Tag: Nr 89

  • Boże Narodzenie 2018

    ŚWIĄT WESOŁYCH, PACHNĄCYCH CHOINKĄ,

    SPĘDZONYCH W CIEPŁEJ RODZINNEJ ATMOSFERZE,

    DAJĄCYCH RADOŚĆ I ODPOCZYNEK.

    A Nowy ROK ŻEBY BYŁ JESZCZE LEPSZY NIŻ TEN CO MIJA.

                      Z CAŁEGO SERCA ŻYCZĄ

    PREZES ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH,

                                                                      A TAKŻE CZŁONKOWIE ZARZĄDU

  • Od Czarnej Dolnej do Wiktorowa, czyli informacje o XXVIII Zjeździe Rodu Żółtowskich

    Od Czarnej Dolnej do Wiktorowa, czyli informacje o XXVIII Zjeździe Rodu Żółtowskich


    Moi Drodzy. Pamiętamy serdeczne zaproszenie od Wiesława z Chicago do jego włości w Bieszczadach, które padło w trakcie bankietu na ostatnim Zjeździe w Podlesicach. Dobrym obyczajem stało się wizytowanie ośrodków, które mają nas gościć. Korzystając z urlopu zwiedzaliśmy wraz z Mirellą tzw „ścianę wschodnią” i postanowiliśmy zajrzeć do Czarnej Dolnej, do „Wincentówki”, znanej nam już  z pobytu przed 3. laty. Pięknie położone gospodarstwo agroturystyczne, gdzie na poczesnym miejscu znajduje się profesjonalnie przygotowane drzewo genealogiczne Wiesława, już wcześniej urzekło nas swoją urodą. Pokoje o wysokim standardzie, liczne trofea myśliwskie z różnych kontynentów, świetnie wyposażona kuchnia i przede wszystkim przemiła siostra bliźniaczka Wiesława, Basia, zarządzająca tym kompleksem złożonym z dwu budynków mieszkalnych, stajni, pomieszczeń gospodarczych, otaczających łąk i rybnego stawu. Naliczyliśmy około 40 miejsc noclegowych, jednak większość w pokojach rodzinnych. Zarząd po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw (kraniec Polski) doszedł do wniosku, że nie całkiem odpowiada to oczekiwaniom członków Związku i z żalem zmuszony był zrezygnować z zaproszenia. Osobiście polecałbym to miejsce osobom chcącym odpocząć od cywilizacyjnego zgiełku w jednym z najdzikszych zakątków naszego kraju u stóp Otrytu.

    Padła propozycja aby spróbować znaleźć jakiś ośrodek nad morzem lecz te, do których zwróciła się Agnieszka, nie miały jeszcze cennika na przyszły rok a my nie mogliśmy czekać. Wróciła propozycja z ubiegłego roku przedstawiona przez Ośrodek Wypoczynkowy „Wiktorowo” koło Żnina i nawiązaliśmy z nim kontakt, a następnie wraz z małżonką udaliśmy się  by go obejrzeć i omówić szczegóły. Ujęło nas jego piękne położenie wśród lasów nad jeziorem oraz profesjonalizm i elastyczność osób zarządzających. Niektóre pomieszczenia wymagają co prawda odświeżenia ale ma to mieć miejsce w najbliższym czasie. Kompleks składa się z części administracyjno-konferencyjno-gastronomicznej oraz 3. budynków hotelowych posiadających pokoje 2, 3-4 oraz 3-5 osobowe i 3 apartamentów.  Większe pokoje posiadają łóżka parterowe i piętrowe, ale ze spania na „górnym pokładzie” nie będziemy korzystać. Pewnym minusem jest fakt organizacji wesela w dniu

    21. 06. 2019, lecz obsługa twierdzi, że nie będzie to  problem. Poczyniono następujące ustalenia:

    Zjazd odbywać się będzie od 19. 06 do 23. 06. 2019 – w dniu przyjazdu kolacja do godz. 22.00

    Mamy do dyspozycji 4 pokoje 2 osobowe do wykorzystania przez pojedyncze osoby w cenie 70 zł za dobę, 6 pokoi 2-osobowych w cenie 100 zł za dobę dla 2 osób, 6 pokoi większych do wykorzystania przez 2 osoby pokoje (3-4 osobowe) również w cenie 100 zł/dobę, pozostałe pokoje 3-4osobowe to pokoje rodzinne w cenie 150 zł/dobę, niezależnie od ilości osób z nich korzystających, pokoje 5 osobowe przy pełnym ich wykorzystaniu 170 zł/dobę. Ceny posiłków: śniadanie 20zł, obiad 27 zł, kolacja 20 zł.

    Bankiet lub kolacja grillowa 75-120 zł w zależności od wyboru menu. Dzieci do lat trzech przebywają bezpłatnie, od 4 do 10 lat płacą połowę ceny za wyżywienie. Posiłki będziemy spożywać w sali kominkowej, która mieści się na parterze z wyjątkiem 21 06 (wesele) – nasza kolacja będzie pod namiotem i śniadanie w dniu 22 06. Możemy zamówić DJ w cenie ok 800 zł (opcja), wypożyczenie sprzętu nagłaśniającego (dużej mocy) 350 zł (opcja). Korzystanie z parkingu, tenisa stołowego i bilarda nieodpłatnie.  Ustalono, że zaliczki należy wpłacać do 31 stycznia 2019 r w wysokości 200 zł osoba dorosła, 100 zł dziecko, możliwość wycofania rezerwacji i odzyskania zaliczki do 10 marca, aktualizacja danych (data przyjazdu i wyjazdu, posiłki) do 15 kwietnia. Pozostałą kwotę regulujemy w dniu przyjazdu gotówką bądź przelewem-możliwość skorzystania z miejscowego komputera. Na połowy ryb w jeziorze zezwolenie można uzyskać w Gospodarstwie Łowieckim w Łysininie.

