Tag: Nr 86

  • Posiedzenie Zarządu Związku Rodu Żółtowskich

    Posiedzenie Zarządu odbyło się 21.10.2017 r. w Kutnie, w domu rodzinnym Eli i Kazimierza.

    W spotkaniu wzięli udział następujący członkowie Zarządu:

    1. Mariusz ze Sztumu        – prezes
    2. Bożena z Warszawy       – wiceprezes
    3. Bogusia z Białej              – wiceprezes
    4. Kalina z Torunia              – sekretarz
    5. Agnieszka z Wrocławia  – skarbnik
    6. Ela z Kutna                      – członek zarządu
    7. Władysław z Torunia     – członek zarządu

    Poruszone były ważne sprawy dla naszego Związku, chociażby uzupełnienie Genealogii, kontynuowanie naszego udziału w konkursach w Waplewie czy pomoc Andrzejowi Mieczysławowi w uporządkowaniu Jego ogromnego zbioru materiałów niepublikowanych, znajdujących się w Jego posiadaniu. Zarząd wytypował osobę do odznaczenia medalem Michała z Lasek w czasie Zjazdu w przyszłym roku.

    Dużo emocji było przy szukaniu i ewentualnym wyborze miejsca na nasze spotkanie w 2018 r. Z informacji w Internecie i rozmowach z osobami z tych ośrodków, wybraliśmy ten który najbardziej odpowiadał naszym wymogom.

    Decyzję ostateczną będziemy mogli jednak podjąć, po obejrzeniu ośrodka przez osoby z zarządu i po ustaleniu szczegółów. Informację prześlemy wraz zaproszeniami, które będą wysłane niezwłocznie po ostatecznej decyzji.               

    Protokołowała Kalina Nowacka                                                                                        

     

     

     

  • Życzenia urodzinowe dla Andrzeja Ludwika Żółtowskiego

    Drogi Szanowny Jubilacie

    ANDRZEJU LUDWIKU

    Z okazji 95. urodzin składamy Ci bukiet najwspanialszych życzeń:

    zdrowia, uśmiechu, szczęścia i radości z każdego dnia.

    Oprócz tego życzymy długich, długich lat życia i wiele wspaniałych chwil.

               

    Prezes Związku Rodu Żółtowskich

    Mariusz Żółtowski wraz z członkami zarządu

     

  • Sześć pokoleń. Pokolenie trzecie.

    Sześć pokoleń. Pokolenie trzecie.

     W tej części postaram się w skrócie przybliżyć sylwetkę mojego ojca Wacława. Urodził się w  Dobrzejewicach gmina Obrowo 16 września 1919 r. jako trzecie dziecko Marty i Władysława. Rodzinie dobrze się wiodło  żyli w dostatku. Na świat przyszli kolejni synowie Zygmunt i Eugeniusz. Ale wszystko co dobre szybko się kończy. W 1924 roku umiera Marta, pozostawiając pięcioro dzieci w  wieku od 2 do 12 lat, dlatego Władysław postanawia ożenić się po raz drugi z Teresą Piotrowicz, z którą ma jeszcze troje dzieci, żyjących do dziś: Sabinę, Jadwigę i Henryka. Wracam do mojego ojca Wacława. Zajęciem mojego dziadka był handel i transport, a więc bardzo absorbujące zajęcie, dlatego od najmłodszych lat angażował do pracy swoje małoletnie dzieci. Do tego okres międzywojenny nie sprzyjał radosnemu życiu, nauczył więc dzieciaki ciężkiej fizycznej pracy. W 1937 roku po długiej i ciężkiej chorobie umiera dziadek Władysław i dzieci pozostają osierocone po raz drugi. Wacław zdobywa zawód rzeźnika – wędliniarza i zaczyna terminować u mistrzów w Toruniu, panów Matuszewskiego i Rudzkiego. 1 września 1939 r. wybucha druga wojna światowa. Wacław podlega powszechnej mobilizacji i trafia do kawalerii. Jedzie po przeszkoleniu na front, trafia pod Siedlce i tam 19 września dostaje się do rosyjskiej niewoli. Jadą eszelonem do rejonu przyszłych obozów w Katyniu, ale udaje im się ucieczka (wykorzystują uszkodzoną podłogę w wagonie i noc) i 74. żołnierzy-jeńców ucieka z transportu, rozpraszając się po okupowanej przez Niemców Polsce.

