Tag: Nr 85

  • Protokół posiedzenia zarządu Związku Rodu Żółtowskich

    Witnica, 17 czerwca 2017 roku

     

    Zarząd Związku:

    Mariusz Żółtowski – prezes Zarządu
    Rafał Żółtowski – prezes Honorowy
    Bożena Lipińska – wiceprezes Zarządu
    Agnieszka Żółtowska – skarbnik
    Elżbieta Żółtowska – członek Zarządu
    Władysław Żółtowski – członek Zarządu

    Posiedzenie otworzył prezes Mariusz Żółtowski.
    – Uczestnicy zebrania ustalili, że wysokość składki członkowskiej będzie nadal wynosiła 60 zł rocznie.
    – Miejsce Przyszłorocznego Zjazdu, zaproponowali Katarzyna i Jerzy Podmokły ze Złotowa, ośrodek „Leśna Chata” w Jastrowie. Agnieszka z Wrocławia sprawdziła ten ośrodek w Internecie. Okazało się, że to ciekawa lokalizacja, wygląd i cena. Ośrodek został wstępnie zaakceptowany, ale poszukiwania mają trwać nadal, może udałoby się znaleźć coś ciekawego bliżej centrum Polski.
    Padły propozycje miejscowości: Konin, Kalisz, Leszno. Michał ze Szczecina zachwalał Góry Sowie i Sokolniki.
    – Prezes Mariusz zainicjował dyskusję na temat atrakcyjności Zjazdów dla przyjeżdżającej młodzieży. Należałoby bardziej zaangażować młodzież w przygotowaniu zajęć odpowiednich dla młodych ludzi. Młodzież bowiem najlepiej wie, co jest dla niej atrakcyjne i ciekawe. Na początek Paulina z Warszawy złożyła obietnicę doboru odpowiedniej muzyki na uroczystą kolację.
    Młodzież na Zjeździe grupuje się we własnym gronie. Część nie przyjeżdża, wkracza w dorosłe życie i nie ma czasu, część nie jest zainteresowana Zjazdami. Niektórzy młodzi twierdzą, że osoby przyjeżdżające na Zjazd, są dla nich obcymi ludźmi. Agnieszka zaś oświadczyła, że przyjeżdżać będą te osoby, które czują klimat wspólnoty. A taki klimat bliskości i wspólnoty można osiągnąć właśnie przez uczestnictwo w życiu Rodu.
    – Narodził się pomysł publikacji listów w kwartalniku, które Michał z Lasek pisał do wielu Żółtowskich.
    Agnieszka zobowiązała się zeskanować listy, które otrzymywała od Michała i przesłać je do Bożenki. Znalazła także w Internecie publikację „Życie w Krzemieniewie”, o Alfredzie Żółtowskim, bracie Michała z Lasek, autorstwa Leonarda Dwornika. Można by tę publikację zamieścić w naszym piśmie, ponieważ autor korzystał z materiałów ogólnodostępnych.
    – Zarząd postanowił, aby co roku w niedzielę przed świętem Bożego Ciała odbywała się msza św. za Ród Żółtowskich w kościele w Mochowie. Pomysł ten spotkał się z akceptacją i zaproszeniem proboszcza księdza Grzegorza Mierzejewskiego. W tym roku 11 czerwca odbyła się już pierwsza taka msza.
    – Podjęto decyzję o uhonorowaniu i wręczeniu medalu im. Michała z Lasek.
    – Mariusz poszukuje książek autorstwa Michała z Lasek. Chciałby przekazać je do Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie. Dyrektor placówki jest pasjonatem tej tematyki.
    – Agnieszka zaproponowała , by zmienić wygląd dotychczasowych bawełnianych żółtych koszulek zjazdowych, które są już niezbyt atrakcyjne.
    – Padła propozycja, aby osoby, które ukończyły 80 lat przyjeżdżające na Zjazd, zostały uhonorowane, np. dyplomami z podziękowaniem za wieloletnie uczestnictwo w Zjazdach.
    – Elżbieta zaproponowała, by kolejne posiedzenie Zarządu odbyło się w Kutnie, w jej i Kazia domu rodzinnym . Propozycja została zaakceptowana. Spotkanie zarządu odbędzie się 27 października br.

