających, powodujących śmierć ludzi i zwierząt w niewyobrażalnych męczarniach. Widział palące się zwierzęta w zoo.
Byłam w Dreźnie w latach siedemdziesiątych i widziałam ślady po bombach zapalających. Kamienne rzeźby, ściany Zwingera pokryte czarnym grubym nalotem powstałym na skutek palącego się fosforu.
Było to wojenne barbarzyństwo, dosłownie na parę minut przed zakończeniem wojny, potworny akt zemsty, którego konsekwencje poniosła ludność cywilna.
Dlaczego za szaleństwa jednostki ponoszą konsekwencje ludzie, którzy nie mają wpływu na bieg wydarzeń? Tego rodzaju pytania nasuwają się, patrząc na ślady tamtych krwawych wydarzeń, przypominających nieopisane cierpienie ludności cywilnej, agonie miasta.
Osmolony palącym się fosforem Zwinger pozostawiony na wieczną pamiątkę ku przestrodze, to memento, aby dalsze pokolenia nie pragnęły nigdy wojny.
Ale to obraz zewnętrzny, wnętrza Zwingera odbudowane przyjęły arcydzieła światowej sławy uratowane z pożogi przez ludzi dobrej woli. Jedną z najpiękniejszych kolekcji malarstwa europejskiego zbiory zapoczątkowane przez Augusta I elektora saskiego.
Przechodziłam z sali do sali i widziałam arcydzieła stworzone przez wielu mistrzów: Rembrandta, Rubensa, Tycjana , Dϋrera i innych najwybitniejszych malarzy europejskich, nie sposób wszystkich wymienić. Przed niektórymi płótnami zatrzymywałam się dłużej, ale to była krótka jednodniowa wycieczka, czasu mało, a dzieł do obejrzenia bardzo dużo.
Trudno nie wspomnieć o słynnej „Madonnie Sykstyńskiej” Raffaela Santi. Obraz ma wymiary 265×196 cm. Maria z dzieciątkiem na chmurach, z lewej strony obrazu św. papież Sykstus II, po drugiej stronie św. Barbara. W jednej z sal znajdują się dzieła wykonane techniką pastelową. Technika pastelu jest malarstwem suchym o dużej sile blasku, o bardzo delikatnej konsystencji, jak gdyby pyłku na papierze.
Najpopularniejszym pastelem wykonanym przez szwajcara Liotarda to dziewczyna z filiżanką czekolady. Obraz jest pełen jasnej i czystej świeżości, jak i inne portrety wykonane przez tego artystę. Pastelowe twarze u Liotarda są bardziej realistyczne, niż twarze wykonane farbą olejną, ale tę różnicę można dotrzeć, stojąc bezpośrednio przed oryginałem obrazu.
Zwinger – lata siedemdziesiąte
Żadna najlepsza reprodukcja nie zastąpi wrażeń, jakie daje nam oryginał. Obraz ten zawsze mnie zachwycał swoją prostotą tematu oraz precyzją wykonania. Warto było przyjechać do Drezna, aby zobaczyć pastele Liotarda.
W drodze powrotnej do domu wszyscy dyskutują, dzielą się wrażeniami, obiecują, że muszą w najbliższej przyszłości powrócić do Drezna, aby jeszcze raz zobaczyć dzieła stworzone przez najwybitniejszych twórców.
Nagle spotyka nas niezbyt miła niespodzianka, samochód ciężarowy, jadący przed nami, gwałtownie zahamował, skutkiem czego ładunek dłużyc, które przewoził, zaczął zsuwać się bezpośrednio na nasz samochód. Siedziałam z przodu przy kierowcy. Z przerażeniem śledziliśmy, jak deski spadały w naszą stronę, a my byliśmy zupełnie bezbronni. Jednak – o dziwo, wszystko zsuwało się po bokach naszego samochodu oraz milimetry nad samochodem. Jakimś dziwnym trafem nie przebiły szyby. Poza drobnymi zadrapaniami nie uszkodziły samochodu. Ludzie, którzy usuwali deski, aby nas oswobodzić, byli bardzo zdziwieni, mówili, że mieliśmy ogromne szczęście, wyszliśmy z tej opresji bez najmniejszego szwanku. Z emocji nie mogliśmy nawet mówić, cudem bowiem ocaleliśmy.