    Po miesięcznej tułaczce trafia do pracy w Elblągu, dużej mleczarni której właścicielem jest Niemiec.  Tam nawiązuje kontakt z partyzantami działającymi w tym rejonie. Dostarcza im wyroby z mleczarni (sery, masło). Po jakimś czasie właściciel mleczarni wywozi kilku z nich do lasu, chcąc ich uchronić przed gestapo i obozem. W 1942 roku rozpoczyna się życie i działanie w oddziale partyzanckim. Oddział, w którym znalazł się Wacław, działał na teranie Braniewa, Tolkmicka, Krynicy Morskiej, Bartoszyc.

    Partyzanci prowadzą dywersję, walczą z grupami niemieckimi, pomagają uciekającym z obozu w Stutthofie więźniom. W czasie przesuwania się frontu wojsk radzieckich   1944 roku zostaje tłumaczem przy dowódcy frontu (znajomość języka rosyjskiego i niemieckiego) i z frontem białoruskim dochodzi prawie do Łaby. Po powrocie z wojny w 1945 roku do Torunia i demobilizacji zostaje przyjęty do pracy w milicji, do oddziałów operacyjnych, zwalczających tych, którzy  nie chcieli dać się rozbroić i zakończyć partyzantkę. W 1946 roku bierze udział w starciu pod Zbójnem koło Rypina. Z 74. milicjantów do domu z akcji wraca tylko dwóch – pozostali zginęli w miejscu potyczki. To wydarzenie dało Wacławowi wiele do myślenia i postanowił wycofać się z czynnej służby w milicji. Miało to  później  ważne znaczenie w jego życiu.

    W 1946 roku Wacław ożenił się z Halinką Kowalską, z którą miał dwoje dzieci: Bożenę – 1947 r. i Władysława 1949 r. Wstępuje do Polskiej Partii Socjalistycznej (był jednym z jej założycieli w tym rejonie). W 1948 roku na kongresie zjednoczeniowym PPR i PPS,  powstaje PZPR. Wacław był przeciwny temu mariażowi i stał się wrogiem numer jeden młodej polskiej władzy. Został skazany jako więzień polityczny i osadzony w Rawiczu w więzieniu dla więźniów politycznych. Został zwolniony po śmierci Stalina na mocy ustawy o więźniach politycznych. Wraca do domu na gwiazdkę, dając nam wszystkim ogromną radość. Miał problemy ze znalezieniem pracy, bo władze PRL pamiętały  jego przeszłość. Ale Wacław nigdy się nie poddał, robił wszystko, aby jego rodzinie było jak najlepiej. Zaangażował się w działalność rzemieślniczą, której był wierny do końca życia. Zmarł w Toruniu na udar mózgu 2 maja 1973 roku. Pochowany jest na cmentarzu w Toruniu.

    WŁADYSŁAW z TORUNIA

  • Życzenia urodzinowe dla Babci!

    Życzenia urodzinowe dla Babci!

    KOCHANA  BABCIU,

    w dniu Twoich urodzin życzę Ci uśmiechu i radości, żeby troski i zmartwienia odeszły w dal, żebyś zawsze była zdrowa i promienna, gotowa do przyjmowania gości. Z okazji Twojego święta dziękuję Ci za wszystkie bajki o Końskiej Głowie, za Mickiewicza i za Tuwima, których recytujesz z pamięci,  za wszystkie festiwale pierogów, na które zapraszałaś i za wszystkie kluski śląskie, które wymusiłam, za wszystkie swetry na drutach dla mnie i dla moich lalek, za to, że oglądasz seriale kryminalne, za to, że zabrałaś mnie na pierwszy zjazd i że wciąż mi towarzyszysz.

    Żyj nam Babciu 150 lat!!!                                        

    AGNIESZKA

  • Wystawa poświęcona Sławojowi Felicjanowi Składkowskiemu. Toruń.

    Wystawa poświęcona Sławojowi Felicjanowi Składkowskiemu. Toruń.

    Urodziłam się na Mazowszu w małym miasteczku Gąbinie. Tak się złożyło, że w tym samym miasteczku urodził się ostatni premier przed II wojną światową – Sławoj Felicjan Składkowski. Ojcem premiera był Wincenty, sędzia pokoju w Gąbinie.

