Tag: Nr 6-8

  • Adam Żółtowski /1881-1958/

    Urodzony 4 grudnia 1881 r. we Lwowie był synem hr. Stanisława i Marii z ks. Sapiehów. W dzieciństwie wychowywała go Angielka miss Agnes Cavendish-Browne i jej zawdzięczał znajomość języka angielskiego. Był obdarzony zdolnością do języków: mówił i pisał po francusku, niemiecku; znał włoski, łacinę, a w dojrzałym wieku udoskonalił znajomość starogreckiego i w tekście oryginalnym czytał Ewangelie i utwory filozofów greckich.

    Przez parę lat uczęszczał w Poznaniu do szkoły (wówczas niemieckiej) Marii Magdaleny. Na stancji mieszkał wraz z kuzynami u księdza Kloskiego (późniejszego biskupa). Uczył się bez zapału z wyjątkiem łaciny, szczególnie utworów Horacego. Równocześnie w Niechanowie, w domu rodzinnym, dokąd dojeżdżali synowie Augusta Cieszkowskiego, filozofa, pod wpływem młodszego z nich, też Augusta, zapalił się młodzieńczym entuzjazmem do „Ojcze nasz”1 i to dzieło pozostało przewodnikiem jego myśli do końca życia. Podobnie kochał Krasińskiego i jego dzieła. Wszystko to wpłynęło na wybór jego życiowej drogi. Poświęcił się filozofii. Mając 19 lat wyjechał na studia uniwersyteckiezaczynając od Strassburga. W Berlinie słuchał Wilamowitza, w Heidelbergu Kuno Fiszera, najdłużej bawił w Monachium, gdzie się doktoryzował na podstawie rozprawy: Graf Cieszkowski’s Philosophy der Tat (1904).

    Później kilka miesięcy spędzał w Niechanowie, zimy spędzał w Oxfordzie, Paryżu i ukochanych Włoszech. Jego zainteresowania historyczne i artystyczne były równie silne, jak studia nad tekstami filozofów.

    Ożenił się z Janiną z Puttkamerów (ślub w Warszawie 6 X 1910). Zaraz po tym został docentem historii filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wydał już wtedy: 0 podstawach filozofii Hegla /1907/, a jako pracę habilitacyjną: Metoda Hegla i zasady filozofii spekulatywnej /1910/.

    Cztery lata mieszkał z żoną w Krakowie, który wówczas kwitł pod względem umysłowym oraz towarzyskim i przedstawiał nieporównane środowisko polskiej kultury.

    Wojna 1914 r. zastała go na wakacjach w majątku Rajca pod Nowogródkiem (była to jeszcze wtedy gubernia mińska). Wojska niemieckie dotarły do Rajcy 23 września 1915 r. Żółtowski z żoną przebywał w tym dworze do jesieni 1918 r. wyjeżdżając na krótko do Warszawy i Krakowa tegoż roku. Wtedy tez napisał dzieło pt. Filozofia Kanta, jej dogmaty, złudzenia, zdobycze (wydane po polsku 1923, przetłumaczone na francuski).

    Na początku 1919 r. znalazł się w Warszawie i został przyjęty do powstającego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W lutym przyjechała misja aliancka. Na czele powitalnego komitetu stanął hr. Zygmunt Wielopolski, a Adama Żółtowskiego przydzielono do Amerykanów. Ta sama misja przyjechała później do Poznania. Żółtowski wrócił następnie do Warszawy i latem towarzyszył Morgentauowi w podróży do Wilna i Mińska w poszukiwaniu wykroczeń wojsk polskich przeciwko Żydom. Stosunki z Morgentauem zakończyły się burzliwie, ponieważ nie chciał on zgodzić się na raport Żółtowskiego, w którym pisał, że wojsko strzelało tylko sprowokowane.

    Jesienią 1919 r. premier Paderewski ofiarował Żółtowskiemu „stanowisko posła w Japonii”. Wcześniej jeszcze komisja opracowująca powstanie Uniwersytetu w Poznaniu mianowała go prof. nadzwyczajnym historii filozofii. Adam Żółtowski przenosił pracę naukową nad karierę dyplomatyczną: chciał jednak jechać do Japonii, ale po otrzymaniu dwuletniego urlopu Wydział Uniwersytetu,który miał o tym zadecydować, nie śpieszył się z decyzją, a tymczasem Paderewski ustąpił, a nowy minister Patek zarezerwował Japonię dla siebie.

    W sierpniu 1920 r., kiedy wojska sowieckie podchodziły pod Warszawę, rząd polski wysłał Żółtowskiego na Górny Śląsk, jako swego przedstawiciela u boku Wojciecha Korfantego. Granicę przejechał 2 dni przed bitwą pod Warszawą. Zimę 1920-1921 spędził na Śląsku i brał czynny udział w powstaniu /maj 1921/. Za tę kampanię otrzymał Krzyż Walecznych, a potem order Polonia Restituta.

    Jesienią 1921 r. minister Spraw Zagranicznych Konstanty Skirmuntt ofiarował mu stanowisko radcy poselstwa w Washingtonie, ale Adam Żółtowski nie zgodził się na objęcie tego stanowiska. W następnych latach brał czynny udział w życiu politycznym Stronnictwa Narodowego i jako członek Chrześcijańskich Rolników posłował na sejm 1928-1930.

    Od 1921 do 1933 mieszkał w Poznaniu przy ul. Ogrodowej 9, ale dużo czasu spędzał w woj. nowogródzkim zagospodarowując zrujnowane przez wojnę majątki żony. W prowadzeniu interesów był cierpliwy, praktyczny i wytrwały. Do Nowogródczyzny przywiązał się ogromnie, z pełnym zrozumieniem związanej z nią poezji i historii tego regionu. Tak kochał Pana Tadeusza, że wolał go i wynosił nad Homera. W tychże latach został członkiem Kuratorium Kórnickiego, należał też do Związku Rodziny Zamoyskich. VV 1912 r. wydał dwa tomy listów Zygmunta Krasińskiego do Augusta Cieszkowskiego. Od 1928 r. opracowywał listy Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej, z których ukazały się tylko 3 tomy. Czwarty drukowano w drukarni Uniwersytetu Poznańskiego, kiedy wybuchła wojna 1939 r. W 1933 r. minister Jędrzejewicz skasował Katedrę Filozofii w Poznaniu; prawdopodobnie była to ukryta zemsta za podpisanie protestu w sprawie Brześcia. Adam Żółtowski wówczas przeniósł się do Bolcienik, rodzinnego majątku Puttkamerów w powiecie Lidzkim, a do Poznania przybywał co roku i jako docent jeden semestr wykładał na Uniwersytecie. W okresie niepodległości brał udział w kongresie filozoficznym w Oxfordzie /1930 r./, w zjeździe na cześć Hegla w Rzymie /wiosna 1933 r./, w kongresie filozoficznym w Pradze /1934 r./ i w Paryżu w obchodach związanych z Rene Descartesem (Kartezjuszem) /1937 r./. Wtedy wydał książkę Descartes, a pisał książkę o Spinozie i Leibnitzu.