    Z Ośrodkiem”Wiktorowo” kontaktujemy się indywidualnie i składamy zamówienie określając czas pobytu i ilość osób oraz preferencje co do pokoi. W odpowiedzi otrzymamy numer naszego zamówienia i numer konta, na które należy dokonać przedpłaty.

    Dane kontaktowe:

    Ośrodek „Wiktorowo” Wiktorowo 22 poczta Gąsawa

    wiktorowo@wiktorowo.com

    tel.(52)3153929,(52)3153930

    tel.kom.695943763

    Serdecznie zachęcam do przyjazdu. Prezes Mariusz

  • Na mazowieckim szlaku tradycji

    – „ nasz” kościół św. Marcina w Mochowie

    Pierwsza wzmianka o kościele pochodzi z 1401 roku, jednak świątynię w obecnej postaci wzniesiono w roku 1684 z fundacji właściciela wsi Marcina Mochowskiego, stąd też imienny patron kościoła, św. Marcin Biskup.

    Już z daleka widoczna jest charakterystyczna, przepiękna bryła budowli, czyniąca ten kościół wyjątkowym. Szczególnie dumnie wznoszące się jego dwie wieże pokryte metalowymi, cebulastymi hełmami z latarniami. Wnętrze zachwyca, przede wszystkim polichromowany strop prezbiterium z motywami figuralnymi i roślinnymi. W ołtarzu głównym znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, w bocznych zaś św. Barbary i św. Jana Nepomucena. Pod nim w czasie remontu w 1968 roku znaleziono trzy ludzkie szkielety. Przyjęto, że należały one do przedstawicieli rodziny Żółtowskich, inicjatorów remontu kościoła w XVIII wieku – wojskiego zawkrzańskiego Teofila Żółtowskiego, jego żony i syna.

    Podczas jubileuszowego XXV zjazdu Związku Rodu Żółtowskich dopisano chlubną kartę w historii świątyni. Ufundowano i uroczyście odsłonięto tablicę poświęconą fundatorom przebudowy kościoła w 1780 roku.

    W piękną, słoneczną niedzielę 13 maja 2018 roku świętowaliśmy drugą rocznicę tego doniosłego wydarzenia. Zjechaliśmy z różnych stron Polski. Najdalej mieli Mirella i Mariusz ze Sztumu. Z Warszawy przyjechała Bożenka, a z Mławy Włodek. Z Kutna dotarli Elżbieta i Kazimierz, a z Torunia cała ekipa – Bożenka i Marian, Barbara i Krzysztof Rumińscy z synem Krystianem oraz przyjaciółmi. Najbliżej miała, pisząca te słowa – Bogusia z Białej.

    Ksiądz proboszcz Grzegorz Mierzejewski pięknie przywitał „liczną delegację Związku Rodu Żółtowskich”, w kazaniu nawiązywał do tego, co tworzymy współcześnie, pamiętając o naszej przeszłości i w trosce o przyszłość. Kapłan w homilii stwierdził między innymi, że Niebo nie jest wcale takie odległe, jak nam się wydaje. Ono jest w naszych sercach: pięknych, otwartych na potrzeby innych, kochających Boga i bliźniego. W tytule użyłam określenia  „nasz kościół”, bo tak właśnie wyraził się ksiądz Grzegorz mówiąc: „To jest też Wasza parafia, Wasz kościół”.

    Po uroczystej mszy pięknie dziękujemy księdzu Grzegorzowi, polecając jednocześnie jego modlitewnej pamięci cały nasz wspaniały ród Żółtowskich. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia i żegnamy się z życzliwym nam kapłanem.

    Udajemy się do Sierpca. Tam w nowo wybudowanym Hotelu Skansen Conference & Spa, w restauracji o wdzięcznej nazwie „Regionalna” przy pysznym obiedzie możemy podyskutować o zbliżającym się zjeździe, naszych sprawach rodzinnych i powspominać.

    A zebrało się tych wspomnień niemało. Dzieci nam podorastały, rosną wnuczęta. Lubimy się nimi chwalić. Tematów do rozmów było wiele. Państwo Rumińscy nie mogą być na tegorocznym zjeździe, ale obiecują,  że chleb z Ogończykiem na pewno zostanie upieczony i dostarczony, zgodnie z wieloletnią już tradycją. Żegnamy się z nadzieją rychłego spotkania. Bardzo dziękuję Wszystkim.

    To było naprawdę fajne spotkanie!