    W moim mieście ponad 40 lat temu powstało stowarzyszenie pod nazwą „Towarzystwo Miłośników Ziemi Gąbińskiej”, którego jestem członkiem od wielu lat. Towarzystwo ma bogate zbiory pamiątek po premierze, przywiezionych  z Londynu od jego żony przez panią Annę Ostrowską – prezes TMZG.

    20 marca 2017 r. w Bibliotece Uniwersyteckiej UMK w Toruniu otwarta została wystawa poświęcona ostatniemu premierowi II RP p.t. „Sławoj Felicjan Składkowski – lekarz, generał, premier”. Dużą część eksponatów na wystawę wypożyczyło TMZG. Jako gąbinianka i członek stowarzyszenia wraz z przybyłą grupą z Gąbina reprezentowałam delegację na wystawie. Ciekawostką też jest to, że portret Składkowskiego zaprezentowany na wystawie namalował nasz ziomek pan Alojzy Balcerzak artysta malarz, którego galeria mieści się w Koszelówce nieopodal Gąbina.

    KALINA NOWACKA z Torunia

     

  • List Michala do Krystyny-Kici ze Szczęsnego. Korespondencja Michała z Lasek z Żółtowskimi.IMI

    Żułów, 2.II. 1998

    Kochana Krysiu,

    Nie zapomniałem Twojego apelu na ciechocińskim zjeździe o nadsyłanie na Twoje ręce wspomnień wojennych, ale dopiero teraz znalazłem chwilę, by się tym zająć. Egzemplarz nie jest najładniejszy, może dałoby się, gdyby Ci na tym zależało, zrobić lepsze ksero z innego, jest za to oprawiony, co ułatwia przechowywanie. Moje wspomnienie, jak napisałem na wstępie, nie jest ciekawe i nie ma w nim opisu bitew, ale odzwierciedla losy oddziałów, które tak jak nasz  znalazły się bez broni na prawym brzegu Wisły i wędrowały na próżno, by się  móc odpowiednio uzbroić. Myślę, że te szczupłe wspomnienia z tak tragicznego okresu, jakim był wrzesień 1939 r. nie nadają się do publikacji, chyba tylko we fragmentach. Dodam jednak parę szczegółów odnoszących się do mego z-cy szwadronu Kwaliarzwilego.

    Po wojnie czy nawet w czasie okupacji zarzucano Gruzinom, których wielu służyło w wojsku polskim, że od razu przeszli na służbę Niemcom. Rtm. Kwaliarzwili został dowódcą AK na Wielkopolskę, natomiast w 1945 NKWD zaaresztowało go i wywiozło na Sybir. Wrócił po 11 latach, lekko posiwiały, ale pełen temperamentu. Koledzy wystarali mu się o pracę (miał już ok. 70 lat) w Muzeum Wojska Polskiego w Poznaniu, ale jeden z pułkowych kolegów przestrzegł mnie, żebym z nim nie chodził do żadnego lokalu, bo on publicznie i głośno wymyśla na reżim i nie wiadomo, czym to się skończy.

    Żonaty z Polką mówił, że ma dwie dusze: jedną gruzińską, a drugą polską. Kiedyś na święcie pułkowym opowiadał mi, że co roku jeździ do Gruzji i zabiera ze sobą różańce i książki religijne w dużej ilości. W kościele uczy Gruzinów modlitw po polsku, po czym pyta: Zrozumieliście? – Oni na to: nie, nie zrozumieliśmy! On się tylko śmiał i dalej robił swoje.

    Kiedyś jadąc tam, wiózł większą niż dotąd ilość dewocjonalii i książek. Sowiecki czy raczej polski celnik wpadł do przedziału, zrobił rewizję i narobił tyle krzyku o te materiały, że rotmistrz pomyślał: „ już chyba tym razem trochę przesadziłem. Jak to się skończy?” Ale… po chwili ktoś z peronu puka do okna. Był to ten sam straszny celnik. Stanął, spoważniał i zrobił duży znak Krzyża św.

    Po czym zwalił się.

    Wszyscy jesteśmy Ci wdzięczni za długie i takie żywe opowiadania wojenne w Kwartalniku. Czekam na dalszy ciąg. Może wpłynie to na ośmielenie innych, by nadsyłali swoje wspomnienia.

    Mam nadzieję, że zobaczymy się na tegorocznym Zjeździe.

    Ja teraz przesiaduję w filii Lasek – Żułowie, na Roztoczu.

    Wiele najlepszych serdecznych pozdrowień Ci przesyłam.