    Katastrofa 1939 r. zastała go w Bolcienikach, skąd z żoną i teściową wyjechał przez Litwę kowieńską i Szwecję do Anglii /4 XI 1939/. Rząd w Angers wysłał go z powrotem do Kowna z misją ratowania ludzi i instytucji. Zdołał wrócić przed samą inwazją na Danię przez Niemcy. Przez następne lata do śmierci prowadził Polski Ośrodek Naukowy, 51 Eaton Place; był przewodniczącym Wydziału Humanistycznego, długoletnim prezesem Związku Profesorów, Prezesem PUC’aiu (Polish University College), czynny w zarządzie Związku Ziem Północno-Wschodnich, wykładał na PUNO (Polski Uniwersytet Na Obczyźnie). Wydał Border of Europe /1950/ i Zarys historii filozofii, a pod jego nadzorem i współpracą Polski Ośrodek Naukowy wydał wiele książek oraz broszur propagandowych.

    Śmierć /7 V 1958/ na skutek wypadku (najechał go motocykl) przecięła jego życie w pełni zdrowia i sił umysłowych. Był człowiekiem wszechstronnym; wszystko co piękne i miłe pociągało go. Lubił wszelkie sporty: tenis, wycieczki, konna jazda, polowanie, (szczególnie wiosną na głuszce i jesienią na pędzone kuropatwy), a nade wszystko podróże i pobyty we Włoszech. W 1938 r. odbył z żoną przedostatnią i najciekawszą ze wszystkich wycieczkę do Ziemi Świętej, Syrii, Grecji i Istambułu. Cenił też bardzo żywe towarzystwo, lubił odwiedziny i przyjęcia, czy to w Krakowie, Poznaniu, na wsi czy Londynie. Otaczał się gronem krewnych i przyjaciół, ale najbardziej rozpromieniał się i cieszył wśród rodziny czy dalszych krewnych.

    Analizował często stosunki z ludźmi, znał ich przeszłość i obyczaje swego kraju. Był przy tym naturą złożoną, dla niego samego trudną, pełną wrażliwości, a więc odrazy do spraw i rzeczy jemu obcych i powiedzmy… niepomyślnych. Nigdy nie nadużywał swej intelektualnej przewagi, stosował się do każdego starając się go zrozumieć. Pracowity i obowiązkowy, jeden miał cel – służenie drugim, szczególnie na wygnaniu. Był sam bez środków, a żebrał jak mógł dla drugich, ciągle gotów radzić i pomagać, toteż niektórzy nadużywali tej bezinteresownej ofiarności.

    Jedną miał może Adam wadę, żadnego instynktu samokreacji. O swoich zamiłowaniach naukowych mówił rzadko, nigdy nie narzucał swego zdania. Podobnie głęboki nurt uczuć religijnych oświecał go jakby potajemnie. Zdawał się być mieszaniną zalet praktycznych i romantyzmu. Jeżeli kochał sztukę i przyrodę, to nad historią ciągle rozmyślał. W Londynie pracował zwykle do późna i chodził na spacery dopiero w nocy. Podobnie jak August Cieszkowski w Poznaniu, tylko że za starym panem szedł wierny służący Piotrek. W tych nocnych wędrówkach Adam nie mógł oderwać się od myśli, co by było, gdyby Grouchy przyszedł w porę, ponieważ to opóźnienie przyczyniło się do klęski Napoleona pod Waterloo. Tymczasem wedle nowszych źródeł, cesarz był tak chory, że nie wykonał zwykłego swego manewru, rozbicie każdego z przeciwników z osobna, przed ich połączeniem się.2


    1 Czterotomowe dzieło (t. I – 1847,t. II-IV 1899-1908), w którym odstąpiwszy od filozofii Hegla Cieszkowski skoncentrował się bardziej na rzeczach boskich; zdawał się na objawienie. W woli i czynie widział istotę bytu zamiast w heglowskich idealizmie (idea i rozum) ewolucyjnym. Stał na pograniczu między uczonymi a wieszczami. Bliski zwłaszcza Krasińskiemu. (B. W.)

    2 Klęską 18 czerwca 1815 r. obciążani bywają poza Emmanuelem Grouchy, Michael Ney oraz szef sztabu Napoleona Soult. (B. W.)

    Janina z Puttkamerów Żółtowska

  • Czacz – dane z akt kościelnych parafii

    Wieś Czacz pod Śmiglem jest gniazdem rodziny wielkopolskiej Czackich, herbu Świnka. W 1536 r. należał Czacz do Jana Czackiego, zwanego Ciołek (dietus Cyołek), o czym wspomina archiwum grodzkie, poznańskie. Anna z Czackich Gajewska wniosła ją, jako wiano, w dom Gajewskich na początku XVII w.

    W połowie XVIII w. przeszedł Czacz w ręce Szołdrskich. Później staje się własnością Żółtowskich.

    Kościół parafialny w Czaczu wybudowali z pewnością Czaccy, nie wiadomo atoli kiedy. Istniał on już w pierwszej połowie XV w., ponieważ w aktach biskupich w archiwum konsystorskim w Poznaniu wspominano o nim po 1448 r. Sam kościół posiadał w czasie wizytacji biskupa Gnińskiego w 1683 r. dokument z 1454 r. na jedną grzywnę z dóbr Zielencina.

    Anna z Czackich Gajewska nadała kościołowi nową erekcję, która jest oblatowana w księgach konsyst. pod rokiem 1631.

    Po wizytacji Happa w 1610 r. napisano: „Wieś Czacz ma kościół parafialny, starożytny, murowany (antiqus murata), poświęcony na cześć św. Michała Archanioła. Bądź atoli, że był za szczupłym, bądź też, że spłonął w pożarze lub innym jakim przypadkiem, runął”.

    Wojciech z Błociszewa Gajewski, herbu Ostoja, kasztelan rogoziński, ówczesny dziedzic Czacza, wzniósł w miejsce jego w 1653 r. nowy kościół także z cegły palonej i postawił nowe mieszkanie dla plebana. Nową tę świątynię, w stylu barokowym zbudowaną, poświęcił w 1668 r. Marian Kurski, biskup enneński, archidiakon pszczewski.

    W 1682 r. Apolinara z Opalińskich Gajewska, kasztelanowi rogozińska, przybudowała do kościoła wieżę z palonej cegły o dwóch „perspektywach”, pokrywszy ją miedzią. Wieża nie była jeszcze dokończona w czasie wizytacji biskupa Gnińskiego 1683 r., jak się to okazuje z następujących słów tejże wizytacji : „Kościół w Czaczu jest parafialnym, murowanym, pięknym i w dobrym stylu zbudowanym, wieżę ma niedokończoną, która jednakźe, spodziewać się można po pobożności kolatorki, wkrótce ukończoną będzie; toż samo kościół, w wielu miejscach już się rujnujący, naprawionym zostanie. Kolatorami są: urodzona Apolonia Gajewska, kasztelanowi rogozińska i jej synowie, Łukasz i Franciszek”.