     

    Protokołowała :
    ELŻBIETA ŻÓŁTOWSKA z Kutna

  • Nekrolog ŚP. Stefana Żółtowskiego

    16 lutego 2017 roku zmarł
    w domu, w otoczeniu najbliższych, nasz kochany
    Mąż, Ojciec, Dziadek i Pradziadek
    śp.
    STEFAN ŻÓŁTOWSKI
    urodzony 12 maja 1928 roku w rodzinnym majątku Sobowo,
    syn Stefana i Romany z Woynów.
    Lekarz medycyny, radiolog,
    człowiek licznych pasji, życzliwy ludziom, ciekawy świata.
    Pozostawił po sobie dobre imię i pamięć.
    Ze czcią żegnają żona Zofia,
    dzieci – Maja i Stefan z Agatą,
    wnuki – Ola, Zosia z Tomkiem, Stefan, Helenka, Jerzyk, Edzik i Witek
    oraz prawnuki Staś, Zuzia i Łucja.

    Rodzinie, wyrazy najszczerszego współczucia
    składa Prezes Związku oraz członkowie zarządu.

     

  • Pożegnanie Stefana Żółtowskiego z Warszawy

    ŚP. Stefan Żółtowski zmarł 23 lutego 2017 roku przeżywszy 89 lat

    Żegnamy osobę nam najbliższą, kochanego męża, ojca, dziadka i pradziadka. Żegnamy Go też w imieniu jego siostry Rysi, nieobecnej tu
    z powodu stanu zdrowia.
    Dziękujemy wszystkim za tak liczną obecność, rodzinie, znajomym bliższym i dalszym.
    Tata miał długie i piękne życie, choć przypadło ono na trudne lata i było naznaczone ciężkimi chwilami. Trudno je zawrzeć w kilku zdaniach.
    Szczęśliwe dzieciństwo w majątku Sobowo w kochającej się rodzinie przerwane zostało brutalnie przez wojnę. Jego lata młodzieńcze, to czas okupowanej Warszawy i jej dramatu. Z okien kamienicy na Złotej widział zagładę getta. Do końca życia nie mógł się z tym pogodzić. W przeddzień Powstania Warszawskiego stracił w ulicznej akcji starszego brata Andrzeja. Dramat i zniszczenie ukochanego miasta były dla niego trudne do zaakceptowania. Słowo ojczyzna nigdy nie przybierało u niego górnolotnych form. Stronił od patriotycznych uroczystości i uniesień. Powojenna rzeczywistość nie zawsze była dla niego łaskawa. Odnalazł w niej miejsce jako mądry lekarz. Pracował dużo i do końca życia. Ale co najważniejsze stworzył z Mamą kochającą się rodzinę. Przeżyli razem szczęśliwie 55 lat.
    Był człowiekiem rodzinnym i troskliwym, cieszył się każdą chwilą spędzoną z najbliższymi.
    To dzięki niemu udało się nam stworzyć w Podkowie Leśnej miejsce gdzie gromadzili się wszyscy na rozmowach, przy stole i na spacerach. Liczne wnuki, a potem i prawnuki były jego wielką radością. Do końca dbał o ich przyszłość i edukację. Był człowiekiem otwartym, ciekawym świata i ludzi, nie bojącym się współczesności. Na starość odkrył bogactwo świata Internetu i nowych technologii.
    Ukochane książki z łatwością zamieniał na ebooki. Miał dar zjednywania sobie ludzi, był towarzyski i dowcipny. Jego życie dopełniały pasja podróżowania, gra z brydża i łowiectwo, czego do końca życia trochę się wstydził.
    To wszystko, to już czas przeszły. Pozostawił po sobie jednak dobre imię i pamięć.

     

     

  • Moje życie. Na mojej drodze życia ze Stefanią


    Pobraliśmy się ! Kościelny ślub w parafii w Aninie odbył  się 25 grudnia w pierwszy dzień Bożego Narodzenia 1974 roku. Ślub cywilny był 14 grudnia.

    Wówczas w Warszawie trudno było zgrać cywilny z kościelnym w jednym dniu. Ksiądz sugerował, byśmy ślub zawarli w drugi dzień świąt, ale po naszych tłumaczeniach, że większość rodziny mieszka daleko od Warszawy, ustąpił i zgodził się na pierwszy dzień świąt. Ślub skromny z udziałem rodziny oraz koleżanek i kolegów z grupy studenckiej. Wesela praktycznie nie było, jedynie przyjęcie dla rodziny w naszym mieszkaniu. Trwało do rana, było wesoło, więc wesele było. Rodzice rano ogarniali dom po nocnej imprezie, a ja i moja młodziutka żona na stację kolejową Warszawa Wschodnia i do Jeleniej Góry w podróż poślubną na 7 dni.

