Kalinko, podobnie jak wszystkich moich rozmówców pytam , kiedy pierwszy raz pojawiłaś się na zjeździe Związku Rodu Żółtowskich i kto Cię zaprosił?
Pierwszy raz pojawiłam się na XVII zjeździe w Księżych Młynach 21 maja 2008 roku. Były wybory nowych władz i od razu weszłam do zarządu. Zebranie prowadził Wojciech z Warszawy, a zgłosił moją kandydaturę Wacław z Łodzi. Muszę zaznaczyć, iż Wacław mnie bardzo wspierał.
O istnieniu Związku Rodu Żółtowskich wiedziałam dużo wcześniej. W kwietniu 1994 roku otrzymałam wiadomość ze Skierniewic o istnieniu Związku oraz zaproszenie. Nosiłam się co roku z zamiarem przyjazdu, lecz miałam różne zawirowania życiowe, które nie pozwalały mi na wcześniejsze uczestnictwo.
Pierwsze wrażenie… Z jakimi emocjami wróciłaś do domu?
Przyjechałam na zjazd z Jurkiem i wnukiem Barnabą, synem mojej córki Izy, ucznia gdyńskiego gimnazjum. Pamiętam, że jechaliśmy długo przez las, bowiem nasz ośrodek położony był w przepięknym lesie sosnowym. Byliśmy serdecznie przywitani przez Wacława i Rafała. Barnabą zajęli się, Karol z Olsztyna i Malwina z Wrocławia. Bardzo był zadowolony ze spotkania z młodzieżą, tak bardzo, że postanowił przyjechać na następny zjazd. Jeśli chodzi o mnie, wrażenie odniosłam pozytywne tym bardziej, że włączyłam się od razu w działalność związku, ale też spotkałam wspaniałych Żółtowskich. Czekałam na uroczystą kolację i na tańce. I nie zawiodłam się tańce były, a jakże! Na parkiecie prym wiodły Ela z Mirellą, i ja do nich dołączyłam! Do domu wróciłam z postanowieniem, że co roku będę uczestniczyć w zjazdach. Jurek i Barnaba też się niezwykle wspaniale czuli wśród Żółtowskich.
Pochodzisz z patriotycznej rodziny. Proszę, abyś przybliżyła jej historię …
Ojciec, Józef Żółtowski urodził się 6 stycznia 1907 roku w Budach Korzeńskich k. Gostynina. W czasie wojny działał w Armii Krajowej pod ps. „Ziuk”. Uczestniczył i dowodził z sukcesem wieloma niebezpiecznymi akcjami przeciwko Niemcom. Posiadał magazyn broni i karabin maszynowy. Udało mu się uniknąć wpadki i aresztowania. Był bardzo odważny, ale i ostrożny, bowiem posiadał rodzinę – żonę i pięć córek. Po wojnie należał do Ruchu Oporu Armii Krajowej ps. „Szczerba”. Po zakończonej wojnie rodzice założyli restaurację w Gąbinie na Starym Rynku i wspólnie ją prowadzili, aż do aresztowania taty 16 listopada 1946 roku. Zabrano go do UB w Gostyninie, skąd trafił do więzienia w Płocku. Przesłuchiwano go przez 10 miesięcy, aż do procesu w sierpniu 1947 roku, gdzie został uniewinniony. Trzeba dodać, że zarówno podczas przesłuchania i pobytu w więzieniu poddawany był okrutnym torturom, ale nigdy nikogo ze współtowarzyszy podziemia nie wydał. Nie dano mu spokoju, wznowiono ponownie proces i tym razem został skazany na 10 lat więzienia. Chcąc uniknąć aresztowania zaczął się ukrywać. Za ojcem został rozesłany list gończy przez wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie z kwietnia 1949 roku. Wydany przez ormowca w noc sylwestrową 1949, ponownie został aresztowany i skazany na 6 lat, by ostatecznie usłyszeć wyrok skazujący go na 10 lat więzienia od 9 października 1950 roku. Zwolniono go po czterech latach okrutnego więzienia, chorego i poobijanego, a było to 26 marca 1954 roku. Miał 47 lat. Wkrótce trafił do szpitala, gdzie z przerwami przebywał, aż do śmierci – 16 maja 1956 roku. Miał tylko 49 lat. Policzyłam dni spędzone przez Tatę w szpitalach po wyjściu z więzienia w Polsce Ludowej – 424 dni na dwa lata życia. Pochowany został na cmentarzu w Gąbinie. W latach dziewięćdziesiątych starałam się o unieważnienie wyroku . Odbyło się to 23 czerwca 1992 roku w Sądzie Wojewódzkim w Płocku, który stwierdził nieważność wyroków wydanych wobec mego Ojca Józefa Żółtowskiego, represjonowanego za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. Tato pośmiertnie został odznaczony Orderem Męczeństwa i Zwycięstwa dla Represjonowanych od 1939 do 1989 roku za Walkę o Polskę Wolną i Sprawiedliwą.