                                                                                                                                                 BOGUSIA Z BIAŁEJ

  • Zapiski z rejsu dookoła świata

    Zapiski z rejsu dookoła świata

     

    część II-Europa

    Po niecałej dobie zacumowaliśmy do nabrzeża w Rotterdamie. Miałem kilka godzin wolnego czasu i rower wypożyczony od kapitana więc jak przystało na Holandię, tym środkiem lokomocji w towarzystwie ochmistrza udałem się na krótkie zwiedzanie. Przejeżdżając przez Maas Tunel, którędy wiodła droga z portu do miasta, ze zdziwieniem usłyszałem  śpiew słowików. Oczywiście był on nagrany i płynął z głośników. W mieście nieco się pogubiliśmy i zapytaliśmy o drogę starszą panią poruszającą się tak jak my rowerem. Kazała nam jechać za sobą ale ledwo mogliśmy nadążyć. Po powrocie na statek zaczęły się przygotowania do zabawy sylwestrowej. Wraz z dziennikarzem I Programu Polskiego Radia, Marianem, uczestniczącym w rejsie w charakterze pasażera, wzięliśmy na siebie rolę wodzirejów. Były tańce, scenki rodzajowe z udziałem przebierańców, quizy i konkursy zręcznościowe. Znakomity kucharz okrętowy, Andrzej, zadbał o nasze żołądki a kapitan o szampana. Przed północą wysłuchaliśmy orędzia noworocznego i odebraliśmy życzenia od przewodniczącego „Solidarności” PLO. Nikt z marynarzy nie zszedł na ląd, by tam świętować Nowy Rok, co podobno było wydarzeniem bez precedensu.

    Rotterdam po nocy sylwestrowej przypominał „krajobraz po bitwie”, lecz służby miejskie uporały się z bałaganem w ciągu kilku godzin. Zostałem wezwany celem udzielenia pomocy medycznej na innym polskim statku MS „Smolny”, cumującym nieopodal, a pierwszym moim pacjentem w tym rejsie był…lekarz okrętowy. Wieczorem, w małej sali gimnastycznej, testowaliśmy stół do tenisa stołowego. Ponieważ załadunek trwał kilka dni, korzystałem z roweru i zwiedzałem miasto. Tu należy się pewne wyjaśnienie. Kapitan już na początku dał mi „wolne” w portach, gdyż pod ręką były służby medyczne, które w razie nagłego zdarzenia mógł wezwać na pomoc, a zakres ich możliwości był znacznie większy od mojego.

    4 stycznia o godz. 5.00 opuściliśmy Rotterdam, a już w godzinach popołudniowych zapachem siarkowodoru powitała nas Dunkierka. Wieczorem udaliśmy się do Domu Marynarza prowadzonego przez pastora. Po chwili do naszego stolika przysiadł się pan Piotr, Polak od wielu lat zamieszkały za granicą i trudniący się handlem używanymi samochodami. Rozmowy przy francuskim winie trwały do późna. Rodak zaproponował nam wycieczkę do Paryża, z której niestety nie mogliśmy skorzystać z uwagi na brak czasu a poza tym książeczki marynarskie to nie paszporty i pozwalały nam  poruszać się jedynie na obszarze portu i najbliższej okolicy.

    Następnego dnia zwiedzamy historyczne miasto pamiętne z ewakuacji wojsk francuskich i angielskich w maju i czerwcu 1940 r (ok. 300 tys. żołnierzy). Załogę i pasażerów zaczęła nękać jakaś infekcja grypowa, na szczęście objawy były łagodne i Polopiryna szybko sobie z nimi poradziła.

    Po niecałej dobie podróży dopływamy do portu Le Havre  liczącego ok. 200 tys. mieszkańców. Miasto niezbyt piękne, z dużą ilością betonowych budowli. Ponieważ jest niedziela, szukamy kościoła, gdyż audycja „Dla tych co na morzu” jest słabo słyszalna. Po powrocie na statek wziąłem się za segregowanie leków z darów.

     Kapitan podzielił się ze mną informacją, że w stoczni cumuje najnowocześniejszy jacht świata wybudowany przez firmę Nautic „Club Mediteran II” i zapytał, czy chciałbym go obejrzeć. Odpowiedź była oczywista. Ubrani w gustowne dżinsy i sweterki na rowerach przebyliśmy kilkanaście kilometrów. U celu okazało się, że wejście do stoczni wymaga przepustki a ponadto akurat w tym dniu ma miejsce uroczyste podniesienie bandery i wstęp mają tylko osoby zaproszone, a akredytację wyłącznie program pierwszy telewizji francuskiej. Przed bramą parkowały pojazdy klasy premium, z których wychodzili panowie we frakach i panie w drogich kreacjach. Kapitan przedstawił się strażnikowi dodając, że jest również kapitanem wielkim jachtowym i nie szczędził słów zachwytu nad nowym dzieckiem techniki francuskiej. Strażnik, sam nie mogąc podjąć decyzji, poprosił szefa ochrony, który po wysłuchaniu naszej prośby nie dość, że wydał przepustkę, to jeszcze przydzielił nam przewodnika, zgodził się również na wykonywanie zdjęć. Jak się dowiedzieliśmy, jacht kosztował 2 mld franków, posiadał 5 masztów i mierzył ponad 140 metrów długości, a pokład był wykonany z drewna tekowego. Załogę jego stanowiło 140 osób, zabierał 400 pasażerów. Przewodnik się przydał, gdyż można się było zagubić wśród kasyn, basenów, sal balowych, kajut i korytarzy. Największe wrażenie zrobiła na mnie sterówka, której wyposażenie przywodziło na myśl kokpit samolotu pasażerskiego. Wszystkie żagle były stawiane i zwijane elektrycznie. Zadbano również o bezpieczeństwo i na obu burtach umieszczono liczne kryte szalupy, do których wchodziło się przez „rękaw” jak na lotnisku. Swoją budową przypominały amfibie. W dziewiczy rejs jacht wyruszał w dniu następnym udając się na Wyspy Kanaryjskie. Oczywiście wszystkie bilety były wyprzedane. Poruszając się wśród tylu znakomicie ubranych gości czułem się trochę nieswojo ale ci zapewne brali nas za ekscentrycznych milionerów, nie przejmujących się konwenansami. Kiedy skończyliśmy zwiedzanie,  przewodnik odprowadził nas do bramy i zapytał, gdzie zostawiliśmy nasze samochody? Odpowiedzieliśmy, że za rogiem i już nas nie było. Na statek wróciliśmy w doskonałych humorach.