    Przed dworcem stał dla nas samochód. Był to jeden z wielu służbowych samochodów Zarządu Dróg. Podwiózł nas kilka kilometrów do Ośrodka Wypoczynkowego Lotników. Tam udostępniono nam pokój. Wyżywienie było we własnym zakresie, podróże też. Podejrzewam, że za pozostałe usługi zapłacił ojciec. On nigdy nie użył samochodu służbowego, jeśli za niego nie zapłacił. To był prawdziwy Żółtowski. Trochę znałem te tereny, więc mogłem żonie pokazać ciekawe miejsca i turystyczne szlaki. Byliśmy na Chojniku, w Szklarskiej Porębie, w Karpaczu, w schroniskach i kościółku Wang. Siedem  dni szybko minęło, trzeba było wracać. Pod Ośrodkiem Lotników stał już samochód, który odwiózł nas na stację kolejową i dalej do Warszawy.

    Wiele rzeczy, wydarzeń uciekło mi już z pamięci. Minęły 43 lata od tamtych chwil. Zwykłe codzienne sprawy ulegają zatarciu, jedynie pamięta się te, które wnikają głęboko w psychikę człowieka. Nie pamiętam więc jak wracałem, jakie mieliśmy walizki, czy przywieźliśmy sobie jakieś pamiątki. Nie były to rzeczy istotne, dlatego uległy zapomnieniu. Tak by powiedzieli matematycy!

    Trzeba było wracać do rzeczywistości. Moje dyżury w Pogotowiu Ratunkowym, a także praca Stefanii nie mogły czekać. Byliśmy związani umowami. Zarabialiśmy skromnie. Byliśmy na garnuszku rodziców, za mieszkanie też nie płaciliśmy. Mieliśmy więc z Libiutką swoje pensje dla siebie. Rodzice nie żądali od nas wkładu do życia we wspólnocie.

    Stefania była wielką „przylepą”. Potrafiła się znaleźć w każdej sytuacji. Kiedy moja mama, a jej teściowa, wracała z pracy zmęczona, zwłaszcza w letnie upały,  Stefania wyręczała ją we wszystkich pracach domowych. Mój tato bardzo ją lubił. Może dlatego, że nie miał córki. Rano w tygodniu razem szli na stację Warszawa Wawer, udając się do pracy. Tata żartował z jej figury. Mówił,  żeby brała ze sobą cegłę, bo wiatr ją zwieje z peronu. Taka była szczupła.  Jeździli tak przez kilka miesięcy.

    Tata umarł 5 kwietnia 1976 roku. W tym czasie kończyłem studia i pisałem pracę magisterską. Oczywiście nadal pracowałem w Pogotowiu Ratunkowym. Często noce spędzałem w pracy. Miałem więcej dyżurów. Chciałem nawet odejść, bo było mi trochę ciężko, ale starszy lekarz miasta nie chciał mnie puścić. Dał mi dwie grupy więcej,  za to raz w tygodniu musiałem pracować jako dyspozytor. Rozsyłałem karetki po mieście. Było  wtedy 107 zespołów jeżdżących.  Na dyspozytorni było lżej, zwłaszcza zimą. Nie trzeba było nosić ciężkich noszy po zaśnieżonych uliczkach osiedlowych. Nikt nie zgadnie, ile same ważyły. No więc 47 kilogramów. Do tego trzeba dodać wagę przenoszonej osoby. Jeżeli trafił się chory tak około setki kg, to już był wyczyn jak się go przeniosło.

    Skończyłem studia. Pracę napisałem, wydrukowałem, oprawiłem  i prawie z marszu obroniłem jako drugi na roku. Przedtem jednak obie panie, mamę i żonę wysłałem do Przewięzi na wypoczynek, by nie przeszkadzały mi w przygotowaniu do obrony. Cała ta obrona trwała pół godziny, a tyle było strachu.