I tak z XVIII wieku wróciliśmy do rzeczywistości.
Ciemna nocka nad górami
Świeci księżyc nad smrekami
Drży powietrze nad halami
Góral poznał Hankę swą.
Lekko wsparłszy się na sośnie
W oczy patrzył jej miłośnie
Popłynęły w dal donośnie
Tęskne słowa pieśni tej.
Wsłuchani w słowa i melodię tej bardzo popularnej piosenki, granej na wszystkich zabawach w tamtym okresie, siedzieliśmy ze Stenią na murku okalającym taras przed lokalem, w którym odbywał się kolejny zapoznawczy bądź pożegnalny wieczorek wczasowiczów z Ośrodka Drogowskaz w Przewięzi.
Nie wykupiliśmy stolika z braku pieniędzy, więc siedzieliśmy na zewnątrz, ale tak naprawdę to dziesięć metrów od orkiestry. Drzwi wszystkie otwarte, a taras pełen młodzieży. A więc nie tylko nam brakowało pieniędzy.
Był rok 1974 lato. W Pogotowiu Ratunkowym w Warszawie udało mi się wziąć dwa miesiące urlopu. Jeden miesiąc płatny, a drugi bezpłatny. Paniom w Działu Planowania nie bardzo się to podobało, ale mój znakomity zmiennik zaświadczył, że wszystkie moje dyżury w sierpniu bierze on. Miałem naprawdę dobrego zmiennika, a że był na czwartym roku medycyny i miał dwójkę dzieci, dodatkowe moje dyżury podreperowały jego budżet. Naprawdę wspaniały i odpowiedzialny był mój zmiennik. Jak on miał ćwiczenia, to ja za niego jeździłem, gdy ja miałem, on jeździł za mnie. Przykro mi, ale nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska.
Urlop dwumiesięczny był mi potrzebny, bo uzgodniłem z dyrekcją Szpitala Powiatowego w Augustowie, że przyjmą mnie jako sanitariusza na okres wakacji. A i owszem przyjęli i to z dużą radością. Raz, że okres urlopowy i wielu pracowników chce mieć wolne, a po drugie, że pierwszy raz mieli do czynienia ze studentem Akademii Medycznej i to już jeżdżącym trzy lata w Warszawie.
Czasami myślę, że te dwa miesiące w Augustowie więcej mi dały niż rok w Warszawie. Lekarze bardzo sympatyczni. Często zapraszali mnie na swoje oddziały i pokazywali różne przypadki chorobowe. Nauczyli mnie osłuchiwania płuc, oskrzeli i serca. Pokazywali różne patologie tarczycy. Kiedy pewnego razu w wypadku samochodowym kierowca połamał kość piszczelową i fachowo założyłem mu szynę, ordynator chirurgii dr Janke chciał jeździć w te dni, kiedy ja miałem dyżur. Nauczyli mnie szyć drobne rany. Pamiętam, jak szyłem piętę młodej dziewczynie, która weszła do jeziora, gdzie jakiś barbarzyńca rzucił zbitą butelkę do wody. Rana prawie 5 cm i strasznie twarda skóra. Dzięki Bogu dziewczyna dostała znieczulenie i wytrzymała moje prymitywne praktyki w szyciu ran. Przeżyła.
