Tag: Nr 103

  • Jeszcze

    W barwy wieczoru

    Ubrana przyszłość

    Lekki niepokój

    gdzieś w sercu zasiany.

    Mówią – jeszcze droga daleka

    i wiele zakrętów nieznanych.

    To prawda.

    Jeszcze słońce wiele razy

    piasek rozgrzeje

    Świeże wiśnie z drzewa

    rwać będziemy

    I pług ostry prowadzić

    w koleinach życia

    Jeszcze wiele razy.

    Jeszcze wiele razy…

    To prawda.

    MAREK z POZNANIA

  • MARZENIE

    Chciałabym słyszeć szum oceanu,

    Wyciągać ręce ku tęczy,

    Móc przejść przez życie z pełnym uśmiechem

    Głowy bólem nie męczyć.

    Chciałabym gasić świece wieczorem,

    Zaciągać ciężkie kotary,

    Nie dzielić Ciebie ze światem okrutnym,

    Miłość skrywać wspaniałą.

    Dotknij mnie lekko rzęsą o rzęsę

    Tchnij we mnie życie na nowo.

    Oddam Ci siebie w zwiewnej sukience

    I z rozczochraną głową.

    ALEKSANDRA KOSIŃSKA

  • Życzenia Świąteczne

    Niech Święta Wielkanocne

    przyniosą nadzieję na lepsze jutro i miłość w sercach.

    Życzymy wesołych, zdrowych, szczęśliwych świąt,

    kolorowych pisanek i wesołego śmigusa- dyngusa.

    Prezes Związku

    oraz członkowie zarządu

  • UZDRAWIAJĄCA MOC ŚWIĄTECZNEJ KARTKI

    Wiosna otula nas

    płaszczem z kwiatów,

    znak, że Wielkanoc nadchodzi.

    W serca wstępuje

    radość, nadzieja

    a smutek

    wraz z zimą odchodzi.

    Dzieląc się jajkiem

    w te piękne święta,

    życzymy samych radości.

    Niech będzie zdrowie,

    niech będzie szczęście.

    Dobrobyt niech u Was zagości.

    Teksty w podobnym tonie i treści można zaleźć na kartkach świątecznych. Ten ułożyłyśmy razem z moją córką Anią, właśnie na potrzeby pisania wielkanocnych życzeń do rodziny i znajomych.

    Wydobyte z lamusa

    Nie wiadomo dokładnie, kiedy to się zaczęło. Jedno jest pewne – wysyłanie świątecznych kartek ma bardzo długą tradycję. Jeśli zaś chodzi o sam początek, teorii jest wiele. Można znaleźć informacje, że prekursorem tego zwyczaju był Włoch Nicolo Monte Mellini, a premiera miała miejsce w 1709 roku. Inne źródła podają, że oficjalnym wynalazcą drukowanej kartki świątecznej był londyńczyk Henry Cole i, że to on w 1843 roku razem ze swoim przyjacielem, malarzem Johnem Callcottem Horsleyem ( tu czasem pojawia się nazwisko innego ilustratora Thomasa Sturrocka ) stworzył pierwszą świąteczną pocztówkę. Cole szukał podobno sposobu, by nie pisać ręcznie wielu listów do rodziny i znajomych, ale jednocześnie zależało mu, aby obdarować swoich bliskich czymś wyjątkowym, osobistym. I właśnie tak miał powstać ten pierwszy egzemplarz.

    Do Polski kartki świąteczne dotarły pod koniec XIX wieku. W 1900 roku został nawet ogłoszony konkurs na nazwę tej formy przekazywania sobie korespondencyjnie życzeń. Nadesłano wiele propozycji, wśród nich takie jak: „ liścik”, „ listówka”, „ otwartka”, „ pisanka”, „ niezalepka”, „ bezkopertka”, „ otwartolist”. Ostatecznie wybrano jednak „ pocztówkę”, zgłoszoną podobno przez samego… Henryka Sienkiewicza.

    Renesans świątecznej kartki – oby!

