Wspomnienia z Lipnicy Murowanej

Dwukrotnie spędziłem tam letnie miesiące, ciesząc się pięknem tej ziemi położonej w okolicach Bochni i bardzo niecodzienną historią samej miejscowości. Niegdyś Lipnica była miastem obronnym, otoczonym murami, znanym z rozwiniętych cechów związanych z garbowaniem skór, wyrobem kożuchów oraz szewstwem. Doskonały poziom reprezentował tam również cech piekarzy. Błogosławiony Szymon z Lipnicy był synem piekarza. Wielka liczba lip dających obfity zbiór miodu była potwierdzeniem słuszności nazwy miasta.

Miejscowy dziekan, o ile pamiętam, o nazwisku Wiśniewski posiadał w swych aktach dokumenty nadań królewskich i statutów cechowych. Miał on ukończone studia historyczne i zamiłowanie w pogłębianiu wiedzy. Był tak uprzejmy, że oddał mi do wglądu autentyczne stare dokumenty związane z cechami. Na pierwszy rzut oka widać było „wymaganie dobrej roboty”. Podam przykłady. W każdym cechu mianowano na okres paru lat starszych rzemieślników jako wizytatorów. Dawało im to prawo do wglądania o każdej porze do warsztatów poszczególnych mistrzów oraz wyciągania konsekwencji ze złej roboty. Natrafiwszy na byle jak wykończoną parę obuwia nakładali karę, w wątpliwych przypadkach nieśli buty do rady miejskiej, która podejmowała decyzję. Kary bywały bardzo ostre, np. czeladnikowi, który wykonał złą parę trzewików, nakazywano stanięcie na rynku pod pręgierzem i pokazywanie przechodniom własnej kiepskiej roboty. Gdy niedbalstwo było mniejsze, pozwalano czeladnikowi zachować „ciżemki” dla siebie albo za darmo ofiarować krewnym.

Cechy stanowiły mocno zorganizowaną korporację, dbającą o dobre wychowanie członków. Każdy był zobowiązany chodzić dwa razy w miesiącu do łaźni, miał obowiązek uczestniczenia w pogrzebach swych kolegów. „Bratu cechowemu” nie wolno było wyjść na ulicę z odkrytą głową, gdyż oznaczało to „człowieka rozwichrzonego”. Na ulicy „brat” musiał zawsze jedną rękę mieć wolną, a gdy przynosił ze wsi większy zapas żywności, musiał układać swoje toboły pod mesami miasta i dopiero, gdy się ściemniło, mógł je wnosić do środka.

Za niedociągnięcia karano najczęściej ofiarą 1/2 lub 1/4 funta wosku na świece do kościoła. Dotyczyło to także kobiet. W statucie wyczytałem, że gdy dwie białogłowy posprzeczały się ze sobą mląc na żarnach, obie musiały składać 1/4 funta wosku. To samo obowiązywało, gdy gremplowały wełnę.

Prawa cechowe zostały nadane Lipnicy za Kazimierza Jagiellończyka w połowie XV wieku. Spisane zostały w dwóch językach: polskim i ruskim (czyli ukraińskim), gdyż w Wielkim Księstwie Litewskim mówiono wiele po rusku, a oba kraje zjednoczone unią traktowane były jako równe sobie.

Kiedyś w dzień powszedni ujrzałem w kościele parafialnym w Lipnicy zespół odświętnie ubranych mężczyzn ze świecami niespotykanej długości. Była to rocznica nadania praw cechowych, a ci panowie byli następcami dawnych „braci”. Usłyszałem potem w niedzielę bardzo ciekawe kazanie Księdza Dziekana na ten temat. Ludzie słuchali go z wielkim napięciem.

