Tag: Nr 23

  • Akt zawierzenia rodziny Żółtowskich Matce Bożej


    Włodzimierz ze Stargardu

    Matko Chrystusa!

    Zwracamy się do Ciebie, aby podziękować za wszystko, coś uczyniła w ciągu lat dla rodziny naszej i każdego z nas. Dziś jesteśmy tu, aby podziękować też za przodków, którzy dali początek naszemu rodowi. Dziękujemy za wzór rodziny Żółtowskich, jaki stworzyli, gdzie miłość, dobro, zgoda i pracowitość budowały wspólnotę. Matko, dziękujemy Ci za nieustanną opiekę, która pozwoliła przetrwać tragiczne wojny i trudne doświadczenia. Dziękujemy za liczne znaki Twojej macierzyńskiej opieki, mówiącej, że jesteś z nami i chronisz nas.

    Zawierzamy Tobie, Matko, naszą przyszłość. Niech nasze spotkania rozpoczynane w imię Boga odbudują więzi rodzinne. Weź w opiekę na dalsze lata całą naszą liczną rodzinę Żółtowskich i każdego z nas z osobna. Pomóż wypełnić zadania męża, żony, syna, córki, być godnym imienia ojca i matki. Wyjednaj nam siłę trwania. Amen.

  • Zmarł Andrzej Żółtowski ze Słupów


    Michał z Lasek

    Śp. Andrzej Żółtowski urodził się 26 listopada 1914 roku w Wilnie jako syn Ireny z domu Broel-Plater i Edwarda Żółtowskich. Pochodził z wielkopolskiej gałęzi rodu, był prawnukiem jednego z czterech synów Jana Nepomucena, Adama, dziedzica majątku Ujazd Wielkopolski. Ojciec Andrzeja, Edward, odziedziczył Słupy na Pałukach, czyli w ziemi leżącej między Pomorzem a Kujawami. Tam też Andrzej się wychował razem z młodszą siostrą Mariolą.

    Po maturze w Gimnazjum im. J. Zamojskiego w Warszawie odbył roczną służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu i otrzymał przydział do 15. Pułku Ułanów Poznańskich. Jesienią 1938 roku rozpoczął studia na Wyższych Kursach Rolniczych im. Stefana Turnaua we Lwowie, a wiosną 1939 odbył ćwiczenia wojskowe w macierzystym pułku w stopniu wachmistrza podchorążego.

    W przeddzień wybuchu II wojny światowej otrzymał kartę mobilizacyjną do Ośrodka Zapasowego Wielkopolskiej Brygady Kawalerii w Kraśniku, lecz bliski jego powinowaty, płk Aleksander Pragłowski, zabrał go do sztabu w Łodzi. Nie wiadomo dokładnie, gdzie Andrzej walczył, wiemy jedynie, że na terenie południowej Polski i że dostał się tam do niewoli. Przebywał kolejno w przejściowym obozie w Cieszynie, następnie w oflagu w Murnau.

    Niemcy nie respektowali konwencji międzynarodowej dotyczącej statusu podchorążych i przenieśli jeńców do karnego obozu w Oberlangen, potem do stalagów w Hofnugsstahl i Muhlberg. Wiosną 1945 roku Andrzej uciekł stamtąd i dostał się do wojska polskiego w Szkocji, gdzie służył w 9. Pułku Ułanów Małopolskich. Zdemobilizowany 30 lutego 1947 roku powrócił do kraju 4 grudnia tegoż roku.

    Zamieszkał w Łodzi, gdzie razem z kolegą pracował przy sprzedaży farb, później w Centrosprzęcie (zaopatrzenie województwa w sprzęt szpitalny) aż do emerytury.

    2 sierpnia 1953 roku ożenił się z Krystyną Tomala.

    W ostatnich latach życia ciężko chorował na reumatyzm, którego nabawił się pracując przy karczunku lasów w bagnach Nadrenii.

    Andrzej Żółtowski należy do licznej rzeszy obrońców naszej ojczyzny, którzy drogo zapłacili za oddanie się jej na służbę, nie otrzymując w zamian orderów ani listów pochwalnych.

    Z Andrzejem ze Słupow spotykaliśmy się przed wojną tylko raz w roku zimą na polowaniach organizowanych w Urbanowie – majątku Związku Rodzinnego linii wielkopolskiej. Majątek ten przekazał na rzecz Związku przedstawiciel części rodu, wywodzącej się z Ujazdu, a właśnie Andrzej do niej należał. Dlatego w Urbanowie był gospodarzem. Zjeżdżali się w tym dniu kuzyni z Głuchowa, Wargowa, Niechanowa i zwykle trzech braci z Czacza.

    Bliski kontakt z Andrzejem nawiązałem spędzając z nim cały rok w Podchorążówce Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, gdzie mieszkaliśmyw tej samej, dziewięcioosobowej izbie. Andrzej miał duże poczucie humoru: pamiętam na przykład jego reakcję, kiedy późną jesienią niektórzy koledzy proponowali spanie przy otwartym oknie. Andrzej zaprotestował, wołając: „Panowie, panowie, to nie Zakopane, ja znam ten klimat, tutaj nie można takichrzeczy robić!” i ostatecznie go posłuchano. W jego ręce oddano klucz do szatni z naszymi prywatnymi mundurami. Andrzej nieraz musiał go wypożyczać kolegom, postarał się więc o olbrzymią etykietę z kawałka deski, tak dużą, by nie mieściła się w żadnej kieszeni. I rzeczywiście, nigdy nie było kłopotu z odnalezieniem klucza.

    Andrzej miał w sobie coś bardzo pciągającego i w tym kryje się zapewne tajemnica, którą trudno wytłumaczyć, że w wojsku garnęli się do niego obcy ludzie, zwłaszcza podoficerowie, „z wyciągniętą rączką” na powitanie.

    Gdy w drodze na poligon w Raduczu przyjechaliśmy wraz z końmi koleją do Skierniewic, cała podchorążówka, w sile 450 ludzi defilowała konno przez miasto. Ludność, nie nawykła do takich widoków, witała nas z kwiatami. Kobiety z dziećmi podeszły do jadących ułanów i wręczały kwiaty właśnie Andrzejowi.

    Po wojnie spotykaliśmy się (my, koledzy z podchorążówki) czasem na rodzinnych ślubach lub pogrzebach, a także na pierwszych zjazdach koleżeńskich w Laskach i następnych już ogólnych w Warszawie.

  • Frombork


    B. W.

    Frombork jest niewielkim miasteczkiem nad Zalewem Wiślanym położonym na nadbrzeżnej równinie i Wzgórzu Katedralnym. Siatka krętych uliczek prowadzi do najbardziej zaskakujących miejsc widokowych, skąd można zobaczyć malownicze osiemnastowieczne domki obsadzające wąziutką brukowaną uliczkę, warownię górującą na Wzgórzu Katedralnym, spokojne, rozległe obszary Zalewu i małe, kolorowe spłachetki pól.

    Jednakże Frombork to przede wszystkim miasto Kopernika. Idziemy całą grupą Żółtowskich mostem przerzuconym nad fosą, przekraczamy Bramę Południową i naszym oczom ukazuje się ogromna gotycka archikatedra z przylepioną do południowej ściany kaplicą barokową.