    Jeszcze na początku XX wieku w Polsce wyprodukowano około 5 milionów świątecznych kartek. Każdy kolejny rok przynosi spadek ilości wysyłanych kartek, ostatnie lata to niemal zanik tej pięknej tradycji. Świąteczne kartki, otrzymane od rodziny i przyjaciół, były znaczącym elementem świątecznych dekoracji. Eksponowano je na honorowym miejscu, czytano z wielkim pietyzmem, uważano za symbol bliskości i pamięci. Niestety, obecnie skrzynki pocztowe przed świętami są puste. Co najwyżej można w nich znaleźć reklamy, rachunki lub pisma urzędowe. Każda z tych kategorii nie jest niczym przyjemnym. Zamiast pięknych, barwnych kartek, które z radością wyjmowaliśmy ze skrzynki niemal przez cały grudzień, mamy życzliwość i pamięć elektroniczną. W dniu Wigilii wiadomościami wypełnia się nasza skrzynka w telefonie. Odsłuchujemy i odczytujemy kolejne życzenia, często niemal „ urzędowe”, wysyłane automatycznie, bo nadawca wybiera w telefonie opcję „ wyślij do wszystkich”. I na takie sztampowe życzenia, nie niosące ze sobą nawet iskierki indywidualizmu, przychodzi nam odpisywać, często też automatycznie, bo wciskając przycisk: „ odpowiedz”, w pośpiechu, między śledziem a karpiem, nie pozostajemy dłużni – odsyłamy jakąś formułkę. Czy więc takie życzenia cieszą, wzruszają, podkreślają świąteczną atmosferę? Uważam, że nie mają one nic z magii i uroku świąt.

    Inna sprawa ma się z tradycyjną świąteczną kartką. Trzeba ją pieczołowicie wybrać, już na tym etapie myśląc o adresacie – Czy mu się spodoba? Czy trafi w jego gust?

    Następnie, pisząc do kogoś tekst życzeń, skupiamy się na tej osobie, na tym, co chcemy jej, chociaż w krótkich zdaniach, powiedzieć. W pewnym sensie w momencie pisania jesteśmy z tymi, do których kierujemy nasze słowa. Dzięki temu życznia stają się zdecydowanie bardziej osobiste niż wysyłane masowo wiadomości SMS lub MMS ( te drugie dopiero od niedawna mogę odczytywać na moim nowiutkim smartfonie). Kartka z życzeniami ma również tę przewagę, że nie da się jej skasować czy przeoczyć w natłoku wiadomości. Jest czymś namacalnym. Własnoręcznie napisana kartka świąteczna ma, niewątpliwie, wygląd, barwę, cieszy oko. Czasem ma zapach, przyjemny aromat świąt. Może mieć nawet smak, bo kiedyś, wraz ze świąteczną kartką, otrzymałam od mojej przyjaciółki dwa makowce ( bo ona umie piec, a ja nie ).

    Wiadomo, nie każdy czuje się na siłach, żeby pisać na kartkach długo i potoczyście. Ale już kilka przyjaznych słów, dowodów pamięci i serdeczności, nawet dopisanych na kartce z gotowym tekstem, sprawia, że adresat ciepło myśli o nadawcy. Doceniamy czas i wysiłek włożony w kupienie, napisanie oraz wysłanie kartki, zwracamy uwagę na osobisty wymiar, a także na to, że jesteśmy dla osoby, od której otrzymaliśmy kartkę na tyle ważni, że poświęciła nam swój czas.

    Różne są symbole związane ze świętami Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy. Dla mnie do najważniejszych zwyczajów należy wysłanie kartek świątecznych, a potem czekanie na listonosza i, z radosnym biciem serca, otwieranie skrzynki pocztowej. Każda otrzymana świąteczna kartka jest już dla mnie świętem! Najbardziej sumiennym i systematycznym w kultywowaniu tradycji wysyłania kartek świątecznych jest Zbigniew z Warszawy. Od kilkunastu lat, kiedy czytam życzenia z kartki przysłanej przez Zbigniewa, wiem, że święta są już blisko.

    Gdy biją rezurekcyjne dzwony…

    Powstała niezliczona ilość wierszy związanych z najważniejszymi dla Polaków świętami – Bożym Narodzeniem oraz Wielkanocą. Mnie najbardziej urzekł utwór pod tytułem „ Wielkanoc”napisany przez Jana Lechonia. Dedykuję ten wiersz wszystkim tym, którzy będą czytać ten tekst, życząc, aby tegoroczne święta były czasem przeżytym z radością i siłą, którą daje budząca się wiosna oraz bliskość Rodziny. Życzę Wam optymizmu, dużo Wiary, Nadziei i Miłości, realizacji planów i marzeń – tych mniejszych i tych całkiem wielkich. Posługując się słowami klasyka, Bułata Okudżawy: „ Panie, ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak…”.

    WIELKANOC

    Droga, wierzba sadzona wśród zielonej łąki,

    Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.

    Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,

    A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.

    Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,

    Drogą, co święto szli ludzie ze śpiewką

    Idzie sobie Pan Jezus wpółnagi i bosy

    Z wielkanocną w przebitej dłoni chorągiewką.

    Naprzeciw idzie chłopka. Ma kosy złociste,

    Łowicka jej spódniczka i piękna zapaska.

    Poznała Zbawiciela z świętego obrazka,

    Upadła na kolana i krzyknęła: „ Chryste!”

    Bije głową o ziemię z serdeczną rozpaczą,

    A Chrystus się pochylił nad klęczącym ciałem

    I rzeknie: „ Powiedz ludziom, niech więcej nie płaczą,

    Dwa dni leżałem w grobie. I dziś zmartwychwstałem”.

    Pozdrawiam serdecznie i świątecznie

    Bogusia z Białej

  • ODESZLI

    11 stycznia 2023 roku zmarła

    śp.

    NATALIA ŻÓŁTOWSKA

    ze Skierniewic

    urodzona 27 lipca 1932 roku w Warszawie.

    Pochowana została w Skierniewicach na cmentarzu komunalnym 13 stycznia br.

    Wyrazy współczucia Jarosławowi, Jolancie i Rafałowi oraz pozostałej rodzinie składają, Prezes Związku Rodu Żółtowskich oraz członkowie zarządu.

  • ROZMOWA Z KALINĄ Z ŻÓŁTOWSKICH NOWACKĄ Z TORUNIA

    Kalinko, podobnie jak wszystkich moich rozmówców pytam , kiedy pierwszy raz pojawiłaś się na zjeździe Związku Rodu Żółtowskich i kto Cię zaprosił?

    Pierwszy raz pojawiłam się na XVII zjeździe w Księżych Młynach 21 maja 2008 roku. Były wybory nowych władz i od razu weszłam do zarządu. Zebranie prowadził Wojciech z Warszawy, a zgłosił moją kandydaturę Wacław z Łodzi. Muszę zaznaczyć, iż Wacław mnie bardzo wspierał.

    O istnieniu Związku Rodu Żółtowskich wiedziałam dużo wcześniej. W kwietniu 1994 roku otrzymałam wiadomość ze Skierniewic o istnieniu Związku oraz zaproszenie. Nosiłam się co roku z zamiarem przyjazdu, lecz miałam różne zawirowania życiowe, które nie pozwalały mi na wcześniejsze uczestnictwo.

    Pierwsze wrażenie… Z jakimi emocjami wróciłaś do domu?

    Przyjechałam na zjazd z Jurkiem i wnukiem Barnabą, synem mojej córki Izy, ucznia gdyńskiego gimnazjum. Pamiętam, że jechaliśmy długo przez las, bowiem nasz ośrodek położony był w przepięknym lesie sosnowym. Byliśmy serdecznie przywitani przez Wacława i Rafała. Barnabą zajęli się, Karol z Olsztyna i Malwina z Wrocławia. Bardzo był zadowolony ze spotkania z młodzieżą, tak bardzo, że postanowił przyjechać na następny zjazd. Jeśli chodzi o mnie, wrażenie odniosłam pozytywne tym bardziej, że włączyłam się od razu w działalność związku, ale też spotkałam wspaniałych Żółtowskich. Czekałam na uroczystą kolację i na tańce. I nie zawiodłam się tańce były, a jakże! Na parkiecie prym wiodły Ela z Mirellą, i ja do nich dołączyłam! Do domu wróciłam z postanowieniem, że co roku będę uczestniczyć w zjazdach. Jurek i Barnaba też się niezwykle wspaniale czuli wśród Żółtowskich.