    MICHAŁ z LASEK

     

    <List nie mógł być przedrukowany w oryginale

    ze względu na trudność w odczytaniu.>

  • ODDAŁ  ŻYCIE W  OBRONIE  POLSKI. Wspomnienie o Alfredzie hr. Żółtowskim (1918-1939) – ostatnim właścicielu majątku Mierzejewo.

    ODDAŁ ŻYCIE W OBRONIE POLSKI. Wspomnienie o Alfredzie hr. Żółtowskim (1918-1939) – ostatnim właścicielu majątku Mierzejewo.

    Zbliżająca się 75. rocznica wojny obronnej, zwanej także Kampanią Wrześniową 1939 r., jest okazją do przypomnienia jej cichych bohaterów, którzy niepokojąco szybko odchodzą „za mgłę” niepamięci. Jednym z nich jest ostatni właściciel majątku Mierzejewo, który był nim tylko nominalnie, gdyż poszedł na wojnę jako student i z niej nie wrócił.

    Alfred Żółtowski syn hrabiego Jana Żółtowskiego i Ludwiki z Ostrowskich urodził się 2 grudnia 1918 roku we Fryburgu (Fribourg w Szwajcarii) jako ich ósme z kolei dziecko. Ludwika i Jan Żółtowscy mieli jedenaścioro dzieci. Dwóch chłopców zmarło w wieku dziecięcym. Rodzinnym majątkiem Żółtowskich był Czacz koło ŚmigIa.

    Ze względów zdrowotnych oraz politycznych w 1914 r. hrabia Jan wysłał żonę z dziećmi do Szwajcarii. Wybuch wojny przedłużył ten pobyt na cały okres jej trwania. W l915 r. przybył tam również sam Jan. W Szwajcarii zmarł ich najstarszy syn Ksawery (1906-1915) oraz urodziło się troje kolejnych dzieci: Michał (1915), Juliusz (1916) oraz Alfred (1918). Cała rodzina wróciła do Polski w 1919 r. lch ojciec Jan hr. Żółtowski w latach 1918-1919 należał do Komitetu Narodowego Polskiego (z lgnacym Paderewskim i Romanem Dmowskim uczestniczył w podpisaniu traktatu pokojowego w Wersalu). Był też prezesem Urzędu Likwidacyjnego na byłą dzielnicę pruską w Poznaniu 1919-1923 oraz honorowym prezesem Wielkopolskiego Związku Ziemian 1926-1936.

    Młode lata upłynęły Alfredowi w domu rodzinnym w Czaczu. Po śmierci młodszego brata Aleksandra (1920-1923) jako najmłodszy syn dorastał w otoczeniu sześciorga starszego rodzeństwa i dwóch młodszych sióstr. W odróżnieniu od pasji najstarszego brata Jerzego (fotografia, lekkoatletyka i myślistwo) pasją Alfreda i pozostałych braci, w miarę ich dorastania, było szczególnie jeździectwo.

    W obliczu rozpoczynającego się kryzysu gospodarczego ojciec, będący właściciele

     dóbr Czacz, Białcz, Drzewce, Czarkowo i Mierzejewo, w 1927 r, sądownie dokonał podziału swych majątków między nieletnich jeszcze synów, sam pozostając jedynie opiekunem do czasu uzyskania przez nich pełnoletności. Jerzy otrzymał Czacz, Michał Drzewce, Juliusz prawdopodobnie Białcz lub Czarkowo oraz Alfred  Mierzejewo. Od tego więc momentu Alfred stał się formalnym właścicielem majątku Mierzejewo.  Potwierdza to dokument z 1931 r., zatytułowany ,,Projekt parcelacyjny części majątku Mierzejewo powiat Leszno – właściciel: małoletni Alfred Żółtowski – ustanowiony opiekun: Jan Żółtowski zamieszkały majątek Czacz powiat Śmigiel”, znajdujący się w zbiorach Archiwum Państwowego w Poznaniu.

    W 1933 r. Alfred rozpoczął naukę, podobnie jak jego starsi bracia, w gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, którą ukończył maturą w 1937 r. (siostry kształciły się też w Poznaniu, lecz u urszulanek). W tym czasie zdobył kilka pierwszych nagród na konkursach hippicznych dla młodego pokolenia. Po maturze rozpoczął studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, gdzie do wybuchu wojny ukończył 2 lata prawa.