    Wchodzimy do środka. Wnętrze jest trzynawowe, sklepienie gwiaździste wsparte na potężnych filarach. Panuje półmrok, z którego wyłaniają się barokowe połyskujące złotem ołtarze. Ogromny ołtarz główny wykonany z czarnego, białego i różowego marmuru. Na obrazie przedstawiono Wniebowzięcie Matki Bożej, św. Andrzeja i patronów archikatedry. Dawny gotycki ołtarz główny stoi z boku, jakby zapomniany. Przywołuje na pamięć Mikołaja Kopernika, który z pewnością modlił się przed nim codziennie. Oglądamy też miejsce pochówku wielkiego astronoma (15 V 1543) przy czwartym filarze prawej nawy, gdzie znajdował się ołtarz, którym opiekował się Kopernik.

    W katedrze możemy też zobaczyć pokaźnych rozmiarów rzeźbę kardynała Stanisława Rozjusza, wielkiego reformatora Kościoła, znanego w całej szesnastowiecznej Europie naukowca-teologa, szermierza odnowy katolicyzmu, współprzewodniczącego soboru trydenckiego, zmarłego w Rzymie.

    Ogromne organy fromborskie z XVII wieku zaprezentowały swągłębię i moc w krótkim koncercie. Wszyscy byliśmy pod ich wrażeniem. A ze sklepienia prezbiterium i części nawy głównej niezmiennie od wieków zwisają papieska tiara Piusa II i kapelusze kardynalskie, świadczące o zaszczytach biskupów i kanoników warmińskich

    Wychudzimy na dziedziniec warowni. Oglądamy wieżę, w której przez ostatnie lata mieszkał Mikołaj Kopernik, prowadził prace badawcze, obserwacje nieba, ukończył traktat o biciu monety, był też znanym lekarzem. W roku jego śmierci wydano dzieło, które wstrząsnęło światem: De revolutionibus.

    W pałacu biskupim mieści się Muzeum Kopernika. Oglądamy też malarstwo portretowe XIX-XX wieku.

    Zmęczeni wrażeniami, w deszczu zmierzamy do planetarium. W ciszy, cieple na wpół leżąc oglądamy nieboskłon i kometę Eros. Przyznaję, odpłynęłam w sen błogi ze słodyczą w ustach od cukierków podarowanych przez Elżbietę Wacławową z Łodzi.

    Po seansie astronomicznym część Żółtowskich – tych młodych – wspięła się na wieżę, aby napawać się pięknem Fromborka i okolic, a my – reszta – udaliśmy się do średniowiecznego szpitala pod wezwaniem Św. Ducha. Niewielki, trzynawowy budynek.

    W nawie głównej miejsce na ołtarz, gdzie odbywały się Msze Święte i modlitwy. Obok leżeli chorzy, czekający na wsparcie duchowe i pomoc lekarską opiekujących się nimi zakonników. Kilku z nich, „uczonych w piśmie” i przyuczonych do uprawy ziół mozolnie czyniło papki, napary i mazidła, które inni bracia rozwozili chorym w imię Jezusa Chrystusa. Ściany szpitalne pokryte były freskami, których sens z trudem da się dziś odczytać. Przez niewielki okienka jednej z naw bocznych można zobaczyć ogródek z najróżniejszymi ziołami. Tutaj Stefania znalazła swoje królestwo. Opowiadała nam o różnych ziołach i ich zastosowaniu. Wyglądało na to, że ma niewiele mniej ziół w swoim ogrodzie.

    Pośpiesznie opuszczamy średniowieczny, smutny, ale i pełen otuchy, świat i biegniemy obejrzeć gotycką Wieżę Wodną z XIV wieku. Mijamy monumentalny pomnik Mikołaja Kopernika.

    Żółtowscy, syci wrażeń, poczuli zwykły, przyziemny głód. Znaczna grupa udała się do pobliskiej smażalni. Ja zjadłam wspaniale usmażoną flądrę, wypiłam herbatę z cytryną i dopiero wtedy pomyślałam, że XX wiek ma też swoje uroki nawet w deszczu, i udałam się spokojnie na „statek białej floty”, mając nadzieję, że tym razem pan kapitan będzie mniej dotknięty chorobą naszych czasów – przepiciem.

    Wróciliśmy do Krynicy Morskiej szczęśliwie, wśród pogaduszek, żartów, wyczerpani, ale radośni.

  • Iwan Władysławowicz Żółtowski

    Stefan i Zofia Żółtowscy

    Od dawna ciekawiła nas osoba Iwana Władystawowicza Żółtowskiego – znanego architekta Rosji i Związku Radzieckiego (1867-1959), urodzonego przypuszczalnie w Pińsku (istnieje też prawdopodobieństwo, że w Brodczy gm. Płotnica pow. Pińsk).

    Znajoma nasza, pani Elwira Stiepanowa – Ormianka, emerytowany profesor pianistyki Konserwatorium w Moskwie z właściwą sobie energią przystąpiła do zbierania dla nas informacji o tym nieprzeciętnym człowieku. Dotarła do Mikołaja Sukojana, profesora architektury i malarza, również jak ona Ormianina, jego ucznia. Od prof. Sukojana dowiedziała się, że gromadzone są dla muzeum materiały dotyczące pamięci o Żółtowskim. Od niego też otrzymaliśmy wspomnienia o Iwanie Władysławowiczu dwóch siostrzenic jego drugiej żony ([wspomnienie Olgi Jemielianowej]) oraz odbitkę ksero jego fotografii-portretu, a ponadto list polecający z 19 czerwca 1918 roku, w którym minister kultury rekomenduje Żółtowskiego Leninowi.

    Pani Elwira Stiepanowa wykonała fotografię grobowca IwanaWładysławowicza, znajdującego się na starym cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie.

    Iwan Władysławowicz Żółtowski to ciekawy człowiek. Wszechstronnie wykształcony, zafascynowany architekturą Włoch, tytan pracy, postać szlachetna i pełna dobroci. Żyjąc w epoce dwóch wojen światowych i rewolucji – gdy świat walił się w gruzy – projektował, budował i uczył innych swego kunsztu.

    Z portretu spogląda na nas stary człowiek o ujmującej powierzchowności: regularne rysy twarzy, przenikliwe spojrzenie i pełen wdzięku uśmiech.

    Zainteresowanych jego pracą zawodową odsyłamy do artykułu pani Mielnikowej w polskim piśmie „Architektura” z 1979 roku. Zarówno w Moskwie, jak i w Pińsku są ulice nazwane jego imieniem.

    Postać Iwana Władysławowicza Żółtowskiego zafascynowała nas jako członka naszego rodu – obojętne, czy czuł się on Polakiem, czy Rosjaninem: był człowiekiem, który dzięki pracy i zdolnościom tworzył dla kraju i ludzi, wśród których żył. Mogłoby to być przesłaniem dla następnych pokoleń Żółtowskich.

    Kilka dat z życia Iwana Żółtowskiego

    1867-1886 – Narodziny. Lata gimnazjalne w Pińsku (szkoła mieści się obecnie przy ulicy Lenina 39. Od 1975 roku znajduje się tam tablica pamiątkowa). Po skończeniu szkoły podróż do Włoch.

    1887-1898 – Studia w Petersburgu. Akademia Sztuki. ok. 1907 – Rozwód z pierwszą żoną, Rjabusinską.

    1917 – Wybuch rewolucji. Przez kilka lat pracuje fizycznie (reperuje walonki).