    Pochodzisz z patriotycznej rodziny. Proszę, abyś przybliżyła jej historię …

    Ojciec, Józef Żółtowski urodził się 6 stycznia 1907 roku w Budach Korzeńskich k. Gostynina. W czasie wojny działał w Armii Krajowej pod ps. „Ziuk”. Uczestniczył i dowodził z sukcesem wieloma niebezpiecznymi akcjami przeciwko Niemcom. Posiadał magazyn broni i karabin maszynowy. Udało mu się uniknąć wpadki i aresztowania. Był bardzo odważny, ale i ostrożny, bowiem posiadał rodzinę – żonę i pięć córek. Po wojnie należał do Ruchu Oporu Armii Krajowej ps. „Szczerba”. Po zakończonej wojnie rodzice założyli restaurację w Gąbinie na Starym Rynku i wspólnie ją prowadzili, aż do aresztowania taty 16 listopada 1946 roku. Zabrano go do UB w Gostyninie, skąd trafił do więzienia w Płocku. Przesłuchiwano go przez 10 miesięcy, aż do procesu w sierpniu 1947 roku, gdzie został uniewinniony. Trzeba dodać, że zarówno podczas przesłuchania i pobytu w więzieniu poddawany był okrutnym torturom, ale nigdy nikogo ze współtowarzyszy podziemia nie wydał. Nie dano mu spokoju, wznowiono ponownie proces i tym razem został skazany na 10 lat więzienia. Chcąc uniknąć aresztowania zaczął się ukrywać. Za ojcem został rozesłany list gończy przez wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie z kwietnia 1949 roku. Wydany przez ormowca w noc sylwestrową 1949, ponownie został aresztowany i skazany na 6 lat, by ostatecznie usłyszeć wyrok skazujący go na 10 lat więzienia od 9 października 1950 roku. Zwolniono go po czterech latach okrutnego więzienia, chorego i poobijanego, a było to 26 marca 1954 roku. Miał 47 lat. Wkrótce trafił do szpitala, gdzie z przerwami przebywał, aż do śmierci – 16 maja 1956 roku. Miał tylko 49 lat. Policzyłam dni spędzone przez Tatę w szpitalach po wyjściu z więzienia w Polsce Ludowej – 424 dni na dwa lata życia. Pochowany został na cmentarzu w Gąbinie. W latach dziewięćdziesiątych starałam się o unieważnienie wyroku . Odbyło się to 23 czerwca 1992 roku w Sądzie Wojewódzkim w Płocku, który stwierdził nieważność wyroków wydanych wobec mego Ojca Józefa Żółtowskiego, represjonowanego za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. Tato pośmiertnie został odznaczony Orderem Męczeństwa i Zwycięstwa dla Represjonowanych od 1939 do 1989 roku za Walkę o Polskę Wolną i Sprawiedliwą.

    A Ty, jako małe dziecko, co zapamiętałaś z tamtych trudnych czasów ?

    Zapamiętałam dzień aresztowania taty. Było ciemno, gdy do drzwi naszego mieszkania ktoś zaczął głośno się dobijać. Wpadło kilku milicjantów w mundurach i po cywilnemu. Była to na pewno godzina 5 rano. Nas powyrzucano z łóżek, nie wolno było się ruszyć z miejsca, a oni plądrowali cały dom. Stałam przy Mamie i patrzyłam, jak robią rewizję. Wiadomo, w restauracji nawet małej, są różnego rodzaju zapasy, to wszystko zabrali, ale co najważniejsze zabrali mi Tatę. W tamtym czasie zapanował ogromny strach w mojej rodzinie. Zaczęły się częste rewizje. Dziwne to były pory – nad ranem, późnym wieczorem, w nocy, rzadko w dzień. Mamę aresztowano w 1950 roku, zostawiając nas najmłodsze: Krystynę , Kalinę i Zosię z babcią Martą. Dwie starsze córki: Sabina i Henryka były poza domem. Mama była przesłuchiwana o różnych porach dnia i nocy w siedzibie UB w Gostyninie. Przetrzymywana w zimnej piwnicy, zachorowała na zapalenie płuc. Po 11. dniach chorą, zwolnili. Nigdy nie chciała opowiadać jakie tortury przeszła. Bała się nam córkom opowiadać. A ja na widok milicyjnego munduru, czułam ogromny strach i lęk. Miałam problemy ze snem i normalnym funkcjonowaniem. Obrazy z przeszłości ciągle do mnie wracały. Pomógł mi później lekarz psychiatra mój mąż Henryk.

    Historia rodziny dla ciebie i sióstr, jest na pewno bardzo ważna?

    Dla mnie bardzo ważna. No może, moje cztery siostry ( Henia, Saba, Zosia, Krysia), jakby mniej się interesowały, co nie znaczy, że w ogóle. Właściwie liczyły zawsze na mnie, ponieważ to ja, wystąpiłam do sądu o unieważnienie wyroku naszego Taty, kultywuję jego pamięć i biorę udział w wydarzeniach związanych z uroczystościami upamiętniającymi bohaterów Gąbina i okolic. Prowadziłam drzewo genologiczne naszej rodziny, czyli Żółtowskich – Taty i Siedleckich – rodziny mojej mamy. Ciekawa jest historia rodziny mojego ojca. Otóż dotarłam do księgi z 1780 roku. Piąty Pradziad Bartłomiej był gajowym w Łącku. Ojciec taty Stanisław – czyli mój dziadek zakochał się w pięknej wdowie Weronice Robakowskiej – 37 lat z trojgiem dzieci ( Władysław, Roch i Antoni) i ożenił się z nią mając 23 lata. Urodziło im się dwoje dzieci – mój ojciec Józef i jego siostra Franciszka. Dziadkowie prowadzili duże gospodarstwo rolne. Moja babcia Weronika zmarła w 1925 roku, gdy ojciec miał 18 lat. Dziadek Stanisław, żenił się jeszcze dwa razy. Druga żona Weronika z Szałkiewiczów została postrzelona przez sąsiada i w wyniku ran postrzałowych zmarła. Po roku dziadek ożenił się po raz trzeci z Heleną Miłkowską. Pragnę nadmienić, że rodzeństwo przyrodnie mojego Taty, zwłaszcza Antoni Robakowski, mieszkał w Stanach Zjednoczonych i bardzo nas wspierał podczas pobytu naszego Taty w więzieniu. Zostaliśmy bez środków do życia. Mama jako żona wroga PRL–u nie mogła znaleźć zatrudnienia.

    Pewnie często odwiedzasz Gąbin? Jesteś z tym miastem szczególnie związana.

    Oj tak! Bardzo często. Gąbin, to ponad czterotysięczne miasteczko w powiecie płockim, woj. mazowieckim .Położone nad rzeką Nidą, w sąsiedztwie Wisły w odległości 100 km od Warszawy i tyle samo od Łodzi. Lubię przechadzać się uliczkami Gąbina. Przypominam sobie spędzone nasze z mamą i siostrami powojenne życie. To przecież moje rodzinne miasto i ono z każdym moim przyjazdem jest co raz piękniejsze. Odnowione są XVIII wieczne kamieniczki na Starym Rynku. Może nie każdy wie, że w Gąbinie w jednej z tych kamieniczek urodził się gen. Dywizji Wojska Polskiego, premier II RP (1936 -1939) , doktor medycyny Felicjan Sławoj Składkowski, który wsławił się rozporządzeniem stawiania ubikacji na polskich wsiach, które zaczęto nazywać sławojkami. Starsi , zapewne to pamiętają, lecz młodzi już nie bardzo kojarzą ten obiekt. Obecnie w tej kamienicy mieści się Muzeum Ziemi Gąbińskiej. Na cmentarzu parafialnym w Gąbinie znajdują się groby rodzinne. Pochowani są moi rodzice, najmłodsza siostra Zosia, która mieszkała w Stanach Zjednoczonych. W Polsce miała przeszczep serca, lecz nie udał się i w wyniku komplikacji zmarła. Zajęłam się jej pogrzebem. Jej mąż i dzieci przebywali w tym czasie za granicą. W Gąbinie mam dużo znajomych i trochę rodziny. Jestem członkinią Towarzystwa Miłośników Ziemi Gąbińskiej i zapraszana na wydarzenia patriotyczne i kulturalne. Zatrzymuję się w Koszelówce, blisko Gąbina u mojego siostrzeńca. Mam swój pokoik z widokiem na jezioro i las. Podczas jesiennych spacerów po lesie, przywożę dużo grzybów już ususzonych i zamarynowanych.

    Opowiedz jak potoczyły się Twoje losy?

