Tag: Nr 92

  • XXVIII Zjazd Związku Rodu Żółtowskich

    XXVIII Zjazd Związku Rodu Żółtowskich

    WIKTOROWO
    JEZIORA I NENUFARY
    PIĘKNE MIEJSCE NA PIĘKNE SPOTKANIE

    Już po raz XXVIII odbył się Zjazd Związku Rodu Żółtowskich. Spotkaliśmy się w Wiktorowie koło Żnina w województwie kujawsko- pomorskim i gościliśmy tam w dniach 19-23 czerwca br.
    Miło było witać się z kolejno dojeżdżającymi uczestnikami Zjazdu z Polski i zagranicy. W tym roku przyjechali:
    Rafał z Korycina
    Mirella i Mariusz ze Sztumu
    Jacek, Maria i Bogdan z wnuczką Marysią z Łodzi
    Barbara z Wrocławia z synem Krzysztofem z USA i Elżbietą z Kanady
    Zbyszek z Warszawy
    Janina, Agnieszka i Danuta z Wrocławia
    Janeczka z Wrocławia z córką Grażyną ze Szwajcarii
    Hanna i Sławomir ze Szczecina
    Tomasz i Agata z Gdańska
    Kicia ze Szczęsnego
    Bożena z Warszawy
    Lidka z Sulechowa
    Andrzej z Popłacina k. Płocka z wnukiem Adamem z Warszawy
    Daniel z córkami: Julią i Martą z Płocka
    Bogusia z Białej Starej
    Ania z córeczką Apolonią z USA
    Ania i Maciej z dziećmi Wojtkiem i Magdą z Grudziądza
    Marta i Michał z Gdańska
    Halina z Podkowy Leśnej
    Krystyna, Mirosław i Swietłana z Warszawy
    Teresa i Małgorzata z synem Julkiem z Warszawy
    Władysław z Torunia
    Krzysztof z Torunia
    Maciej z Torunia
    Kalina i Jerzy z Torunia
    Elżbieta i Kazimierz z Kutna.

    Elżbieta, Basia, Marysia, Jacek, Bogdan, Maria
    Rafał z Korycina
    Ela z Kutna, Bożena z Warszawy, prezes Mariusz, Kalina z Torunia


    Ośrodek Wiktorowo położony jest na półwyspie jeziora Ostrowieckiego na Szlaku Piastowskim. Dotarcie do niego niektórym z nas sprawiało pewną trudność, ponieważ kilka kilometrów dalej, także znajduje się miejscowość Wiktorowo. Ale daliśmy radę i wszyscy szczęśliwie dotarliśmy. Okolica cudowna, szczególnie dla mieszczuchów. Jezioro pełne zatoczek, zalesione drzewami i wysoką roślinnością, a na tafli jeziora nenufary. Prawdziwym hitem okazały się widowiskowe wschody i zachody słońca, które na długo zostaną w pamięci. Niektórzy z nas czynnie korzystali z pogody kąpiąc się w czystym jeziorze i opalając na niewielkiej piaszczystej plaży. Ławeczki stojące wzdłuż ośrodka, były miejscem naszych spotkań i rozmów o naszych bliskich i o tym, jak szczęśliwi jesteśmy z naszego spotkania lub wspominaliśmy ubiegłe lata. Nie brakowało także poważnych rozmów o naszym życiu – pracy, zdrowiu, jak również sprawach naszego Związku.
    Najmłodsi członkowie Zjazdu szybko się zintegrowali i wymyślali ciekawe zabawy, ku zadowoleniu rodziców i dziadków.

    Teresa i Małgorzata z synkiem Julkiem z Warszawy, Marysia
    Krystyna z Warszawy, Świetłana i Mirosław syn Krystyny

    Pierwszy dzień Zjazdu, czyli środa 19 czerwca upłynął na powitaniach kolejnych gości. Mimo zmęczenia po podróży, mieliśmy jeszcze nieco siły aby z sobą porozmawiać. Nie widzieliśmy się przecież cały, długi rok.
    Miejscem, które upodobaliśmy sobie, była kawiarenka nad jeziorem na molo i tam chętnie spotykaliśmy się w wolnych chwilach i rozmawialiśmy często do późnych godzin nocnych. Trochę dokuczliwe były kąsające nas komary, ale byliśmy dobrze zabezpieczeni w odstraszające je preparaty.
    W czwartek 20 czerwca, niektórzy z nas pojechali na uroczystości Bożego Ciała do miejscowego kościoła p w św. Bartłomieja Apostoła w Szczepanowie, wybudowanym w 1848 roku. W wyposażeniu kościoła znajdują się trzy ołtarze z drewna polichromowego z XVII i XVIII wieku, drewniany gotycki krucyfiks pochodzący z ok. 1500 roku, wyciosana w kamieniu kropielnica z XVI wieku. Przy kościele znajduje się XVIII-wieczna drewniana dzwonnica z bogato zdobionym dzwonem z 1670 roku. Szczepanowo jest malowniczą osadą o charakterze turystyczno-rolniczym z pięknymi lasami i nizinnym krajobrazem. Zadbane zabudowania z różnobarwnymi kwiatami, oraz aleją potężnych modrzewi.
    Po południu odbyło się spotkanie zarządu, które prowadził prezes Mariusz. Omówiono aktualną sytuację związku i nakreślono kierunki działania na przyszłość. W przyszłym roku czeka nas rok wyborczy, będziemy się starać wyszukać ośrodek na zjazd w centralnej Polsce, by chętni mogli jak najliczniej przyjechać. W 2021 przypada jubileusz XXX-lecia reaktywacji związku, chcielibyśmy jak najpiękniej go uczcić.