    Wieczorem odbiliśmy od nabrzeża biorąc kurs na Panamę – przygoda morska zaczęła się na serio. Następnego dnia zbliżyliśmy się do owianej złą sławą Zatoki Biskajskiej. Dotarła do nas przygnębiająca informacja o katastrofie w tym rejonie, która miała miejsce 2 dni wcześniej. W czasie sztormu statek towarowy przełamał się na pół i wraz z załogą poszedł na dno – nie było szans na jakikolwiek ratunek. Oczywiście nasze rodziny też dowiedziały się z mediów o tej tragedii i wiedząc, że jesteśmy w pobliżu upewniały się, czy wszystko w porządku. Kołysało coraz bardziej i co wrażliwsi zwrócili się do mnie po tabletki przeciwko chorobie lokomocyjnej. Wziąłem i ja. Pomogło na jakiś czas ale podczas gry w tenisa stołowego, kiedy jedną ręką trzeba było trzymać się stołu aby nie upaść, zmuszony zostałem do złożenia daniny Neptunowi.

                                                                                                    MARIUSZ ze Sztumu

  • Życzenia urodzinowe dla Janiny z Wrocławia

    Życzenia urodzinowe dla Janiny z Wrocławia

    Drogiej Jubilatce

    JANINIE OLSZEWSKIEJ

    z Wrocławia

    z okazji dziewięćdziesiątych urodzin

    życzymy, radości i szczęścia,

    jak również długich lat życia w zdrowiu.

                                                               Prezes Związku Rodu Żółtowskich

                     Mariusz ze Sztumu

                                wraz z członkami zarządu

  • Wywiad z Wiesławem z USA

    Wywiad z Wiesławem z USA

    W

    Dumny jestem, że jestem Polakiem i noszę tak szlachetne nazwisko                

    Wiesławie, kto cię odnalazł i zaprosił na zjazd Związku Rodu Żółtowskich?

    Do Chicago przyjechał syn Rafała Roman. Kiedy spotkaliśmy się, powiedział, że w Polsce organizowane są  coroczne zjazdy Żółtowskich. Spytał czy byłbym zainteresowany tymi spotkaniami. Podał  kontakt do swojego ojca Rafa, który przybliżył mi ideę Związku Rodu Żółtowskich i zaprosił na zjazd.

    Czy pamiętasz Twoje pierwsze zjazdowe spotkanie  i co Cię najbardziej zaskoczyło?

    Na pierwsze spotkanie przyjechałem w 2003 roku do  Mąchocic Kapitulnych. Jak okazało się,  był to już XII zjazd  ZRŻ, a w następnym 2004 roku przybyłem do Popowa k. Warszawy z profesorem  Wolskim, który przedstawił moją genealogię.

    Zachwyciła mnie sama idea zjazdu, że Żółtowscy się integrują, spotykają, że tworzą i mają swój „Kwartalnik”. Samo nazwisko zobowiązuje, po prostu piękny cel.

    Twoje korzenie rodzinne, Twój dom.

    Do Unii Lubelskiej nie było nazwisk. Wcześniej była przynależność rycerska, były zawołania, miejscowości, umiejętności, imiona. Dopiero po Unii Lubelskiej powstawały nazwiska. I tak nadane od miejscowości Żółtowo spod Mochowa powstało nazwisko Żółtowski, stąd pochodzą moje korzenie. Poprzez podziały i różne koligacje rodzinne, poprzez małżeństwa zawierane z Kamińskimi z Kamionek, z Dzięgielewskimi i innymi rodami trafiliśmy do Włoczewa, parafii Proboszczewice koło Płocka.

    Dziadków nie pamiętam. Wcześnie odeszli. Pamiętam tylko babcię od strony mojej mamy, która zmarła tuż po mojej komunii.  Rodzinny majątek został podzielony między dzieci. Ojciec wyszedł z siedliska swoich rodziców i osiedlił się na pustej działce. Stworzył gospodarstwo, budując od początku dom i  budynki gospodarcze. Ogólnie było biednie, gdyż ojciec musiał spłacić swoje dość liczne rodzeństwo.

    Czego nauczyłeś się od rodziców?

    Z domu rodzinnego wyniosłem najpiękniejsze cechy. Rodzice nauczyli mnie pokory, szacunku dla innych osób, przede wszystkim starszych. Pielęgnacja i dbanie o kobiety. Są one piękne, delikatne i całe życie trzeba o nie dbać. Ten szacunek wobec kobiet zaszczepił mnie i braciom bliźniakom starszym ode mnie o pięć lat nasz tata.  Mam też siostrę bliźniaczkę. Miałem jeszcze siostrę, która w wieku 25 lat zmarła.

    Jak potoczyły się Twoje dalsze losy? Dlaczego wyemigrowałeś do USA?

