Wspomnienia Cioci Lizy

Elżbieta Żółtowska (1887-1967) ziemianka wielkopolska z Godurowa, autorka wspomnień o rodzinie.

Ur. 29.11.1887 r. w Godurowie. córka Marcelego (1850-19250) i Ludwiki z Czarneckich (1859-1943), niezamężna, znana w rodzinie jako „Ciocia Liza”. Zgodnie z ówczesnym obyczajem, jako dziewczyna, otrzymała wykształcenie wyłącznie domowe, ale na dobrym poziomie. Znała trzy języki – oprócz polskiego: francuski, angielski i niemiecki. Była bardzo oczytana, znała dobrze historię, interesowała się genealogią i heraldyką. Malowała niezłe akwarelki, znała też historię sztuki, szczególnie interesowała ją porcelana.

W 1918 roku pracowała jako tłumaczka komisji granicznej przy wytyczaniu północno-zachodniej granicy Polski. W okresie międzywojennym prowadziła dom nieżonatego brata Franciszka w Brześnicy. Po II wojnie spędzonej głównie w Warszawie, pracowała przy porządkowaniu zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu, potem utrzymywała się z lekcji angielskiego. Schorowana, zamieszkała z dwiema siostrami – Marią Józefą (1883-1968) i Różą Marią (1889-1962) w Gostyniu, utrzymując się z maleńkiej renty i wyprzedając po kolei resztki ocalałej miśnieńskiej porcelany. Ostatnie trzy lata życia spędziła u brata Benedykta w Kamieńcu, gdzie zmarła 6.7.1967. Pochowana została obok rodziców na cmentarzu parafialnym w Strzelcach Wielkich.

W Kamieńcu napisała wspomnienia, poprzedzone bardzo dobrze udokumentowaną genealogią wielkopolskiej linii rodu Żółtowskich. Materiały do genealogii musiała zbierać dużo wcześniej, gdyż powołuje się tam na źródła, do których w Kamieńcu nie miała dostępu. Wspomnienia zaś, poza opowieścią ściśle rodzinną, stanowią ciekawe świadectwo życia dworu wielkopolskiego na przełomie XIX i XX wieku. Stąd też pochodzi fragment opisujący okoliczności rozbudowy kościoła w Strzelcach na początku XX wieku.

Nasz Ojciec miał wielki wpływ w Kurii biskupiej w Poznaniu i nieraz wspólnie przeżywał ciężkie konflikty [z władzami niemieckimi] razem z kolejno następującymi biskupami. Często konferował w Poznaniu w Kurii Arcybiskupiej, poza tym korzystając z pobytów w Krobi, gdzie arcybiskup Stablewski założył swą wilegiaturę, gdyż to była odwieczna „Biskupczyzna”, a stamtąd arcybiskupi kolejni odwiedzali latem naszych rodziców w Godurowie.

W tych czasach mniej więcej [ok. 1900 r. – I. B.] został w naszej parafii Strzelce Wielkie proboszczem ks. Jan Wlazło. Był on szalenie energiczny i przedsiębiorczy, i zaprowadził ogromny ład. Strzelecka parafia była wtedy bardzo rozległa, liczyła 8 tysięcy dusz, w tym miasteczko Piaski, gdzie był wtedy tylko ewangelicki zbór i gdzie twardo rezydował pastor Niemiec, polakożerca. Proboszcz miał więc wiele roboty, ale nie mógł pomieścić parafian w starym kościele.

Nasz Ojciec, jeżdżąc do Poznania, informował biskupów przez parę lat o sytuacji i przedkładał im swój plan, aby parafię na dwie połowy rozdzielić. Z oddalonych wsi chciał utworzyć nową parafię w Zalesiu, lub Szelejewie, gdyż tam istniały już murowane kaplice. Koszta byłyby podzielone, a gospodarze i robotnicy mieliby bliżej do kościoła, zwłaszcza dzieci na katechizację zimą. Tym rozsądnym względom sprzeciwiał się kategorycznie ks. biskup Likowski, twierdząc, że Niemcy nie pozwolą na założenie nowego kościoła i że nie trzeba dzielić parafii, która kilka wieków istnieje. W końcu należy unikać wszelkich komplikacji z rządem pruskim! Natomiast nakazał rozbudowę kościoła w Strzelcach Wielkich. Ponieważ kościół stał na terenie majątku Tatki, musiał się Tatka, jako patron poddać i wykonać ten nadzwyczaj ciężki obowiązek. Patron płacił od razu dwie trzecie kosztów budowy, a parafia jedną trzecią i to rozłożone na kilka lat.