    1927 – Drugie małżeństwo z Olgą Fiodorowną Smyszlewą, młodszą o 20 lat.

    1939 – Wybuch II wojny światowej.

    1959 – Śmierć w wieku 92 lat.

    W następnym numerze zamieścimy nowe materiały o Iwanie Żółtowskim, zebrane przez Zosię i Stefana.

    B. W.

  • Iwan Władysławowicz Żółtowski – Wspomnienie


    Olga Jemielianowa

    Na wstępie chciałabym powiedzieć o architekturze, a opowiem o Iwanie Władysławowowiczu jako o człowieku, i to człowieku z dużej litery C. Przekraczamy więc próg jego domu.

    Byłam kuzynką Olgi Fiodorowny Żółtowskiej, żony Iwana Władysławowicza. Pozwoliło mi to bliżej go poznać i kontaktować się z tym nietuzinkowym człowiekiem. Poznałam go mając 10-11 lat. Był interesującym mężczyzną – wysoki, długonogi, elegancko ubrany, przystojny o niespotykanym, przenikliwym spojrzeniu. Za czasów dzieciństwa przychodziłam do Luboczki – mojej ciotecznej siostry – córki Olgi Fiodorowny [Luboczka Żółtowska – pasierbica Iwana; Olga – jego druga żona; przyp. Z. Ż.]. Olga była moją najbliższą przyjaciółką przez całe życie. Iwan często zaglądał do nas do pokoju, ciekaw, co robimy, starał się nas czymś zainteresować. Nie znosił nieróbstwa.

    Iwan Władysławowicz odnosił się do ludzi z niezwykłą dobrocią, pomagał, w czym tylko mógł. Niestety często zwracano się do niego ze sprawami niemającymi nic wspólnego z architekturą i po prostu odrywano go od pracy. Dlatego też Olga Fiodorowna musiała przyjmować telefony, otwierać drzwi i sprawdzać, czy naprawdę istnieje konieczność rozmowy z nim. A często natręci nachodzili go, gdy żona sama wyjeżdżała na wieś. Jako przykład przytoczę wizytę w czasie wojny matki jednej z jego studentek, która prosiła o pomoc w dostaniu drewna. A że przyszła tuż przed godziną policyjną, Iwan Władysławowicz musiał znosić jej towarzystwo i gadulstwo przez całą noc. Przy swojej delikatności nie potrafił wyprosić jej z domu. Nie mógł pracować, a noc była dla niego najbardziej twórczym czasem. Kładł się spać zawsze około 6-7 rano.

    Iwan Władysławowicz bardzo lubił młodzież i chętnie z nią obcował. Często udzielał konsultacji zarówno w Mosprojekcie, jak również u siebie w domu. Studenci mówili, że te domowe konsultacje były niezmiernie ciekawe; myślę,- że były to i dla niego niezwykle radosne dni i godziny.

    Iwan Władysławowicz własnych dzieci nie miał, niemniej jednak do dzieci odnosił się zawsze serdecznie i ciepło. Po latach odwiedziłam Olgę Fiodorownę z moją córeczką Maszeńką. Maszeńka była chrześniaczką Luboczki, wtedy miała 7-8 lat, była uczennicą szkoły jedenastoletniej przy Konserwatorium Moskiewskim. Iwan Władysławowicz prosił ją, by zagrała Bacha; bardzo chwalił jej grę i nie była to zdawkowa uprzejmość, bo rzeczywiście Maszeńka rokowała nadzieje i ukończyła tę trudną szkołę ze złotym medalem. Uznawszy wtedy Maszeńkę za dostatecznie dorosłą, przyniósł jej list filozoficzny, który otrzymał od Mikołaja Piotrowicza Bylinkina, i prosił, by go uważnie przeczytała i zrozumiała jego głęboki sens.

    Przychodziłam często do niego, radząc się w różnych sprawach architektonicznych bądź konsultując projekty. Iwan Władysławowicz przywiązał się do mnie, dzielił się ze mną wspomnieniami, opowiadał o podróżach po Włoszech i pokazywał zrobione tam zdjęcia. Pewnego razu podarował mi książkę Paladia, na której ołówkiem kreślarskim zadedykował „Oleńce z życzeniami, by zrozumiała mądrość tej książki”. I oczywiście podpisał I. Ż. (wszyscy nazywaliśmy jego podpis iżeca).

    Pamiętam, że gdy odwiedzałam Olgę Fiodorownę lub Luboczkę, Iwan Władysławowicz dowiedziawszy się o moim przyjściu, wychodził ze swojej pracowni, przynosił ciekawe książki z zakresu architektury, a czasami też zapraszał do siebie. Chciał, żebym wiedziała, co się u niego w pracowni znajduje i gdzie co leży. A pracownia jego to było istne muzeum: piękne meble i marmurowe rzeźby, wspaniałe obrazy, m.in. portret Paladia, który był mu specjalnie drogi, i oczywiście stół do pracy z olbrzymim krzesłem, na którym siedział pracując. Bez tego krzesła nie można było sobie wyobrazić Iwana Władysławowicza. Gdy na nim siedział, był jakby królem architektury.

    Pracował zwykle nocami, bo w dzień miał wiele innych zajęć, udzielał konsultacji w biurach architektonicznych, prowadził prace na Wydziale Architektury, w domu również konsultacje, a noc rezerwował na własną pracę.

    W tym miejscu zrobię małą dygresję. Jego obecność na Wydziale Architektury poznawaliśmy po zapachu rozchodzącym się po korytarzach – zapachu tytoniu z fajki, który sam sobie przyrządzał. Brał tytoń „złote runo”, dodawał miód i jeszcze coś, co było jego tajemnicą.

    Rybnikowowie byli krewnymi Olgi Fiodorowny i mojej mamy i mieszkali na terenie Galerii Trietiakowskiej. Mąż Lubow Fiodorowny Rybnikowej był głównym konserwatorem Galerii, a także malarzem. W Galerii wisiało kilka jego obrazów. Po zbombardowaniu mieszkania Rybnikowowie mieszkali przez pewien czas u nas na ulicy Małej Nidzkiej 15 m. 61. Ponieważ było nam ciasno, więc Olga i Iwan Władysławowicz zabrali mnie do siebie. Wieczorem przebywałam w jego pracowni, starając się w niczym mu nie przeszkadzać, rano musiałam wstać, by iść na zajęcia na Wydziale Architektury, więc wstawałam wtedy, gdy Iwan Władysławowicz pił ranną herbatę i szedł spać. .Jadł zawsze mało, tyle tylko by nie umrzeć z głodu, ale w domu dokładano starań, by jadł kalorycznie.

    Iwan Władysławowicz był szlachetnym człowiekiem i lubił też ludziom sprawiać drobne przyjemności. I tak mnie i Luboczce przynosił wieczorem przed snem po kawałeczku czekolady, co było wprost wzruszające. Tak samo lubił ugościć swoich uczniów. Pewnego razu Mikołajowi Konstantynowiczowi Bezalejowi (po naszemu Koli) zrobił kakao. Koli bardzo smakowało, a Iwan Władysławowicz przy każdej okazji go nim częstował. A okazji było niemało, bo w czasie wojny uczniowie dyżurowali nocami na dachu, żeby uchronić dom przed pożarem. To ważne zadanie spoczywało na Koli.