    Jestem więc magistrem farmacji. Powinienem się cieszyć, ale jakoś nie umiałem. Opuszczał mnie  stres, powoli. Po doktoracie było podobnie. No cóż, przede mną jeszcze zaplanowane dyżury. Muszę je odbyć, a dopiero potem rozwiązać umowę z pracodawcą. Kierownikiem zespołu był mój brat Michał, który jeździł już jako lekarz. Sanitariuszem  był magister farmacji Rafał, czyli ja. W dyspozytorni żartowali sobie, wołając nas przez radio, by najmocniejszy zespół zgłosił się do bazy.

    Jak wspomniałem mama i Stefania wypoczywały w Przewięzi. Ich ukochanym zajęciem było zbieranie grzybów. Córka leśnika znała to od dziecka. Często jako mała dziewczynka chodziła z ojcem i rodzeństwem do lasu po grzyby do skupu. Dla siebie mieli pod dostatkiem. Suszonych kilogramy, a słoików do marynowania brakowało. W Przewięzi z mamą więcej suszyły, bo kto miał dźwigać te słoiki do Warszawy. Po ojcu został mały Fiat, ale nikt nie miał prawa jazdy. Potem młodszy brat Jacek miał prawo i służył jako nadworny nasz kierowca, gdy była potrzeba użycia samochodu.

    Mój zmiennik wziął za mnie kilka dyżurów, a ja pojechałem do moich Pań do Przewięzi. Była piękna końcówka lata. Faktycznie, grzybów brud. Sam  uzbierałem pół worka od ziemniaków w ciągu godziny. Zwłaszcza dużo było podgrzybków. Moje panie ucieszyły się, kiedy mnie zobaczyły. Już wcześniej dostały mój telegram, że obroniłem magisterkę. Jakież to są miłe wspomnienia. Może właśnie to była ta radość, która uciekła mi wcześniej. I to jest prawda.

    Samemu trudno się radować. Radość powinna być w grupie.

    Byliśmy jeszcze kilka  dni i wracaliśmy do Warszawy. Zapomniałem napisać, że jadąc do Przewięzi, musiałem z Warszawy zabrać mego psa Tropa. Jechało nam się wspaniale. Kto zajrzał przez okno do przedziału, szedł dalej szukać wolnego miejsca. Jakoś z moim Tropem nie chciano podróżować.

    Jeszcze za życia mego taty podpisaliśmy umowę przedwstępną ze Starogardzkimi Zakładami Farmaceutycznymi na pracę w tym Zakładzie. Stefania dostała pracę w Rejonie Dróg Publicznych w Starogardzie Gdańskim. Więcej zarabiała niż ja stażysta w fabryce, choć była technikiem drogowcem, a ja magistrem farmacji i Mistrzem na Wydziale Ampułkarni i miałem pod sobą 300 kobiet. Podjąłem się tej pracy.

    Dostaliśmy mieszkanie na strychu. Boczne ściany chodziły tak jak dach, a jedynym oknem była taka kukułka. Do pokoju, kiedy urodził się Romek nie wchodził już wózek, więc stał na korytarzu na czwartym piętrze.  Pewnego dnia ukradli nam ten dziecięcy wózek. To był dla nas cios. Stefania wzięła pożyczkę w pracy. Pojechała do Gdańska i kupiła nowy. Podjąłem pracę w aptece w Rynku w Starogardzie na pół etatu. Dzięki dobrym ludziom. Żona mojego kierownika w „Polfie” pracowała w  dużej aptece w Starogardzie. I to oni mi pomogli. Tam przez pół roku odbywałem staż apteczny.

    Ale o tym potem!

     

    RAFAŁ z  KORYCINA

     

     

     

     

  • Sześć pokoleń

    Chciałbym przedstawić dzieje mojej rodziny pod takim właśnie tytułem, aby ocalić ją przed zapomnieniem. Wszystkie te wiadomości spisywałem z przekazu bliskich mi osób, które odeszły już na wieczny spoczynek .
    Pokolenie pierwsze – pradziadek Tomasz urodzony w 1860 roku,
    Pokolenie drugie – dziadek Władysław urodzony w 1886 roku,
    Pokolenie trzecie – ojciec Wacław urodzony w 1919 roku,
    Pokolenie czwarte – autor Władysław urodzony w 1949 roku,
    Pokolenie piąte – moi synowie Marcin (1972) i Tomasz (1974) rok,
    Pokolenie szóste – moi wnukowie Mikołaj syn Tomasza i Gabryel syn Marcina.