Były też przypadki, które powinienem, ku przestrodze, opisać. Młodzi ludzie rozbili się obozem nad jeziorem. Gotowali obiad. Mieli prymus na benzynę. Kiedy kończyło się paliwo, młody mężczyzna wziął butelkę z benzyną, chcąc dolać do prymusa. Butelka wybuchła, a on był tylko w kąpielówkach. Jak on wył z bólu, tego do końca życia nie zapomnę. Cały szpital to był jeden krzyk. Zmarł po dwóch godzinach.
Pewnego poranka w Przewięzi, gdzie często bywałem, ojciec z synem wybrali się na ryby. Byli niedaleko od brzegu. Wiem, bo sam to widziałem, ale ode mnie ok. pół kilometra. Nagle ojciec zaczął krzyczeć o ratunek. Ratownik błyskawicznie wziął kajak i popłynął w tamtym kierunku. Co się okazało: syn umiał pływać, ojciec nie. Na wędkę złapali dużą rybę. Zapewne wielkiego szczupaka, może karpia. Ryba ich holowała w stronę trzcin. Kiedy byli już na płytkiej wodzie, syn owinął sobie żyłkę wkoło dłoni myśląc, że jak złapie dno, to się uda doholować rybę. Ryba w wodzie miała wielokrotną przewagę. Utopiła go.
Naszym celem, tzn. moim i Steni, było aby tego lata zarobić na obrączki.
Dlatego chciałem te pieniądze zarobić w Augustowie. Dostałem nawet kilka złotych więcej niż w Warszawie. Czasami miałem wolne, ale Stenia musiała pracować w swojej Bazie Kruszyw w Żarnowie, pięć kilometrów od Augustowa. Nie miała urlopu i w tamtych czasach nie było wolnych sobót. Spotykaliśmy się wieczorami, chyba, że miałem noc. Ale jak udało się wspólnie pojechać do Przewięzi na kolejny wieczorek przy muzyce, to byliśmy tacy szczęśliwi i tacy bliscy sobie i tak nam było dobrze i stanowiliśmy parę, która siedząc na murku tarasu, się obejmowała, mając oczy pełne miłości i radość ze spotkania. Byliśmy szczęśliwi a z podestu orkiestry na sali dobiegały słowa:
Góralko Halko
Krasny leśny mój kwiecie
Tobie jednej na świecie
Powiem, co to jest żal
Choć serce kocha
Jakaś dziwna tęsknota
Twoje serce omota
Szczęście znów umknie w dal!
Noc była bardzo ciepła, bez wiatru. Tafla jeziora jak lustro, bez odrobiny fali. W lustrze wody przeglądały się tysiące gwiazd sierpniowego nieba.
Niebo w sierpniu jest chyba najpiękniejsze. Powoli noc odchodziła i nad lasem zaczęło jaśnieć. My nadal siedzieliśmy na tarasie. Poznaliśmy młodych ludzi, którzy podobnie jak my spędzali tę noc. Umówiliśmy się za tydzień w Albatrosie w Augustowie. Tam stale były dancingi, gdzie królował Janusz Laskowski z kultową dziś piosenką „Siedem dziewcząt w Albatrosie tyś jedyna”. Beata z Albatrosa była bisowana kilka razy każdej nocy. Tu już musieliśmy wykupić stolik i konsumpcję. Ale warto było.
Tańce trwały do rana. Pamiętam jak wracaliśmy do domu, czerwona kula słońca zawieszona nad horyzontem wygoniła ciepłą noc na rzecz chłodnego świtu. Szliśmy do domu przytuleni do siebie i tacy szczęśliwi.
Po powrocie do Warszawy mama moja powiedziała, że nie wie, co ze mną jest: albo śpię w Pogotowiu, albo mam zajęcia na uczelni, a jak są wolne trzy dni to jestem w Augustowie. „Ożeniłbyś się w końcu i ustatkował”. Pojechałem do Steni. Tata obiecał pracę w Warszawie. Rozmawialiśmy długo, poszliśmy na spacer nad Necko i do lasu. Nie pamiętam treści rozmów, ale zgodni byliśmy – ślub na Boże Narodzenie.