    W latach 1976-1978 będąc młodym człowiekiem, pracowałem jako ratownik nad jeziorem Białym k. Gostynina i w Szczutowie k. Sierpca. Zarabiałem nawet dość przyzwoite pieniądze.  Była we mnie jednak silna wola wyjazdu za granicę. Pociągał mnie zachód ze względu na możliwość rozwoju młodych ludzi i zarabiania dużych pieniędzy.

    Trzykrotnie odmawiano mi wydania paszportu. Miałem przede wszystkim nieuregulowaną służbę wojskową. Ale ja byłem uparty.

    Zapisałem się do Wyższej Szkoły Pilotażu w Dęblinie. Pomyślałem, że nauczą mnie latać i ja im ucieknę. Z chętnych kandydatów 36. chłopaków przeszło wytrzymałość fizyczną tylko dwóch, między innymi ja i zostałem przyjęty do tej szkoły. W Płocku należałem do koła fotograficznego i wykonywałem zdjęcia z aparatu „Druh” .  Umiejętność ta też mi się przydała.

    Poprosiłem majora z WKU w Płocku o wydanie zgody na wyjazd do Wiednia, celem sfotografowania zabytków. Zgodził się. W 1978 r. dostałem paszport na 10 dni. Spakowałem małą walizeczkę i  na drugi dzień wsiadłem do pociągu „Chopin” w Krakowie i  dotarłem do Wiednia. Rodzina nie wiedziała. Gdy ich poinformowałem, że wyjeżdżam do stolicy Austrii, pukali się w głowę. Oczywiście, potem  mieli problemy. Nie mogli otrzymać paszportu.

    W Wiedniu przebywałem dziewięć miesięcy. Przytrafiły mi się różne nieprzyjemne przygody. Zostałem oszukany,  bez środków do życia. Na szczęście udało mi się dostać pracę. Żyłem tylko myślą wyjazdu do Stanów. Wreszcie po upływie dziewięciu  miesięcy 18 października  dotarłem do Nowego Jorku. Zamieszkałem na Manhatanie. W tym czasie odbywał się  strajk śmieciarzy. Poprosiłem, aby Emigracja Ewidencyjna przeniosła  mnie do Chicago. Dokładnie pamiętam, 20 października 1979 roku kupiłem w polskim kościele gazetę „Dziennik Związkowy”, aby wynająć mieszkanie. I tak trafiłem do rodziny, która mnie przyjęła. Dostałem stypendium i zapisałem się na uczelnię. Wysokość opłaty za  semestr wynosiła jeden dolar. W okresie wakacyjnym zatrudniłem się w firmie sprzątającej galerie handlowe. Podobała mi się ta praca i w 1983 roku założyłem własną firmę. W pierwszym okresie środki czyszczące kupowałem od firmy zewnętrznej. Wydawały mi się za drogie, wobec czego postanowiłem, że sam zacznę produkować środki do mycia podłóg, szyb, czy dywanów.

    Moja firma zajmowała się sprzątaniem już w trzech stanach, a nawet sprzedawałem produkty środków czystości do sklepów. Moja oferta była konkurencyjna, wobec innych  przedsiębiorstw  na rynku. Zatrudniałem wtedy w najlepszym okresie 900 osób, głównie rodaków z Polski. To nie podobało się konkurencji. W 1988 roku, gdy byłem z żoną na wakacjach nasłali na mnie Urząd Emigracyjny. Trochę przeszkadzali i nękali mnie. W latach dziewięćdziesiątych dowiedziałem się, że w Polsce jest już wolność gospodarcza, wobec tego postanowiłem w 1990 roku zapakować wszystkie maszyny produkcyjne  do kontenerów i przewieść  je do Polski, do Limanowej. I tak  już w roku 1991 powstała w Polsce firma „Gold Drop”, zajmująca się produkcją środków czystości.

    Moich dwóch zdolnych menadżerów pochodziło z Bochni i Nowego Targu. Pracowali w Chicago i okazali się dobrymi organizatorami. Powołałem ich na pierwszych prezesów w  firmie i nadal pracują.

    Odniosłeś sukces. Współpracujesz z wieloma krajami. Produkty Twojej firmy trafiają na rynki prawie całego świata.

    Do 44 krajów, czyli prawie 1/4 rynków światowych. Głównie trafiają do krajów Unii Europejskiej, Ameryki, Kanady, Polski i innych.

    Członkowie związku mieli okazję na Twoje zaproszenie w 2014 roku, będąc na zjeździe w Szaflarach k. Zakopanego odwiedzić Twoje przedsiębiorstwo  w Limanowej, podziwiając wyposażenie zakładu w nowoczesną technologię.

    W 2014 roku powstały nowe hale produkcyjne, załadunkowe, logistyki i biurowiec. Wcześniej linię produkcyjną obsługiwało piętnaście  osób, a dzisiaj dwanaście linii obsługuje trzech pracowników. Przez 27 lat wzrosła wartość produkcji, a spadł poziom zatrudnienia.

    Wiesławie, pełnisz zaszczytną funkcję wiceprezesa Zarządu BCC i Kanclerza Loży Polonii w Chicago. Na czym ta funkcja polega?

    Na kojarzeniu biznesowym. Pomagam polskim firmom wejść na rynek w Stanach.

    Otrzymałeś wiele prestiżowych nagród i wyróżnień. Proszę, abyś przybliżył nam te, które są dla Ciebie najważniejsze.