    POKOLENIE PIERWSZE
    Pradziadek Tomasz urodził się we wsi Mileszewy, obecnie gmina Ciechocin województwo kujawsko – pomorskie w 1860 roku. Pradziadek Tomasz miał dwie młodsze siostry Bronisławę (1862), która wyszła za mąż za Głowackiego, żyła i mieszkała w Mileszewach oraz Kazimierę z męża Rostek. Ona także mieszkała w Mileszewach. Można znaleźć ich groby na cmentarzu w Ciechocinie.


    Pradziadek Tomasz, mając 16 lat, emigrował za chlebem za dużą wodę i znalazł się w Ameryce w Chicago. Tam mieszkał w polskiej rodzinie wcześniejszych emigrantów, pracował ciężko i zarabiał niezłe pieniądze. Ale tęsknota za ojczyzną i bliskimi była ogromna, dlatego postanowił w 1885 roku wrócić do kraju i ponownie znalazł się w Mileszewach. Zarobione pieniądze pozwoliły mu na ułożenie sobie życia i swoim siostrom. Gospodarstwo odziedziczył po rodzicach. Wybudował w Mileszewach kuźnię, ożenił się z Franciszką Osowską w 1885 roku i rozpoczął dorosłe życie z myślą o przyszłej rodzinie, która systematycznie rosła w siłę. W 1886 roku urodził się Władysław, mój dziadek, o którym napiszę później. Potem na świat przychodziły kolejne dzieci,
    c. Władysława 1890 r. z męża Kęsicka, s. Franciszek 1892 r., był znanym i cenionym rzeźnikiem i wędliniarzem, miał duży zakład w Kawęczynie, c. Antonina 1894 r. z męża Rumińska, późniejsza więźniarka obozów koncentracyjnych, c. Bronisława 1896 r. z męża Lubieniewska, c. Marcjanna 1897 r. z męża Kłosowska. Tak duża rodzina wymagała dużego nakładu finansowego na utrzymanie. W 1900 roku pradziadek postanowił przepisać ojcowiznę siostrom, a sam kupił dom z kuźnią w Dobrzejewicach, większej wiosce w Gminie Obrowo. Tam też wszystkie dzieci uczyły się i przygotowały do samodzielnego życia.
    Pradziadek zaczął dobrze prosperować, rozbudowywał kuźnię, Dbał nie tylko o kopyta końskie, ale także robił przepiękne dorożki, wozy transportowe, rolnicze, i piękne, kute ogrodzenia. Pochowany jest wraz z żoną na cmentarzu parafialnym w Dobrzejewicach.

    POKOLENIE DRUGIE
    Dziadek Władysław s. Tomasza urodził się w Mileszewach w 1886 roku jako pierwsze dziecko Tomasza i Franciszki. Po przeprowadzce rodziców do Dobrzejewic resztę swego życia spędził już w tej wiosce.
    Życie Władysława, jak i jego rodzeństwa, nie rozpieszczało. Ożenił się z Martą z domu Hinc, z mieli pięcioro dzieci: c. Janinę 1912, po mężu Szymańska, żyła długo, do 2004 roku, a więc 102 lata, pochowana w Toruniu, c. Kazimierę 1925 r. panna do końca życia, zmarła w Toruniu w 2001 r., s. Wacława 1919 r – mojego ojca, jemu poświęcę więcej miejsca w trzeciej części, s. Zygmunta Włodzimierza 1921 zmarł w 1986, miał trzech synów Ryszarda 1949, Wojciecha 1950 i Krzysztofa, s. Eugeniusza 1922 r, zamieszkały w Toruniu zmarł w 1999 r. w Toruniu.

    W 1924 roku zmarła żona Marta i dziadek pozostał sam z pięciorgiem małych dzieci, dlatego w 1925 roku ożenił się ponownie z Teresą Piotrowicz. Z tego związku urodziły się jeszcze: c. Sabina 1929 r. c. Jadwiga 1931r. oraz Henryk 1934 r. ojciec Marka 1962 r. i Piotra 1967 r. Dziadek zajmował się kupiectwem, miał sporą bazę transportową. Skupywał w okolicy trzodę chlewną i bydło i dostarczał to do rzeźni w Toruniu i do rzeźni Warszawa Wola, zaopatrywał również brata Franciszka, który miał duży zakład w Kawęczynie.
    Praca ciągle w rozjazdach nie służyła dobremu zdrowiu, nabawił się choroby żołądka. W czasie I wojny światowej, dziadek został wcielony w 1915 roku do armii rosyjskiej i bywał na różnych frontach, wszędzie tam, gdzie były działania wojenne, wrócił do domu w 1918 r.
    Zmarł w 1937 roku po ciężkiej chorobie, pochowany na cmentarzu w Dobrzejewicach gm. Obrowo.
    Cdn.