    Kiedyś w nocy na dom spadło kilka zapalających pocisków, jeden przebił dach. Kola musiał gasić ogień piaskiem. Było to niezmiernie ważne: dom był dwukondygnacjowy, a w pokojach na piętrze znajdowały się piękne meble i obrazy.

    Gdy na końcu zimy powietrze zapachniało wiosną, a od ciepłych promieni słońca zaczął topnieć śnieg, we dwójkę z architektem Dymitrem Georgijewiczem Ołtarzewskim weszliśmy na dach, aby usunąć śnieg i w ten sposób uchronić dom przed zalaniem.

    Należy też powiedzieć, że Iwan Władysławowicz z początku wynajmował pokoje w domu Stankiewicza i dopiero po wyjeździe krewnych za granicę (skąd już nie wrócili) i po przeniesieniu się Aleksandra Babryczewskiego do żony Natalii Aleksiejewny Siewiercowej, która mieszkała w budynku uniwersyteckim, stał się głównym lokatorem.

    Co roku 27 listopada w dniu urodzin zbierali się u niego architekci prawie z całej Moskwy. Cała pracownia zapełniona były gośćmi. Wówczas ja i Luboczka gorliwie pomagałyśmy w przyjęciu, roznosząc herbatę, podając różne potrawy i w miarę możności zajmując się gośćmi. Co prawda, w zasadzie goście starali się zbliżyć do Iwana Władysławowicza, który siedział w swoim fotelu, ale wielu z nich wskutek swojej nieśmiałości i skromności siedziało z dala od niego. Uroczystości urodzinowe odbywały się również w Domu Architekta w wielkiej sali na piętrze. Oprócz architektów z Moskwy i Petersburga przychodzili z życzeniami ludzie z różnych organizacji, jak również z innych miast. Było wiele kwiatów, pisemnych życzeń (adresów) i prezentów. Jednego razu my, jeszcze studentki architektury, przyniosłyśmy wazę z kaktusem – symbolem długowieczności. Kaktus ten otrzymałyśmy od Iwana Michała Iwanowicza Kuryłki, specjalnie dla solenizanta.

    Iwan Władysławowicz bywał i w naszej rodzinie. I tak podczas jednej wizyty przyniósł mi w prezencie wspaniały angielski półwyścigowy rower, na którym potem szaleńczo jeździłam po szosie Możajskiej.

    Iwan Władysławowicz mieszkał nie tylko w Moskwie, ale i na daczy koło wsi Darwino przy drodze Białoruskiej; dom początkowo wynajmował od Stołpowskich, a potem go kupił. Dom był wspaniale położony, z tyłu był las, a z jednej strony zbocze schodzące do małej, ale czystej rzeki, skąd brano wodę do picia, z drugiej strony i z przodu, przy podejściu do domu, było pole, gdzie wśród żyta wspaniale kwitły chabry. Jednym słowem, niezwykłe piękno. Nie na darmo Iwan Władysławowicz dość długo szukał dla siebie daczy – rzeczywiście znalazł to, czego chciał.

    Życie na daczy było nie mniej czynne niż w Moskwie. Kosił trawę wspaniale posługując się kosą. Rysował, w zimie biegał na nartach, w lecie chodził na dalekie spacery, zbierał lecznicze rośliny, z których robił nalewki. Tak samo jak w Moskwie lubił przyjmować gości. Na daczy na piętrze, oprócz sypialni, była tak jak w Moskwie pracownia ze stołem kreślarskim i wspaniałymi sztychami na ścianach. Tak więc i tam pracował jako architekt. Bez tego jego życie nie miałoby treści.

    Kiedyś w czasie wojny, gdy nieoczekiwanie został przerwany ruch kolejowy do Moskwy, a Iwan Władysławowicz musiał koniecznie tam być, wyruszył z daczy w czterdziestokilometrową drogę rowerem i dopiero w samej Moskwie poprosił o zabranie go wraz z rowerem do trolejbusu pokazując legitymację członka Rady Miejskiej. Miał wtedy około 75 lat, w dodatku panował tego dnia upał i słońce dało mu się bardzo we znaki.

    Uczniowie Iwana Władysławowicza lubili jeździć do niego na daczę na rowerach i nocować tam na sianie. Pewnego razu i ja zaryzykowałam taką jazdę w towarzystwie Skokana, Bazalejewa i Lebidiewa, to była moja pierwsza taka daleka przejażdżka. Z reguły cała pracownia przyjeżdżała na daczę 24 lipca na imieniny Olgi Fiodorowny. Dzień ten był szczególnie obchodzonyi przygotowywany wcześniej. Oprócz znakomitych potraw specjalnie zbierano poziomki, które podawano z bitą śmietaną, a Luboczka wypisywała dowcipne menu i rozkładała te kartki na słotach. Dzień ten Iwan Władysławowicz bardzo lubił, dla niego i całej pracowni byto to wielkie święto. Przy czym pracownia przyjeżdżała literalnie w pełnym składzie z pięknymi i dowcipnymi życzeniami i oczywiście z przepięknymi karykaturami. Byłam zawsze obecna, zważywszy, że na imię mam również Olga.

    Tu chciałabym dodać jedno dość barwne wspomnienie: w najbliższej wiosce ludzie bardzo życzliwie się odnosili do Żółtowskich. Zazwyczaj każdego roku w dniu imienin Olgi Fiodorowny tamtejsze kobiety ubierały się w odświętne stroje i na polanie w pobliżu domu Żółtowskich tańczyły korowodami, a Olga Fiodorowna posyłała poczęstunek. Moim zdaniem był to bardzo stary zwyczaj rosyjski.

    Dotąd dziwię się, jak w naszym skomplikowanym, życiu udawało się Iwanowi Władysławowiczowi tak wiele osiągnąć. Nie chciałabym mówić o rzeczach nieprzyjemnych i trudnych, ale do opowiadania o końcu życia Iwana Władysławowicza muszę coś dodać. Mieszkając na daczy Iwan Władysławowicz zachorował na zapalenie płuc i przez jakiś czas bano się go przewozić do Moskwy, przecież transport chorego 92-letniego człowieka był niebezpieczny. Ale w końcu zdecydowano się na to, ponieważ potrzebna była fachowa pomoc lekarska, a to było niemożliwe na wsi. W Moskwie leczył go mój brat, Andriej Leonidowicz Limczer. Był on uczniem swego ojca, Leonida Fiodorwicza Limczera, bardzo dobrego lekarza internisty, pracującego bez przerwy siedemnaście lat w szpitalu na Kremlu i leczącego już wcześniej Iwana Władysławowicza. Mój brat przychodził do niego codziennie, osłuchiwał go, robił zastrzyki i zabiegi. Jednym słowem, zrobiono wszystko, co możliwe, ale uratować Iwana Władysławowicza się nie udało. Możliwe, że decydującą rolę odegrał wiek. Śmierć Iwana Władysławowicza była ciężkim ciosem i wielkim wstrząsem nie tylko dla krewnych i bliskich. Trumna z jego ciałem została wystawiona w wielkiej sali w Domu Architekta. Przy trumnie postawiono brzozę, która symbolizowała jego zasady, mówił bowiem zawsze, że uczyć ma nas przyroda, i jako przykład wskazywał drzewo – jak ono od grubego pnia idąc w górę robi się coraz cieńsze i rozgałęzia się, dochodząc do liści, rozprzestrzenia się w powietrzu i przechodzi w nieskończoność. Iwan Władysławowicz był bardzo mądry – wydaje się, że jeszcze nie jest dostatecznie zrozumiany – sądzę, że po pewnym czasie, może nawet dość długim, będzie się ludziom, a zwłaszcza architektom, ujawniać jego mądrość. Pochowano Iwana Władysławowicza na starym cmentarzu Nowodziewiczym. Jego uczniowie zaprojektowali grób i zamówili pomnik z marmuru włoskiego w kształcie wielkiej wazy z ornamentem, wg projektu samego Iwana Władysławowicza dla Nieżdanowej, ale z przyczyn bliżej nie znanych nie został zrealizowany. Na domu, w którym mieszkał Iwan Władysławowicz, po jego śmierci umieszczono pamiątkową tablicę, a w samym domu znalazła miejsce czytelnia Państwowego Archiwum Historycznego Moskwy, które w 1977 roku zostało przeniesione do nowego budynku przy ulicy Związków Zawodowych.