    W 1798 r. wreszcie Wiktor Szołdrski, ówczesny dziedzic Czacza, wymurował chór, ołtarze i ambonę, poprawił organy, wewnątrz kościół wybielił i bogato „najlepszym złotem” ozdobił, „dach przelożył”, pokrył kopułę na wieży przez wiatr zdartą nową miedzią, a w 1818 r. znaczną „część muru około cmentarza wystawił, zegar na wieży wyporządził i tarcz nową na nim zrobić kazał”. Postawił dla plebana dom murowany i inne budynki. Innych pamiątek po tym najbogatszym w swoim czasie i w tych stronach obywatelu nie pozostało. Sam Wiktor Szołdrski „wskutek nierządności i marnotrawstwa, doczekawszy się sędziwych lat, zmarł ubogi”. Kościół Czacki posiada księgi metrykalne aż od 1598 r.

    W wielkim ołtarzu znajduje się bardzo cenny obraz Matki Boskiej Szkaplerznej, dzieło wschodniego malarza, o czym świadczy mały grecki krzyż – wiek XV. Przy konserwacji odnaleziono w 1948 r. ślady postaci ruskiego władyki pod obecnym świętym Wojciech Gajewski, budując kościół, kazał przemalować obraz, wmalowując w miejsce satrapy postać św. Szymona Stocha, odbierającego z rąk Matki Boskiej sukienkę szkaplerzną i umieszczając w ręce Dzieciątka Szkaplerz Święty. U dołu kazał wymalować swą postać w delii szlacheckiej, a nad nim panoramę ówczesnego Czacza. Obraz w tej postaci nosi datę 1654 r. Z pierwotnego obrazu najlepiej zachowało się Dzieciątko Jezus i zawój Bogarodzicy finezyjnie wykonany przez nieznanego artystę o inicjałach O.S. z greckim krzyżem. Na dole jest herb rodu Gajewskich, Ostoja.

    W zapisie historycznym kościołów, kaplic i szkółek parafialnych, Józefa Łukasiewicza, wydanym w Poznaniu 1859 r., wspomniano także o szkole i szpitalu w Czaczu. Wizytatorzy z 1672-1683 tak wspominają: „Pleban utrzymuje organistę, który zarazem pełni obowiązki rektora szkoły, zamieszkując dom rektora szkoły, stojący naprzeciwko szpitala. Do domu rektora szkoły należały ogród i mała łączka”. „Przy kościele znajduje się szpital obok drogi publicznej, o jednej izbie ogrzewanej i trzech komorach, nie ma żadnego zgoła uposażenia. Mieszka w nim czterech ubogich, utrzymujących się z jałmużny”.

    1968 r.

    Jerzy Żółtowski

  • Jeszcze kilka refleksji o Zjeździe w Soczewce

    Powracając z Andrzejem Ludwikiem z Soczewki zastanawialiśmy się w drodze nad właściwą formą następnego zjazdu. Powiększająca się liczba uczestników wyraźnie wskazuje, że i nasz Związek, i urządzane Zjazdy odpowiadają jakiejś społecznej potrzebie. Czy w przyszłości zwiększająca się liczba osób nie stanie się przeszkodą dla atmosfery zjazdu, pozostanie dla nas pytaniem. Poza tym zebranie w jednym miejscu 200 lub 300 osób może spowodować trudności techniczne z zakwaterowaniem. Ważniejsze jednak wydają się jeszcze inne sprawy.

    Ażeby utrzymać charakter dotychczasowych spotkań, trzeba postawić na pierwszym miejscu kwestię wartości, które cechowały w przeszłości Ogończyków Żółtowskich. Były nimi: poszanowanie prawdy i danego słowa, uczciwość i solidność w pracy, głębszy stosunek do religii, ofiarność wobec ojczyzny, zainteresowanie wszelkimi przejawami kultury. To między innymi wpływało na wychowanie młodego pokolenia. Ten temat jednakże poruszę później.

    Z wielką radością i pociechą obserwowaliśmy w Soczewce liczne przybycie młodego pokolenia. Uderzało wszystkich ich dobre zachowanie. Wydaje się, że następne zjazdy powinny w dużym stopniu uwzględniać ich potrzeby. Podzielę się tu paru moimi myślami.

    W zawiadomieniu o zjeździe – ale prawdopodobnie o wiele wcześniej – powinniśmy zapowiedzieć urządzenie pokazów i konkursów, o których już młodsi mówili w Soczewce. Pokazy powinny obejmować moim zdaniem wszelką twórczość członków Związku, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży. Pozwoliłoby to na zbliżenie pokoleń i przekazywanie najżywotniejszych dla nas wartości. Zapowiada się dość bogaty pokaz zdjęć dawnych wiejskich siedzib (ok. 100 sztuk) oraz scen z przedwojennego w nich życia. Dobry słowny komentarz byłby wtedy pożyteczny. Umeblowanie, zbiory książek, kolekcje obrazów, stara broń, porcelana, ciekawe trofea myśliwskie, wszystko to stanowiło zwykle dorobek kilku pokoleń i własność raczej nie dzieloną danej siedziby. Jeśli rodzeństwo było liczne, to najczęściej majątek dzielono między synów albo jeden z nich pozostawał na ziemi i spłacał pozostałych. Młodzież wychowywano w poszanowaniu tych dóbr rodzinnych tworzących małe muzea na polskiej prowincji. Niestety wojny i powstania robiły w nich spustoszenie.

    Wychowanie młodego pokolenia byto nieraz twarde, wymagania stawiano pod każdym względem duże. By móc kształcić dzieci w mieście, rodzice najczęściej byli zmuszeni oddawać je do internatów, czasem na stancję do znajomych.

    W naszym Związku mamy jeszcze możliwości dalszych publikacji. W perspektywie jest wydanie „wspomnień” Janiny Ż., żony poety i dramaturga Ludwika Morstina. W przyszłości należałoby wydać „Pamiętnik” jej matki Marii z Kwileckich Żółtowskiej żony Adama z Jarogniewic. Pozycja ta wymaga dokonania skrótów i ułożenia starannie opracowanego historycznego wstępu.

    Nie chciejmy za dużo. Spróbujmy zrealizować na razie ten skromny program.

    Michał z Lasek

    Wrzesień 1994 r.

  • O herbach

    Heraldyka

    Nazwa nauki pomocniczej historii zajmującej się herbami, wywodzi się od słowa herold, oznaczającego urzędnika dworu, wywołującego nazwiska rycerzy biorących udział w turniejach i sprawdzającego skrupulatnie ich klejnoty. Sam zaś wyraz herold jest pochodzenia starogermańskiego od hariovaldus, hariovisus tj. znający opiekuńcze bóstwa rodowe, plemienne i ich rodowody.

    Dwa zasadnicze działy heraldyki to: heraldyka praktyczna i heraldyka historyczna. Pierwszy z nich, będący żywą sztuką heraldyczną jest uprawiany w chwili obecnej przede wszystkim w państwach będących monarchiami oraz w hierarchii kościelnej (tzw. heraldyka papieska). Drugi zaś ma znaczenie historyczne i zajmuje się ustaleniem i wyjaśnieniem praw, którymi rządziła się heraldyka w przeszłości.