     

     

     

    WŁADYSŁAW z TORUNIA

     

  • III Konkurs Tradycji i Kultury Szlacheckiej w Waplewie Wielkim

    III Konkurs Tradycji i Kultury Szlacheckiej w Waplewie Wielkim

     Już po raz trzeci w pięknie odrestaurowanym pałacu hr. Sierakowskich w Waplewie Wielkim koło Sztumu, będącym oddziałem Muzeum Narodowego w Gdańsku, zorganizowano konkurs dotyczący tradycji szlacheckiej.

    Wpłynęło ponad sto prac pisemnych, plastycznych i multimedialnych w różnych kategoriach wiekowych, od szkół podstawowych po ponadgimnazjalne.

     

     

     

     

     

     

    Patronat honorowy nad tym wydarzeniem objęli: hr. Izabella Sierakowska-Tomaszewska, córka ostatnich właścicieli pałacu, poseł na Sejm RP Kazimierz Smoliński, senator RP Antoni Szymański, dyrektor Gdańskiego Oddziału IPN prof. Mirosław Golon i Wielki Kanclerz Przeoratu Pomorskiego Orderu św. Stanisława Stefan Kukowski. Tak jak w poprzednich edycjach Związek Rodu Żółtowskich włączył się w organizację konkursu, fundując okolicznościowe medale, pięknie wykonane przez Jarosława ze Skierniewic, za co mu serdecznie dziękuję. 5 czerwca 2017 r. w sali reprezentacyjnej pałacu zgromadzili się licznie zarówno uczestnicy, jak i ich rodzice i opiekunowie szkolni, pod których kierunkiem wykonywali swoje prace. Przywitał ich pomysłodawca i główny organizator konkursu Piotr Stec, radny Powiatu Sztumskiego oraz gospodarz obiektu, Maciej Kraiński będący skarbnicą wiedzy o pałacu, jego byłych mieszkańcach i ich koligacjach. Tym razem do tradycyjnych tematów dołączono opracowania dotyczące rodzin Sierakowskich i Żółtowskich.

     

     

     

     

     

     

    Miło mi poinformować, że właśnie praca dotycząca Rodu Żółtowskich zdobyła główną nagrodę w najstarszej kategorii wiekowej. Całość spotkania uświetnił występ wokalny uczennicy Agaty Trafalskiej, nieco stremowanej, gdyż nie możemy zapominać, że w tych wnętrzach koncertował nasz wielki Fryderyk Chopin. Przemiły charakter spotkania zmąciła jedynie wiadomość o chorobie hr. Sierakowskiej, która w ostatniej chwili musiała odwołać swój przyjazd. Po raz kolejny okazało się, że spuścizna kultury stanu szlacheckiego cieszy się żywym zainteresowaniem młodzieży .Mam nadzieję na kolejną edycję w przyszłym roku.

      MARIUSZ ze SZTUMU

     

    W Dzienniku Bałtyckim Powiśle Sztum i Dzierzgoń

    z 9 czerwca 2017, ukazał się artykuł zatytułowany

    „O kulturze i tradycji szlachty”

  • Narodziny Victorii Magdaleny Zoltowski 27.07.2017 r.

    27 lipca 2017 roku urodziła się

    Victoria Magdalena Zoltowski

    zwana Vici!

    Mama Magdalena i tata Tomasz

    są bardzo szczęśliwymi i dumnymi rodzicami. Mieszkają w Chicago.

     

    Informację przesyła ogromnie szczęśliwy dziadek

    Rafał z Korycina

     

  • Narodziny Apolonii Anny Tomaszewskiej 27.03.2017 r.

         Apolonia Anna

     Z ogromną radością zawiadamiam, że 27 marca 2017 roku w Baltimore

    moim dzieciom Ani i Rysiowi urodziła się Córeczka, a moja

    Wnusia, Apolonia Anna Tomaszewska.

     

    A ja teraz u nich goszczę i jestem bardzo szczęśliwa.

     

     

     

     

     

    Bogusia z Białej, (obecnie Columbia, stan Maryland, USA)