    Rafał, Kalina, Bożena, Grażyna, Janeczka, Halina z Podkowy Leśnej
    Uroczysta kolacja
    Zbyszek z Warszawy, Elżbieta i Kazimierz z Kutna


    Po posiedzeniu zarządu przybywają do sali konferencyjnej członkowie związku na spotkanie z panem Zbigniewem, regionalistą, posiadającym bogate zbiory pocztówek, znaczków, książek i medali, związanych z regionem.
    Z niezwykłą pasją pan Zbigniew opowiadał o tutejszym regionie, jego historii, kulturze i znanych postaciach, które zostawiły swój ślad w historii tego regionu. Zachęcał do zwiedzania Szlaku Piastowskiego: prasłowiańskiej osady w Biskupinie, zwaną „Polskimi Pompejami”, Wenecję, w której znajdują się ruiny zamku „Diabła Weneckiego”, a także Muzeum Kolejki Wąskotorowej. Gąsawa, z ciekawą historią zjazdu książąt dzielnicowych, Marcinkowo Górne w którym znajduje się pomnik Leszka Białego, Muzeum Ziemi Pałuckiej w Żninie i perełkę tego regionu pałac w Lubostroniu, wybudowany przez rodzinę Skórzewskich.
    Pan Zbigniew zapraszał nas na Jarmark Pałucki w pierwszą niedzielę września do Wągrowca.
    Po tej ciekawej podróży po Pałukach i Szlakiem Piastowskim przedstawionym przez zaproszonego gościa rozpoczęliśmy zebranie ogólne członków naszego związku.
    Na wstępie zebrania prezes Mariusz przywitał zebranych i wygłosił laudację, po czym uhonorował za szczególny wkład w pracę na rzecz Związku Rodu Żółtowskich Bożenę z Warszawy, medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek. Bożena Lipińska z domu Żółtowska jest naszą wieloletnią redaktorką Kwartalnika. Z całego serca gratulujemy i życzymy dalszej tak owocnej pracy redakcyjnej. Bożenka podziękowała za wyróżnienie i zachęcała wszystkich do pisania i przysyłania tekstów o historii rodziny, swojej pracy, pasji, podróży.
    Honorowy prezes Rafał otrzymał z rąk Mariusza dyplom. Wyróżnieni, Bożena i Rafał, otrzymali podziękowanie za pracę, gromkimi brawami od zebranych.

    Krystyna (Kicia) ze Szczęsnego, Lidia z Sulechowa, Agata z Gdańska
    Mariusz i Mirella ze Sztumu i Halinka
    Krzysztof z USA, Barbara z Wrocławia, Jacek z Łodzi


    Mariusz przekazał pozdrowienia od nieobecnego na zjeździe Jarka ze Skierniewic i Jana z Łodzi, Zbyszek z Warszawy od Ani z Brzegu, a Kazio z Kutna od Piotra z Sandomierza.
    Następnie przedstawiły się nowe osoby, które przyjechały po raz pierwszy na zjazd. Teresa z Warszawy przyjechała z córką Małgorzatą i wnukiem Julkiem, który szybko zaprzyjaźnił się z małymi uczestnikami Zjazdu.
    Na zebraniu rozmawialiśmy o wielu sprawach istotnych dla Związku, a także o ewentualnych miejscach przyszłorocznego spotkania.
    Padły propozycje Zajączkowa, Serocka, a także Spały w Centralnym Ośrodku Sportu. Jak zawsze, zarząd Związku, będzie starał się wybrać najkorzystniejszą ofertę.
    Dość pilną sprawą jest uzupełnienie i poprawienie nieścisłości w ostatnim wydaniu naszej genealogii. Trzeba poczynić poszukiwania osoby, która zrobi to profesjonalnie.
    Andrzej z Popłacina koło Płocka, promował zebranym książkę swojego autorstwa pt. ”Z fal pokoleń Maria. Dokumenty, wspomnienia, listy”. Jest to ciekawa publikacja o Marii Żółtowskiej, posłance na Sejm przez I i III kadencję. Zawarty jest w niej zbiór informacji o pochodzeniu rodziny, nauce, pracy zawodowej i społecznej, życia rodzinnego, posłowania. Poznajemy Marię jako życzliwą i niosącą pomoc prawną potrzebującym, wsparcia członkom Solidarności, ale także zwykłym ludziom. Pracowała jako Radca Prawny w Fabryce Maszyn Żniwnych w Płocku. Doskonały opis wydarzeń buntu i przemian politycznych po 80. roku XX wieku. Rodzącej się w bólach III Rzeczpospolitej. Andrzej jest historykiem i wydarzenia te opisał. Wykorzystał wspomnienia rodzinne, listy i pamiętniki Marii. Można się dowiedzieć jak pracowitą była posłanką. Zamieszczone są fragmenty jej wystąpień z trybuny sejmowej. 17 października 1992 roku została wybrana do Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, przygotowującej projekt nowej polskiej Konstytucji. Jesteśmy z niej dumni. Gorąco tę książkę polecam. Jest do nabycia u autora, męża Marii, Andrzeja i u Agnieszki z Wrocławia.
    Prezes Mariusz podziękował Krzysztofowi za przywiezienie na Zjazd wielkiego bochna chleba z herbem, smakowitych i pięknie zapakowanych pierników oraz wyśmienite ciasta. Te wszystkie wypieki pochodzą z Piekarni – Cukierni państwa Barbary i Krzysztofa z Torunia.


    Tuż po kolacji świętowaliśmy jubileusz dziewięćdziesięciolecia urodzin Janeczki z Wrocławia. O wszystko zadbała jej córka Grażynka ze Szwajcarii. Był wyśmienity tort, ciasta, szampan i życzenia długich lat w zdrowiu. „Uściski i żebyś zawsze była taka uśmiechnięta i pełna optymizmu”. Jesteś po prostu wspaniała.

    Jubileusz Janeczki z Wrocławia – Janeczka, Grażyna ze Szwajcarii, Tomasz z Gdańska


    W piątek po śniadaniu większość z nas wybrała się na indywidualne wycieczki po Pałukach i Szlaku Piastowskim, które polecił nam pan Zbigniew-regionalista. Niektórzy wybierają odpoczynek nad jeziorem lub pozostają w ośrodku.