    Myliłby się jednak ten, kto by twierdził, że w naszym państwie żywy dział heraldyki (z wyjątkiem ww. heraldyki kościelnej) nie występuje. Spotykamy się na każdym kroku z herbem Rzeczypospolitej Polskiej (używanie nazwy godło jest niewłaściwe), herbami miast czy nawet gmin (co ostatnio dopuściło prawodawstwo).

    Powstanie herbu

    W średniowieczu oddział wojskowy zwany chorągwią skupiał się wokół proporca opatrzonego znakiem bojowo-rozpoznawczym. Ten sam znak pojawiał się na hełmie i tarczy rycerzy, co pozwalało szybko ustalić ich przynależność chorągwianą. Znak na proporcu był najczęściej znakiem bojowo-rozpoznawczym dowódców chorągwi najczęściej książąt świeckich lub duchownych i wiązał się pośrednio z terytorium pana lennego, czyli tegoż właśnie dowódcy wojskowego, który używał pieczęci.

    Już w XIII w. daje się zauważyć, że ten sam znak jest używany nie tylko przez pana lennego, ale konsekwentnie przez szeregowe rycerstwo należące do jego chorągwi. Wasal używa zazwyczaj herbu swego seniora, chociaż występowały wyjątki, nawet dosyć częste od tej zasady.

    Z upływem czasu, gdy herb zaczął oznaczać przynależność do rodziny szlacheckiej, wprowadzono do herbu elementy mające odróżnić herbywasali od herbów ich seniorów. Automatycznie spowodowało to powiększenie się liczby znaków herbowych.

    Herbu, oprócz rodów rycerskich, zaczęły używać w tym czasie także miasta (najczęściej był to herb pana zwierzchniego wzbogacony o elementy architektoniczne), patrycjusze miejscy oraz dzięki nim cechy rzemieślnicze,a także różnego rodzaju korporacje kościelne.

    W XIII i XIV w. herb otrzymują także osoby nie posiadające zwierzchnictwa lennego. Ta grupa osób tworzy np. we Francji szlachtę nową w odróżnieniu od starej, rodowej; w Niemczech występuje podział na odwieczną i szlachtę nobilitowaną dokumentami. Nobilitację przeprowadza się także obecnie np. w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, gdzie królowa Elżbieta II w uznaniu osobistych zasług nadaje tytuł szlachecki. Oczywiście każdy poddany Korony Brytyjskiej ma prawo do otrzymania herbu w specjalnie do tego celu uprawnionej Instytucji zwanej College of Arms, która nadaje i potwierdza patentem herb. Zgodnie z angielskim prawem heraldycznym musi on być inny dla każdej żyjącej osoby. Ciekawostkę niewątpliwie stanowi fakt, iż Herold Yorku w College of Arms, Dr Conrad Marshall John Swan wywodzi się po mieczu z polskiej rodziny Święcickich k. Jastrzębiec.

    Polska heraldyka ma swoistą tradycję. Pomijając na razie równość stanową posiadaczy herbów (często zresztą teoretyczną) nie należy zapomnieć, gdy mówimy o tym, że nasze znaki wywodzą się ze znaków rozpoznawczo-własnościowych, że trzeba brać pod uwagę dosyć popularną teorię dotyczącą powstania herbów opartą na znakach runicznych. Dzierżenie ziemi nie wynika z prawa lennego, lecz z przynależności do rodu, w związku z tym herbem posługuje się ród, a nie rodzina, jak w krajach zachodnich (konsekwencją tego jest około 200 tys. herbów niemieckich przy 200 najpopularniejszych polskich).

    Kiedy tak naprawdę możemy mówić o tym, że określony ród używa herbu? Wtedy, gdy cały ród posługuje się jednym znakiem. Pieczętowanie się jakimś znakiem np. w XIII w. jeszcze o niczym nie świadczyło (vide znak napieczętny Sławnika z rodu Pałuków). Możemy ten znak napieczętny traktować jako godło przedheraldyczne, ponieważ było jego godłem osobistym. W przypadku opisywanego tu rodu okres przejścia do herbu rodowego mógł potrwać nawet stulecie.

    Trzeba tu też rozróżnić dwa pojęcia: ród genealogiczny oraz ród heraldyczny.

    W pierwszym występuje związek krwi między rodowcami, przyczyną powstania drugiego może być wspólnota etniczna powstała wskutek faktu wspólnego przybycia grupy osób z jednego rejonu w drugi (np. herb Prus używany był przez uciekinierów spod władzy krzyżackiej).

    Używanie herbu możnowładcy przez drobne rycerstwo czy też adopcja (o której za chwilę) prowadziło także do powstania herbu heraldycznego. W okresie zamykania się stanu szlacheckiego (XIV i 1 poł. XV w.) często w dokumentach spotykamy tzw. naganę, czyli oczyszczenie szlachectwa (naganiony szlachcic musiał przedstawić 6 świadków potwierdzających jego przynależność do ich, tj. świadków, rodów rycerskich).

    W wiekach późniejszych prawo do herbu nabywało się w Polsce także przez nobilitację (nadawanie nowego herbu); adopcję (przyjęcie do rodu herbowego). Najsłynniejszą adopcją było przyjęcie do polskich rodów bojarów litewskich (Horodło 1413 r.).

    Szlachta pochodzenia zagranicznego mogła uzyskać indygenat, czyli uznanie herbu własnego (było to swego rodzaju także nobilitacją).

    W późniejszych okresach nadawane przez króla herby musiały być zatwierdzone przez Sejm (który np. w 1616 r. zakazał adopcji; w 1664 wprowadził skartabellat, niepełne szlachectwo obowiązujące do 3 pokolenia; w 1775 r. zobowiązał nobilitowanych do nabycia dóbr ziemskich określonej wartości).

    Niewątpliwą cechą wyróżniającą polską heraldykę czasów I Rzeczypospolitej było niedopuszczenie przez szlachtę do wprowadzenia tytułów arystokratycznych (wyjątki to m.in. uznanie tytułów kniaziowskich). W związku z tym magnaci polscy zabiegali o owe tytuły u obcych monarchów.

    W okresie zaborów heraldyka polska i podział szlachty, nierównej przecież sobie majątkowo, zostały ściśle dostosowane do warunków austriackich, pruskich i rosyjskich. Jednym z celów zaborców, którzy wprowadzili obowiązek legitymowania się ze szlachectwa i posiadania odpowiedniego cenzusu majątkowego, było pozbycie się ze stanu herbowej szlachty – gołoty, nieosiadłej, bez urzędów (np. w zaborze rosyjskim w 1836 r. unieważniono wszystkie herby i tytuły, nakazując ich ponowną legalizację).

    Heraldyka żywa posługuje się swoistym językiem, wchodzącym w skład tzw. sztuki blazonowania tj. umiejętności opisywania herbów według ustalonych reguł oraz określający prawidła symboliki herbowej.

    Najważniejszymi zagadnieniami blazonowania są:

    • strony heraldyczne – prawa i lewa strona herbu są opisywane z punktu widzenia rycerza stojącego za tarczą (odwrotnie niż w naszym rozumieniu),
    • pochylenia tarczy w prawo (była przecież noszona przez rycerza na lewym ramieniu),
    • stałe, powtarzające się kształty i ustawienia godeł,
    • kurtuazja heraldyczna,
    • określony styl nazewniczy figur heraldycznych.

    Herb

    Herb to ustalona według określonych reguł oznaka osoby, rodziny, rodu lub korporacji, która (oczywiście w obrębie rodziny) stała się oznaką dziedziczną.

    Najistotniejsze elementy herbu to: tarcza, godło, hełm. Oprócz nich w skład herbu wchodzi klejnot oraz elementy dodatkowe: labry, ordery, trzymacze, płaszcze i dewizy. Istotnym wyróżnikiem herbu polskiego jest zawołanie, czyli proklama.

    Tarcza przechodziła swą ewolucję w średniowieczu od romańskiej poprzez wczesno-, średnio- i późnogotycką do turniejowej.

    Najbardziej zasadne w przypadku polskich herbów jest stosowanie tarczy hiszpańskiej, dla herbów zaś powstałych w XVI-XVII w., także turniejowej, biorąc pod uwagę upowszechnienie się jej w Polsce jako samodzielnego elementu heraldycznego dopiero w XVI w.

    Powierzchnię tarczy nazywamy polem. Do zdobnictwa pola tarczy używa się czterech podstawowych barw: czerwieni, błękitu, zieleni, czerni oraz dwóch metali: złota i srebra.

    Jedną z reguł heraldycznych jest zasada alternacji (zakaz kładzenia barwy na barwę i metalu na metal). Heraldyka polska często posługuje się barwą czerwoną i srebrem, na co zdaje się miał wpływ herb państwowy. Ze względu na małą liczbę herbów, barwa nie odgrywa w Polsce dużej roli.

    Godła heraldyczne wynikające ze znaków rozpoznawczych możemy podzielić na kilka grup (wg. klasyfikacji heraldyki zachodniej).

    1. figury zaszczytne,
    2. modyfikacje figur zaszczytnych,
    3. mobilia (figury mniej zaszczytne),
    4. figury (wyobrażenia fauny, flory martwej natury),
    5. przedmioty i narzędzia stworzone przez człowieka (np. budowle militarne, elementy uzbrojenia rycerskiego).

    Godła polskie możemy podzielić w zasadzie na dwie grupy:

    1. pierwotne znaki rozpoznawcze, używane także do pieczęci, znaki kreskowe, literowe z czasem upodabniające się do znaków stosowanych w heraldyce zachodniej,
    2. znaki rycerskie, chorągwiane według wzorów zachodnich.

    Hełm, opatrzony klejnotem zmieniał się ewolucyjnie, od pierwszego XII-wiecznego garnkowego chroniącego głowę i nos, poprzez kubłowe, dziobowe aż do XVI-wiecznego dekoracyjnego hełmu prętowego. Barwna chusta zaciągnięta z tyłu hełmu, przeobrażona czasem w dwubarwny płaszcz (nie powinien być mylony z prawdziwymi płaszczami tzw. palumentami używanymi przez rodziny utytułowane) – to labry.

    Klejnot będący ozdobą hełmu, którego zadaniem byto rozpoznanie noszącego go rycerza, a także odstraszenie przeciwnik. Najczęściej występujące jego rodzaje to powtórne godła, czasem z podkładką – pękiem pawich piór, dawne godło, godła dotyczące obyczajów, trzy lub pięć strusich piór. Te ostatnie często zastępował (niestety dzięki rytownikowi herbarza B. Paprockiego) dawne godła.

    Korony rangowe – oznaki godności świeckich – pojawiły się nad tarczami herbowymi (właściwie nad hełmami) dość późno w heraldyce polskiej.

    Najczęściej spotykana jest korona szlachecka pięciopałkowa o trzech fleuronach (liściach) i dwóch perłach. Oznaką godności w herbach osób duchownych jest kapelusz odpowiedniego koloru z dwoma sznurami, z odpowiednią ilością tzw. chwostów. Spotykamy także w herbie krzyże jedno- i dwuramienne oraz pastorał (za tarczą).

    Herb papieski zamiast kapelusza posiada tiarę, a także skrzyżowane za tarczą klucze św. Piotra (srebrny i złoty). Ponadto pod tarczę podkładano także w herbach świeckich oznaki posiadanych urzędów nadwornych lub ziemskich, np. klucze szambelańskie.

    Ozdoby herbu nie mające istotnego znaczenia to: labry, trzymacze (postacie alegoryczne lub zwierzęce), płaszcze oraz dewizy (wprowadzone w Polsce dopiero w XIX w.).

    Jak już wspomniałem istotnym wyróżnikiem heraldyki polskiej jest zawołanie (proklama), a więc znamię słuchowe, rzecz nie spotykana w heraldyce zachodniej. Jest to nazwa rodowa, używana zawsze z wyobrażeniem herbowym. Z czasem przy powstawaniu węższych grup rodowych jeden herb mógł posiadać kilka zawołań. Najczęściej wiąże się ono z nazwą wybitnego członka rodu, jego cech fizycznych, moralnych bądź umysłowych, jak również z nazwą odmiejscową wskazującą gniazdo rodowe, a także z nielicznie występującym wśród zawołań – hasłem, mogącym mieć różnoraki charakter.

    Ciąg dalszy w następnym numerze

    Michał z Łodzi

  • Pożegnanie

    Kilka słów o śp. Zbigniewie Żółtowskim

    Zbigniew ze Skierniewic
    Zbigniew ze Skierniewic

    Wartości spotkań z innymi nie mierzą się długością naszej z nimi znajomości. Niekiedy przez długie lata z kimś się widujemy, kolegujemy, lecz o prawdziwej przyjaźni nie ma mowy. A czasem niespodzianie ktoś inny po krótkim widzeniu staje się prawdziwym przyjacielem. Tak było między Zbyszkiem i mną zaczęło się od jego wizyty w Laskach, gdy przyjechał specjalnie, by nabyć książkę napisaną przeze mnie, więc kogoś o wspólnym nazwisku. Już wtedy, w 1988 r., nurtowała go myśl o utworzeniu rodowej wspólnoty.Po paru odwiedzinach Michała z Łodzi myśl ta stawała mi się coraz bliższa, chociaż nie myślałem o osobistym zaangażowaniu. Nagle włączył się w to Zbyszek. Przyjechał z Natalią, którą całkowicie pozyskał dla swej idei i przedstawił mi już konkretny projekt. Odtąd zaczął sprawę energicznie posuwać naprzód. Na zapoznawczym, założycielskim zebraniu zaobserwowałem jego sposób prowadzenia obrad. Był powściągliwy w mowie, dawał się wypowiadać innym, słuchał ich argumentów. Przede wszystkim doskonale utrzymywał pogodną i swobodną atmosferę. Gdy wynikła rozbieżność co do sposobu rejestracji Związku, Zbyszek, choć nie był przekonany, potrafił ustąpić, co zresztą okazało się później bardzo korzystne.

    Ujęła mnie jego delikatność, gdy w trzy dni po zjeździe w Skierniewicach przyjechał do mnie chorego, odwiedzić i opowiedział mi przebieg tego zdarzenia. Przywiózł zdjęcia, sprawozdania, statut. Spodziewałem się, że zostanie prezesem, on jednak wziął na siebie najbardziej niewdzięczną i pracochłonną funkcję sekretarza, a z czasem i skarbnika.Prowadził ogromną korespondencję, załatwił formalności z rejestracją Związku, znalazł taniego i starannego wydawcę dla kwartalnika.

    Wiele czasu i trudu zużył na przygotowania dwóch następnych zjazdów, jeżdżąc na proponowane miejsce i omawiając tam wszystko z kierownictwem domów wczasowych.

    Współpraca z nim była łatwa, gdyż miał wybitny zmysł organizacyjny, nie narzekał na trudności, nie podnosił nigdy swych zasług, nie chwalił się, kiedy coś się udało. Na jego przykładzie sprawdzało się powiedzenie, że najlepszym organizatorem jest ten, którego nie widać ani nie słychać.

    Nastąpił wreszcie na II. zjeździe dramat, gdy Zbyszek ciężko zaniemógł. W parę dni jednak już rozesłał listy do członków Zarządu, że czuje się dobrze i spodziewa się prędko wrócić do zdrowia.

    Wiadomość o Jego śmierci wydała mi się czymś niemożliwym. Ten człowiek tak żywotny, tak czynny, tak odporny… nie żyje… Nie zapomnę dnia Jego pogrzebu. Zjechaliśmy się, członkowie Związku, niektórzy z daleka. Jeszcze tak niedawno byliśmy sobie obcy, a dzięki osobie Zbyszka staliśmy się wielką wspólnotą. Czuliśmy potrzebę okazania Rodzinie Zmarłego naszej przyjaźni i szczerego współczucia. To nam dało okazję poznania najbliższych Jemu osób i ich wzajemnych stosunków, pocieszyć trochę Natalię. W kościele i na cmentarzu posłyszeliśmy, kim był Zbyszek w swoim otoczeniu. W parafii wiedziano, że ilekroć wystąpi jakaś potrzeba, na Jego pomoc zawsze można liczyć. W Radzie Miasta ceniono Jego kulturę w czasie obrad, odwagę w wypowiadaniu prawdy. Z przemówienia Prezydenta dowiedzieliśmy się coś niecoś o przeszłości Zbyszka, o Jego zaangażowaniu w sprawę narodową podczas okupacji i później oraz w stanie wojennym. Długo musiał za to cierpieć szykany ze strony władz bezpieczeństwa. Te fragmentaryczne dane pozwoliły zrozumieć jego tak zdecydowanego „ducha służby”. To w celu ratowania dóbr kultury i niesienia wzajemnej pomocy podjął myśl utworzenia naszego Związku z ludzi wywodzących się ze wspólnego pnia.

    Będzie nam Zbyszka bardzo brak, możemy jednak wszyscy brać z niego w niejednym przykład.

    Michał z Lasek (z Czacza)

  • Resurrecturis

    Zygmunt Krasiński,

    Zbigniewowi na pożegnanie

    Świat ten cmentarzem z łez, z krwi i błota, Świat ten, jak wieczna każdemu Golgota! Darmo się duch miota, Kiedy ból zrani; Na burze żywota Nie ma przystani! Los z nas szydzi w każdej chwili; Dzielnych strąca do otchłani – Giną święci, Sina mili – Żyją niecierpliwi! Wszystko się płacze – i nierozgmatwane. Śmierć w pobliżu – a w oddali Gdzieś na wieków późnej fali ZMARTWYCHWSTANIE

    B. W.

  • Sokolniki – Małachowo

    Gałąź Rodu Żółtowskich

    Straszliwa zawierucha wojenna unicestwiła tyle istnień ludzkich, zniszczyła przekazy i pamiątki rodzinne. Po wysiedleniu z domu rodzinnego zamieszkaliśmy w Warszawie i Powstanie Warszawskie dokonało ostatniego etapu zniszczeń. Z bardzo niewielu pamiątek zachowało się zdjęcie z 1922 r. ze Złotych Godów moich dziadków Heleny i Edmunda Żółtowskich. Na zdjęciu, wokół sędziwych Jubilatów zebrała się Rodzina. O niej chciałem napisać, chociaż czas zatarł tak wiele i tyle uległo zapomnieniu.

    Dziadek mój Edmund /1842-1923/ syn Adama Franciszka z pierwszego małżeństwa z Antoniną Sąchocką miał dwóch synów Bronisława /1863-1866/ i Władysława Adama /1865-1925/. Z drugiego małżeństwa z Heleną Mystkowską /1853-1942/ miał 4 synów i 7 córek. Był właścicielem majątków Sokolniki – Małachowo – człowiekiem niezwykle pracowitym i prawym. W czterdziestym roku życia, stracił wzrok, najprawdopodobniej z powodu złej szczepionki. Pomimo tego pracował nadal i dbał, aby tak liczne potomstwo ukończyło szkoły. Pogrzeb Jego przeistoczył się w manifestację miejscowej ludności, która drogę na cmentarz wymościła słomą, jako wyraz troski o człowieka godnego i zasłużonego.

    Moi Stryjowie. Syn Edmunda (z pierwszego małżeństwa) Władysław Adam /1865-1925/ ukończył Wydział Farmacji późniejszego Uniwersytetu Warszawskiego, doktoryzował się i został wykładowcą chemii oraz farmacji w Instytucie Weterynaryjnym w Warszawie. Miał aptekę w Warszawie, był właścicielem majątków ziemskich Chociszewo i Miączyn w Ziemi Wyszogrodzkiej. Mieszkał w Warszawie i był radnym w dwóch kadencjach, poświęcając się szczególnie sprawom szpitalnictwa i gospodarki komunalnej. Był kuratorem Szpitala Świętego Jana Bożego. Po wybuchu I Wojny Światowej wziął czynny udział w pracach Centralnego Komitetu Obywatelskiego. Miał trzy córki Halinę /1909-1982/, Antoninę /1911-1927/ i Marię /1911-1991/ oraz syna Kazimierza /1905-1970/.

    Kazimierz ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Do 1939 r. wybitny działacz Akcji Katolickiej. W czasie okupacji żołnierz AK, brał udział w Powstaniu Warszawskim. Poszukiwany po wojnie przez UB za działalność w Stronnictwie Narodowym i Komitecie Porozumiewawczym Organizacji Polski Podziemnej, uniknął aresztowania i opuścił w 1948 r. Polskę. Osiadł w Paryżu; przez pewien czas pracował w Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa. Namawiany przez UB do powrotu do Kraju, pomimo trudnych warunków finansowych i gruźlicy, nie poszedł na współpracę i pozostał na Emigracji. Członek Polskiego Towarzystwa Historyczne-Literackiego w Paryżu, znakomity znawca epoki napoleońskiej pracował do końca w Bibliotece Polskiej w Paryżu. Zmarł w 1970 r. pochowany na cmentarzu w Montmorency.

    Syn Kazimierza Edward /ur. 1934 r./ ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, dołączył do Ojca, mieszka w Paryżu, ceniony architekt, prowadzi Biuro Architektoniczne.

    Stryj Kornel Stanisław /1874-1950/ ukończył studia politechniczne Wydział Chemii w Berlinie Charlotenburgu i był znawcą barwników. Założył fabrykę barwników w Pruszkowie, jednak ze względu na stan zdrowia zaprzestał pracować zawodowo i osiadł w swoim majątku Szeromin odziedziczonym po Ojcu. Nieżonaty mieszkał i opiekował się Matką.

    Następny stryj Jan Antoni /1875-1949/ ukończył Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Zamieszkał w Poznaniu, gdzie poza pracą zawodową działał społecznie, będąc prezesem Związku Obrońców Kresów Zachodnich i Przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu Towarzystwa Pomocy Polonii Zagranicznej. W 1939 wyjechał do swego syna Janusza do Stanów Zjednoczonych i tam przeżył wojnę. Po zakończeniu wojny powrócił do Kraju, zamieszkał w Poznaniu, gdzie zmarł w 1949 r., tamże został pochowany. Ożeniony z Zofią Łukawską miał dwie córki: Zofię Marię /ur. 1907/ i Danutę /1905-1983/ oraz syna Janusza /1903-1969/.

    Janusz ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu w Poznaniu oraz Prawo Międzynarodowe w Hadze. Rozpoczął karierę dyplomatyczną od pracy w Ambasadzie Polskiej w Paryżu, a w 1935 został radcą finansowym Ambasady Polskiej w Waszyngtonie. W 1950 nie godząc się z kierunkami polityki rządu PRL poprosił o azyl w Stanach Zjednoczonych. Aktywny uczestnik procesu wytoczonego władzom francuskim w sprawie o transport polskiego złota z Banku Francji. Uczestniczył w rokowaniach finansowych polsko – amerykańskich.Podpisał deklarację San Francisco ONZ w imieniu Polski. Zmarł na atak serca pochowany w Nowym Jorku. Siostry Janusza mieszkające w USA, jako spadkobierczynie domów w Poznaniu, przekazały je na dobro Zakładu dla Ociemniałych w Laskach.

    Najmłodszy z synów Edmunda Józef Marian /1883-1974/ jako uczeń Gimnazjum im. Stanisława Małachowskiego w Płocku za udział w organizacjach politycznych został wydalony z tzw. wilczym biletem ze szkoły. Ukończył Gimnazjum w Carskim Siole oraz Instytut Elektrotechniczny Politechniki w Petersburgu. Rozpoczął pracę w łączności i szybko awansował na Dyrektora Okręgu Poczt i Telegrafów w Wilnie, a następnie w Warszawie. W 1936 r. nie zgadzając się z nieprawidłowościami w metodach redukcji pracowników łączności podał się do dymisji. Zamieszkał w majątku swojej żony w Pstrokoniach koło Piotrkowi. Zamiłowany rolnik doprowadził upadający majątek do świetnego stanu. Po wojnie, pomimo propozycji powrotu do pracy w łączności, wolał pracę na wsi i jako administrator pracował w Państwowych Nieruchomościach Ziemskich na Opolszczyźnie. Ożeniony z Janiną Strzeszewską nie pozostawił potomstwa. Zmarł w Briańszczyku w Domu Opieki Ministerstwa Zdrowia.

    Następny z synów Edmunda to mój Ojciec Stefan Julian/1979-1953/. Ukończył szkołę średnią w Płocku i Szkołę Rolniczą w Dublanach – późniejszy Wydział Rolniczy Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. W Niemczech odbył praktykę rolniczą. Wspominał ją jako niezwykle twardą, ale bardzo korzystną zawodowo. Doskonale przygotowany do pracy był właścicielemmajątków Sobowo i Szeromirz, który odkupił od swego brata Kornela. Był człowiekiem niezwykle pracowitym, zamiłowanym rolnikiem, a zwłaszcza hodowcą koni i krów. Czynny w Związku Ziemian stawał się niezwykle surowy dla właścicieli zaniedbanych i źle prowadzonych majątków ziemskich. Uważał, że główną przyczyna, zacofania polskiej wsi jest zły przykład płynący z góry. Dobry przykład i właściwy instruktaż rolniczy to jego dewiza. Prawie własnym sumptem doprowadził do wybudowania 6 km szosy, do majątku, oczywiście mobilizując okolicę i przekonywując o wadze dobrej bitej drogi.

    Ranny we wrześniu 1939 r. cudem uniknął aresztowania, które objęło wszystkich właścicieli ziemskich tej okolicy, uciekając do Warszawy. Zostaliśmy wysiedleni w grudniu 1939 r. i dołączyliśmy do Ojca w Warszawie. Po wojnie Ojciec wyjechał na tzw. Ziemie Odzyskane, gdzie został administratorem zespołu majątków Państwowych Nieruchomości Ziemskich w Koszalińskiem.

    W 1948 r. przed tzw. procesem szczecińskim (skazano na karę śmierci oraz długoletnie więzienia wielu byłych ziemian pracujących w Państwowych Nieruchomościach Ziemskich) przeniósł się do Zarządu Majątków SGGW, gdzie pracował do 1952 r. Zmarł w roku 1953 w Warszawie i tamże pochowany.

    Ożeniony z Romaną Woyno ,1891-1968/ miał córkę i trzech synów.

    Córka Maria Szulc /ur. 1926/ ukończyła Wydział Prawa UW, długoletni Sędzia Wydziału Cywilnego Sądu dla miasta Warszawy, obecnie na emeryturze.

    Najstarszy syn Stefana Juliana, Jerzy ukończył Wydział Rolniczy SGGW w Warszawie specjalizując się w hodowli koni. Rozpoczął pracę w Stadninie Państwowej w Kozienicach, ale ze względy na pochodzenie, były to wczesne lata pięćdziesiąte, wyperswadowano mu to skutecznie: „skończyły się czasy, kiedy panicze jeździli na koniach” (cytat z argumentacji tzw. kadrowca). Zmuszony do rezygnacji pracował w Zjednoczeniu Hodowli Drobiu. Zmarł w 1969 r. w wieku 47 lat. Ożeniony z Haliną Zaborowską pozostawił dwóch synów Andrzeja /ur. 1954/ i Witolda /ur. 1960/.

    Drugi mój brat Andrzej /1925-1944/ ukończył Gimnazjum W. Górskiego w Warszawie i rozpoczął studia na Tajnej Politechnice Warszawskiej. Żołnierz AK, zginął 15 czerwca 1944 r. w akcji na Bielańskiej, gdzie usiłowano uprowadzić samochód z mundurami niemieckimi. Mieszkanie nasze zostało zapieczętowane przez Gestapo, a cała rodzina cudem uniknęła aresztowania. Musieliśmy natychmiast opuścić Warszawę.