    We wrześniu 1939 r. Alfred, wraz ze starszym bratem Juliuszem jako ochotnik z własnym koniem wstąpił do kwaterującego w Czaczu 17. Pułku Ułanów. Przeciwny przyjmowaniu ochotników płk Kowalczewski zrobił dla braci Żółtowskich wyjątek, gdyż Juliusz zaoferował mu ojcowskiego dużego forda i siebie jako kierowcę. Niejako na potwierdzenie jednej ze zwrotek pułkowej żurawiejki:

    Wielkopolski, jaśniepański,

    siedemnasty pułk ułański.

    W pułku tym bracia spotkali swojego stryja, ppor. rez. Benedykta Żółtowskiego z Godurowa. Warto tu nadmienić, że w leszczyńskim pułku ułanów służyli również dwaj mieszkańcy Mierzejewa – bracia Józef i Edward Sorbiccy (obaj w stopniu kaprala), co w pewnym sensie było zgodne z inną zwrotką żurawiejki

    Trochę chłopów, trochę panów,

    siedemnasty pułk ułanów

    Bracia Sorbiccy byli bowiem synami nieżyjącego już w tym czasie włodarza w mierzejewskim majątku.Z pułkiem tym Alfred odbył całą kampanię wrześniową, od rozpoczętego 4 września 1939 r, marszu odwrotowego z Czacza przez Zaniemyśl, Konin, Turek i Uniejów do Warszawy. Marsz ten przerwany został 9 września 1939 r. w rejonie Walewic, gdzie pułk starł się w potyczce z Niemcami w ramach operacji nazwanej później Bitwą nad Bzurą. Po słynnej ostatniej szarży kawaIeryjskiej (później przesadnie określanej jako „z lancą na tanki”), 16 września 17. Pułk Ułanów całością swoich sił przekroczył Bzurę w rejonie Witkowic i po kilku dniach ciężkich walk przedarł się przez Puszczę Kampinoską do Warszawy. Z pułku liczącego po mobilizacji łącznie 120O żołnierzy (40 oficerów i 1160 podoficerów i ułanów) na szlaku bojowym poległo 14 oficerów, 3 podchorążych, 32 podoficerów i 149 szeregowych, wśród których nie było wymienionych wyżej trzech Żółtowskich ani dwóch Sorbickich. Alfred Żółtowski był jednak ciężko, a Józef Sorbicki lekko ranny. Po zawieszeniu broni w ostatnich dniach września pułk został w Warszawie rozbrojony i rozwiązany. Benedykt jako oficer został wzięty do niewoli, Juliusz Żółtowski i mierzejewianie zostali zwolnieni do domów, a ciężko ranny na przedpolach Warszawy Alfred pozostał w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie.

    Nie jest dokładnie znane miejsce ani data odniesienia ciężkich ran przez Alfreda. Z relacji jego dowódcy por. Mariana Węclewicza znane są jedynie okoliczności. Wskazał on Alfredowi eksponowane stanowisko, którego miał bronić sam za pomocą rusznicy przeciwczołgowej. Pułk posunął się dalej, a dowódca dopiero po kilku godzinach zorientował się, iż zostawił wystawionego na prawie pewną śmierć młodego ochotnika. Gdy wrócił, zastał go na wyznaczonym miejscu, lecz ciężko rannego w nogę. W ramach leczenia w wojskowym szpitalu na warszawskim Ujazdowie przebył dwie amputacje. W szpitalu brakowało wtedy światła, środków opatrunkowych, żywności i wody. Mimo pragnienia Alfred podobno odstępował rannym kolegom swoją porcję wody, mówiąc: „Oni będą jeszcze żyli, ja i tak umrę”. Niestety, przeczuwał słusznie, gdyż zmarł tam 13 listopada 1939 r. i został pochowany na przyszpitalnym cmentarzu polowym.

    Po wojnie cmentarz ten został zlikwidowany, a ekshumowani żołnierze w dniach 13-15 września 1951 r. zostali przeniesieni na Wojskowe Powązki, które są drugim miejscem spoczynku Alfreda. Tam spoczywa do dziś wśród grobów żołnierzy poległych w Warszawie.

    Za postawę podczas walk w Kampinosie Alfred został pośmiertnie odznaczony orderem Virtuti Militari.

    OPRACOWAŁ: LEONARD DWORNlK

     

    „Życie Gminy Krzemieniewo”

    podstawowe źródło: ,,Kwartalnik Związku Rodu Żółtowskich”

     (wersja elektroniczna),

     /tam:/ wspomnienia Michała Żółtowskiego (1915-2009).

    Zdjęcie Alfreda Żółtowskiego udostępnił

    Andrzej Mieczysław  Żółtowski z Warszawy

     

  • Rozmowa przy kawie

    Mam osobiste i głębokie  marzenie, by Związek nie malał, ale powiększał się, a młodzi Żółtowscy byli bardziej zaangażowani we współpracy i kultywowali rodowe tradycje.

    Jacku, od ilu lat przyjeżdżasz na Zjazd Związku Rodu Żółtowskich?

    Od 25 lat , od drugiego Zjazdu w Zajączkowie. Pierwszy odbył się w Skierniewicach. Opuściłem jeden w Pobierowie. Tego roku zmarła moja mama. Tęsknię za corocznymi spotkaniami z kuzynami. Zarówno  mnie, jak też najbliższej rodzinie, przynoszą one wiele radości. Im dalej odbywają się Zjazdy [śmiech], tym bardziej się cieszę.

    Kto Cię odnalazł i zaprosił  na Zjazd?

     Student Michał Żółtowski z Łodzi. Odnalazł moje nazwisko w książce telefonicznej. Zatelefonował do pracy i umówiliśmy się na spotkanie. Michał zbierał informacje o Żółtowskich. Jeździł  po Polsce, by w archiwach kościelnych szukać informacji o nich. Zaczął swoje poszukiwania od Gostynina. Miłość do poszukiwań  wpoili mu babcia Kazimiera i  rodzice Elżbieta i Wacław.  Posiadał dużą wiedzę o ich korzeniach, zarówno w Polsce, jak i zagranicą.  Właśnie od niego dowiedziałem się o reaktywowaniu Zjazdu Rodu w Skierniewicach. Zaprosił mnie i rodzinę na spotkanie Żółtowskich w Zajączkowie. I tak właśnie rozpoczęło się moje wielkie zamiłowanie do corocznych wyjazdów na Zjazdy.

    Jakie było Twoje wrażenie z pierwszego Zjazdu z Żółtowskimi?

    Dowiedziałem się, że są inni Żółtowscy, spoza Popłacina, z których się wywodzę ja i moja siostra Basia. Rozmowom i opowiadaniom o rodzinie, o poszukiwaniu wspólnych przodków nie było końca.  Cieszyłem się  ze spotkania z wnukami Albina, brata mojego ojca Józefa, Rafała z Korycina i Michała z Warszawy z rodzinami. No cóż, radość, ciepło na sercu i taka duma, że jest nas tak dużo i możemy reaktywować Związek.

    Proszę, abyś przybliżył nam historię swojej rodziny. Twoje własne korzenie?