    Agnieszka z Wrocławia
    Sławomir z Hanną ze Szczecina, Elżbieta z Kanady, Krzysztof
    Agnieszka, Danuta, Janina i Janeczka z Wrocławia


    Ja z Kaziem i Zbyszkiem z Warszawy wybraliśmy się w podróż po pięknej okolicy, co sprawiło, że ledwo zdążyliśmy na uroczystą kolację. Ale wrażenia z wycieczki na długo zostaną nam w pamięci. Zwiedziliśmy najpiękniejszy w Polsce klasycystyczny, wybudowany na początku XVIII wieku pałac w Lubostroniu, będący własnością rodziny Skórzewskich. Dziś jest własnością Województwa Kujawsko-Pomorskiego. Nad wejściem na fryzie portyku widnieje łaciński napis: SIBI AMICITIAE ET POSTERIS MDCCC (Sobie, Przyjaźni i Potomkom 1800). Poruszając się po przepięknych wnętrzach pałacu, z zaciekawieniem przysłuchiwałam się rozmowie o historii pałacu jakiej udzielał redaktorowi polskiego radia, zapewne dyrektor tego obiektu. Panowie przeprowadzili nas tajemniczym przejściem przez strome schody, po których poruszała się hrabina Skórzewska i wyjściem przez kryształowe lustro. Równie tajemnicze są podziemia pałacu. Lubostroń jest niemal ściśle symetryczny: środek pałacu wypełnia salon w formie trójkondygnacyjnej rotundy, ozdobiony stiukami, a otaczają go cztery fasady z kolumnowymi, jońskimi portykami. Przez lubostrońskie salony przewijali się przedstawiciele najznamienitszych polskich i europejskich rodów arystokratycznych: Radziwiłłowie, Czartoryscy, Czetwertyńscy, Lubomirscy, Braniccy. Znakomici ludzie kultury, nauki i sztuki. Dla mnie jest on świadectwem bogactwa i pozycji społecznej jaką zajmowali w ówczesnych czasach Skórzewscy.
    Dalszym etapem naszej wycieczki był pałac w miejscowości Słupy, którego ostatnim właścicielem był Edward Franciszek Marian hr. Żółtowski, (1879-1960) z linii Ujejskiej. Rodzinnie powiązany z rodziną Michała z Lasek. Miał syna Andrzeja Maria hr Żółtowskiego, urodzonego w 1914 roku w Słupach. Michał z Lasek i Andrzej spędzili razem rok w Podchorążówce Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Studia rolnicze skończył we Lwowie. W czasie wojny walczył na południu Polski. Dostał się do niemieckiej niewoli do karnego obozu w Oberlangen, potem do stalagów w Hofnugsstahl i Muhlberg. Wiosną 1945 roku Andrzej uciekł stamtąd i dostał się do wojska polskiego w Szkocji, gdzie służył w 9. Pułku Ułanów Małopolskich. Zdemobilizowany 30 lutego 1947 roku powrócił do kraju 4 grudnia tegoż roku. Zamieszkał w Łodzi. Pracował w Centrosprzęcie (sprzęt szpitalny) do emerytury. Żoną jego była Krystyna Tomala. Zbieg okoliczności, gdyż ja też jestem z domu Tomala. Andrzej zmarł w 2000 roku.
    Pałac Słupy wzniesiono na przełomie XVIII i XIX wieku w stylu późno klasycystycznym. Wzniesiony na planie wydłużonego prostokąta, piętrowy z parterowymi skrzydłami. Część środkową zdobi ryzalit zawierający portyk filarowy podtrzymujący balkon. Dwór nakryty jest dwuspadowymi dachami, pod którymi mieszczą się użytkowe poddasza. W elewacji ogrodowej znajduje się balkon wsparty na kolumnach oraz taras ze schodami. Przy pałacu park, którego dawne szlaki komunikacyjne się już zatarły. Jest zarośnięty, ale idąc w głąb parku podziwialiśmy jego dawną świetność. Rosną tu cenne okazy drzew mające ok. 150 lat: buki pospolite, kasztanowce białe, wyniosłe jesiony, klony pospolite oraz lipy drobnolistne.
    Poruszając się z Kaziem po chaszczach tego parku, prowadzeni przez jednego z lokatorów pałacu dotarliśmy do stawu, którego zbocze łagodnie opada w stronę płynącej tędy rzeczki. Rosną tu wierzby, akacje, olchy, graby i brzozy.
    Pałac dawną świetność ma już za sobą. Po odebraniu go właścicielowi po 1945 roku majątek przejęło państwo. Budynek był siedzibą szkoły podstawowej w Słupach. Widnieje jeszcze na budynku pałacu szyld szkoły.
    Od 1990 roku właścicielem pałacu jest Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa. Trwa dalej dewastacja tego obiektu. Zamieszkały przez lokatorów i nie remontowany. Na parterze znajduje się sklep spożywczy, który jest zapewne jedyną rozrywką niektórych mieszkańców Słupy.
    Okoliczni mieszkańcy chętnie opowiadają o Żółtowskich, o których im opowiadali rodzice lub dziadkowie. Z ich opowieści wysnuwa się pozytywna postać właściciela, który był bardzo dobrym i pracowitym gospodarzem. Istniała tu cegielnia, młyn, gorzelnia parowa i fabryka serów. Prowadzono wyspecjalizowaną hodowlę bydła holenderskiego. Tak więc był tutaj potężnym pracodawcą.
    Z relacji lokatorów wiadomo, że dwa lata temu pałac odwiedzili – sentymentalnie – z Anglii potomkowie właścicieli Żółtowskich, być może dzieci lub wnukowie Andrzeja.
    Dalsza wycieczka była objazdowa po malowniczych okolicach. Poruszaliśmy się krętymi lokalnymi drogami, mijaliśmy wsie i miasteczka, między innymi Żnin, Gąsawę, Wenecję, Chomiążę Szlachecką, Wąsosz, Barcin.
    Wrażenia z podróży opowiadaliśmy sobie w czasie uroczystej kolacji, podczas której odbyła się licytacja podarowanych przez członków Zjazdu rzeczy, co niewątpliwie zasili nasz związkowy budżet. Licytację prowadzili prezes Mariusz i Agnieszka z Wrocławia.
    Cenną zlicytowaną pozycją była książka autorstwa Michała z Lasek pt.”Czasy, zdarzenia, ludzie” wydaną w 2009 roku, z jego podpisem. Właścicielem tej cennej publikacji był Rafał z Korycina, a szczęśliwym nabywcą został Krzysztof z USA. Zacięta licytacja była o piękny oliwkowy plecaczek, własnoręcznie wydziergany przez Lidkę z Sulechowa. Tym razem, właścicielką rękodzieła Lidki została Danuta z Wrocławia. W czasie licytacji śmiechu i zabawy było dużo.
    Uroczysta kolacja nie mogła się odbyć bez tańców, które przeniosły się na molo nad jeziorem. Ale były pląsy….
    Sobotnia msza święta w intencji Rodu odprawiona była w Szczepanowie. O. dr Kamil Paczkowski, podkreślił jak ważna jest wspólnota. Przedstawiłam wezwania Modlitwy Wiernych.
    Po mszy ustawiliśmy się przed kościołem do pamiątkowego zdjęcia. Ksiądz podarował nam książeczkę jego autorstwa pt. „Pasja pamięci. Droga Krzyżowa w Kościele w Szczepanowie”, poświęcona pamięci zamęczonych mieszkańców Szczepanowa w czasie II wojny światowej.
    Zjazd zbliża się już małymi kroczkami do końca. Trwają jeszcze spotkania, niekończące się rozmowy. Rafał przywiózł album, z którego rozdawał zdjęcia z wcześniejszych zjazdów. Ale były zdziwienia i śmiechy, kiedy nie mogliśmy sami siebie na nich poznać.
    Jeszcze tylko odbywamy dość długi spacer do źródełka św. Huberta z Lidką i Kaliną. Oczywiście wzięłyśmy butelki na wodę, która podobno ma lecznicze właściwości.