    Nie chcę kończyć moich wspomnień smutno dlatego dodaję jeszcze, że odlot do Włoch w 1963 roku grupy architektów, do których i ja z mężem, architektem Jurijem Nikiticzem Jemielianowem, miałam szczęście należeć, nastąpił 27 listopada – w dzień urodzin Iwana Władysławowicza. Było to dla mnie bardzo symboliczne.

    Na tym kończę swoje wspomnienia.

  • Krynica Morska 21-25 czerwca 2000

    Lila z Sulechowa oraz B.W.

    Burzliwa historia XX wieku sprawiła, że losy rzuciły nas w różne strony świata, ale my pamiętamy o sobie. Spotykamy się na kolejnych Zjazdach rodowych.

    Tym razem Krynica Morska. Rolę gospodarza przejął Mariusz ze Sztumu. Przyjazdy rozpoczęły się już w środę w godzinach popołudniowych. Ośrodek wypoczynkowy „Bursztyn” położony jest na wzgórzu Mierzei Wiślanej. Z jednej strony widać Zalew Wiślany, a z drugiej po pięciu minutach spaceru napotykamy Bałtyk. Na Zjazd przybyło 80 osób.

    Środa – dzień pełen słońca, po kłopotach z dojazdem docieram na miejsce. Komplet gości, parking zapełniony samochodami. Wciąż się witamy, Mariusz przydziela pokoje. Zmęczona po trudach dnia usypiam i nie słyszę, kiedy weszła Bożena Wanda – mieszkamy razem.

    Czwartek – piękna pogoda wzywa mnie na ranny spacer nad morze, zbieram bursztyny. Przy śniadaniu pełno uśmiechów, powitań, uścisków, rozmów. Witam Krystynę i Jana z Polic, przywieźli syna Zbyszka, synową Małgosię i wnuki Olę i Bartka (mieszkają w Szczecinie, ale wkrótce przeniosą się do Polic).Przybyli dwaj Włodkowie: jeden ze Stargardu Gdańskiego, a drugi z Kielc. Nie było ich tyle lat na Zjazdach. Jest Daniela ze Szczecina, przedstawia swego męża Leszka (pierwszy raz na Zjeździe). Najwięcej witających gromadzi się przy Michale z Lasek.

    Dzielimy się na grupy: jedni idą na Mszę św. do kaplicy, drudzy do kościoła, aby pójść na procesję Bożego Ciała. Po Mszach grupą idziemy nad morze, opalamy się, kąpiemy. Upał sięga 37C. Obiad, czas wolny, plaża. Ela, Wacław, Janusz z Łodzi dyskutują ze Stefanią z Korycina w salce konferencyjnej.

    O godz. 16.00 odbyło się walne zebranie. Otwarcia dokonał prezes Andrzej Ludwik z Warszawy; na przewodniczącego zebrania został wybrany Mariusz ze Sztumu. Andrzej Ludwik zreferował działalność Związku w ostatniej kadencji. Sprawozdanie finansowe przedstawił Jarek ze Skierniewic. Bożena Wanda omówiła sprawy „Kwartalnika”. Rozpoczęły się wybory do nowego Zarządu. Na prezesa wybrano Rafała z Korycina; członkami zostali:

    1. Andrzej Ludwik z Warszawy,
    2. Ryszard z Suwałk,
    3. Bożena Wanda z Warszawy,
    4. Mariusz ze Sztumu,
    5. Mieczysław ze Szczecina,
    6. Natalia ze Skierniewic,
    7. Jarosław ze Skierniewic,
    8. Stefania z Korycina,
    9. Wacław z Łodzi,
    10. Tomasz z Gdańska,
    11. Stefan senior z Podkowy Leśnej,
    12. Iwona z Warszawy,
    13. Lidia z Sulechowa,
    14. Bogusia z Białej Starej.

    Omówiono zaplanowaną na jesień pielgrzymkę do Rzymu.

    Zajęłam się sprzedażą książek Żółtowskich. Największe zainteresowanie budziły Blaski prawdziwego światła. Matka Elżbieta Róża Czacka i jej dzieło autorstwa Michała z Lasek oraz Dwa pokolenia Jana Żółtowskiego. Dokupowano też Genealogię Rodu Żółtowskich śp. Michała z Łodzi. Niekończącym powodzeniem cieszą się Wspomnienia Benedykta z Godurowa. Nowo wydane książki o Żółtowskich zawdzięczamy Fundacji im. Heleny z Żółtowskich Kurnatowskiej: Pamiętnik wojenny 1939-1945 Romana Żółtowskiego (teścia Krystyny ze Szczęsnego), Życiorys mój – Stanisława Żółtowskiego z Aleksandrowi Kujawskiego (stryja Rafała). Niestety Stanisław z Aleksandrowa wydania swoich wspomnień nie doczekał. Zmarł w lutym tego roku.

    W czasie obrad przybyła telewizja z Gdańska i 23 czerwca ukazało się sprawozdanie z naszego Zjazdu. Odwiedzili nas dziennikarze, Annai Tomasz Borkowie, z „Dziennika Bałtyckiego”. Przyjechał Henryk z Gdańska. Na wybory przywiózł syna Krzysztofa z żoną Joanną oraz wnuki Michała i Piotra. Na krótko odwiedziła nas Agata, żona Stefana z Podkowy Leśnej z Helenką oraz najmłodszym uczestnikiem Zjazdu – synkiem Jerzym. Agata jak zwykle promienna, szczęśliwa mama. Jej obecność wprowadza tyle pogody i radości.

    Wieczorem na spotkaniu Zarządu podzielono pracę pomiędzy poszczególne osoby. Omówiono kolejny jubileuszowy Zjazd. Padła propozycja, ażeby to była Wielkopolska. Po kolacji spotkaliśmy się w kawiarni, potem część Żółtowskich odbyła wieczorny spacer brzegiem morza.