    Linia mojej rodziny wywodzi się z odnogi gostynińskiej. Prapradziadkiem był Wawrzyniec. Urodził się w 1820 r. Nadleśniczy w lasach rządowych w Chojenku w powiecie Gostynin. Pochowany w Popłacinie, parafii Radziwie. Mój ojciec Józef urodzony w 1902 roku w Popłacinie był szóstym dzieckiem Bazylego Żółtowskiego ur. w 1864  wójta gminy Radziwie.  Dziadkowie posiadali kilka włók ziemi we wsi Popłacin. Jako dziecko lubiłem tam jeździć. Siostry ojca,  zwłaszcza ciocia Leokadia, i wujek Edward, brat ojca dużo opowiadali o rodzinie. Cieszyli się ogromnym szacunkiem wśród  okolicznych mieszkańców. Los rzucił moich rodziców Eugenię i Józefa, młodych nauczycieli, do Sierakówka w powiecie gostynińskim. Rodzice byli bardzo zaangażowani w  działalność szkoły. W 1928 r. ówczesny dziedzic wsi Sierakówek Michał Wodzyński przekazał teren na potrzeby szkoły. Zawiązał się Komitet Budowy  Szkoły, w  skład którego oprócz wójta gminy Skrzany oraz okolicznych mieszkańców wszedł mój ojciec. W październiku 1929 r. odbyło się poświęcenie  nowej szkoły, a pierwszym kierownikiem pięcioklasowej szkoły powszechnej został tata. Był  inicjatorem powstania  pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego na terenie tejże szkoły. Pomnik był symbolem zwycięstwa Polaków nad bolszewikami. Powstał 24 czerwca 1931 r. Mama Eugenia osobiście wyhaftowała sztandar szkoły. W 1928 r. przyszło na świat ich pierwsze dziecko – Basia, a syn Jacek, czyli  w 1930 r. Ze wzruszeniem i nostalgią wspominam wczesne beztroskie dzieciństwo w Sierakówku. Okres rozkwitu szkoły i naszej  rodzinnej szczęśliwości przerwał czas wojny. Nauczyciele zostali aresztowani. Do rodziców przyjechali dawni ich uczniowie, których uczyli. Byli dziećmi dawnych kolonistów niemieckich w gminie Skrzany. Dali dwie godziny na ewakuację. Wywieźli nas do lasu w pobliże wsi Lisice. Okoliczni mieszkańcy znając rodziców, przyjęli ich na nocleg. Następnego dnia z tobołkami dotarliśmy do Gostynina, do ojca mojej matki, właściciela trzech domów. Ojciec konspiracyjnie działał w Armii Krajowej. Został aresztowany i wywieziony do obozu pracy na Rugię. Mamę w tym czasie  z małymi  dziećmi wysiedlili z Gostynina do Leśniewic. Tata wraz z innymi współwięźniami wykonywał niewolniczą pracę  w lesie przy wycince drzew. Składowano je w kolby,  następnie ładowano  na wagony i przewożono niemieckimi parowozami do Włocławka. Parowozy te obsługiwali  w części także polscy kolejarze, którzy niejednokrotnie działali konspiracyjnie. Przy pomocy działaczy podziemia udało mu się uciec w przebraniu  kolejarza niemieckiego. Transportem kolejowym jako  palacz w parowozie dotarł do okolic Chełma Lubelskiego  i tam dalej działał w konspiracji.  Dostał rozkaz wraz z sześcioma oficerami dotarcia do Rzeszowa. Awansował  na kapitana 10. dywizji AK. Przeszedł cały szlak bojowy: Rzeszów – Pragę Czeską – Wrocław, po Nysę Łużycką. Ranny w lewą nogę dotarł aż do przedmieść Berlina. Rosjanie nie pozwolili im dalej iść. Po wojnie reszta jednostki  wraz z ojcem osiadła w Jeleniej Górze. W grudniu 1945 r. tuż przed Świętami Bożego Narodzenia tata ściągnął nas do Jeleniej Góry. Łzom szczęścia  ze spotkania całej rodziny nie było końca.  Ojciec jako osiedleniec wojskowy dostał mieszkanie w Gryfowie na Śląsku. Poniemieckie miasteczko nie było zniszczone. Ściągnięto ze Wschodu osadników. Musieliśmy zorganizować  sobie życie od początku.

    Dlaczego wybrałeś Łódź na miejsce zamieszkania? Przypadek czy przemyślana decyzja?

    Przypadek, a także przemyślana decyzja rodziców. W Gryfowie nie było możliwości rozwoju. Rodzice dalej chcieli pracować w swoim zawodzie. Duże miasto dawało większe szanse kształcenia także nam dzieciom. Mama znalazła pracę w szkolnej bibliotece, natomiast tato ze względu na przynależność do AK  nie mógł podjąć pracy w swoim ukochanym zawodzie nauczyciela. Skończył kurs księgowości i pracował jako urzędnik w Zakładzie Transportowym.  W Jeleniej Górze chodziłem do gimnazjum. W Łodzi zdałem maturę i skończyłem Politechnikę Łódzką o specjalności technologia budowy samochodów i maszyn.

    Proszę, opowiedz o swojej pracy zawodowej. Jak wspominasz tamte lata?