    Nasi milusińscy: Julek, Madzia i Marysia
    Hania, Agata, Janeczka
    Kolacja pod namiotami przy grillu: Tomasz, Agata, Mariusz, Mirella, Kicia


    Kolację mamy na powietrzu, tuż nad jeziorem. Największą frajdę zwłaszcza dzieciom sprawia pieczenie kiełbasek nad ogniskiem.
    Jest tak bajecznie, wręcz tak jakbym przesuwała kadry z filmu, na których przedstawione są kolejne sceny, kolejne obrazy z plenerowej kolacji. My szczęśliwi z bycia razem i biegające radośnie dzieci.
    Rozmowy trwają do późnej nocy. Kaziu, obserwując wędkarza na pomoście nad jeziorem, który z sukcesem wyławiał ryby, emocjonalnie nie wytrzymał, przyniósł swoją wędkę i do niego dołączył. Mały Wojtuś, syn Ani i Maćka z Grudziądza, także pokazał swoje wędkarskie umiejętności, przy tym fachowo z nimi dyskutując. Pasję wędkowania Kaziu powtórzył o czwartej rano w niedzielę.
    Niedzielny poranek to czas pożegnań i powrotów do domu. Ale, to tylko rok. Prawda, że nie długo?

                                    ELŻBIETA z Kutna
  • Pałuckie pałace

    W trakcie XXVIII-go Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich, który odbył się w Wiktorowie, gościliśmy na prelekcji pana Zbigniewa, historyka, regionalistę, publicystę silnie związanego z regionem pałuckim. Pan Zbigniew w niezwykle interesujący sposób opowiadał nam o swojej małej ojczyźnie, a sporą część swojego wykładu poświęcił pałacowi w Lubostroniu i rodzinie Skórzewskich, dlatego postanowiliśmy odwiedzić to miejsce kolejnego dnia.
    W 1762 roku generał wojsk koronnych Franciszek Skórzewski nabył dobra łabiszyńskie, które następnie przeszły w posiadanie jego syna Fryderyka Skórzewskiego, znawcy i miłośnika sztuki. Zafascynowany malowniczym krajobrazem zagubionej wśród nadnoteckich łąk wsi Piłatowo postanowił w tym „sercu lubym ustroniu” wybudować siedzibę godną swojego rodu. Stąd nazwa pałacu Lubostroń.
    Pałac został wzniesiony w latach 1795 – 1800 na zlecenie hrabiego Fryderyka Skórzewskiego przez architekta Stanisława Zawadzkiego. W swym kształcie nawiązuje do Villa Rotonda z Vicenzy autorstwa Palladia, warszawskiej Królikarni Merliniego i Villa Trissino z Meledo. Obiekt zbudowano na planie kwadratu, dwukondygnacyjny, z wysokim parterem i niższą kondygnacją. Od strony frontowej do środka zaprasza kolumnowy portyk poprzedzony wysokimi schodami. Na fryzie tympanonu nad wejściem widnieje napis: SIBI, AMICITIAE ET POSTERIS MDCCC (sobie, przyjaciołom i potomnym 1800), a nad napisem płaskorzeźby herbów Fryderyka Skórzewskiego (Drogosław) i jego żony, z Garczyńskich. Kopułę zwieńcza wykonana z brązu przez rzeźbiarza Władysława Marcinkowskiego figura Atlasa dźwigającego glob ziemski.
    Wewnątrz pałacu, bezpośrednio pod kopułą, znajduje się sala rotundowa wsparta na ośmiu kolumnach w porządku korynckim. W głównym portalu wkomponowana została tablica, która słowami Wergiliusza przekazuje dewizę fundatora: HIC SECURA QUI ES ET NESCIA FALLERE VITA (tu bezpiecznie przed niebezpieczeństwami życia), a nad wejściem do sali rotundowej umieszczono zawołanie rodu: SEMPER RECTE (zawsze godnie).
    Główną dekoracją rotundy są stiukowe płaskorzeźby autorstwa Michała Ceptowicza nawiązujące do historii regionu i dziejów rodu Skórzewskich: bitwa pod Płowcami (odnalezienie przez Władysława Łokietka rycerza Floriana Szarego), Królowa Jadwiga przyjmująca w Inowrocławiu posłów krzyżackich z wielkim mistrzem Konradem von Jungingenem, bitwa pod Koronowem oraz Marianna Skórzewska prezentująca Fryderykowi II plan kanału noteckiego. Do oryginalnego wyposażenia należy wielki, mosiężny, klasycystyczny żyrandol. Na intarsjowanej drewnianej posadzce umieszczono herb Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Orła w koronie i Pogoń.
    Klasycystyczny pałac otoczony jest 40-hektarowym parkiem krajobrazowym, bogatym w pomnikowe okazy, założonym przez znanego architekta i planistę – Teicherta. Na terenie kompleksu znajduje się jeszcze klasycystyczna oficyna oraz zabudowania stajni i wozowni, a także późniejsze neogotyckie zabudowania folwarczne.
    Lubostroń stał się ostoją myśli patriotycznej i życia narodowego. Gościli tu tacy luminarze nauki i sztuki jak: Stefan Garczyński, Gustaw Zieliński, ks. Ignacy Polkowski, Erazm Rykaczewski, płk. Kazimierz Mielęcki. Istnieją również domniemania, że jednym z gości był sam Adam Mickiewicz. Przez lubostrońskie salony przewinęli się również przedstawiciele najznamienitszych polskich i europejskich rodów arystokratycznych: Radziwiłłowie, Czartoryscy, Czetwertyńscy, Lubomirscy, Braniccy, Talleyrand-Perigord’dowie.
    Obecnie Pałac w Lubostroniu jest samorządową instytucją kultury, odbywają się tu koncerty, wernisaże i spektakle teatralne. Dodatkowo instytucja prowadzi restaurację i posiada miejsca noclegowe. Funkcję dyrektora instytucji sprawuje pan Andrzej Budziak, któremu składamy serdeczne podziękowania za możliwość zwiedzenia obiektu i fascynującą opowieść, w trakcie której dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w bliskiej odległości od wsi Słupy, w której znajduje się kolejny klasycystyczny pałac należący do Żółtowskich do 1939 roku. I tam skierowaliśmy swoje kroki.