Wpływ organizacji cechowej na życie ludzi musiał być bardzo silny. Wskazują na to fakty. W 1655 r. w czasie szwedzkiego najazdu, czyli „Potopu”, gdy w rękach Szwedów była Litwa i Wielkopolska, a poddały się takie twierdze, jak Sandomierz i zamek na Wawelu, Lipnica się oparła wrogowi i nie chciała wpuścić Szwedów do miasta. Była otoczona murami z jednej strony, a rzeczką o stromych brzegach z drugiej. Rozpoczęło się oblężenie. Lipniczanie bronili się tak dzielnie, że przez kilka tygodni Szwedzi nie dawali im rady. Rozzłoszczeni oporem grabili wszystkie domy stojące poza murami, a było to całe osiedle. Gdy wreszcie udało im się wedrzeć do miasta, zburzyli je, a mury całkowicie rozwalili. Od tego czasu Lipnica nie odzyskała nigdy dawnego znaczenia. A posiadała dwa piękne kościoły, z których jeden nosi nazwę błogosławionego Szymona z Lipnicy.

W XIX w Lipnica zyskała renomę dzięki rodzinie Ledóchowskich, która po emigracji spowodowanej udziałem w powstaniu 1830 r. na przełomie XIX i XX w. powróciła do Kraju. Z czworga Ledóchowskich mamy dwie święte: Teresę, misjonarkę Afryki i założycielkę Sodalicji Piotra Klawera oraz Julię-Urszulę; ich brat natomiast Włodzimierz, generał jezuitów, jest już bliski uzyskania beatyfikacji. Wszyscy troje zawdzięczali to niezwykłej klasy rodzicom. Ksiądz dziekan z Lipnicy opowiadał mi, że ich matka, Szwajcarka, hrabianka Salis-Zizers, przybywszy do Polski wszystkie swe siły oddawała na udzielanie pomocy miejscowej ludności, zwłaszcza przy ich leczeniu. Po kilkudziesięciu latach pamięć o niej pozostała w okolicy jeszcze żywa.

Przypadek zrządził, że miałem okazję poznać historię niezwykłej akcji dokonanej w czasie II wojny światowej przez drużynę miejscowej AK. Liczyła ona 19 członków, a miała za dowódcę i zastępcę dowódcy dwóch młodych ludzi, roztropnych, śmiałych i odpowiedzialnych. Musiała przeprowadzać wcześniej różne akcje w okolicy, skoro władze AK nie zawahały się w zleceniu jej tak trudnego zadania, jakie mogła wykonać tylko garstka bohaterów.

Nigdy bym nie poznał tej mało znanej sprawy, gdyby nie to, że jadąc autobusem do Bochni, a jest to około 26 km, siedziałem koło nieznanego mężczyzny, który mi ją opowiedział. Później Ks. Dziekan potwierdził jej prawdziwość i prosił o napisanie o tym artykułu do „Tygodnika Powszechnego”, czego jednak nie dokonałem.

Rozgrywało się to w dniu 13 lub 14 sierpnia 1944 r., kiedy zastępca dowódcy drużyny – nazwiska nie podano – otrzymał od przełożonych krótki i kategoryczny rozkaz. W więzieniu w Wiśniczu, więc w pół drogi z Lipnicy do Bochni, około 14 km, przy szosie, naprzeciwsłynnego starego zamku Kmitów, znajduje się ciężkie więzienie, zbudowane może jeszcze przez Austriaków. Przywieziono tam właśnie ze Lwowa 250 sędziów i prawników z Małopolski Wschodniej, którzy mieli być 15 sierpnia przywiezieni do Oświęcimia, by zginąć w komorach gazowych. Zaznaczono, że w Wiśniczu Dolnym (miejscu urodzenia Jana Matejki), o pół kilometra szosą poniżej zamku i więzienia odbywają się manewry znacznych oddziałów niemieckiej artylerii. Mimo to należy koniecznie w nocy z 14 na 15 sierpnia uwolnić sędziów i wyprowadzić ich w pobliskie Bieszczady. Wszystko to bez jednego wystrzału. To było najtrudniejsze do wykonania.