    Nie występuję o żadne odznaczenia i nagrody. Jednak czuję radość, jak jestem zauważony i  doceniony. Przyznano mi nagrody zarówno państwowe jak i kościelne. Do tych najważniejszych należą: Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany przez Prezydenta Bolesława Komorowskiego, Krzyż Oficerski  Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej nadany przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Komandorski z Gwiazdą  Orderu Świętego Stanisława Biskupa Męczennika, czy Krzyż Maltański i inne także dla mnie ważne.

    Jesteś osobą  bardzo zajętą, wobec tego, czy masz jeszcze czas na odpoczynek , hobby , czy pasje?

    Oczywiście, wolne dni od pacy spędzam w  Bieszczadach. Mam tam gospodarstwo i opiekuję się zwierzętami. Pracownicy mają wolne. Posiadam 49 zwierząt i je karmię. A są to krowy szkockie, daniele, alpaki, kozy kameruńskie, konie, kuce i koniopodobne.

    Koniopodobne? A cóż to za zwierzę?

     Są to osiołki.  Pewnie by się obraziły, gdyby mnie zrozumiały.

    Czy rozważałeś, aby kiedyś powrócić na stałe do Polski?

    Jestem więcej w Polsce, niż w Ameryce.

    Czy masz czas na kontakty z rodziną w Polsce?

    Oczywiście, cały czas utrzymuję kontakty z rodzeństwem w Polsce. Siostra bliźniaczka mieszka w Bieszczadach, a bracia w Płocku i Włoczewie.

    A czy można pogodzić rodzinę z karierą?

    To jest bardzo trudne. Był taki okres w moim życiu na początku kariery w biznesie, gdy trzeba było poświęcić  więcej czasu i nie miałem możliwości bycia i uczestniczenia w dorastaniu moich dwóch starszych córek. Po prostu bezpowrotnie straciłem tamten okres. Lecz gdy urodziła się najmłodsza córka, wspominam z czułością jej pierwsze mądrości i jaki to jest piękny czas kontaktu z dzieckiem. Niejednokrotnie starsze córki, jak coś ode mnie potrzebują, wysyłają Martę jako rzecznika dla załatwienia interesów rodzinnych.

    Cieszę się, że starsze córki uczyniły mnie szczęśliwym dziadkiem. Obie mieszkają w Stanach.

    Docenili  Twoje filantropijne zasługi ojcowie Paulini na Jasnej Górze.

    Prawda, za Salą Rycerską, po prawej stronie w kaplicy jest wmurowana marmurowa tablica z napisem „Zasłużony dla Jasnej Góry. Wiesław i Krystyna Żółtowscy. Filantrop”, w podziękowaniu za wniesiony własny wkład finansowy i pomoc w zbiórce pieniędzy wśród Polonii amerykańskiej na remont pomieszczeń i piwnic Klasztoru. Można powiedzieć, że Żółtowscy zaistnieli i są na Jasnej Górze.

    Wiesławie, tak na koniec powiedz z czego jesteś najbardziej dumny?

    Dumny jestem z tego, że jestem Polakiem i noszę nazwisko ŻÓŁTOWSKI.

    Dziękuję za rozmowę i życzę Ci zdrowia i dalszych sukcesów w życiu zawodowym i osobistym.

                                                                                                                                                 ELŻBIETA z Kutna

  • Wiersze Rafała

    DWA POKOLENIA – JEDNO SPOJRZENIE!
    A ja tu – jestem sam.
    Pomost od brzegu,
    Dębowe nogi w toni,
    Kołysze się,
    Kiedy wiatr,
    Lub kto stoi.
    Obok łódka.
    Szumią trzciny, tam
    Kaczka mieszka z kaczątkami.
    Do wyścigu stanęły
    Łabędzie z perkozami.
    Fala się wzmaga,
    Kołuje rybitwa.
    Okoń w sitowiu się schował
    W oczekiwaniu na obiad.
    Rozłożone wędki z żyłkami.
    Uwiązane haczyki
    Kuszą robakami.
    Kaczka woła swoje dzieci.
    Wygrały perkozy.
    Upał, słońce ostro świeci.
    Jakiś zamęt w sitowiu,
    Okoń najedzony.
    Przyjdzie chyba burza,
    Kapie z nieba.
    Do wsi pędzą drogą krowy.
    Rżnie głośno krajzega,
    Jestem sam- właśnie tam.
    Rafał z Korycina 2005 r

    A ty tam – jesteś sam.
    Przy pomoście cumujesz łódkę
    Którą wiatr porywa na jezioro.
    Słuchasz szumu trzcin,
    Gdy fala się wzmaga.
    Kaczki, łabędzie, perkozy
    I rybitwa kochana.
    Tysiące kwiatów w skalniaku
    Woń swą rozwiewa,
    Gdy Ty na haczyk
    Robaki nadziewasz.
    A głowa Twoja myślą zaplątana!
    Czy to burza, czy tylko
    Mocniej wieje.
    Na drodze pędzą krowy do wsi
    I gdzieś rżnie krajzega.
    A Ty jesteś sam – właśnie Tam!
    Aleksandra, córka Rafała

    .

  • Ostatnie pożegnanie Andrzeja Ludwika Żółtowskiego

    Ś. P.
    ANDRZEJ LUDWIK ŻÓŁTOWSKI
    „Żuk”
    ur. 25.11.1922 r. Mszczyczyn
    zm. 12.09.2018 r. Warszawa

    Kapral Podchorąży I Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego na Mokotowie.
    Żołnierz Powstania Warszawskiego, odznaczony Krzyżem Walecznych,
    awansowany do stopnia Podporucznika. Uczestnik Akcji „Burza”.
    Współzałożyciel reaktywowanego Związku Rodu Żółtowskich.
    Pogrzeb odbył się w kościele pw Św. Karola Boromeusza,
    20 września 2018 roku o godzinie 12.00,
    po czym nastąpiło odprowadzenie zmarłego do grobu na Stare Powązki.

    Siostrzenice, siostrzeńcy i rodzina.

    Rodzinie Zmarłego, wyrazy współczucia składają,
    Prezes Związku Rodu Żółtowskich oraz zarząd.

  • Ciekawe spotkania

    Gdy w 1958 r., po rocznym pobycie za granicą wróciłem do Lasek, umieszczono mnie prowizorycznie w „Starym” Domu Rekolekcyjnym. Prowadzącą go wtedy była s. Stefana Hołyńska, osoba o gorącym sercu.  Dzięki niej miałem okazję poznać różnych nieprzeciętnych ludzi.
     Kiedyś zawiadomiła mnie, że w Warszawie odbywa się międzynarodowy zjazd historyków.  Jest ich pięciuset, a pięćdziesięciu francuskojęzycznych zapragnęło poznać Laski i dowiedzieć się czegoś więcej o kontaktach Zakładu z Francją. Prosiła, bym wygłosił do nich krótkie przemówienie po francusku na ten temat. Kosztowało mnie to trochę czasu, by przygotować się na to, lecz za to miałem rozmowę z nieprzeciętnym człowiekiem.
    Po moim wykładzie uczestnicy byli zaproszeni na kolację w „Nowym” Domu Rekolekcyjnym. Poszedłem  tam i czekałem na gości. Nie było jeszcze nikogo. Wreszcie zjawił się jakiś starszy, wysoki pan z siwiejącą bródką, poprosił o możliwość bardzo osobistej rozmowy. Zaskoczyła mnie ta dziwna propozycja, lecz zgodziłem się i czekałem w milczeniu. Ów pan zaczął od tego, że nosi w sobie bardzo ciężki krzyż, którego nie ma siły udźwignąć. Szukał pomocy z góry w sanktuariach maryjnych  takich jak Lourdes, La Salette i jeszcze innych, ale bez skutku. Posłyszawszy o zjeździe historyków w Warszawie pomyślał, że byłaby okazja pojechać na Jasną Górę i tam swoją sprawę przedłożyć, lecz i ten wyjazd okazał się daremny. – „I niech pan sobie wyobrazi, że kiedy znalazłem się w Laskach, nagle mój krzyż został ze mnie zdjęty”. Mówił to z wielkim wzruszeniem. Tymczasem zaczęli wchodzić goście i musieliśmy przerwać tę rozmowę. Wiem, że gdy podzielił się tą wiadomością z siostrą Stefaną powiedział więcej o sobie. Był synem Rosjanina z dawnej rosyjskiej emigracji i Włoszki. Nigdy więcej go nie spotkałem. 

    Po wielu latach mojej pracy w Laskach czasem zadaję sobie pytanie: czy ci, którzy Laski krytykują i wynajdują w nich wiele ujemnych stron, zdają sobie sprawę z tego, ile tajemnic kryją w sobie mury Domu Rekolekcyjnego i groby na tutejszym cmentarzu?
    W jakiś czas po tym wydarzeniu s. Stefana poprosiła mnie znowu na rozmowę. Właśnie przybył do jej Domu na okres ciszy i skupienia jakiś bardzo nieprzeciętny pracownik naukowy.
    Jest jeszcze młody, zna osiem języków, w tym wszystkie skandynawskie. Teraz jego specjalnością jest hinduistyka. Mimo sukcesów życie mu się poplątało. Stracił wiarę, lecz czuł wielki niedosyt duchowy, gdyż brakowało mu ideału dla którego warto się poświęcić.
    Ponure myśli tak go gnębiły, że postanowił odebrać sobie życie. Wyskoczył przez okno z wysokiego piętra swej kamienicy, lecz odratowano go bez większych szkód na zdrowiu. Skoczył więc po raz drugi, lecz znowu wrócił szybko do zdrowia. Zdecydował się więc lepiej swoją śmierć przygotować i tym razem upadłszy na ziemię ciężko połamał sobie nogi. Ale odzyskał wiarę.
    Silny organizm i „niezłomność” jego woli doprowadziły do tego, że mógł chodzić o kulach i pierwszą rzeczą, której dokonał była piesza pielgrzymka do Częstochowy z podziękowaniem za odzyskanie wiary.
    To wszystko opowiedziała mi s. Stefana prosząc o przybycie na dłuższą z nim rozmowę. Oczywiście nie poruszyłem ani słowem tematu jego ostatnich przeżyć, bo mieliśmy dość innych interesujących spraw do omówienia z tym wielkim humanistą.
    Kiedyś przyjechała do Lasek jego siostra, która robiła takie bardzo dobre wrażenie, a nie miała trudności z wiarą. Oboje w końcu zaprosili mnie na obiad u siebie.
    Wtedy dowiedziałem się, że ich ojciec został zamordowany w Katyniu.
    Siostra nowego znajomego opowiedziała mi, że ma pracę biurową, która jej nie odpowiada, gdyż miała o wiele większe, wyższe aspiracje. Ile razy jednak składała podanie o przyjęcie na uniwersytet pisała prawdę o śmierci swego ojca. Za każdym razem otrzymywała odmowę z tego powodu, lecz nieprawdy nie chciała podać.
    Z czasem musiałem ograniczyć częstsze spotkania z przyjezdnymi osobami, mając coraz więcej obowiązków w Zakładzie. Tym się tłumaczy, że moje stosunki z tym miłym rodzeństwem się urwały.

                                    MICHAŁ z Lasek
  • Tajemniczy dramat w Kopaszewie


    Z dziecięcych lat pozostała mi w pamięci  emocjonująca i tajemnicza  historia, którą opowiadał nam Ojciec. Dopiero po kilku dziesiątkach lat, po przeczytaniu Wspomnień mojej ciotki Marii z Kwileckich Żółtowskiej z Jarogniewic, udało mi się odtworzyć i zrozumieć główny jej wątek.
    W odległym o 20 km od mego rodzinnego Czacza dworze, w Kopaszewie, w XIX w. mieszkali Koźmianowie, a później Chłapowscy. Ostatni właściciel Mieczysław,  był znanym gospodarzem i społecznikiem.  Został za to rozstrzelany na rynku w Kościanie razem z innymi zakładnikami. Był to akt przemyślany. 

    Po zakończeniu kampanii wrześniowej, Niemcy chcieli wzbudzić terror na zagrabionych terenach i wyniszczyć inteligencję.
    Historia, którą chcę opisać, jest trudna do osadzenia w czasie, wiem tylko tyle, że w końcu XIX wieku, w Kopaszewskim dworze dokonywano remontu posadzki w salonie. W czasie tej pracy natrafiono na zwłoki młodej osoby w balowej sukni, z obciętą głową. Wywołało to w okolicy sensację. Tajemnicę wyjawił umierający proboszcz w jednej z poznańskich parafii. Ośmielił się to zrobić dopiero na łożu śmierci, gdyż zagrożono mu zabójstwem, gdyby to ujawnił wcześniej.
    Pewnej nocy obudziło go wejście do sypialni czterech zamaskowanych panów w wieczorowych strojach. Kazali się szybko mu ubierać, po czym zawiązali oczy i wyprowadzili na ulicę, gdzie czekała kareta zaprzężona w parę koni. Ksiądz został do niej wprowadzony z zawiązanymi oczyma, ciągle w otoczeniu nieznanych mu ludzi. Nie tracąc przytomności umysłu, starał się zapamiętać bieg wypadków. Przez dłuższy czas kareta jechała po gładkiej szosie, ale po kilkunastu kilometrach dało się wyczuć, że nawierzchnia jest ułożona z „kocich łbów”. W Wielkopolsce kładziono je we wsiach i miasteczkach celem zmuszania jadących do ograniczenia szybkości. Powtórzyło się to jeszcze po raz drugi.
    Ksiądz później się domyślił, że były to przejazdy: pierwszym razem przez wieś Stęszew, a drugim przez miasteczko Czempin. Na koniec konie zatrzymały się przed gankiem niewielkiego dworu, a księdza z zawiązanymi oczyma wprowadzono do domu. Tam zdjęto mu przepaskę z oczu. Zobaczył rzęsiście oświetlony salon, a w nim kilku zamaskowanych mężczyzn oraz jedną młodą kobietę. Celem tego wszystkiego był sąd nad nią. Ustalono skład trybunału, który po naradzie wydał wyrok śmierci. Zasłonięto prowizorycznie jeden z rogów salonu, ustawiono fotel dla księdza, a młodej osobie dano możliwość spowiedzi.
    Potem wniesiono na środek pokoju pieniek, młoda kobieta położyła na nim głowę, a jeden z obecnych uderzeniem topora ją uciął. Na tym kończy się relacja starego księdza.
    Spróbujmy dzisiejszemu Czytelnikowi dać prawdopodobne wytłumaczenie tej historii. Mój Ojciec przypisywał to wszystko działaniu „karbonariuszy”. Określenie jest obecnie mało zrozumiałe. Pod tą nazwą przez długie lata kryła się tajemnicza, rewolucyjna działalność jakiegoś stowarzyszenia. Karbonariuszami nazywano obozujących w lasach pracowników wypalających węgiel drzewny. Wśród nich ukrywali się rewolucjoniści.
    Południowa część Włoch była zawładnięta kolejno przez różne państwa, których rządy dbały o własny interes, a zaniedbywały potrzeby ubogiej ludności. Gdy podniosły się żądania o poprawę losu, a nawet zbrojne powstania przeciw obcym rządom, wkraczały armie i z wielką bezwzględnością tępiły wszelki opór. Trwało to jeszcze za czasów Napoleona i wtedy służący w jego armii Polacy poznali ten ruch. Trzystu z nich przeniosło go do Francji i później do Polski.
    Członkowie konspiracji składali przysięgę na ścisłe przestrzeganie tajemnicy. Głównym hasłem była walka z absolutyzmem, zrównanie warstw społecznych, wprowadzenie rządów konstytucyjnych, antyklerykalizm itp.
    Niektóre założenia były wspólne z masonerią. Najintensywniej karbonaryzm działał w latach 1830-1831. Potem doprowadził do „Wiosny Ludów” w Europie, a idee jego odżyły w Młodej Polsce.

                                        MICHAŁ z Lasek

    Patrz: Encyklopedia PWN – „Karbonaryzm”