A Ty, jako małe dziecko, co zapamiętałaś z tamtych trudnych czasów ?
Zapamiętałam dzień aresztowania taty. Było ciemno, gdy do drzwi naszego mieszkania ktoś zaczął głośno się dobijać. Wpadło kilku milicjantów w mundurach i po cywilnemu. Była to na pewno godzina 5 rano. Nas powyrzucano z łóżek, nie wolno było się ruszyć z miejsca, a oni plądrowali cały dom. Stałam przy Mamie i patrzyłam, jak robią rewizję. Wiadomo, w restauracji nawet małej, są różnego rodzaju zapasy, to wszystko zabrali, ale co najważniejsze zabrali mi Tatę. W tamtym czasie zapanował ogromny strach w mojej rodzinie. Zaczęły się częste rewizje. Dziwne to były pory – nad ranem, późnym wieczorem, w nocy, rzadko w dzień. Mamę aresztowano w 1950 roku, zostawiając nas najmłodsze: Krystynę , Kalinę i Zosię z babcią Martą. Dwie starsze córki: Sabina i Henryka były poza domem. Mama była przesłuchiwana o różnych porach dnia i nocy w siedzibie UB w Gostyninie. Przetrzymywana w zimnej piwnicy, zachorowała na zapalenie płuc. Po 11. dniach chorą, zwolnili. Nigdy nie chciała opowiadać jakie tortury przeszła. Bała się nam córkom opowiadać. A ja na widok milicyjnego munduru, czułam ogromny strach i lęk. Miałam problemy ze snem i normalnym funkcjonowaniem. Obrazy z przeszłości ciągle do mnie wracały. Pomógł mi później lekarz psychiatra mój mąż Henryk.
Historia rodziny dla ciebie i sióstr, jest na pewno bardzo ważna?
Dla mnie bardzo ważna. No może, moje cztery siostry ( Henia, Saba, Zosia, Krysia), jakby mniej się interesowały, co nie znaczy, że w ogóle. Właściwie liczyły zawsze na mnie, ponieważ to ja, wystąpiłam do sądu o unieważnienie wyroku naszego Taty, kultywuję jego pamięć i biorę udział w wydarzeniach związanych z uroczystościami upamiętniającymi bohaterów Gąbina i okolic. Prowadziłam drzewo genologiczne naszej rodziny, czyli Żółtowskich – Taty i Siedleckich – rodziny mojej mamy. Ciekawa jest historia rodziny mojego ojca. Otóż dotarłam do księgi z 1780 roku. Piąty Pradziad Bartłomiej był gajowym w Łącku. Ojciec taty Stanisław – czyli mój dziadek zakochał się w pięknej wdowie Weronice Robakowskiej – 37 lat z trojgiem dzieci ( Władysław, Roch i Antoni) i ożenił się z nią mając 23 lata. Urodziło im się dwoje dzieci – mój ojciec Józef i jego siostra Franciszka. Dziadkowie prowadzili duże gospodarstwo rolne. Moja babcia Weronika zmarła w 1925 roku, gdy ojciec miał 18 lat. Dziadek Stanisław, żenił się jeszcze dwa razy. Druga żona Weronika z Szałkiewiczów została postrzelona przez sąsiada i w wyniku ran postrzałowych zmarła. Po roku dziadek ożenił się po raz trzeci z Heleną Miłkowską. Pragnę nadmienić, że rodzeństwo przyrodnie mojego Taty, zwłaszcza Antoni Robakowski, mieszkał w Stanach Zjednoczonych i bardzo nas wspierał podczas pobytu naszego Taty w więzieniu. Zostaliśmy bez środków do życia. Mama jako żona wroga PRL–u nie mogła znaleźć zatrudnienia.
Pewnie często odwiedzasz Gąbin? Jesteś z tym miastem szczególnie związana.
Oj tak! Bardzo często. Gąbin, to ponad czterotysięczne miasteczko w powiecie płockim, woj. mazowieckim .Położone nad rzeką Nidą, w sąsiedztwie Wisły w odległości 100 km od Warszawy i tyle samo od Łodzi. Lubię przechadzać się uliczkami Gąbina. Przypominam sobie spędzone nasze z mamą i siostrami powojenne życie. To przecież moje rodzinne miasto i ono z każdym moim przyjazdem jest co raz piękniejsze. Odnowione są XVIII wieczne kamieniczki na Starym Rynku. Może nie każdy wie, że w Gąbinie w jednej z tych kamieniczek urodził się gen. Dywizji Wojska Polskiego, premier II RP (1936 -1939) , doktor medycyny Felicjan Sławoj Składkowski, który wsławił się rozporządzeniem stawiania ubikacji na polskich wsiach, które zaczęto nazywać sławojkami. Starsi , zapewne to pamiętają, lecz młodzi już nie bardzo kojarzą ten obiekt. Obecnie w tej kamienicy mieści się Muzeum Ziemi Gąbińskiej. Na cmentarzu parafialnym w Gąbinie znajdują się groby rodzinne. Pochowani są moi rodzice, najmłodsza siostra Zosia, która mieszkała w Stanach Zjednoczonych. W Polsce miała przeszczep serca, lecz nie udał się i w wyniku komplikacji zmarła. Zajęłam się jej pogrzebem. Jej mąż i dzieci przebywali w tym czasie za granicą. W Gąbinie mam dużo znajomych i trochę rodziny. Jestem członkinią Towarzystwa Miłośników Ziemi Gąbińskiej i zapraszana na wydarzenia patriotyczne i kulturalne. Zatrzymuję się w Koszelówce, blisko Gąbina u mojego siostrzeńca. Mam swój pokoik z widokiem na jezioro i las. Podczas jesiennych spacerów po lesie, przywożę dużo grzybów już ususzonych i zamarynowanych.
Opowiedz jak potoczyły się Twoje losy?