    Piątek obudził nas pochmurnym niebem. Mimo to całą grupą udaliśmy się na przystań. Wypłynęliśmy do Fromborka. Rejs byt nieco ryzykowny. Zachowanie kapitana statku wskazywało na wypicie przez niego dość dużej ilości alkoholu. Nie wszyscy o tym wiedzieli, ale Helena z Józefem z Torunia zrezygnowali z rejsu. Na statku Agacie z Gdańska odpadł flek z buta, Tomek próbował go przykleić. Nagle z tłumu wyłania się Sławek ze Szczecina z mentolem „fresh makerem” w dłoni, jak w reklamie telewizyjnej – śmiech. Poprawia to humor Agacie. Zaczyna padać deszcz, przenosimy się pod pokład na kawę, herbatę. Przy stoliku siedzi wypróbowana w bojach czwórka brydżystów: Stefan senior z Podkowy Leśnej, Wacław i Janusz z Łodzi oraz Andrzej Ludwik z Warszawy. „Trzy piki, trzy bez atu, cztery trefle” – licytują. Dobijamy do brzegu. Oczekuje nas przewodnik, Mieczysław Janicki.

    Frombork jest niewielkim miastem położonym nad Zalewem Wiślanym. Swoje piękno zawdzięcza falistemu ukształtowaniu terenu, zabytkom i wspaniałej zieleni. Zaczynamy od zwiedzania zamku i katedry. W katedrze wysłuchaliśmy koncertu organowego. Zwiedzamy obserwatorium i muzeum Kopernika. Wciąż pada deszcz. Na końcu seans w planetarium, wygodne fotele, ciemność, ciepło – wszystko to sprzyja krótkiej drzemce. Następnie młodzi Żółtowscy udali się na wieżę zamkową podziwiać panoramę miasta. Druga grupa poszła obejrzeć muzeum-szpital Św. Ducha oraz ogród, w którym uprawia się zioła. Wielką ich znawczynią okazała się Stefania z Korycina. Powrót, wielka radość, ponieważ czekało na nas jedzenie, spotkania towarzyskie oraz mecz siatkówki.

    Sobota – piękna słoneczna pogoda. Po śniadaniu szum, gwar na parkingu, ryk wielkiego motoru „harleya” (obiekt marzeń wielu młodych ludzi). Przybył motocyklista w czarnej skórze: to ksiądz Krzysztof z Gdańska. Przyjechał odprawić Mszę św. w intencji Rodu Żółtowskich. Do Mszy służył Michał z Białej Starej. Tomek z Gdańska odczytał „Akt zawierzenia Rodziny Żółtowskich Matce Bożej” ułożony przez Włodzimierza ze Stargardu Gdańskiego. Na tacę, jak zwykle, zbierał Wacław z Łodzi. Księdzu został wręczony dyplom pamiątkowy Rodu Żółtowskich.

    Potem odbyła się prelekcja dr. Janusza Hochleitnera z Wyższej Szkoły Zarządzania i Przedsiębiorczości im. B. Jańskiego w Elblągu pt. „Święci Ziemi Elbląskiej”. Opowiadał w dość oryginalny sposób o śmierci św. Wojciecha i życiu bł. Doroty z Mątowów Wielkich (jej liturgiczne wspomnienie przypada właśnie 25 czerwca).

    Piękna pogoda sprzyja wyjściu na plażę, kąpieli w morzu.

    O godz. 16.00 odbyło się spotkanie młodych Żółtowskich z Michałem z Lasek. W spotkaniu udział wzięli Janusz z Łodzi, Bogusia z Białej Starej i Lila z Sulechowa. Dzieci podzieliły się swoimi spostrzeżeniami ze Zjazdu oraz zastanawiały się nad organizowaniem czasu wolnego. Wujek Bronek z Berlina obdarował je tabliczkami czekolady, wujek Leszek ze Szczecina – słodyczami, wujek Wacław z Łodzi zaś wręczył im książki. Janusz z Łodzi zorganizował konkurs rzutu lotkami do tarczy. Dzieciaki otrzymały dyplomy. Michał z Lasek snuł barwne opowieści, dzieci słuchały, zadawały pytania i odpowiadały na nie.

    Padła propozycja z ust młodych Żółtowskich zorganizowania wspólnego wypoczynku letniego w 2001 roku. Krystyna-Kicia ze Szczęsnego zaprosiła młodzież do swej stadniny na naukę jazdy konnej. Rodzice przyjęli chętnie tę propozycję. Mają pomóc w zorganizowaniu posiłków, rozbiciu namiotów, postawieniu przyczep kempingowych. Agnieszka z Wrocławia, córka Tadeusza, podjęłaby się nauki jazdy konnej. Jest dyplomowanym instruktorem jeździectwa. Opieką i organizacją mają się zająć Bogusia z Białej Starej, Lila z Sulechowa i Janusz z Łodzi. Cały ten plan zostanie omówiony na najbliższym posiedzeniu Zarządu.

    Adaś ze Szczęsnego kończy pisać sztukę teatralną na 10. jubileuszowy Zjazd Rodu. Obsady ról podjęła się Bogusia z Białej Starej. Opracowanie artystyczne i reżyseria przypadły Tomkowi z Gdańska.

    W sobotę przyjechała Kasia z mężem, córka Mieczysława ze Szczecina – pierwszy raz na Zjeździe. Adaś z Płocka, syn Piotra i Agnieszki stał się o wiele rozmowniejszy powiedział: „Mam 2 lata”.

    Pożegnalna kolacja nie udała się, ponieważ pani kierownik Ośrodka „Bursztyn” zlekceważyła nasze prośby. Ubrani wizytowo, nie mieliśmy szans zasiąść przy wspólnym stole. Zabraliśmy więc jedzenie do kawiarni, przesiedzieliśmy tam do późnych godzin nocnych.

    Niedziela – czas odjazdu. Znowu piękna pogoda słońce i ciepło. Rozmowy pożegnalne, ostatni łyk kawy, uściski, wymiany telefonów, adresów, klaksony samochodów. Zjazd filmował Rafał z Korycina, nagranie radiowe – Urszula z Warszawy, breloki zjazdowe wyprodukował Jarek ze Skierniewic. Na Zjazd przyszły telegramy z życzeniami od Hanny Żółtowskiej-Kwiatkowskiej, Wojtka Żółtowskiego z Torunia z rodziną. Rafał z Korycina, obecny prezes Zarządu, wręczył książkę i dyplom największemu! „rozśmieszaczowi” i dowcipnisiowi – Sławkowi ze Szczecina. Jak zwykle Natalia i Basia ze Skierniewic przyjmowały opłaty za pobyt, składki, udzielały wyjaśnień, sprzedawały stare i nowe bibeloty.

    Dziękujemy Bogusi i Witkowi z Białej Starej za wspaniałą jajecznicę ze 180 jaj na piątkowe śniadanie i Mariuszowi ze Sztumu za przygotowanie Zjazdu.

    Do zobaczenia za rok.

    Z przykrością informuję, że sprawozdanie z wyborów, które miała napisać Iwona, nie dotarło do redakcji „Kwartalnika”, mimo ponawianych przeze mnie próśb. Musimy się zadowolić informacją zawartą w tekście Lili i moim.

    B. W.

  • Michał Żółtowski uhonorowany Medalem Brata Alberta


    B. W.

    Dnia 21 lutego 2000 roku odznaczono Michała z Lasek Medalem Brata Alberta za 50-letnią pracę w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach oraz za ofiarowanie odzyskiwanych praw do majątku ziemskiego na rzecz Fundacji.

    Fundacja im. Brata Alberta powstała 11 lat temu. Zainicjowali ją Stanisław Pruszyński i Zofia Tetelowska, która przekazała swój majątek w Radwanowicach na rzecz Fundacji. W 2000 roku organizacja ta skupia 18 ośrodków zajmujących się upośledzonymi umysłowo. Część tych osób przebywaw ośrodkach na stałe, część bierze udział w dziennych zajęciach terapeutycznych.

    Mało kto z nas tak naprawdę zna działalność Michała z Lasek. Spotykamy go na Zjazdach. Lubimy z nim przebywać. Dzieci go uwielbiają. Dla każdego ma dobre słowo. Jednocześnie wyraźnie precyzuje swoje poglądy i tak „jakoś się dzieje”, że go słuchamy. Otaczamy szacunkiem. Chciałabym w tym miejscu przytoczyć kilka faktów z życia Michała, o których dowiedziałam się z gazet.

    Michał urodził się w Lozannie, gdzie jego ojciec Jan podpisywał w imieniu Polski traktat wersalski. Ukończył gimnazjum w Poznaniu, a studiaprawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie.

    Brat udział w kampanii wrześniowej w 15 Pułku Ułanów (wkrótce opublikujemy jego pamiętniki z tego okresu) i dostał się do niewoli sowieckiej. Lata okupacji spędził w rodzinnym majątku ziemskim w Lubartowskiem oraz w roli rządcy w majątku Minoga w powiecie miechowskim.

    Po wojnie wstąpił do krakowskiego seminarium duchownego. Z powodu nasilających się bólów głowy i choroby oczu opuścił seminarium. Pracował w gospodarstwie rolnym pod Olsztynem, a we Fromborku w Towarzystwie Salezjańskim, potem zaś przeniósł się do Lasek pod Warszawą. I tam osiadł na stałe, oddając ośrodkowi dla niewidomych wszystkie siły. Był wychowawcą, prowadził zajęcia z robót ręcznych, nadzorował różne warsztaty, m.in. metalowy, drzewny, dziewiarski, szczotkarski i montażowy. Uczył i wychowywał niewidomych. Pisał o swoich doświadczeniach i problemach osób niepełnosprawnych w wielu artykułach, zamieszczanych przeważnie w publikacjach fachowych. Kilkakrotnie brał udział w międzynarodowych kongresach poświęconych niewidomym. Był zastępcą dyrektora w szkole podstawowej, a gdy było potrzeba, prezesem miejscowej straży pożarnej.

    Napisał kilka książek, ale dwie najważniejsze poświęcił Ludziom Lasek – Matce Czackiej i Henrykowi Ruszczycowi. Tarcza Rolanda opowiada o zorganizowanej pomocy ziemian Armii Krajowej i jest książką tzw. unikatową. Opisuje wydarzenia, o których kazano zapomnieć, postacie heroiczne, które zostały wymazane z pamięci społeczeństwa. Michał tę pamięć przywrócił.

    Jeden z wyróżnionych Medalem Brata Alberta powiedział, że to odznaczenie jest cenniejsze niż dziesięć Oskarów, ponieważ ukrywa się pod nim miłość skierowana ku ludziom najbiedniejszym i najsłabszym, a „miłości wystarczy, że jest”.

  • Podnieście głowy wasze…


    Michał z Lasek

    Wyjazd do Krynicy Morskiej na doroczne spotkanie naszego Związku przyniósł ze sobą falę optymizmu. A ten optymizm tak jest nam potrzebny – przecież wszędzie słychać narzekania.

    Na Warmii spędziłem przed równo pięćdziesięciu laty dwa i pół roku, w tym ostatnie prawie półtora we Fromborku, w zakładzie wychowawczym ks. salezjanów. Miasteczko liczyło wtedy około 400 mieszkańców, głównie rybaków z Białostockiego. Wystarczyło spojrzeć na ruinę tego osiedla, by odgadnąć jego tragiczne dzieje w chwili ataku armii radzieckiej. Większość domów jeszcze w gruzach, mury porastające młodymi brzózkami, na kominach gniazda bocianie. Stary gotycki kościół parafialny bez dachu. W 1945 schronili się tu i zabarykadowali mieszkańcy miasta, a wojsko radzieckie podpaliło budynek i wszyscy spłonęli. W klasztorku Barnabitów zastałem owczarnię. W osiedlu znajdowała się poczta, ale nic więcej, żadnych sklepów ani apteki. Na Wzgórzu Katedralnym stała spalona dzwonnica ze stopionymi dzwonami, jednym wagi 13t i drugim tzw. srebrnym o bardzo pięknym dźwięku. Po trzech latach pracy wykończono wreszcie zniszczony dach katedry. Ze sławnych organów o pięciu rejestrach, tak wspaniałych, że w Niemczech istniały tylko dwa podobne instrumenty, pozostało parę zgruchotanych piszczałek. Z ośmiuset ornatów uratował się jeden.

    Najwyższą władzą był we Fromborku WOP – czyli Wojsko Ochrony Pogranicza. Na stacji kolejki elbląskiej jadącej z szybkością 12 km na godzinę do Braniewa WOP legitymował przyjezdnych, nierzadko odsyłając do aresztu.

    Pamiętam, jak pewnej nocy WOP otoczył Zakład Salezjanów, wylegitymował wszystkich, a dwóch wychowanków, którzy mieli za sobą przeszłość partyzancką, pochwycono podstępem i wtrącono do więzienia. Ksiądz dyrektor, ile razy wyjeżdżał, kazał odprowadzać się na stację, by mieć świadków w razie aresztowania.

    W 1953 roku zakład został odebrany przez państwo, sprzęt skonfiskowany. Stare kanonie, służące w lecie KUL-owi w czasie kolonii, zostały przejęte przez państwo. Ogrodnik z Fromborka, który wbrew zakazowi wyjazdu do Lublina w czasie, gdy obraz Madonny ronił tam łzy, po powrocie został tak skatowany, że plecy miał granatowe od sińców.

    Po latach nie chciałem wracać do wspomnień, lecz już wcześniej słyszałem głos odrestaurowanych organów i widziałem Muzeum Kopernika w stanie kwitnącym. Słyszałem, że w mieście nie ma już ruin, a liczba mieszkańców się potroiła. Frombork stał się atrakcyjną miejscowością turystyczną. Na Warmii nie dostrzegłem nigdzie odłogów porośniętych chwastami jak niegdyś, a lasy nadal wabią świeżością i pięknymi drzewami.

    Musimy zrobić bilans tego, co w tym pięknym kraju dokonało się po wojnie. Szosy są doskonałe, lokale na stacjach benzynowych czyste i estetyczne, życzliwa obsługa. Ruin nigdzie nie widać. Ale rozszerzmy nasze refleksje. Czy musimy tylko narzekać, czy też nie powinniśmy raczej Bogu dziękować za to, że mięso możemy dostać w sklepie, nie stojąc godzinami w kolejce w nocy, że w tymże sklepie półki nie są puste tylko z butelkami octu, jak to dobrze pamiętamy. A może ważniejsze jest jeszcze, że nie ma podsłuchu w telefonach, cenzury na publikacje, że nie musimy bać się milicjanta, że wyjazd za granicę nie jest czymś zastrzeżonym dla niektórych, że młodzieży nie zmusza się do wstępowania do ZMP, że jest normalne duszpasterstwo w szpitalach, wojsku, w więzieniach! A także i to, że parlament wybieramy sami, że Kościół nie jest prześladowany i że mamy takiego Ojca Św.

    Rzadko dziękujemy, dlatego rozważmy na koniec te słowa z czytań ewangelicznych w listopadzie: „Podnieście głowy wasze…”

  • Sprawozdanie Zarządu Związku Rodu Żółtowskich od czerwca 1996 do czerwca 2000 roku

    Andrzej Ludwik Żółtowski ze Słonecznej

    Zarząd wybrany w Lucieniu:

    • Prezes Honorowy – Michał z Lasek,
    • Prezes – Andrzej Ludwik z Warszawy,
    • I wiceprezes – Rafał z Korycina,
    • II wiceprezes – Marek z Poznania,
    • III wiceprezes – Piotr z Płocka,
    • Skarbnik – Jarosław ze Skierniewic,
    • Sekretarz – Andrzej Marek z Warszawy (zwany Markiem),
    • Sekretarz – Andrzej Mieczysław z Warszawy (czł. red. „Kwartalnika”),
    • Sekretarz – Iwona z Warszawy (czł. red. „Kwartalnika”),
    • Redaktor „Kwartalnika” – Bożena z Warszawy, również specjalista ds. wystawienniczych i wydawniczych,
    • Genealogia – Wacław z Łodzi,
    • Czł. Zarządu – Mieczysław ze Szczecina,
    • Czł. Zarządu – Stefania z Korycina (sprawy młodzieży),
    • Czł. Zarządu – Stefan senior z Podkowy Leśnej.

    Razem: 14 osób.

    Dziś winniśmy tu obecnym dowieść, że czasu nie straciliśmy, że mamy wyniki i że jak w każdym ludzkim działaniu – nie ustrzegliśmy się od potknięć.

    Zachęcam wszystkich zebranych, by zajrzeli do nr. 13-14 „Kwartalnika” i przeczytali naprawdę świetny esej Bożeny, sygnowany B.W, zatytułowany Lucień dla mnie. Przeczytałem go ponownie po czterech latach i zapytuję Bożenę – Dlaczego zajmujesz się tylko redakcją, a nie pisaniem?! Jako ustępujący prezes dziękuję Bożenie za udział i pracę w Zarządzie. Zjazd w Lucieniu, gdzie obecny Zarząd został wybrany, był drugim po Zjeździe w Soczewce, gdzie zaniemógł niezapomniany Zbyszek, ojciec Jarosława, główny wraz ze śp. Michałem, założyciel naszego Związku.

    Dowodem naszej pracy jest „Kwartalnik” wydawany samodzielnie lub we współpracy, książki, zjazdy, wycieczki i – rzecz chyba najważniejsza – atmosfera naszych relacji. A więc po kolei.

    „KWARTALNIK” – Pani redaktor naczelna – gratulacje.

    Z wypowiedzi osób spoza Związku odnoszę wrażenie, że inne związki zazdroszczą nam tak konsekwentnego wydawania tego periodyku. Ja sam czytam go zawsze, jak tylko poczta mi go dostarczy. Numery wydane przez te cztery lata relacjonują nasze wspólne życie. Ponadto dostarczają urywków niewydanych wspomnień członków Rodu i – co bardzo ważne – źródłowe opracowania bibliograficzno-słownikowe Andrzeja Mieczysława. Nie wypada prezesowi Zarządu chwalić się nadmiernie, ale powtórnie zachęcam wszystkich, by w wieczór, gdy nie ma nic do roboty – usiąść i przeczytać parę numerów.

    Od nr 16. „Kwartalnika” zmiana w redakcji – dokooptowano Izę Broszkowską.

    Potknięcie numer jeden – nie wysyłamy jednego egzemplarza do Biblioteki Narodowej.

    KSIĄZKI – na czoło wybija się dzieło genealogiczne śp. Michała ukończone przez Elżbietę i Wacława.

    Rafał wysunął projekt, by podczas pielgrzymki do Rzymu na Zlot Rodzin Żółtowscy ofiarowali Papieżowi egzemplarz tej pracy, ozdobnie oprawiony, z odpowiednim adresem hołdowniczym. Wykonanie tego zadania powierzono mnie.

    Projekt oprawy ze skóry ma być przedstawiony w początku lipca. Drugi tak ozdobnie oprawiony egzemplarz zostanie złożony do archiwum Związku.

    ZJAZDY – to dzieło Rafała z Korycina i Jarosława ze Skierniewic. Nominalnie, proszę Państwa, nominalnie! Bo gdyby ci panowie nie byli wspomagani przez Stefanię i Basię, to chyba wszyscy poszlibyśmy jedynie zbierać grzyby.

    Poważnie mówiąc, może trochę przesadziłem, faktem jest jednak, że od Soczewki wszystkie Zjazdy były rezultatem współpracy Rafała z Jarosławem. Z mojego punktu widzenia Zjazdy były urozmaicone, zawsze różne, a niektóre miejscowości wybrane na Zjazd – rewelacyjne.

    Podczas Zjazdów – Bożena, „pani redaktor”, poniekąd zmuszała innych, by współpracowali przy organizowanych przez nią wystawach.

    Obsługa filmowa wszystkich Zjazdów, poczynając od Zajączkowa, jest domeną Rafała. Niewątpliwie taki zapis na taśmie wideo każdorazowego Zjazdu i każdego nowo przybyłego członka naszego Związku jest zapisem historycznym. Jeśli Żółtowscy z następnych pokoleń, na przykład za lat 50, zechcą zorganizować kolejny Zjazd, będą mogli pokazać pasjonujący film z życia poprzedników. Oby tylko zechcieli podtrzymać naszą prawie 10-letnią tradycję.

    ATMOSFERA – gdyby była niewydarzona, to wszystkie Zjazdy byłyby coraz mniej liczne. A tak nie jest. „I atmosferę stworzyliśmy my sami. I tak jak wszyscy jesteś bardzo różni, wyraźnie chcemy się widywać. A jeśli tak, to znaczy, że stwarzamy tkankę wspólnego zainteresowania. Ta tkanka zaczyna być tak gęsta, że powstały przyjaźnie, których kiedyś przecież nie było. Uważam, że w dzisiejszych czasach, gdzie tak nachalnie liczy się pieniądz, łokcie, stosunki i sławne „układy”, nasz Związek jest przykładem naturalnego zrzeszania się. I to zrzeszania w imię prawdziwie szczytnych celów.

    Chciałbym, byśmy potrafili utrzymać i tę atmosferę, i tę cechę konsekwentnego działania nie dla celów doraźnych. Przypomnę, że w każdym kwartalniku jest powtarzane zalecenie śp. ojca, seniora naszego Związku: „…Trwajmy więc w starych utwierdzonych tradycjach, nie dajmy im zniknąć ani się wypaczyć, ale uzupełniajmy je stale przez nowy […] dorobek”. W ślad za tym przesłaniem, ten Zarząd organizuje pielgrzymkę na Zjazd Rodzin do Rzymu do Ojca Św. Jana Pawła II w październiku tego roku.

    Winniśmy się jednak przyznać na pewno do jednej porażki. Nie umieliśmy stworzyć gałęzi Związku młodszego pokolenia. Wnioskuję zatem, by tego roku młodzież prowadziła swoje zebrania odrębnie od starszych i swoje zdanie później nam przekazała. Pozwólmy, by byli samodzielni i nie chciejmy zawsze ich zanudzać.

    Dziś jest Zjazd wyborczy, więc wszyscy będą mieli możliwość pochwalenia lub zganienia Zarządu za czteroletnią pracę.