Olga Jemielianowa
Na wstępie chciałabym powiedzieć o architekturze, a opowiem o Iwanie Władysławowowiczu jako o człowieku, i to człowieku z dużej litery C. Przekraczamy więc próg jego domu.
Byłam kuzynką Olgi Fiodorowny Żółtowskiej, żony Iwana Władysławowicza. Pozwoliło mi to bliżej go poznać i kontaktować się z tym nietuzinkowym człowiekiem. Poznałam go mając 10-11 lat. Był interesującym mężczyzną – wysoki, długonogi, elegancko ubrany, przystojny o niespotykanym, przenikliwym spojrzeniu. Za czasów dzieciństwa przychodziłam do Luboczki – mojej ciotecznej siostry – córki Olgi Fiodorowny [Luboczka Żółtowska – pasierbica Iwana; Olga – jego druga żona; przyp. Z. Ż.]. Olga była moją najbliższą przyjaciółką przez całe życie. Iwan często zaglądał do nas do pokoju, ciekaw, co robimy, starał się nas czymś zainteresować. Nie znosił nieróbstwa.
Iwan Władysławowicz odnosił się do ludzi z niezwykłą dobrocią, pomagał, w czym tylko mógł. Niestety często zwracano się do niego ze sprawami niemającymi nic wspólnego z architekturą i po prostu odrywano go od pracy. Dlatego też Olga Fiodorowna musiała przyjmować telefony, otwierać drzwi i sprawdzać, czy naprawdę istnieje konieczność rozmowy z nim. A często natręci nachodzili go, gdy żona sama wyjeżdżała na wieś. Jako przykład przytoczę wizytę w czasie wojny matki jednej z jego studentek, która prosiła o pomoc w dostaniu drewna. A że przyszła tuż przed godziną policyjną, Iwan Władysławowicz musiał znosić jej towarzystwo i gadulstwo przez całą noc. Przy swojej delikatności nie potrafił wyprosić jej z domu. Nie mógł pracować, a noc była dla niego najbardziej twórczym czasem. Kładł się spać zawsze około 6-7 rano.
Iwan Władysławowicz bardzo lubił młodzież i chętnie z nią obcował. Często udzielał konsultacji zarówno w Mosprojekcie, jak również u siebie w domu. Studenci mówili, że te domowe konsultacje były niezmiernie ciekawe; myślę,- że były to i dla niego niezwykle radosne dni i godziny.
Iwan Władysławowicz własnych dzieci nie miał, niemniej jednak do dzieci odnosił się zawsze serdecznie i ciepło. Po latach odwiedziłam Olgę Fiodorownę z moją córeczką Maszeńką. Maszeńka była chrześniaczką Luboczki, wtedy miała 7-8 lat, była uczennicą szkoły jedenastoletniej przy Konserwatorium Moskiewskim. Iwan Władysławowicz prosił ją, by zagrała Bacha; bardzo chwalił jej grę i nie była to zdawkowa uprzejmość, bo rzeczywiście Maszeńka rokowała nadzieje i ukończyła tę trudną szkołę ze złotym medalem. Uznawszy wtedy Maszeńkę za dostatecznie dorosłą, przyniósł jej list filozoficzny, który otrzymał od Mikołaja Piotrowicza Bylinkina, i prosił, by go uważnie przeczytała i zrozumiała jego głęboki sens.
Przychodziłam często do niego, radząc się w różnych sprawach architektonicznych bądź konsultując projekty. Iwan Władysławowicz przywiązał się do mnie, dzielił się ze mną wspomnieniami, opowiadał o podróżach po Włoszech i pokazywał zrobione tam zdjęcia. Pewnego razu podarował mi książkę Paladia, na której ołówkiem kreślarskim zadedykował „Oleńce z życzeniami, by zrozumiała mądrość tej książki”. I oczywiście podpisał I. Ż. (wszyscy nazywaliśmy jego podpis iżeca).