Po zdaniu matury nie poszłam na studia. W domu, z uwagi na brak Taty i niemożność stałego zatrudnienia Mamy, jako żony wroga narodu, była bieda i trudne warunki materialne. Musiałam pomóc mamie i poszłam do pracy. Zatrudnienie znalazłam w Stoczni Rzecznej w Płocku, jako księgowa. W stoczni pracowałam aż do ślubu z Henrykiem Nowackim. Historia mojego zamążpójścia też była interesująca. Otóż miałam dwóch kandydatów na wyjście za mąż i perspektywa wyjazdu za granicę do Francji lub Kanady, do czego usilnie zachęcała mnie moja mama. Ale ta przygoda z małżeństwem potoczyła się zupełnie inaczej. Henryk został młodym wdowcem z dwojgiem małych dzieci: Rafał – 9 miesięcy, a Piotr-3 latka. Jego żona Danusia zginęła tragicznie w wypadku samochodowym. Danusia była moją koleżanką i w dniu jej tragicznej śmierci przyśniła mi się. A ze snu wynikało, abym zaopiekowała się jej dziećmi. I tak wyszło, że nie wyjechałam za granicę, zostałam żoną Henryka i mamą małych chłopców. Mieszkaliśmy 11 lat w Braniewie. Henryk służył w wojsku i pracował jako lekarz psychiatra we Fromborku. W Braniewie pracowałam jako główna księgowa w PZU. Po wyjściu z wojska, mąż zrobił II stopień specjalizacji z dziedziny psychiatrii i dostał propozycję pracy w szpitalu w Oświęcimiu na oddziale psychiatrycznym, prowadzonym na styl zachodni. Po przeprowadzce do Oświęcimia nie podjęłam pracy zawodowej. Zajęłam się organizacją życia rodzinnego. Mieliśmy już trójkę dzieci. W 1969 roku przyszła na świat córka Iza. Była już nas spora gromadka. Zajęłam się edukacją dzieci, organizowałam rodzinne wyjazdy, rajdy rowerowe, wycieczki, tenis, łyżwy, narty. Sport był naszej w rodzinie na porządku dziennym. Do dziś dzieci mają nawyki sportowe. Kładłam dzieciom szczególny nacisk na naukę języków obcych, aby mogły bez barier językowych swobodnie poruszać się po całym świecie. Władają kilkoma językami obcymi. Z Oświęcimia przeprowadziliśmy się do Elbląga, z uwagi na objęcie przez Henryka stanowiska dyrektora w szpitalu psychiatrycznym we Fromborku. I tak w Elblągu mieszkałam przez 17 lat. Mąż zachorował i wkrótce w 1985 roku zmarł. Zostałam sama z trójką uczących się dzieci. Synowie studiowali, córka chodziła do liceum. Przeżyłam bardzo śmierć Henryka. Przepłaciłam to zdrowiem. Ale cóż, były dzieci, więc musiałam się skupić na ich wykształceniu. Podjęłam pracę, wykonując zlecenia księgowe, aby zdobyć dodatkowe środki finansowe na ich wykształcenie.
Proszę, przedstaw nam Swoich bliskich…
Jak już wspomniałam mam troje dzieci. Najstarszy Piotr jest lekarzem anestezjologiem, żona Katarzyna lekarzem stomatologiem. Mieszkają od kilkunastu lat w Anglii. Wcześniej pracowali na kontrakcie w Nigerii. Mają trzech synów: Piotra, Tomasza i Michała , którzy po skończonych studiach w Anglii przeprowadzili się do Polski, pracują i mieszkają we Wrocławiu. Drugi syn Rafał mieszka w Świeciu nad Wisłą i jest ginekologiem. Obecnie pracuje w Klinice im. Biziela na Oddz. Ginekologiczno – Położniczym w Bydgoszczy. Żona Danuta jest lekarzem stomatologiem. Posiadają dwoje dzieci, Mateusza i Zuzannę. Dzieci po studiach zamieszkały w Poznaniu. Najmłodsza córka Izabela jest psychologiem i mieszka w Gdyni. Nie udało jej się małżeństwo. Jest rozwiedziona. Ma trzech synów: Jeremiego, Barnabę i Tytusa. Jeremi po skończonych studiach w Krakowie zamieszkał z partnerką Włoszką w Niemczech . Pracuje w firmie Microsoft. Barnaba skończył Politechnikę w Gdańsku. Ożenił się. Żona Magdalena jest pielęgniarką . Mają synka Leona. Mieszkają i pracują w Gdańsku. Tak wiec jestem szczęśliwą prababcią Leona. Z kolei najmłodszy syn Izy Tytus uczęszcza jeszcze do gdańskiego liceum.
W 2021 roku zostałaś uhonorowana medalem im. Michała Żółtowskiego za szczególne zasługi na rzecz Rodu Żółtowskich. Przez długie lata pełniłaś funkcję sekretarza ZRŻ. Czy to wyróżnienie było dla Ciebie ważne? Co najbardziej zapamiętałaś z pracy dla związku?
Uhonorowanie mnie medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek jest dla mnie bardzo ważne! Medal jest wystawiony na honorowym miejscu i każdy, kto przekroczy próg naszego z Jurkiem mieszkania musi go zobaczyć. Pełniona przeze mnie funkcja sekretarza Związku wiązała się z dużą odpowiedzialnością. Starałam się ją wykonywać najbardziej sumiennie jak tylko potrafiłam. Odpowiadałam na każdą korespondencję . Szczególnie zapamiętałam przysłany list od pana Krzysztofa Ponińskiego ze Szczecina, nie związanego z Żółtowskimi, Dotyczył znalezionych przez niego w bibliotece jego ojca listów wnuka Jana Żółtowskiego pisane do dziadka Marcelego Żółtowskiego z Czacza z 1885 i 1886 roku w czasie jego pobytu na studiach w Kalksburgu. Dzięki uprzejmości udostępnienia ich przez pana Ponińskiego, są one drukowane na łamach naszego Kwartalnika. Dzięki tym listom możemy poznawać z jakimi problemami pod koniec XIX wieku zmagał się ówczesny student za granicą. I odwrotnie listy pisane były przez dziadka Marcelego do wnuka Jana. Poznajemy codzienne problemy rodzinne oraz wskazówki właściwego zachowania, nauki i wydatków finansowych dla wnuków Jana i Izia przez dziadka Marcelego.
Co zdecydowało o Twojej zmianie miejsca zamieszkania na Toruń?
Mieszkałam w Elblągu. W 1995 roku podczas pobytu w sanatorium w Ciechocinku poznałam Jerzego. Oboje już byliśmy wdowcami. I tak jakoś przylgnęliśmy do siebie. Jurek mieszkał w Toruniu. Jest wojskowym w stopniu pułkownika w stanie spoczynku. Pomimo, że byłam związana z Elblągiem, przeprowadziłam się do Torunia i tego nie żałuję! Pokochałam całym sercem to miasto i już nigdzie się nie mam zamiaru wyprowadzić. Tym bardziej, że blisko mam na Stare Miasto.
Kalinka, cały czas w drodze, masz wiele pozytywnej energii. Skąd ją czerpiesz?
Wcześniej wszystkim się zamartwiałam. W rodzinie byłam na każde zawołanie sióstr. Przejmowałam się nauką dzieci, czy zaliczą egzaminy. To wszystko mnie bardzo przytłaczało i stresowało. W końcu dzieci mi otworzyły oczy, że zamartwianiem nie zbawię świata. Mówiąc językiem młodzieżowym, zaczęłam olewać! Łatwiej żyć! Od dziecka uwielbiałam podróże. Sprzedawałam butelki, by móc autostopem z koleżankami podróżować po Polsce. Gdy pracowałam w stoczni, wzięłam pożyczkę, aby popłynąć Stefanem Batorym po Morzu Bałtyckim i Zatoce Fińskiej z zawinięciem do Helsinek i Leningradu. Dużo podróżowaliśmy z Henrykiem i dziećmi. Jurka też rozkręciłam. Często sama wyjeżdżałam, aby się odstresować od codzienności i naładować akumulatory. Podróże mnie nakręcają. Byłam kilka razy w Stanach Zjednoczonych u kuzynki Marzeny i siostry Krystyny. Zwiedziłam m.in. Grecję, Turcję, Maroko, Wyspy Kanaryjskie, Tunezję, Niemcy, Austrię, Włochy, Hiszpanię , Francję, Holandię, Czechy , Ukrainę i inne. Energię czerpię z podróży, nie ważne, czy bliskiej, czy dalekiej.
Co Tobie daje siłę i co Cię nakręca?