    Najmłodszy z synów Stefana Juliana, Stefan /ur. 1928/, piszący te słowa, ukończył Gimnazjum im. W. Górskiego w Warszawie oraz Wydział Lekarski UW. Pracując jako specjalista radiolog w szpitalach warszawskich wyjechałem w latach 1965-1967 do pracy w Tunisie. W 1973-1978 przebywałem w Algierii pracując jako wykładowca i specjalista radiolog na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu w Oranie. Od 1989 r. na emeryturze, ze względu na stan zdrowia możliwa jest dla mnie jedynie praca w niewielkim wymiarze godzin. Poślubiłem Zofię Kozielską /ur. 1933/. Mam syna Stefana /ur. 1962/ i córkę Marię /ur. 1963/ z męża Czarnecką.

    Syn Stefan architekt ma troje dzieci Aleksandra /ur. 1986/, Zofia /ur. 1988/ i Stefan /ur. 1991/.

    Wspólnym rysem wszystkich opisanych ludzi była praca dla dobra Kraju i Rodziny. Ze wszech miar uczciwi, każdy w swoim kręgu zyskiwał szacunek i poważanie.

    Stefan z Warszawy – Podkowy leśnej

  • Wspomnienie o śp. Zbigniewie Żółtowskim ze Skierniewic

    Dęblin 1927 – 1994 Skierniewice

    Świadomość, że Związek nasz powstał i zaczął żyć dzięki Jego uporowi i pracy upoważnił mnie do odtworzenia drogi życia Zbyszka. By to przybliżyć nam wszystkim, podaję skrócone kalendarium.

    Przedwojenne miejsce zamieszkania rodziców Zbyszka – Dęblin, śp. Jego Ojciec bowiem pracował w Szkole Lotniczej.

    Wojenne miejsce zamieszkania – Ożarów Kielecki, pow. Opatów.

    • 1942 r. – aresztowanie Ojca i wysyłka do obozu Oświęcim; wojna – kilkunastoletni Zbyszek zostaje łącznikiem przy oddziałach partyzanckich – za przykładem starszego brata jest w NSZ;
    • 1944 r. – śmierć Matki;
    • 1945 r. – Ojciec wraca z obozu Oświęcim ciężko chory na gruźlicę;
    • 1945-1946 – pielęgnacja Ojca, który umiera w 1946 r.;
    • 1947 r. – zdaje maturę w Szczecinie (po tajnym nauczaniu w czasie wojny);
    • 1947 r. – przyjęty na Wydział Architektury Uniwersytetu Wrocławskiego;
    • 1945-1948 – opieka nad młodszą siostrą. Umieszcza ją w internacie sióstr de Nótre Dame w Poznańskiem, następnie w internacie przy Liceum Pedagogicznym w Bielsku-Białej. Tam poznaje koleżankę siostry Natalię Stefanowską;
    • 1948 r. – zapada na gruźlicę i jest skierowany do sanatorium w Obornikach Śląskich;
    • 5 V 1951r. – ślub z Natalią Stefanowską; rodzą się dzieci;
    • 1961-1962 – nawrót gruźlicy, dwie poważne operacje;
    • 1969 r. – wraz z rodziną przenosi się do Skierniewic;
    • 1971 r. – uzyskuje dyplom inżyniera na Wydziale Budownictwa Lądowego Politechniki Warszawskiej;
    • 1979 r. – zakłada przedsiębiorstwo handlowo-hodowlane (kurniki) na Feliksowie k/Skierniewic;
    • 1989 r. – kończy budowę domu mieszkalnego przy ul. Feliksów 67 w Skierniewicach, równocześnie likwiduje fermę kurzą;
    • 1989-1994 – jest sekretarzem Unii Demokratycznej na województwo skierniewickie; jest radnym miejskim, następnie członkiem Zarządu Miasta; zostaje specjalistą od inwestycji przy Sejmiku Wojewódzkim; organizuje i doprowadza do otwarcia Domu Dziennego Pobytu emerytów w Skierniewicach; do śmierci jest członkiem Rady Parafialnej;
    • VII-VIII 1994 – rezygnuje ze wszystkich funkcji, by poświęcić się wyłącznie pracy dla Związku Rodu Żółtowskich.

    Gdy spisałem te daty i prześledziłem fakty, uznałem, że Zbyszek nam znany a człowiek, z którego życiem dano mi się zapoznać, to są dwie różne osoby. Niektóre dane z kalendarium wskazują, że był człowiekiem obdarzonym niezniszczalnym zdrowiem, energią „przenoszącą góry”.

    Lecz cóż wtedy począć z pielęgnacją chorego ojca, z opieką – niemal matczyną – nad siostrą? A cóż począć z naszymi wspomnieniami o nim? – Zbyszek apodyktyczny? przenigdy.

    Zbyszek „przenoszący góry”? – skądże. I owszem świetny organizator, człowiek, któremu wszystko się układa, ale przecie zawsze zgodny, zawsze pogodny, zawsze ku ludziom.

    Być to więc musi inna osoba.

    W realiach lat siedemdziesiątych członek Zarządu Miasta czy radny popadał zawsze w kolizje, nawet jeśli nie wspinał się po drabinie awansów partyjnych. Dlaczego więc Zbyszek nie popadał w kolizje?

    Próżno szukając logicznego powiązania zdarzeń i charakteru uznałem, że Zbyszek posiadł „tajemny klucz”, którym wiele, jeśli nie wszystkie, zamki otwierał. Klucz ten pozwolił mu namówić mnie do współorganizowania Związku i na pewno tym samym kluczem przywodził do decyzji i zgody na posiedzeniu Rady Miasta czy Zarządu.

    Tajemny klucz Zbyszka?!

    Inżynieria lądowa? a może tylko i jedynie niewzruszone wewnętrzne przekonanie, że trzeba działać, by innym pomóc. Że rzeczywiście trzeba innym pomóc, ponieważ ludzie nie przemieszkują oddzielnie na indywidualnych, bezludnych wyspach, że każdy z każdym winien i musi zbudować most. Inżynieria lądowa? Tak, lecz nie inżynieria betonowych schronów, a inżynieria łączności między ludźmi. Budowanie mostów bo most to pomost. Bo most czy pomost to coś wspólnego. Z tej i z tamtej strony zeń korzystają i każdy nań wyrazi zgodę. A każde budowanie wymaga solidnego fundamentu.

    W końcu tak bym to określił. Zbyszkowy „tajemny klucz” to fundament poczynań naszej rodziny. Ten sam, który wysunął Żółtowskich na czoło społeczności Wielkopolski w dziewiętnastym wieku i ten sam, którym mamy posługiwać się dzisiaj.

    Pisząc te słowa przed Świętami składam wszystkim życzenia, by każdy z nas usiłował znaleźć „tajemny klucz” śp. Zbyszka.

    Andrzej Ludwik z Warszawy