Pamiętam, że gdy odwiedzałam Olgę Fiodorownę lub Luboczkę, Iwan Władysławowicz dowiedziawszy się o moim przyjściu, wychodził ze swojej pracowni, przynosił ciekawe książki z zakresu architektury, a czasami też zapraszał do siebie. Chciał, żebym wiedziała, co się u niego w pracowni znajduje i gdzie co leży. A pracownia jego to było istne muzeum: piękne meble i marmurowe rzeźby, wspaniałe obrazy, m.in. portret Paladia, który był mu specjalnie drogi, i oczywiście stół do pracy z olbrzymim krzesłem, na którym siedział pracując. Bez tego krzesła nie można było sobie wyobrazić Iwana Władysławowicza. Gdy na nim siedział, był jakby królem architektury.
Pracował zwykle nocami, bo w dzień miał wiele innych zajęć, udzielał konsultacji w biurach architektonicznych, prowadził prace na Wydziale Architektury, w domu również konsultacje, a noc rezerwował na własną pracę.
W tym miejscu zrobię małą dygresję. Jego obecność na Wydziale Architektury poznawaliśmy po zapachu rozchodzącym się po korytarzach – zapachu tytoniu z fajki, który sam sobie przyrządzał. Brał tytoń „złote runo”, dodawał miód i jeszcze coś, co było jego tajemnicą.
Rybnikowowie byli krewnymi Olgi Fiodorowny i mojej mamy i mieszkali na terenie Galerii Trietiakowskiej. Mąż Lubow Fiodorowny Rybnikowej był głównym konserwatorem Galerii, a także malarzem. W Galerii wisiało kilka jego obrazów. Po zbombardowaniu mieszkania Rybnikowowie mieszkali przez pewien czas u nas na ulicy Małej Nidzkiej 15 m. 61. Ponieważ było nam ciasno, więc Olga i Iwan Władysławowicz zabrali mnie do siebie. Wieczorem przebywałam w jego pracowni, starając się w niczym mu nie przeszkadzać, rano musiałam wstać, by iść na zajęcia na Wydziale Architektury, więc wstawałam wtedy, gdy Iwan Władysławowicz pił ranną herbatę i szedł spać. .Jadł zawsze mało, tyle tylko by nie umrzeć z głodu, ale w domu dokładano starań, by jadł kalorycznie.
Iwan Władysławowicz był szlachetnym człowiekiem i lubił też ludziom sprawiać drobne przyjemności. I tak mnie i Luboczce przynosił wieczorem przed snem po kawałeczku czekolady, co było wprost wzruszające. Tak samo lubił ugościć swoich uczniów. Pewnego razu Mikołajowi Konstantynowiczowi Bezalejowi (po naszemu Koli) zrobił kakao. Koli bardzo smakowało, a Iwan Władysławowicz przy każdej okazji go nim częstował. A okazji było niemało, bo w czasie wojny uczniowie dyżurowali nocami na dachu, żeby uchronić dom przed pożarem. To ważne zadanie spoczywało na Koli.
Kiedyś w nocy na dom spadło kilka zapalających pocisków, jeden przebił dach. Kola musiał gasić ogień piaskiem. Było to niezmiernie ważne: dom był dwukondygnacjowy, a w pokojach na piętrze znajdowały się piękne meble i obrazy.
Gdy na końcu zimy powietrze zapachniało wiosną, a od ciepłych promieni słońca zaczął topnieć śnieg, we dwójkę z architektem Dymitrem Georgijewiczem Ołtarzewskim weszliśmy na dach, aby usunąć śnieg i w ten sposób uchronić dom przed zalaniem.
Należy też powiedzieć, że Iwan Władysławowicz z początku wynajmował pokoje w domu Stankiewicza i dopiero po wyjeździe krewnych za granicę (skąd już nie wrócili) i po przeniesieniu się Aleksandra Babryczewskiego do żony Natalii Aleksiejewny Siewiercowej, która mieszkała w budynku uniwersyteckim, stał się głównym lokatorem.
