Tag: Nr 24

  • Wizyta u Ojca Świętego


    Jan z Łodzi

    Ten dzień pozostanie w mojej pamięci na wiele, wiele lat. 16 października 2000 to dzień, w którym zdarzyło się tak wiele. Od zwątpienia i rezygnacji do niedowierzania, a potem do radości wypełniającej człowiekado samej głębi. Ale od początku. Najpierw śniadanie i wczesnym rankiempakujemy się do autokaru, żeby dojechać na godzinę l0:00 na specjalną audiencję Ojca Świętego dla Polaków. Już to jest wielkim wydarzeniem, przecież 16 października nigdy nie było żadnych audiencji. Ale jest jeden problem – na audiencję trzeba dojechać na czas (!), wygląda zaś na to, że jednak wyjechaliśmy za późno. Odległość do Rzymu wydaje się maleć bardzo wolno, a wskazówki naszych zegarków chyba oszalały – tak szybko się kręcą. Zaczynamy wszyscy panikować, jedni trochę więcej, inni trochę mniej. Trzeba było wstać o tej trzeciej! Wszyscy panikują? Jednak nie. Jest ktoś, kto twierdzi, że należy mieć ufność w Bogu i pomodlić się. To nasz ks. Józef – pielgrzymkowy kapelan. I rzeczywiście, udaje nam się zdążyć do Watykanu na czas. Fakt, że ledwo, ledwo, ale jednak na czas.

    Jesteśmy w środku, w sali audiencyjnej, dosyć daleko od podium, ale jesteśmy. Nasz ksiądz gdzieś pobiegł. Dowiaduję się, że ma odebrać trzy zaproszenia dla członków Rodu, którzy przekażą Ojcu Świętemu: Adres od Rodu Żółtowskich, Genealogię z dedykacją oraz książkę Michała z Lasek o Matce Róży Czackiej. Mają pójść: mój tata, Rafał – nasz prezesoraz Bożena. Tata kazał mi wziąć dary i czekać na niego. Sam gdzieś zniknął (jak się okazało, szukał Rafała i Bożeny). Czekam na niego. Jest nasz ks. Józef. Hura! Zdobył nie trzy, ale pięć zaproszeń. No dobrze, ale jestem sam i nikogo z naszych nie widzę, a przez mikrofon proszą o natychmiastowe podejście do bramki, bo uroczystość już się ma rozpoczynać. Panika!

    Co robić? Gdzie oni się podziewają? Przecież ktoś MUSI przekazać Ojcu Świętemu nasze dary! Zdecydowałem, że to jest najważniejsze. Nie ma prezesa, nie ma Bożeny, nie ma taty, to ja to zrobię i niech się dzieje, co chce. Idę powoli w stronę Gwardii Szwajcarskiej przy bramce. Już jestem blisko.

    Ktoś mnie woła! SĄ! Jest tata, jest Bożena, jest Bogusia z Michałem, ale gdzie jest Rafał? Nie ma naszego prezesa.

    Z mikrofonów słyszymy kolejne ponaglenie. Trudno – musimy iść bez prezesa. Już prawie dochodzimy do pierwszych dwóch rzędów. Jest Rafał – Bogusia oddaje mu zaproszenie, ale sama musi wracać. A była tak blisko! Wraca wolno, bardzo wolno… Wtem kolejna niespodzianka (to niesamowite) – nasz ksiądz zdobył jeszcze jedno zaproszenie i idziemy w szóstkę.

    Emocje troszkę opadają i dopiero teraz zaczynam rozumieć, co się niedługo stanie. Wręczę Ojcu Świętemu dary od naszego Rodu. Niemożliwe! To się dzieje naprawdę. Tata mówi, abym przemyślał, co powiem. Co powiedzieć, żeby nie zapomnieć, żeby się nie zaciąć? Anonsują wejście Ojca Świętego – rozpoczyna się spotkanie. To wszystko jest takie nierealistyczne, to jakiś cudowny sen. Z oczu zaczynają mi lecieć łzy i trudno je powstrzymać. Bogusia podaje mi chusteczkę. Audiencja powoli idzie do przodu. Za chwilę podejdziemy, ofiarujemy dary i otrzymamy papieskie błogosławieństwo. Decydujemy, że do Ojca Świętego podejdziemy w trzech parach – najpierw Rafał z Bożeną, potem tata i ja, następnie Bogusia z Michałem (notabene Michał był najmłodszą osobą, która tego dnia składała dary – jedyne dziecko). Ustawiamy się w kolejkę.

    Idziemy powoli do przodu, nogi zaczynają mi drżeć, a w gardle ściska. Rozłożyłem Genealogię tak, żeby Ojciec Święty widział stronę tytułową. Klękamy. Najpierw mówi tata. Teraz ja: „Bogu niech będą dzięki, Ojcze Święty, za to, że jesteś”.