    Sala rotundowa


    Późnoklasycystyczny pałac w Słupach został wzniesiony na przełomie XVIII i XIX wieku. W XVIII wieku dobra stanowiły własność Grabskich (1719), Mikołaja Kościeleckiego (1740), Podlewskich, Sadowskich, Czapskich oraz Żółtowskich, którzy gospodarzyli tu w latach 1879 – 1939. W końcu XIX wieku dobudowali oni do budynku dworu dwa parterowe skrzydła. Ostatnim właścicielem wsi w okresie międzywojennym był Konstanty Żółtowski, który ofiarował 14 obrazów drogi krzyżowej i kamienną figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus kościołowi parafialnemu pw św. Wita z 1840 roku.

    Pałac Lubostroń


    Piętrową, podpiwniczoną rezydencję zbudowano na planie wydłużonego prostokąta ze wspomnianymi, parterowymi skrzydłami. W osi fasady korpusu głównego usytuowano nieznaczny trzyosiowy ryzalit wejściowy, poprzedzony portykiem filarowym podtrzymującym balkon. Korpus główny nakryto dachem czterospadowym, a skrzydła dwuspadowymi dachami, pod którymi mieszczą się użytkowe poddasza. W elewacji ogrodowej znajduje się obszerny balkon wsparty na kolumnach, oraz taras ze schodami. Pałac jest otoczony parkiem krajobrazowym z końca XIX wieku o powierzchni 3,2 ha. W północnej części parku znajduje się stawek. Przy pałacu znajdowały się zabudowania gospodarcze, między innymi istniała tu cegielnia, młyn, gorzelnia parowa i fabryka serów.
    Niestety po wojnie pałac nie miał tyle szczęścia, co opisywany wcześniej Lubostroń. Majątek przejął Skarb Państwa Polskiego, budynek pałacu m.in. był siedzibą miejscowej szkoły. Po 1990 roku właścicielem została Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, a około 2000 roku budynki przejęła spółka akcyjna PPH „Wrzos”. W pałacu obecnie znajdują się mieszkania lokatorskie i sklep spożywczy, a wygląd zewnętrzny budynku jak i całego zespołu pałacowo-parkowego świadczy o tym, że czasy świetności ma już dawno za sobą.

    Oficyna Lubostroń

    W 1998 roku w ścianę pałacu została wmurowana tablica pamiątkowa z okazji 150 rocznicy śmierci Stanisława Sadowskiego, działacza oświatowego i patriotycznego, z którego inicjatywy w 1845 roku powstało Kasyno Polskie – legalnie funkcjonująca organizacja będąca ośrodkiem życia polskiego w silnie germanizowanej Bydgoszczy. Z polecenia Ludwika Mierosławskiego organizował powstanie w 1846 roku na Pałukach. Aresztowany przez władze pruskie przebywał w Moabicie w Berlinie. Pod koniec 1847 roku otrzymał wyrok śmierci przez ścięcie toporem. Uwolniony w czasie Wiosny Ludów wrócił do rodzinnej miejscowości. 27 kwietnia 1848 roku wydarzyła się tragedia, Sadowski został zamordowany na oczach matki przez uzbrojonych huzarów z bandy Goldnera, którzy siłą wtargnęli do pałacu w Słupach.
    Pozostaje mieć nadzieję, że pałac doczeka jeszcze lepszych czasów jak np. pałac Żółtowskich w Głuchowie, który pamiętamy jako ruinę z walącym się dachem z X-tego Zjazdu w Zaniemyślu, obecnie w prywatnych rękach cieszy oko artyzmem odrestaurowania.