    Jako młody inżynier dostałem przydział pracy do Starachowic. Nie chciałem wyjeżdżać z Łodzi i  opuścić  rodziców. Zresztą uważałem, iż  w większym mieście będę miał lepszy startw zawodzie. Chciałem dalej się uczyć. Udało mi się podjąć pracę w Fabryce Szlifierek w Łodzi na stanowisku szefa kontroli. Awansowałem cyklicznie co trzy laty. W tym czasie skończyłem  zaocznie Handel Zagraniczny. Uczyłem się języków obcych. Znam bardzo dobrze z literatury rosyjskiej techniczne zagadnienia. Także język niemiecki i angielski. Przydała mi się znajomość języków i handlu do współtworzenia Działu Technicznej Obsługi i Współpracy z Zagranicą. Byłem kierownikiem tego działu. Fabryka obrabiarek, specjalizująca się w projektowaniu i budowie szlifierek uniwersalnych i zadaniowych,  miała duże zapotrzebowanie nie tylko na rynku krajowym w przemyśle motoryzacyjnym i samochodowym. Potrzebne były dolary.  Zaczęliśmy wysyłać produkty na rynki zewnętrzne. W tym czasie oddelegowano mnie do pracy w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego Metaleksport”.  Byłem przedstawicielem handlowym i serwisu. Stąd moje częste wyjazdy za granicę. Przez pół roku pracowałem we Francji, a przez pięć lat we Włoszech, Szwecji i Pakistanie.

    Lubiłem moją pracę i dzięki niej spełniłem się zawodowo. Przyniosła mi dużo satysfakcji i  osobistego rozwoju,  a także poznania dzięki wyjazdom zagranicznym, (co w tamtym czasie nie było łatwe), jakże odmiennego kolorowego Zachodu. Co z porównaniu z naszą szarością i pustkach w sklepach smuciło.  Cieszę się , że teraz mamy zupełnie inną rzeczywistość.

    Twoje hobby, pasje?

    Lotnictwo. Jestem pilotem szybowcowym. Przelatałem samodzielnie 15 godzin w powietrzu. Uwielbiam pływanie. Mam uprawnienia płetwonurka. Lubię motory i szybką na nich jazdę, a także samochody. Moją pasją jest zwiedzanie świata i podróżowanie po naszym pięknym kraju. Ciekawią mnie ludzie, a rozmowy z nimi  sprawiają dużo radości.    Interesuję się wojskowością. Mam tradycje rycerskie – moi przodkowie dziadkowie, stryjowie począwszy od powstań, wszyscy byli żołnierzami. Ja też mam stopień kapitana.

    Z czego jesteś dumny?

    Że przeżyłem ciekawie życie.  Mam oddanego i kochającego syna Bogdana. Jest pracownikiem dydaktycznym na Wydziale Fizyki Technicznej, Informatyki i Matematyki Stosowanej na Politechnice Łódzkiej w stopniu naukowym dr inż. Pełni tam także funkcje kierownicze. Synowa Anna jest znakomitym i niezmiernie oddanym pacjentom lekarzem. Kochana wnuczka Kasia jest tłumaczką,  mieszka i pracuje w Łodzi. Ma śliczną córkę Marię, a więc jestem szczęśliwym pradziadkiem.  Z żoną Barbarą łączy nas miłość i wiele wspólnych i ciekawych przeżyć. Wzajemnie się wspieramy i pocieszamy, gdy dokuczają nam choroby.

    Dumny jestem z moich bliskich. Mieszkamy razem we wspólnym rodzinnym domu. Zawsze możemy na siebie liczyć i się wspierać. Wszyscy bardzo interesujemy się Związkiem Rodu Żółtowskich. Dzieci ze względu na napięte życie zawodowe nie mogą przyjeżdżać na spotkania, ale czasem wpadają z krótką wizytą.

    Jakie masz marzenia?

    Zdrowie moje i bliskich i by wszyscy wzajemnie się szanowali. Mam takie osobiste głębokie marzenie, by Związek nie malał, tylko się powiększał, a młodzi Żółtowscy bardziej angażowali  się we współpracy i kultywowali rodowe tradycje.

     

    Dziękuję Ci za rozmowę i życzę wielu lat życia w zdrowiu i pogodzie ducha.

    Z Jackiem z Łodzi rozmawiała ELA z KUTNA

      

     

  • Narodziny Hanny, 1.08.2017 r.

    Narodziny Hanny, 1.08.2017 r.

    1 sierpnia 2017r. o godzinie W

    urodziła się

    HANIA ŻÓŁTOWSKA

    córka Adasia i jego żony Kasi,

    ku wielkiej radości starszego trzyletniego brata

     

    Szczęśliwa babcia Krystyna-Kicia ze Szczęsnego

  • Urodziny Tymona, 8.11.2017 r.

    Urodziny Tymona, 8.11.2017 r.

    8 listopada 2016 r. urodził się

    TYMON  ŻÓŁTOWSKI

    o czym zawiadamiają rodzice

    Dominika i Paweł, a także prababcia Janeczka

    z Wrocławia