    Całuję pierścień Rybaka i otrzymuję błogosławieństwo Ojca Świętego. Schodzimy z podium dość okrężną drogą. Z powrotem na poprzednie miejsce. Znowu zaczynam płakać, jestem bardzo szczęśliwy. Cokolwiek by potem nastąpiło, już nic nie zepsuje tego dnia. Zdarzyło się coś, o czym nawet nie śmiałem marzyć, byłem tak blisko Ojca Świętego, Papieża-Polaka, i to w rocznicę Jego wyboru, i jeszcze w Roku Jubileuszowym. Uczucie, które mnie ogarnia, jest wręcz niemożliwe do opisania. Zaczynam się modlić, chcę podziękować Bogu za to, co mnie dzisiaj spotkało.

  • Zacznę od tego…


    Bogusia

    Zacznę od tego, że fakt, iż znalazłam się u stóp Ojca Świętego i mogłam z wdzięcznością ucałować Jego dłoń, zaistniał tylko dzięki cudowi. Tak, to był cud!

    Kiedy pierwszy raz usłyszałam o pielgrzymce do Rzymu, a było to na Zjeździe w Chomiąży Szlecheckiej, pomyślałam: „Pojadę razem z całą rodziną, na pewno zobaczymy Ojca Świętego na placu przed Bazyliką św. Piotra”. Taka była moja pierwsza myśl, potem pojawiło się pragnienie i marzenie, że uda mi się być w grupie, do której Ojciec Święty przemówi w czasie audiencji.

    Ale nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie przypuszczałam, że Ojciec Święty wysłucha moich słów: „Ojcze Święty, proszę Cię o błogosławieństwo dla całej naszej rodziny”. Bo tak właśnie powiedziałam do tego Wielkiego Polaka. A on mnie uważnie wysłuchał i uczynił znak krzyża na moim czole. Taki znak krzyża na czole kreśli ręka mojej mamy od moich najmłodszych lat aż do tej pory. Następnie Ojciec Święty pobłogosławił mnie i mojego syna Michała, który trzymał w ręku i ofiarował Mu dzieło innego Michała, Michała, który żyje w naszych sercach i pamięci.

    Cały czas myślałam o mojej córce Annie i synu Marcinie, którzy byli też w tej auli, ale nie dane im było przebywać w takiej bliskości Ojca Świętego jak mój najmłodszy syn. Całym sercem pragnęłam, żeby i te starsze, moje ukochane dzieci mogły być wtedy razem z nami. Trudno mi nawet pisać o uczuciach, które mnie ogarnęły w chwili, gdy byłam tak blisko Ojca Świętego.

    Myślałam o najpiękniejszych dniach mojego życia, kiedy trzymałam w ramionach moje nowo narodzone dzieci: Annę, Marcina i Michała. Myślałam też o moim mężu Witoldzie, który wybierał się z nami na pielgrzymkę, ale z przyczyn zawodowych musiał zostać w kraju. Kilka lat temu miał to szczęście, że wraz z grupą, z którą podróżował, spotkał się w Rzymie z Wielkim Polakiem – Janem Pawłem II.

    Kiedy siedziałam w drugim rzędzie krzeseł w auli papieskiej, skąd droga wiodła wprost na spotkanie z Ojcem Świętym, przepełniało mnie uczucie radości i euforii, a przede wszystkim nie mogłam do końca uwierzyć w to, co miało nastąpić za kilka chwil. Łzy same płynęły po twarzy, nie byłam w stanie ich powstrzymać. Płakaliśmy zresztą wszyscy: i mój syn, i Bożena, i Wacław, i Janusz, i Ty, Rafale, chociaż zachowywałeś pozory spokoju, miałeś łzy w oczach. A kiedy już z powrotem, po audiencji, znaleźliśmy się w tym magicznym drugim rzędzie krzeseł, do którego wiodła tak daleka droga, ściskaliśmy się i całowali. I czuliśmy wielką wzajemną bliskość, która na pewno na zawsze zostanie w naszych sercach.

    I na koniec chciałabym powiedzieć Ci, Rafale, że to, iż oddałam Ci swój bilet, nie było z mojej strony żadnym bohaterstwem. Ja po prostu znam swoje miejsce w szeregu. To Tobie, Rafale, jak nikomu innemu, należało się to miejsce w drodze do Ojca Świętego. To Ty byłeś inicjatorem tej pielgrzymki. To Ty nas zachęcałeś do udziału. To Ty, mimo przeciwności, nigdy nie kapitulowałeś i to Tobie jestem winna dozgonną wdzięczność. Za cały trud, za ogrom pracy, jaki włożyłeś w to, aby nasza pielgrzymka była taka wspaniała i dostarczyła nam tak wielu wrażeń.

    A jeszcze księdzu Józefowi Grzeszczukowi dziękuję z serca za jego upór, mądrość i zaangażowanie w sprawy naszej pielgrzymki.