Co roku 27 listopada w dniu urodzin zbierali się u niego architekci prawie z całej Moskwy. Cała pracownia zapełniona były gośćmi. Wówczas ja i Luboczka gorliwie pomagałyśmy w przyjęciu, roznosząc herbatę, podając różne potrawy i w miarę możności zajmując się gośćmi. Co prawda, w zasadzie goście starali się zbliżyć do Iwana Władysławowicza, który siedział w swoim fotelu, ale wielu z nich wskutek swojej nieśmiałości i skromności siedziało z dala od niego. Uroczystości urodzinowe odbywały się również w Domu Architekta w wielkiej sali na piętrze. Oprócz architektów z Moskwy i Petersburga przychodzili z życzeniami ludzie z różnych organizacji, jak również z innych miast. Było wiele kwiatów, pisemnych życzeń (adresów) i prezentów. Jednego razu my, jeszcze studentki architektury, przyniosłyśmy wazę z kaktusem – symbolem długowieczności. Kaktus ten otrzymałyśmy od Iwana Michała Iwanowicza Kuryłki, specjalnie dla solenizanta.
Iwan Władysławowicz bywał i w naszej rodzinie. I tak podczas jednej wizyty przyniósł mi w prezencie wspaniały angielski półwyścigowy rower, na którym potem szaleńczo jeździłam po szosie Możajskiej.
Iwan Władysławowicz mieszkał nie tylko w Moskwie, ale i na daczy koło wsi Darwino przy drodze Białoruskiej; dom początkowo wynajmował od Stołpowskich, a potem go kupił. Dom był wspaniale położony, z tyłu był las, a z jednej strony zbocze schodzące do małej, ale czystej rzeki, skąd brano wodę do picia, z drugiej strony i z przodu, przy podejściu do domu, było pole, gdzie wśród żyta wspaniale kwitły chabry. Jednym słowem, niezwykłe piękno. Nie na darmo Iwan Władysławowicz dość długo szukał dla siebie daczy – rzeczywiście znalazł to, czego chciał.
Życie na daczy było nie mniej czynne niż w Moskwie. Kosił trawę wspaniale posługując się kosą. Rysował, w zimie biegał na nartach, w lecie chodził na dalekie spacery, zbierał lecznicze rośliny, z których robił nalewki. Tak samo jak w Moskwie lubił przyjmować gości. Na daczy na piętrze, oprócz sypialni, była tak jak w Moskwie pracownia ze stołem kreślarskim i wspaniałymi sztychami na ścianach. Tak więc i tam pracował jako architekt. Bez tego jego życie nie miałoby treści.
Kiedyś w czasie wojny, gdy nieoczekiwanie został przerwany ruch kolejowy do Moskwy, a Iwan Władysławowicz musiał koniecznie tam być, wyruszył z daczy w czterdziestokilometrową drogę rowerem i dopiero w samej Moskwie poprosił o zabranie go wraz z rowerem do trolejbusu pokazując legitymację członka Rady Miejskiej. Miał wtedy około 75 lat, w dodatku panował tego dnia upał i słońce dało mu się bardzo we znaki.
Uczniowie Iwana Władysławowicza lubili jeździć do niego na daczę na rowerach i nocować tam na sianie. Pewnego razu i ja zaryzykowałam taką jazdę w towarzystwie Skokana, Bazalejewa i Lebidiewa, to była moja pierwsza taka daleka przejażdżka. Z reguły cała pracownia przyjeżdżała na daczę 24 lipca na imieniny Olgi Fiodorowny. Dzień ten był szczególnie obchodzonyi przygotowywany wcześniej. Oprócz znakomitych potraw specjalnie zbierano poziomki, które podawano z bitą śmietaną, a Luboczka wypisywała dowcipne menu i rozkładała te kartki na słotach. Dzień ten Iwan Władysławowicz bardzo lubił, dla niego i całej pracowni byto to wielkie święto. Przy czym pracownia przyjeżdżała literalnie w pełnym składzie z pięknymi i dowcipnymi życzeniami i oczywiście z przepięknymi karykaturami. Byłam zawsze obecna, zważywszy, że na imię mam również Olga.
Tu chciałabym dodać jedno dość barwne wspomnienie: w najbliższej wiosce ludzie bardzo życzliwie się odnosili do Żółtowskich. Zazwyczaj każdego roku w dniu imienin Olgi Fiodorowny tamtejsze kobiety ubierały się w odświętne stroje i na polanie w pobliżu domu Żółtowskich tańczyły korowodami, a Olga Fiodorowna posyłała poczęstunek. Moim zdaniem był to bardzo stary zwyczaj rosyjski.
Dotąd dziwię się, jak w naszym skomplikowanym, życiu udawało się Iwanowi Władysławowiczowi tak wiele osiągnąć. Nie chciałabym mówić o rzeczach nieprzyjemnych i trudnych, ale do opowiadania o końcu życia Iwana Władysławowicza muszę coś dodać. Mieszkając na daczy Iwan Władysławowicz zachorował na zapalenie płuc i przez jakiś czas bano się go przewozić do Moskwy, przecież transport chorego 92-letniego człowieka był niebezpieczny. Ale w końcu zdecydowano się na to, ponieważ potrzebna była fachowa pomoc lekarska, a to było niemożliwe na wsi. W Moskwie leczył go mój brat, Andriej Leonidowicz Limczer. Był on uczniem swego ojca, Leonida Fiodorwicza Limczera, bardzo dobrego lekarza internisty, pracującego bez przerwy siedemnaście lat w szpitalu na Kremlu i leczącego już wcześniej Iwana Władysławowicza. Mój brat przychodził do niego codziennie, osłuchiwał go, robił zastrzyki i zabiegi. Jednym słowem, zrobiono wszystko, co możliwe, ale uratować Iwana Władysławowicza się nie udało. Możliwe, że decydującą rolę odegrał wiek. Śmierć Iwana Władysławowicza była ciężkim ciosem i wielkim wstrząsem nie tylko dla krewnych i bliskich. Trumna z jego ciałem została wystawiona w wielkiej sali w Domu Architekta. Przy trumnie postawiono brzozę, która symbolizowała jego zasady, mówił bowiem zawsze, że uczyć ma nas przyroda, i jako przykład wskazywał drzewo – jak ono od grubego pnia idąc w górę robi się coraz cieńsze i rozgałęzia się, dochodząc do liści, rozprzestrzenia się w powietrzu i przechodzi w nieskończoność. Iwan Władysławowicz był bardzo mądry – wydaje się, że jeszcze nie jest dostatecznie zrozumiany – sądzę, że po pewnym czasie, może nawet dość długim, będzie się ludziom, a zwłaszcza architektom, ujawniać jego mądrość. Pochowano Iwana Władysławowicza na starym cmentarzu Nowodziewiczym. Jego uczniowie zaprojektowali grób i zamówili pomnik z marmuru włoskiego w kształcie wielkiej wazy z ornamentem, wg projektu samego Iwana Władysławowicza dla Nieżdanowej, ale z przyczyn bliżej nie znanych nie został zrealizowany. Na domu, w którym mieszkał Iwan Władysławowicz, po jego śmierci umieszczono pamiątkową tablicę, a w samym domu znalazła miejsce czytelnia Państwowego Archiwum Historycznego Moskwy, które w 1977 roku zostało przeniesione do nowego budynku przy ulicy Związków Zawodowych.
Nie chcę kończyć moich wspomnień smutno dlatego dodaję jeszcze, że odlot do Włoch w 1963 roku grupy architektów, do których i ja z mężem, architektem Jurijem Nikiticzem Jemielianowem, miałam szczęście należeć, nastąpił 27 listopada – w dzień urodzin Iwana Władysławowicza. Było to dla mnie bardzo symboliczne.
Na tym kończę swoje wspomnienia.