                                AGNIESZKA z Wrocławia
  • Być małą bohaterką – wspomnienia

    1 września 1939 r. wybuchła II wojna światowa. Atak wojsk niemieckich na Polskę nastąpiło godz.445 bez uprzedniego wypowiedzenia wojny.
    Na Polskę runęły zmasowane niemieckie siły lądowe, równocześnie lotnictwo wroga przystąpiło do bombardowań polskich miast, węzłów kolejowych i ośrodków koncentracji wojskowych. Wojska niemieckie miały nad siłami polskimi dużą przewagę liczebną i kolosalną przewagę techniczną. W dodatku armia Polska nie zdążyła zakończyć powszechnej mobilizacji, którą zarządzono dopiero na dzień 31 sierpnia 1939 r. ponieważ przeciwko wcześniejszemu jej ogłoszeniu protestowała dyplomacja angielska i francuska, wychodząc z założenia, że krok taki może w opinii światowej spowodować wrażenie, że to właśnie Polska jest stroną zaczepną zmierzającą do wojny. Na domiar złego ludność cywilna ogarnięta paniką, porzucała swoje domostwa i uciekała często bez żadnego celu, aby tylko dalej znaleźć się od działań wojennych.
    Cywile byli łatwym celem dla atakujących ich samolotów niemieckich. Zdezorientowani nie kierowali się żadną logiką, kierował nimi zwierzęcy strach – strach przed śmiercią. Panika i chaos na polskich drogach były skutkiem propagandy niemieckiej, mającej na celu utrudnianie działań obronnych wojsk polskich.
    Rodzina Juliana Żółtowskiego ma za sobą ucieczkę przed niemieckim najeźdźcą zatłoczonymi drogami, wozem do którego zaprzęgnięto dwa wyścigowe konie, ponieważ w majątku nie hodowano innych koni. Konie, które nigdy nie szły w zaprzęgu, na domiar złego znalazły się w środku chaosu, obłędnego strachu oszalałego tłumu ludzi i zwierząt.
    Julian Żółtowski wywiózł drogą z Poznania do Kutna uciekinierów, uważał bowiem, że właśnie w Kutnie rodzina Żółtowskich i Weberów znajdą bezpieczne schronienie w domu swoich kuzynów Żółtowskich.
    Uciekinierzy byli atakowani przez samoloty niemieckie, ale pomimo wielu niebezpiecznych sytuacji dotarli szczęśliwie do Kutna. Julian pozostawia żonę Zofię i córkę Annę pod opieką rodziny Żółtowskich w Kutnie, a sam udaje się do Warszawy, aby stanąć w szeregu jej obrońców.
    Najbliżsi, żona i córka oraz kuzyni odprowadzają go do szosy wiodącej do Warszawy. W drodze powrotnej przez nikogo nie zauważona córka Juliana Anna, mająca niepełne siedem lat, wraca na szosę, aby w tłumie ludzi odnaleźć swego ojca i razem z nim bronić stolicy. Mijały długie godziny marszu, Anna spragniona, głodna, bardzo zmęczona, uczepiła się jedną ręką jakiegoś pojazdu i z uporem szła. Pojazd przy którym szła, okazał się pojazdem wojskowym. Od pewnego czasu była obserwowana przez żołnierzy polskich. W tym chaosie nikt nie zwrócił uwagi na małą dziewczynkę, oprócz żołnierzy polskich, którzy zainteresowali się skąd jest, dokąd idzie, dlaczego jest zupełnie sama, pozbawiona jakiejkolwiek opieki. Wyjaśniła, że idzie za ojcem, który parę godzin wcześniej wyruszył, aby bronić Warszawy.
    Upór i determinacja małego dziecka zadziwiła dowódcę i postanowił zaopiekować się małą, która od tej chwili wędrowała razem z polskimi żołnierzami. Wyznaczony przez dowódcę żołnierz, otoczył ją troskliwa opieką. Nakarmiona, okryta żołnierskim szynelem jechała na wojskowym pojeździe.
    Straciła rachubę czasu, wędrowała z żołnierzami polskimi, którzy podejmowali nierówną walkę z wrogiem, a w razie zagrożenia chronili się w gęstym lesie. Gdy samoloty niemieckie ostrzeliwały las, kazano jej stać przy drzewie, a opiekujący się nią żołnierz zastawiał ją swym ciałem.
    Jednostka przemieszczała się w lasach, często podejmowała walkę ze zmiennym szczęściem, trwało to parę dni do czasu, gdy matka i kuzyni z Kutna po długich poszukiwaniach, odnaleźli małą Annę, która zapewne zginęła by razem z żołnierzami polskimi.
    Pod koniec roku Julian Żółtowski powrócił z Warszawy bardzo przygnębiony, bowiem był świadkiem przerażających zdarzeń. Widział ogrom ludzkiego nieszczęścia, wiele zniszczeń, ofiar ludzkich. Starał się w miarę swoich możliwości pomagać Warszawiakom.
    Ale najgorszą była bezsilność ludności. Opuszczona przez Rząd Polski stolica umierała, jedynie prezydent miasta nie opuścił stolicy. Stefan Starzyński do końca pozostał na posterunku mobilizując ludność do walki. Uwięziony przez Niemców w 1939 r następnie rozstrzelany.
    Julian Żółtowski opisał pewien epizod. Gdy opuszczał Warszawę, przechodził przez most na którym leżała ciężko ranna młoda kobieta, była w stanie agonalnym, przy niej leżało nieżywe dziecko. Scena którą opowiedział, wydawało się symbolem umierającej Warszawy.
    Julian Żółtowski wraz z żoną Zofią i córką Anną powrócił do Poznania. Pod koniec lutego 1940 r. władze hitlerowskie wysiedlają rodzinę do obozu pozwalając na mały podręczny bagaż, trwa to zaledwie 15 minut.
    Obóz nosi nazwę „Lager Glowno Posen Ost”
    W archiwum Instytutu Zachodniego w Poznaniu znajdują się listy transportowe obozu
    Poznań-Główna, osób wysiedlonych z Poznania i innych miast Wielkopolski w latach 1939-1940.

                                    ANNA z Brzegu
  • Podróż życia

    Podróż życia

    ZAPISKI Z REJSU DOOKOŁA ŚWIATA
    część IV – chrzest morski


    Opuszczamy skaliste brzegi Panamy. Na dziobie statku głuptaki polują na latające ryby. Rozpoczęły się przygotowania do chrztu morskiego, tradycji marynarskiej związanej z przekraczaniem równika. Podobno chrzest na Pacyfiku jest ważniejszy od tego na Atlantyku. Przed wielu laty armator, czyli PLO, zakazał tej imprezy z uwagi na wypadki jakie się zdarzały, gdy podchmielone diabły puszczały wodze fantazji i poddawały neofitów rozmaitym wymyślnym próbom. Zbudowaliśmy pomost z drewna, tron Neptuna i madejowe łoże. Przygotowaliśmy stroje dla świty boga mórz, wyczyściliśmy basen i wymieniliśmy w nim wodę. Wieczorem kapitan zaprosił nas na film o Polinezji, na którą zawiniemy za kilka dni. 25 stycznia o godz. 12.10 będąc nieco na zachód od Wysp Galapagos, przekroczyliśmy równik co zostało uwiecznione zdjęciem z kapitanem w wyjściowym mundurze. Dzień, a właściwie wieczór przed planowanym chrztem, do kajut neofitów zapukały diabły, które znaczyły nas odciskami pieczęci – próba przekupstwa i obłaskawienia ich spełzła na niczym i „zarobiłem”, nie wiedzieć czemu, rekordową ilość aż sześć pieczątek.
    27 stycznia 1990 r – nastał wielki dzień chrztu morskiego. Kapitan zajął należne mu miejsce na podwyższeniu. Na pokład wkroczył barwny orszak składający się z Neptuna (w tej roli ochmistrz z naturalną siwą brodą), jego żony Prozerpiny o obfitych kształtach pomocnika kucharza, Astrologusa (I oficer czyli chief), Doktora (znakomity aktorsko kucharz w kambuzie, również artysta), Fryzjer (asystent oficera), Tryton (cieśla okrętowy) oraz zastęp diabłów z Lucyferem na czele (najstarszy marynarz). Neptun i Prozerpina zajęli miejsca na tronie i się zaczęło.