Sprowadzono architekta, ten ustawił kosztorys, w którym mu Tatka wykazał i dowiódł: dwa razy za wiele cegieł, trzy razy za wiele budulca. Odprawiono więc jegomościa z kwitkiem i sprowadzono z Poznania Radcę Architekta Łukomskiego. Trzy lata trwała rozbudowa – nie obyło się bez pomysłów proboszcza, ale takowe potrafił Tatka uporządkować.

Wreszcie stanął kościół w ten sposób, że dobudowano za pierwotnym wielkim ołtarzem poprzeczną bardzo szeroką i o wiele wyższą nawę i zakończono ją głęboką absydą z głównym ołtarzem. Powstał typowy architektoniczny krzyż, po prawej stronie zakrystia, po lewej stronie loża dla kolatorów. Kościół powstał jeszcze raz tak duży, z wielkimi romańskimi oknami, dwoma kruchtami wejściowymi z boków, z dużym witrażem św. Marcina oraz obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej ponad witrażem, nad Wielkim Ołtarzem.

Odbyło się nadzwyczaj uroczyste poświęcenie przez biskupa Likowskiego w roku 1902 – szalone tłumy wiejskiego ludu, moc duchowieństwa, zjazd wielu krewnych i sąsiadów. Była eskorta banderii konnej gospodarzy z Krobi w regionalnych sukmanach, jako rdzenni Biskupianie, nasza kareta w cztery konie i wreszcie galowy obiad w Godurowie, gdzie na sali jadalnej siedzieli, obok wikarych, gospodarze jako goście biorący udział w przyjęciu! Wśród nich szlachetka z Grabonoga wznosił toast na cześć biskupa swoimi wierszami.

Kościół był jak katedra, a w niej śpiewał ks. Wlazło, który miał głos olbrzymi i wspaniały. Po rozbudowie było 46 metrów długości od wielkiego ołtarza do bramy – miał wreszcie gdzie śpiewać! Zwłaszcza prześliczne „Bóg się rodzi” na Pasterkę, a na Boże Ciało nadzwyczaj przejmujące „Salvum fac” – dreszcz przechodził słuchając, wszyscy byli zawsze zachwyceni.

Jednakże nie wystarczył proboszczowi o wielkim geście sam kościół – postawił jeszcze obok, naprzeciw, duży Dom Katolicki z wielką salą do zebrań i dwoma mieszkaniami dla wikarych, jedno na parterze i drugie na piętrze. Działalność jego kompletował rodzony siostrzeniec ks. Roman Wesołowski, który nadzwyczaj był gorliwy w pracy społecznej, założył dużą ilość stowarzyszeń na Piaskach i w całej parafii i kierował nimi z wielkim powodzeniem przez szereg lat. Wuj nie chciał go z rąk wypuścić i nieborak bardzo późno wydostał się wreszcie na swoje probostwo, ale wkrótce został dziekanem!

Proboszcz Wlazło zafundował z własnej kieszeni żelazne bramy i ogrodzenie pomiędzy drogą a kościołem. Bywali obaj w Godurowie na Święcone i na imieninach, i przy okazjach. Obaj jowialni i zawsze w dobrych humorach, bardzo zacni i duchowo dodatni, trzymali w garści osiem tysięcy dusz przez lat bez mała dwadzieścia.

Pamiętać trzeba, że na powiększenie kościoła dla całej parafii Tatka zapłacił 600 tysięcy marek niemieckich w roku 1902 – był to szalony wydatek. Loża kolatorska zobowiązywała!

Po tak wielkich wydatkach Rodzice swoje srebrne wesele obchodzili cichutko w roku 1904 nabożeństwem w Wielkich Strzelcach w już powiększonym kościele, bez żadnych przyjęć w domu w Godurowie, co Im się przecież należało. Powiedział Tatka: „To nie sztuka obchodzić srebrne, ale doczekać się złotego…”

Nie doczekali!

rękopis „Wspomnień”, s. 69-77

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *