Jest ostatnia sobota karnawału i korzystamy z otwartego baru na rufie. Niestety, na mokrym pokładzie poślizgnął się nasz steward i upadając złamał rękę. Pomimo braku aparatu rtg, przemieszczenie odłamów nie budziło najmniejszych wątpliwości. Do najbliższego portu na Wyspach Salomona mamy 7 dni drogi, a powrót do Nowej Zelandii nie wchodzi w rachubę. Postanowiłem nastawić złamanie korzystając ze znieczulenia ogólnego dożylnego preparatem Propanidid (został wycofany z użycia kilka lat później ze względu na duże ryzyko zatrzymania krążenia). Poprosiłem o pomoc krzepkiego ochmistrza. Kiedy już pacjent spał pociągnąłem mocno za nadgarstek, kości chrupnęły, a twarz pomocnika zbladła. Pomyślałem, że za chwilę mogę mieć dwu pacjentów wymagających pomocy. Na szczęście wszystko wróciło do normy, rękę zagipsowałem. Wykonane za kilka dni zdjęcie wykazało prawidłowe ustawienie odłamów. Mimowolnie pomyślałem o klątwie związanej z połowem rekinów.
W Wielką Środę rano zastrajkował silnik i mechanicy musieli wymienić głowicę, wieczorem awaria steru (czyżby znowu rekiny?). Choć z przygodami, 1 marca wchodzimy do portu Honiara na Guadalcanal, stolicy Wysp Salomona. To w tym miejscu została zatrzymana inwazja Japonii (tzw. „marsz samurajów”) na Australię w czasie II Wojny Światowej. Nad Honiarą wznosi się wzgórze, gdzie tuż obok siebie znajdują się dwa pomniki – jeden z nich poświęcony poległym Amerykanom, a drugi znanemu japońskiemu pisarzowi, który z rąk tych Amerykanów zginął. Oba pomniki obsypane świeżymi kwiatami. Niezwykle ciężkie walki trwały pół roku. Pozostało po nich sporo sprzętu wojskowego, w większości zatopionego w oceanie tuż przy brzegu. Został on wydobyty i wyeksponowany w środku dżungli przez pomysłowego tubylca imieniem Fred, który podobno słabo czytał, ale za to liczył znakomicie. Za możliwość sfilmowania tego osobliwego muzeum zażyczył sobie 500 dolarów, więc zadowoliliśmy się jedynie zwiedzaniem. Korzystając z faktu, że na wyspie był szpital, udałem się tam z nieszczęsnym stewardem. Widok drewnianego budynku pokrytego liśćmi palmowymi nie wróżył niczego dobrego.



Jakież było moje zaskoczenie, gdy w środku zastałem najnowszej generacji aparat Siemensa, a jakość wykonanego zdjęcia wzbudziłaby zazdrość niejednego radiologa w Polsce w tamtym czasie.
W wolnych chwilach zwiedzaliśmy wyspę. Zainteresowanie nasze wzbudziła szkoła rękodzieła utrzymująca się wyłącznie ze sprzedaży własnych wyrobów. Nabyłem kilka drobiazgów. Ciekawostką był dom na drzewie na wysokości ok. trzech metrów umiejscowiony tak ze względu na duże pływy dobowe.

Mieszkańcy, bardzo przyjaźnie nastawieni, poczęstowali nas „mlekiem” ze świeżych kokosów. Ten lekko słodkawy, mętny płyn utrzymuje stałą temperaturę ok. 10. stopni Celsjusza i doskonale gasi pragnienie. Spróbowaliśmy też świeżej kopry tj. miąższu kokosa, z której produkuje się olej oraz, po wysuszeniu, powszechnie znane wiórki. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że sadzonki palm kokosowych zafundował mieszkańcom rząd. Każda wioska otrzymała ok. 60-70 sadzonek palm. Zbiór kokosów odbywał się raz w tygodniu, a z uzyskanych ze sprzedaży pieniędzy tubylcy mogli utrzymać się przez kolejny tydzień. W ten sposób została zatrzymana migracja do miasta i nie rosło bezrobocie.
Załadowaliśmy 1500 ton kopry i popłynęliśmy do maleńkiego portu Noro na wyspie Nowa Georgia. Marynarze żartowali, że podczas poprzedniego rejsu cumowali tu do palmy. Załadunek polegał na ręcznym przesypywaniu kopry z taczek do kontenera, który następnie dźwig z naszego statku przenosił nad ładownię i wysypywał. Zapowiadał się dłuższy postój. Następnego dnia rano spuściliśmy szalupę i udaliśmy się na eksplorację terenu. Popłynęliśmy do odległej o dziewięć mil wioski, gdzie u miejscowego artysty można było nabyć rzeźby i obrazy. Najwyraźniej zadowolony z dokonanych przez nas zakupów, zaprezentował nam taniec wojenny. W drodze powrotnej, mocno już wygłodniali, postanowiliśmy przybić do mijanej niewielkiej wyspy o wdzięcznej nazwie Wyspa Zachodzącego Słońca, by upiec sobie na ognisku zabrane ze statku kiełbaski. Okazało się, że to teren prywatny i nie życzą sobie gości. Dowiedziawszy się jednak, że jesteśmy z Polski, zaprosili nas szerokim gestem. Usłyszeliśmy, że córka właścicielki wyszła za mąż za Polaka i mieszka w Anglii. Na wyspie prowadzono „agroturystykę” dla bogatych obcokrajowców, którzy gotowi byli zapłacić duże pieniądze za możliwość przespania się w buszu w domkach na palach. Po spożyciu „myśliwskiej” upieczonej na drewnie palmowym i popitej oczywiście mlekiem kokosowym, postanowiliśmy zażyć kąpieli. Temperatura powietrza wynosiła 36 st. C, a wody „tylko” 35.Tuż przy plaży wpływała rzeczka i woda słodka mieszała się ze słoną, oceaniczną. Ostrzeżono nas żebyśmy uważali, gdyż w rzece żyją niezwykle agresywne krokodyle, natomiast w wodach zatoki pojawiają się drapieżne barakudy. Na dowód zaprezentowano nam niewielkiego, mierzącego ok.70 cm krokodyla uwięzionego w klatce. Zaciekawieni zbliżyliśmy się chyba zanadto i gad łypnąwszy na nas żółtym okiem warknął groźnie co spowodowało, że odruchowo cofnęliśmy się o krok. Kąpiel była emocjonująca. Na szczęście woda była przejrzysta i dawała szansę wcześniej dostrzec nadciągające niebezpieczeństwo.

Wieczorem opuściliśmy gościnnych gospodarzy. Z wyspy zabrała się z nami niewielka jaszczurka i upodobawszy sobie moją czapkę, dosłownie „weszła mi na głowę”. Po powrocie na statek dowiedzieliśmy się, że konkurencyjna wycieczka samochodowa zebrała liczne trofea w postaci masek, obrazów i figurek. Poruszali się drogą wybudowaną jeszcze przez Amerykanów w 1942 r. i od tego czasu raczej nie remontowaną. Terenowa Toyota z napędem na cztery koła ledwie dawała radę.
Następny dzień zaowocował ładną muszlą zdobytą za kostkę mydła. Mydło jest tu znakomitym środkiem płatniczym. Za jedną kostkę można nabyć np. kosz papai. Załadunek trwał cały dzień, który wykorzystałem pływając z maską i podziwiając kolorowy świat ryb, rozgwiazd i ukwiałów. W pewnym momencie dostrzegłem olbrzymiego, paskudnego ślimaka, przypominającego owłosioną pasztetową. Zrezygnowałem z dalszych zachwytów nad morską fauną i florą. Następnego dnia udałem się do buszu, aby wyciąć kawałek draceny i przywieźć do domu. Ponieważ wilgotność powietrza wynosiła blisko 100%, a ja dysponowałem jedynie scyzorykiem, w krótkim czasie spociłem się okrutnie. Później okazało się, że wycięty przeze mnie badyl, to wcale nie dracena! Po czterech dniach opuściliśmy egzotyczne Noro.
Wieczorem cieszyliśmy oczy pięknym zachodem słońca o zielonkawej poświacie – zjawisko rzadkie i trwające tylko około piętnastu sekund. Udało mi się zrobić zdjęcie, ale jego jakość niestety nie oddała wiernie tego co widzieliśmy na żywo.
Płyniemy do Indonezji, kierunek Surabaya na Jawie…
(cdn.)
MARIUSZ ZE SZTUMU

Dodaj komentarz