Bogusia
Zacznę od tego, że fakt, iż znalazłam się u stóp Ojca Świętego i mogłam z wdzięcznością ucałować Jego dłoń, zaistniał tylko dzięki cudowi. Tak, to był cud!
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o pielgrzymce do Rzymu, a było to na Zjeździe w Chomiąży Szlecheckiej, pomyślałam: „Pojadę razem z całą rodziną, na pewno zobaczymy Ojca Świętego na placu przed Bazyliką św. Piotra”. Taka była moja pierwsza myśl, potem pojawiło się pragnienie i marzenie, że uda mi się być w grupie, do której Ojciec Święty przemówi w czasie audiencji.
Ale nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie przypuszczałam, że Ojciec Święty wysłucha moich słów: „Ojcze Święty, proszę Cię o błogosławieństwo dla całej naszej rodziny”. Bo tak właśnie powiedziałam do tego Wielkiego Polaka. A on mnie uważnie wysłuchał i uczynił znak krzyża na moim czole. Taki znak krzyża na czole kreśli ręka mojej mamy od moich najmłodszych lat aż do tej pory. Następnie Ojciec Święty pobłogosławił mnie i mojego syna Michała, który trzymał w ręku i ofiarował Mu dzieło innego Michała, Michała, który żyje w naszych sercach i pamięci.
Cały czas myślałam o mojej córce Annie i synu Marcinie, którzy byli też w tej auli, ale nie dane im było przebywać w takiej bliskości Ojca Świętego jak mój najmłodszy syn. Całym sercem pragnęłam, żeby i te starsze, moje ukochane dzieci mogły być wtedy razem z nami. Trudno mi nawet pisać o uczuciach, które mnie ogarnęły w chwili, gdy byłam tak blisko Ojca Świętego.
Myślałam o najpiękniejszych dniach mojego życia, kiedy trzymałam w ramionach moje nowo narodzone dzieci: Annę, Marcina i Michała. Myślałam też o moim mężu Witoldzie, który wybierał się z nami na pielgrzymkę, ale z przyczyn zawodowych musiał zostać w kraju. Kilka lat temu miał to szczęście, że wraz z grupą, z którą podróżował, spotkał się w Rzymie z Wielkim Polakiem – Janem Pawłem II.
Kiedy siedziałam w drugim rzędzie krzeseł w auli papieskiej, skąd droga wiodła wprost na spotkanie z Ojcem Świętym, przepełniało mnie uczucie radości i euforii, a przede wszystkim nie mogłam do końca uwierzyć w to, co miało nastąpić za kilka chwil. Łzy same płynęły po twarzy, nie byłam w stanie ich powstrzymać. Płakaliśmy zresztą wszyscy: i mój syn, i Bożena, i Wacław, i Janusz, i Ty, Rafale, chociaż zachowywałeś pozory spokoju, miałeś łzy w oczach. A kiedy już z powrotem, po audiencji, znaleźliśmy się w tym magicznym drugim rzędzie krzeseł, do którego wiodła tak daleka droga, ściskaliśmy się i całowali. I czuliśmy wielką wzajemną bliskość, która na pewno na zawsze zostanie w naszych sercach.
I na koniec chciałabym powiedzieć Ci, Rafale, że to, iż oddałam Ci swój bilet, nie było z mojej strony żadnym bohaterstwem. Ja po prostu znam swoje miejsce w szeregu. To Tobie, Rafale, jak nikomu innemu, należało się to miejsce w drodze do Ojca Świętego. To Ty byłeś inicjatorem tej pielgrzymki. To Ty nas zachęcałeś do udziału. To Ty, mimo przeciwności, nigdy nie kapitulowałeś i to Tobie jestem winna dozgonną wdzięczność. Za cały trud, za ogrom pracy, jaki włożyłeś w to, aby nasza pielgrzymka była taka wspaniała i dostarczyła nam tak wielu wrażeń.
A jeszcze księdzu Józefowi Grzeszczukowi dziękuję z serca za jego upór, mądrość i zaangażowanie w sprawy naszej pielgrzymki.
Dodaj komentarz