Muszę gdzieś pojechać…(śmiech!)
Jakie czerpiesz przyjemności z życia codziennego?
Proza życia codziennego także daje mi wiele radości. Przyjemność to kawiarnia, kino, spacer, dobra książka. Lubię umawiać się z koleżankami w kawiarni na ciastko i kawę u Sowy, a lody najlepsze u Lenkiewicza. Z kolei najlepsze torty są u Krzysia Rumińskiego, które zamawiam na różne rodzinne imprezy. Oczywiście przez Kalinę prawie wszystkie premiery filmowe muszą być zaliczone. Lubię, te nasze z Jurkiem codzienne rytuały- kawka po śniadanku plus ciastko z własnego domowego wypieku. A jakże, ja piekę i wszystkim smakuje! Potem idę z koleżanką na spacer po parku z kijkami, Jurek po południu, jak przeczyta poranną prasę. Mamy inne pory relaksu.
Twoje hobby?
Wiadomo podróże, jazda na rowerze, gra w tenisa, no i taniec w Ciechocinku (śmiech!), zbieranie buteleczek po perfumach. Mam już niezłą kolekcję ponad 150 sztuk. Miałabym więcej, gdyby nie przeprowadzki. Jestem karciara, gram w brydża, pokera, czasem z sąsiadami w tysiąca. Do koleżanki do Łowicza potrafię specjalnie pojechać, aby pograć w brydża z nią i jej siostrą. Jurek nie jest specjalne dobrym partnerem w brydża, gdyż przeważnie go ogrywam Nagminnie kupuję filiżanki, aby później je wydać w prezencie.
Co byś przekazała młodemu pokoleniu?
Żeby uczyli się języków obcych. Zdobyli wykształcenie. W życiu różnie bywa, majątek może strawić woda lub ogień, a to co ma się w głowie, nikt nie odbierze.
Są miejsca do których wracasz?
Do Gąbina, Braniewa i Fromborka. Jestem mile widziana i zapraszana do Fromborka, ostatniego miejsca pracy Henryka. Uczestniczyłam w jubileuszu 50. i 60 – lecia szpitala psychiatrycznego. Muszę nadmienić, że Henryka wychowankiem był Marek Balicki były Minister Zdrowia (2003 – 2005).
Co Ci się udało?
Udało mi się wychować i wykształcić dzieci. Był to trudny okres, Henryk chorował, pobyty w szpitalach , opieka domowa. Zmarł za wcześnie, zostawiając mnie z tyloma problemami. Nie pracowałam, ale nie poddałam się! Aby dorobić, wzięłam pracę na umowę zlecenie jako księgowa w harcerstwie i Modzie Polskiej. Dzieci wykształciłam i to mi się udało!
Jakie wartości przekazałaś swoim dzieciom?
Pracowitość, zorganizowanie, sport, porządki, nauka, podróże, języki obce no i oczywiście taniec. Dzieci świetnie tańczą ! Zaszczepiłam w nich zamiłowanie do czytania książek.
Kalinko, a na koniec zapytam Cię o marzenia…
Moim marzeniem jest, aby dokończyć genealogię rodzinną, którą zakończyłam na 1985 roku do śmierci Henryka . Mimo, że zmagam się z wieloma chorobami, nie poddaję się . Czasem zastanawiam się ile mam lat? A ja jeszcze przecież żyję i mam marzenia! Chciałabym jeszcze pojechać do Portugalii, Chorwacji, Szwajcarii, no i na Sardynię, którą mam obiecaną przez wnuka Jeremiego, skąd pochodzi jego dziewczyna. A co najważniejsze , że z Jurkiem wzajemnie się wspieramy, nie dajemy się i przemy do przodu!!! (śmiech)
Kalinko dziękuję pięknie za ciekawą rozmowę i życzę dużo zdrowia oraz spełnienia podróżniczych marzeń.
Elżbieta Żółtowska z Kutna
Dodaj komentarz