    Po zdaniu matury nie poszłam na studia. W domu, z uwagi na brak Taty i niemożność stałego zatrudnienia Mamy, jako żony wroga narodu, była bieda i trudne warunki materialne. Musiałam pomóc mamie i poszłam do pracy. Zatrudnienie znalazłam w Stoczni Rzecznej w Płocku, jako księgowa. W stoczni pracowałam aż do ślubu z Henrykiem Nowackim. Historia mojego zamążpójścia też była interesująca. Otóż miałam dwóch kandydatów na wyjście za mąż i perspektywa wyjazdu za granicę do Francji lub Kanady, do czego usilnie zachęcała mnie moja mama. Ale ta przygoda z małżeństwem potoczyła się zupełnie inaczej. Henryk został młodym wdowcem z dwojgiem małych dzieci: Rafał – 9 miesięcy, a Piotr-3 latka. Jego żona Danusia zginęła tragicznie w wypadku samochodowym. Danusia była moją koleżanką i w dniu jej tragicznej śmierci przyśniła mi się. A ze snu wynikało, abym zaopiekowała się jej dziećmi. I tak wyszło, że nie wyjechałam za granicę, zostałam żoną Henryka i mamą małych chłopców. Mieszkaliśmy 11 lat w Braniewie. Henryk służył w wojsku i pracował jako lekarz psychiatra we Fromborku. W Braniewie pracowałam jako główna księgowa w PZU. Po wyjściu z wojska, mąż zrobił II stopień specjalizacji z dziedziny psychiatrii i dostał propozycję pracy w szpitalu w Oświęcimiu na oddziale psychiatrycznym, prowadzonym na styl zachodni. Po przeprowadzce do Oświęcimia nie podjęłam pracy zawodowej. Zajęłam się organizacją życia rodzinnego. Mieliśmy już trójkę dzieci. W 1969 roku przyszła na świat córka Iza. Była już nas spora gromadka. Zajęłam się edukacją dzieci, organizowałam rodzinne wyjazdy, rajdy rowerowe, wycieczki, tenis, łyżwy, narty. Sport był naszej w rodzinie na porządku dziennym. Do dziś dzieci mają nawyki sportowe. Kładłam dzieciom szczególny nacisk na naukę języków obcych, aby mogły bez barier językowych swobodnie poruszać się po całym świecie. Władają kilkoma językami obcymi. Z Oświęcimia przeprowadziliśmy się do Elbląga, z uwagi na objęcie przez Henryka stanowiska dyrektora w szpitalu psychiatrycznym we Fromborku. I tak w Elblągu mieszkałam przez 17 lat. Mąż zachorował i wkrótce w 1985 roku zmarł. Zostałam sama z trójką uczących się dzieci. Synowie studiowali, córka chodziła do liceum. Przeżyłam bardzo śmierć Henryka. Przepłaciłam to zdrowiem. Ale cóż, były dzieci, więc musiałam się skupić na ich wykształceniu. Podjęłam pracę, wykonując zlecenia księgowe, aby zdobyć dodatkowe środki finansowe na ich wykształcenie.

    Proszę, przedstaw nam Swoich bliskich…

    Jak już wspomniałam mam troje dzieci. Najstarszy Piotr jest lekarzem anestezjologiem, żona Katarzyna lekarzem stomatologiem. Mieszkają od kilkunastu lat w Anglii. Wcześniej pracowali na kontrakcie w Nigerii. Mają trzech synów: Piotra, Tomasza i Michała , którzy po skończonych studiach w Anglii przeprowadzili się do Polski, pracują i mieszkają we Wrocławiu. Drugi syn Rafał mieszka w Świeciu nad Wisłą i jest ginekologiem. Obecnie pracuje w Klinice im. Biziela na Oddz. Ginekologiczno – Położniczym w Bydgoszczy. Żona Danuta jest lekarzem stomatologiem. Posiadają dwoje dzieci, Mateusza i Zuzannę. Dzieci po studiach zamieszkały w Poznaniu. Najmłodsza córka Izabela jest psychologiem i mieszka w Gdyni. Nie udało jej się małżeństwo. Jest rozwiedziona. Ma trzech synów: Jeremiego, Barnabę i Tytusa. Jeremi po skończonych studiach w Krakowie zamieszkał z partnerką Włoszką w Niemczech . Pracuje w firmie Microsoft. Barnaba skończył Politechnikę w Gdańsku. Ożenił się. Żona Magdalena jest pielęgniarką . Mają synka Leona. Mieszkają i pracują w Gdańsku. Tak wiec jestem szczęśliwą prababcią Leona. Z kolei najmłodszy syn Izy Tytus uczęszcza jeszcze do gdańskiego liceum.

    W 2021 roku zostałaś uhonorowana medalem im. Michała Żółtowskiego za szczególne zasługi na rzecz Rodu Żółtowskich. Przez długie lata pełniłaś funkcję sekretarza ZRŻ. Czy to wyróżnienie było dla Ciebie ważne? Co najbardziej zapamiętałaś z pracy dla związku?

    Uhonorowanie mnie medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek jest dla mnie bardzo ważne! Medal jest wystawiony na honorowym miejscu i każdy, kto przekroczy próg naszego z Jurkiem mieszkania musi go zobaczyć. Pełniona przeze mnie funkcja sekretarza Związku wiązała się z dużą odpowiedzialnością. Starałam się ją wykonywać najbardziej sumiennie jak tylko potrafiłam. Odpowiadałam na każdą korespondencję . Szczególnie zapamiętałam przysłany list od pana Krzysztofa Ponińskiego ze Szczecina, nie związanego z Żółtowskimi, Dotyczył znalezionych przez niego w bibliotece jego ojca listów wnuka Jana Żółtowskiego pisane do dziadka Marcelego Żółtowskiego z Czacza z 1885 i 1886 roku w czasie jego pobytu na studiach w Kalksburgu. Dzięki uprzejmości udostępnienia ich przez pana Ponińskiego, są one drukowane na łamach naszego Kwartalnika. Dzięki tym listom możemy poznawać z jakimi problemami pod koniec XIX wieku zmagał się ówczesny student za granicą. I odwrotnie listy pisane były przez dziadka Marcelego do wnuka Jana. Poznajemy codzienne problemy rodzinne oraz wskazówki właściwego zachowania, nauki i wydatków finansowych dla wnuków Jana i Izia przez dziadka Marcelego.

    Co zdecydowało o Twojej zmianie miejsca zamieszkania na Toruń?

    Mieszkałam w Elblągu. W 1995 roku podczas pobytu w sanatorium w Ciechocinku poznałam Jerzego. Oboje już byliśmy wdowcami. I tak jakoś przylgnęliśmy do siebie. Jurek mieszkał w Toruniu. Jest wojskowym w stopniu pułkownika w stanie spoczynku. Pomimo, że byłam związana z Elblągiem, przeprowadziłam się do Torunia i tego nie żałuję! Pokochałam całym sercem to miasto i już nigdzie się nie mam zamiaru wyprowadzić. Tym bardziej, że blisko mam na Stare Miasto.

    Kalinka, cały czas w drodze, masz wiele pozytywnej energii. Skąd ją czerpiesz?

    Wcześniej wszystkim się zamartwiałam. W rodzinie byłam na każde zawołanie sióstr. Przejmowałam się nauką dzieci, czy zaliczą egzaminy. To wszystko mnie bardzo przytłaczało i stresowało. W końcu dzieci mi otworzyły oczy, że zamartwianiem nie zbawię świata. Mówiąc językiem młodzieżowym, zaczęłam olewać! Łatwiej żyć! Od dziecka uwielbiałam podróże. Sprzedawałam butelki, by móc autostopem z koleżankami podróżować po Polsce. Gdy pracowałam w stoczni, wzięłam pożyczkę, aby popłynąć Stefanem Batorym po Morzu Bałtyckim i Zatoce Fińskiej z zawinięciem do Helsinek i Leningradu. Dużo podróżowaliśmy z Henrykiem i dziećmi. Jurka też rozkręciłam. Często sama wyjeżdżałam, aby się odstresować od codzienności i naładować akumulatory. Podróże mnie nakręcają. Byłam kilka razy w Stanach Zjednoczonych u kuzynki Marzeny i siostry Krystyny. Zwiedziłam m.in. Grecję, Turcję, Maroko, Wyspy Kanaryjskie, Tunezję, Niemcy, Austrię, Włochy, Hiszpanię , Francję, Holandię, Czechy , Ukrainę i inne. Energię czerpię z podróży, nie ważne, czy bliskiej, czy dalekiej.

    Co Tobie daje siłę i co Cię nakręca?

    Muszę gdzieś pojechać…(śmiech!)

    Jakie czerpiesz przyjemności z życia codziennego?

    Proza życia codziennego także daje mi wiele radości. Przyjemność to kawiarnia, kino, spacer, dobra książka. Lubię umawiać się z koleżankami w kawiarni na ciastko i kawę u Sowy, a lody najlepsze u Lenkiewicza. Z kolei najlepsze torty są u Krzysia Rumińskiego, które zamawiam na różne rodzinne imprezy. Oczywiście przez Kalinę prawie wszystkie premiery filmowe muszą być zaliczone. Lubię, te nasze z Jurkiem codzienne rytuały- kawka po śniadanku plus ciastko z własnego domowego wypieku. A jakże, ja piekę i wszystkim smakuje! Potem idę z koleżanką na spacer po parku z kijkami, Jurek po południu, jak przeczyta poranną prasę. Mamy inne pory relaksu.

    Twoje hobby?

    Wiadomo podróże, jazda na rowerze, gra w tenisa, no i taniec w Ciechocinku (śmiech!), zbieranie buteleczek po perfumach. Mam już niezłą kolekcję ponad 150 sztuk. Miałabym więcej, gdyby nie przeprowadzki. Jestem karciara, gram w brydża, pokera, czasem z sąsiadami w tysiąca. Do koleżanki do Łowicza potrafię specjalnie pojechać, aby pograć w brydża z nią i jej siostrą. Jurek nie jest specjalne dobrym partnerem w brydża, gdyż przeważnie go ogrywam Nagminnie kupuję filiżanki, aby później je wydać w prezencie.

    Co byś przekazała młodemu pokoleniu?

    Żeby uczyli się języków obcych. Zdobyli wykształcenie. W życiu różnie bywa, majątek może strawić woda lub ogień, a to co ma się w głowie, nikt nie odbierze.

    Są miejsca do których wracasz?

    Do Gąbina, Braniewa i Fromborka. Jestem mile widziana i zapraszana do Fromborka, ostatniego miejsca pracy Henryka. Uczestniczyłam w jubileuszu 50. i 60 – lecia szpitala psychiatrycznego. Muszę nadmienić, że Henryka wychowankiem był Marek Balicki były Minister Zdrowia (2003 – 2005).

    Co Ci się udało?

    Udało mi się wychować i wykształcić dzieci. Był to trudny okres, Henryk chorował, pobyty w szpitalach , opieka domowa. Zmarł za wcześnie, zostawiając mnie z tyloma problemami. Nie pracowałam, ale nie poddałam się! Aby dorobić, wzięłam pracę na umowę zlecenie jako księgowa w harcerstwie i Modzie Polskiej. Dzieci wykształciłam i to mi się udało!

    Jakie wartości przekazałaś swoim dzieciom?

    Pracowitość, zorganizowanie, sport, porządki, nauka, podróże, języki obce no i oczywiście taniec. Dzieci świetnie tańczą ! Zaszczepiłam w nich zamiłowanie do czytania książek.

    Kalinko, a na koniec zapytam Cię o marzenia…

    Moim marzeniem jest, aby dokończyć genealogię rodzinną, którą zakończyłam na 1985 roku do śmierci Henryka . Mimo, że zmagam się z wieloma chorobami, nie poddaję się . Czasem zastanawiam się ile mam lat? A ja jeszcze przecież żyję i mam marzenia! Chciałabym jeszcze pojechać do Portugalii, Chorwacji, Szwajcarii, no i na Sardynię, którą mam obiecaną przez wnuka Jeremiego, skąd pochodzi jego dziewczyna. A co najważniejsze , że z Jurkiem wzajemnie się wspieramy, nie dajemy się i przemy do przodu!!! (śmiech)

    Kalinko dziękuję pięknie za ciekawą rozmowę i życzę dużo zdrowia oraz spełnienia podróżniczych marzeń.

    Elżbieta Żółtowska z Kutna

  • INFORMACJE DOTYCZĄCE XXXII ZJAZDU ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH

    XXXII Zjazd w tym roku odbędzie się w dniach 7-11 czerwca.

    Spotkamy się w hotelu „Sosnowe Zacisze” w Barczewie na Podlasiu. Barczewo położone jest około 10. km od Białegostoku w leśnej okolicy, przy Szlaku Rowerowym Green Velo.

    Przy hotelu znajduje się ogród z oczkiem wodnym, miejscem na ognisko i placem zabaw. Chętni mogą wynająć rowery wodne lub zagrać w bilard.

    Za dodatkową opłatą można przyjechać do hotelu ze zwierzętami. Hotel posiada bezpłatny parking oraz WiFi na terenie całego ośrodka.

    Koszt noclegów ze śniadaniem w zależności od pokoju kształtuje się następująco:

    Pokój 1 – osobowy ze śniadaniem – 170 zł doba,

    2- osobowy ze śniadaniem – 210 zł doba,

    3- osobowy ze śniadaniem – 260 zł doba,

    4 – osobowy ze śniadaniem – 310 zł doba.

    Obiad (zupa + danie główne + sok) – 40 zł osoba.

    Kolacja w formie bufetu szwedzkiego, na zimno i gorąco 35 zł osoba.

    Brak zniżek dla dzieci.

    Koszt uroczystej kolacji wynosi ok. 160 zł – osoba dorosła, dziecko do 10 lat – 70 zł.

    Przy rezerwacji należy określić jaki pokój i na ile osób rezerwujemy oraz w jakim terminie będziemy uczestniczyć w spotkaniu.

    Zaliczka wynosi 1 osobodzień (koszt noclegu ze śniadaniem + obiad + kolacja).

    Zaliczki należy wpłacić do 15-go kwietnia br. na rachunek:

    Sosnowe Zacisze N. Artemowicz, A. Artemowicz s.c.

    Barszczewo 2 a, 16-070 Choroszcz

    PKO Bank: 49 1020 1332 0000 1502 1099 4988

    Hotel zwraca zaliczki w razie wypadków losowych.

    Tel. 85/719 27 72

    + 48 663 749 340

    Serdecznie zapraszamy i mamy nadzieję na liczną frekwencję.