    Neofici, zbici w ciasną gromadkę, próbowali się stawiać diabłom. Kilka godzin wcześniej spłynęło na mnie „natchnienie” wpisujące się w charakter chwili i ułożyłem nieco frywolne kuplety, które otrzymał każdy z neofitów. Mam nadzieję, że pobłażliwy czytelnik szacownego Kwartalnika wybaczy mi rymy zgoła częstochowskie i treść w części czytelną tylko dla załogi. Chórem czytaliśmy strofy rozsierdzając ostatecznie gotowe do działania moce piekielne. A brzmiało to tak:


    My się diabłów nie boimy
    I do zęzy ich wpędzimy
    Nasi goście z piekła rodem,
    Mogą straszyć tylko smrodem.
    Neofici w zwartej kupie
    Lucyfera mamy w …
    Tryton chociaż zbroją świeci,
    Nie wystraszy nawet dzieci.
    Do doktora idę śmiało
    Bo kojarzy się z Kacałą.
    Fryzjer wkrótce nas ogoli,
    Potem pójdzie poswawolić
    Astrologus gwiazdy liczy,
    U Neptuna jest na smyczy.
    Przekarmiona Prozerpina
    Na Neptuna brzuch wypina
    A Neptuna głowa siwa
    Już się od gorzały kiwa.


    Tego było za wiele i już po chwili pierwsi z nas przechodzili, a właściwie przepełzali przez „brzuch rekina” czyli brezentowy rękaw długości sześciu metrów, u którego wylotu pracował hydrant tłocząc pod dużym ciśnieniem wodę prosto w twarz nieszczęśnika. Na dodatek był okładany diabelskimi ogonami lub „dosiadany” przez ich właścicieli. Za brzuchem rekina czekała beczka wypełniona wodą z trocinami, w której byliśmy zanurzani w całości, by chwilę potem być wyciągniętym ok. dwa metry nad pokład celem wysuszenia.

    Kolejny etap, to dyby z towarzyszącymi atrakcjami w postaci chociażby rozbijania jajek na głowie. Na postronkach trafialiśmy na „madejowe łoże”, gdzie Doktor wynajdywał u nas rozmaite choroby, nieodmiennie leczone „szarą maścią” czyli po prostu zużytym mazutem oraz stawianiem baniek z dzwonu do przepychania kanalizacji. Miało tu miejsce zdarzenie, które mogło się źle skończyć. Wysmarowana dość dokładnie żona II oficera, Małgosia, gdy zbytnio zbliżyła się do grilla, na chwilę zajęła się ogniem – na szczęście ogień natychmiast ugaszono i obyło się bez poważniejszych poparzeń. Skwitowała to krótko i dowcipnie – „gorąco tu jak w piekle”. Dalszy etap to wizyta u Fryzjera, który nakładał maseczkę z surowego naleśnikowego ciasta na twarz, a następnie poprawiał nam urodę. Miałem pecha, gdyż po nałożeniu mi maseczki zarządzono przerwę dla pokrzepienia nadwątlonych sił naszych oprawców. W związku z tym nałożono mi na głowę suszarkę czyli wiadro i tak musiałem tkwić kilka minut. Wrażenie jakie powoduje wysychające na twarzy w równikowym upale ciasto jest niezapomniane. Potem poczęstunek u Neptuna, przed którym musieliśmy upaść na kolana. Menu składające się z kanapek pokrytych rozmaitymi bardzo ostrymi przyprawami i do tego barszczyk, którego nie powstydziłaby się ambitna węgierska kuchnia, u bardziej wrażliwych spowodował bunt przewodu pokarmowego. Wreszcie należało ucałować kolano Prozerpiny pokryte musztardą. Końcowy etap to spojrzenie przez lunetę w gwiazdy (chociaż niebo było bezchmurne) przez Astrologusa i wyczytanie z nich imienia dla każdego, który szczęśliwie przebył cały obrzęd. Otrzymałem imię „Szczupak”. Rzecz jasna, cała ceremonia była filmowana. Zdjęcia z mojego aparatu nie udały się – zostały prześwietlone, stąd przepraszam za ich kiepską jakość. Wieczorem pieczołowicie zmywaliśmy plamy z mazutu, ubranie nie nadawało się już do niczego. Do późnych godzin wieczornych trwała zabawa przy grillu. Po wielu latach dane było mi poznać wstydliwą tajemnicę Kapitana. Otóż, znakomity marynarz i żeglarz, dowódca wielu statków handlowych i wielkich żaglowców, podobno nigdy nie przeszedł chrztu morskiego.
    Korzystając z wolnego czasu przeczytałem książkę Aleksandra Godlewskiego „Tahiti najpiękniejsza”, przygotowując się na krótki pobyt na największej z Wysp Towarzystwa w Polinezji. To tutaj żył i tworzył Gougain. W miarę zbliżania się do wyspy, temperatura powietrza rosła i kto mógł, pławił się w basenie. Sielankę przerwała awaria silnika steru zapasowego – mechanicy mieli pełne ręce roboty. Nagle pogoda się zmieniła i w strugach padającego tropikalnego deszczu dostrzegliśmy zarysy Tahiti, znanej z kultowego już filmu „Bunt na Bounty”. Podpłynął holownik i za nim wpłynęliśmy do portu Papeete, stolicy tego wyspiarskiego kraju, znajdującego się wówczas pod protektoratem Francji.

                                                                                                     MARIUSZ ze Sztumu
  • Nasze pasje – poezja

    Lepackie rumaki

    Wolne jak ptaki!
    Głucho o ziemię waląc kopytami
    Ruszyły konie galopem
    Psy się z cienia poderwały
    Ze złością je obszczekały
    Stanęły konie.
    Na lepackiej górze
    Po naszej prawej stronie.
    Potem podeszły blisko
    Patrząc na obozowisko.
    Pochyliły głowę w ukłonie.
    Wolne jak ptaki
    Lepackie rumaki
    Nie wiązane, nie grodzone
    Pobiegły w drugą stronę.
    Wiatr im grzywy rozwiewa
    Bawią się , pluskają się w wodzie
    Lub po krawędzi wzgórza maszerują
    Kładą się na grzbiecie do góry nogami
    Dostojnie wędrują brzegiem i trawami
    Galopują swoimi ścieżkami
    Głucho o ziemię waląc kopytami.
    Lepackie rumaki.

    RAFAŁ z Korycina

  • Narodziny Igora

    Maleńka Kruszynka Igorek, prawnusio Janiny z Wrocławia

  • „Małe” gołębie, wielka pasja

    „Małe” gołębie, wielka pasja

    Gołębie. Głęboko zapadły mi w pamięci opowieści mojego taty o przedwojennych rasach tych ptaków. Hodował je brat taty Władysław, którego nie znałem, ponieważ zmarł tuż po zakończeniu II wojny światowej. Jego pasja przekazywana była w opowieściach rodzinnych. Zapewne miłość do tych niezwykłych ptaków odziedziczyłem po wujku. Wujek usilnie poszukiwał nowych ras gołębi, nie szczędząc na nie wysokich kwot, a cena za parę rasowych gołębi była równa kwocie za piękną dojną krowę.
    Będąc małym chłopcem nie dysponowałem odpowiednią wiedzą, pieniędzmi i pomieszczeniami takimi, jak wuj Władysław, ale nie poddałem się i małymi kroczkami stopniowo rozwijałem się w tej dziedzinie. Z upływem lat, stopniowo zdobywałem wiedzę i coraz lepsze osiągałem wyniki w hodowli.
    Hodowla gołębi może być bardzo różna, prowadzona ze względu na trendy ogólnopolskie, europejskie lub światowe.
    Gołębie dzielą się na trzy kategorie: gołębie ozdobne, lotne, w tym pocztowe i gołębie konsumpcyjne. Najbardziej rozpowszechniona hodowla tych ptaków jest w USA, ale także w Europie: na Węgrzech, Niemczech, Włoszech, Szwajcarii, Anglii, a także w Arabii Saudyjskiej, Libii i Kuwejcie.
    Masa ciała gołębia mięsnego dochodzi czasem do jednego kilograma. Gołąb pocztowy pokonuje w ciągu jednego dnia odległość do tysiąca kilometrów. Niektóre z nich wyróżniają się charakterystycznym, a wręcz akrobatycznym sposobem latania. Rasa „Stawaki” – podczas lotu mocno klaszczą skrzydłami, a gdy wzniosą się na odpowiednią wysokość, podnoszą skrzydła prawie pionowo nad tułowiem i w tej pozycji opadają do pewnego pułapu. Gołębie innych ras potrafią robić różne koziołki, salta, albo wznoszą się w powietrzu spiralą lub prostopadle.
    Moja pasja rozwinęła się w hodowli gołębi dwóch ras: rasy polskich długodziobych lotnych i ich przedstawicieli: srebrniak polski i perłowy polski oraz rasy krótko dzioby polski – szek polski.
    Jestem wieloletnim członkiem Wojewódzkiego Związku Hodowców Gołębi Rasowych i Drobnego Inwentarza w Łodzi. Mam możliwość wymieniać się doświadczeniami z innymi miłośnikami tych ptaków. Hodowla stała się dyscypliną naukową, opisaną w specjalistycznej literaturze. Za podstawowe terminy w hodowli uważa się te, które opisują anatomię oraz zewnętrzne cechy ciała gołębia. Informacje na ten temat można znaleźć w każdej powszechnie dostępnej publikacji ornitologicznej lub w specjalistycznych książkach poświęconych hodowli gołębi.
    Anatomia ciała gołębia podzielona jest na sześć głównych rejonów morfologicznych głowy: (woskówka, nozdrza, czoła, potylicy, podbródek, źrenica, obwódka powieki), klatki piersiowej, skrzydeł, nóg, ogona i ubarwienia piór.
    Dla mnie, gołąb jest uosobieniem ptasiego piękna, inteligencji i wolności. Nie każdy wie, że gołąb jest przywiązany do swojego rodzinnego gniazda. Jest gatunkiem monogamicznym i wiernym wobec życiowego partnera.

    Dlatego ważne jest, aby dobrać gołębiom odpowiednich partnerów i połączyć je w pary. W swojej hodowli zwracam na to szczególną uwagę. Lata doświadczenia mają tutaj duże znaczenie. Zdarza się – jak to w przyrodzie bywa, że nawet znakomicie dobrana para nie wyda oczekiwanego potomstwa. Praca hodowcy może wydawać się łatwa, ale to nie jest prawdą. Jest to ciężka, mozolna praca, wymagająca wielu osobistych wyrzeczeń, znajomości różnych tajników hodowlanych i specjalistycznych pojęć weterynaryjnych. Znajomość chorób gołębi, odpowiedni dobór pasz, higiena gołębnika, profilaktyka, właściwe żywienie i pojenie. Hodowla gołębi rasowych jest kosztowna, związana z ponoszeniem wydatków na zakup nowych osobników, lekarstw czy paszy.
    Biorę aktywny udział w pokazach i wystawach gołębi województwa łódzkiego i ogólnopolskich (Poznań, Kielce, Warszawa, Ciechocinek).
    Odnoszę sukcesy wystawiając je na pokazach i zajmuję czołowe miejsca pomimo dużej konkurencji. Posiadam dyplomy, puchary i wyróżnienia w rasie.
    Jestem miłośnikiem hodowli gołębi, a czas im poświęcony, przynosi mi zadowolenie i wiele satysfakcji.
    Chciałbym zachęcić osoby, które są miłośnikami gołębi do ich hodowli, by po kilku latach podobnie jak ja cieszyli się wynikami swojej pracy.

                                                            Kazimierz z Kutna
  • Nasze pasje – poezja

    Nadszedł świt.
    Słońce od Bieni idzie ku górze.
    Promień pada na kwitnące róże
    Otulając ciepłem
    Odparowuje nocną rosę.
    Zewsząd w naturze
    Kiełkuje życie.
    Trawy mokre poszycie
    Powoli na wietrze wysycha.
    Śpiew ptaków jest blisko
    Budzi się obozowisko
    Ziewaniem i przeciąganiem
    Witają. Nowy dzień nastanie,
    Zaraz będzie śniadanie.
    Te mniejsze śpiochy
    Spływają z łowiska
    Zapalają ogniska.
    Będą piec kiełbasę lub złowione ryby,
    Albo tak, na niby, niech się pali.
    Na wodzie nie ma fali.
    Dookoła wszystko w kolorze zieleni
    A słońce ku górze idzie od Bieni!

    RAFAŁ z Korycina