Młody zastępca dowódcy zrozumiał, że ciężar tak trudnego zadania spoczywa głównie na nim. Mało miał czasu do działania, lecz wiedział, że na swoich ludzi może liczyć. Straż więzienna w Wiśniczu składała się z bardzo różnych elementów, było jednak w niej paru Polaków gotowych pomóc.

Jeden z nich miał objąć służbę o godz. 11 w nocy i wpuścić w obręb murów drużynę lipnicką. O godzinie 10.55 stanęli wszyscy w pobliżu, kryjąc się, gdyż noc była księżycowa. Okazało się, że jednego z członków brakuje. Co robić? Na szczęście zjawił się, ale dosłownie w ostatniej chwili. Nerwy!…

Równocześnie wystąpiła inna trudność. Dyrektor więzienia, starszy człowiek, wziął dorożkę konną i pojechał do Wiśnicza Dolnego po wodę sodową. Noc była nad wyraz upalna i męczyło go pragnienie. Trzeba było poczekać aż wróci. Na szczęście niedługo to trwało, a kiedy dorożka zajechała przed bramę więzienia, w jednej chwili furman i dyrektor zostali związani z zakneblowanymi ustami i trzymani pod strażą wewnątrz murów.

Teraz jednak zaczęły się mnożyć nowe trudności. Zastępcą dyrektora był młody Niemiec, człowiek twardy i stanowczy. Siedział w niedużym pomieszczeniu, mając przy sobie cztery złowrogie wilczury i broń. Ile razy próbowano do niego się dostać psy rzucały się do drzwi i trzeba było się wycofywać. Zaczęto parlamentować przez zamknięte drzwi. Akowcy zakomunikowali: „Pan nie ma co się bronić, jesteście otoczeni, jeżeli pan będzie się bronił, natychmiast pan zginie”. Zastępca dyrektora się nie bał i nie chciał ustąpić. Długo trwały układy, aż wreszcie dał się przekonać, uspokoił psy i pozwolił się związać. Czas niemiłosiernie płynął, a noc sierpniowa jest krótka. Jak dotąd nic się nie udawało.

Nareszcie nasza drużyna mogła wejść do cel więziennych, gdzie znajdowali się lwowscy sędziowie. I tutaj czekała ich największa niespodzianka.

Zamiast ucieszyć się z chęci ratowania prawnicy wspólnie orzekli, że nie wyjdą, bo to jest zwykła zasadzka, to jest próba czy też podstęp, aby wyprowadzić ich do lasu i tam bez sądu rozstrzelać. Wolą pozostać w więzieniu.

Łatwo sobie wyobrazić, co działo się w duszy dowódcy i najbliższych jego współpracowników. Podobna reakcja ze strony uwięzionych była absurdalna i nie do wyobrażenia. Zaczęły się rozmowy i wzajemne przekonywania.

Nareszcie doszło do decyzji o wyjściu z więzienia. Póki noc okrywała ziemię udało się Akowcom wyprowadzić tych 250 więźniów do najbliższego lasu, otoczonego polami. Tam ponownie więźniowie zbuntowali się. Zdecydowali, że wolą wrócić do więzienia niż w pasiakach i na głodno tułać się nie wiadomo dokąd, aż ich Niemcy wyłapią.

Dowódca wykazał wtedy niezwykłą szybkość decyzji. Rozesłał paru podkomendnych do sąsiednich wsi, do rzeźników i krawców, z poleceniem dostarczenia jak najprędzej dobrego jedzenia i cywilnych ubrań. Można nazwać cudem to, że mu wszystkiego w porę dostarczono, i to mimo niewątpliwych poszukiwań ze strony Niemców. Wywiódł cały orszak w lasy graniczące z Bieszczadami, następnie skierował na Zachód w stronę Pienin, gdzie były silne oddziały partyzanckie. Większość prawników przetrwała w górach aż do uwolnienia Polski z okupacji niemieckiej, wielu korzystając z posiadania porządnych ubrań wtopiła się w cywilną ludność na przedgórzu Karpat. Dowódca zginął.

Michał Żółtowski z Lasek

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *