Garść wspomnień z przeszłości

Praktyka i ćwiczenia wojskowe w 15. Pułku Ułanów Poznańskich 1938-1939

Kontynuujemy cykl wspomnień Michała Żółtowskiego, ur. w 1915 roku, syna Jana z Czacza, ziemianina wielkopolskiego. Przedstawione fragmenty dotyczą praktyki i ćwiczeń wojskowych w latach 1938-1939 po ukończeniu Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu.

[1938]

Razem z Andrzejem Żółtowskim otrzymaliśmy przydział do 15. Pułku Ułanów Poznańskich. W Poznaniu cieszył się on uznaniem, a przed kościołem OO Franciszkanów przy ul. Nowej stał poświęcony mu pomnik. Kompozycja nawiązywała do wizerunku św. Jerzego, który przebija włócznią leżącego na ziemi smoka. Nie darmo żurawiejka pułku głosiła:
Bolszewicką krwią zbroczony,
to piętnasty pułk czerwony.
Lance do boju, szable w dłoń,
bolszewika goń, goń, goń.
Za walki na Białorusi w 1919 i 1920 roku pułk otrzymał 23 IV 1921 roku z rąk Marszałka Piłsudskiego order Virtuti Militari; wśród trzydziestu ośmiu pułków kawaleryjskich był jednym z czterech, które zdobyły to wysokie odznaczenie.

Pierwszym dowódcą był w 1918/19 roku. ppor., potem mjr, Józef Lossow z Gryżyny, najbliższy sąsiad naszego rodzinnego Czacza. Mój ojciec cenił go bardzo za prawy charakter. Gdy pułk okrzepł, dowództwo przeszło w ręce zawodowych oficerów. Pierwszym był ppłk Władysław Anders, drugim – płk Gwido Poten, były oficer austriacki, który z całym przekonaniem stał się Polakiem; trzecim – płk Stanisław Grzmot-Skotnicki, jeden z siedmiu założycieli kawalerii w Legionach. W 1937 dowództwo przejął ppłk Tadeusz Mikke, człowiek dbały o dyscyplinę we wszystkich dziedzinach. Zginął, podobnie zresztą jak Grzmot-Skotnicki, w czasie kampanii wrześniowej.

Po ukończeniu podchorążówki mieliśmy krótki urlop, po czym stawiliśmy się w pułku, kwaterującym wtedy w powiecie szamotulskim. Z okresu tzw. koncentracji przed letnimi manewrami najbardziej pozostały mi w pamięci dwie przeprawy przez Wartę.

Wieczorem zarządzono nocne ćwiczenia w pełnym uzbrojeniu. Gdy zaczęło świtać, znajdowaliśmy się na zalesionym wzniesieniu, u podnóża którego w wąskim korycie płynęła Warta. Znad wody unosiła się mgiełka, mimo to widzieliśmy wyraziście na drugim brzegu płonące ognisko i grzejące się przy nim dowództwo. Scena ta przypominała znane z historii obrazy. Gdy padł rozkaz przeprawy, zaczęliśmy trójkami zjeżdżać do wody. Konie wszedłszy do rzeki, od razu musiały płynąć. Obserwowaliśmy kolejne szeregi zanurzające się w wodę. Kilka koni zaczęło tonąć, na Warcie znajdowała się jednak łódź z ratownikami, ściągali więc ułana do siebie i zabierali do łodzi, koń zaś bez jeźdźca szybko odzyskiwał równowagę. Większość koni opuszcza nisko zadnie nogi, tak że płynie w pozycji prawie pionowej. Najbardziej należy uważać, by woda nie nalała się zwierzęciu do uszu, gdyż wtedy tonie. Najlepiej, gdy jeździec się zsunie i trzymając się grzywy daje się nieść. Pode mną koń zaczął tonąć; zostawiłem go i sam dopłynąłem do brzegu.

W czasie marszów kwaterowaliśmy zwykle po wsiach, gościnnie przyjmowani przez mieszkańców. Jako sekcyjny, a po pewnym czasie „oficer prawoskrzydłowy”, miałem możność przyjrzeć się ułanom. Imponowało mi ich ogólne wyrobienie. W wielkopolskich pułkach służyli przeważnie chłopcy pochodzący z wschodnich kresów Polski. Czytania i pisania uczyli się w wojsku. Wymagano od nich, by byli zawsze umyci, ogoleni, by utrzymywali wszystko dookoła siebie w nienagannym porządku i czystości. W obecności podoficera nie wolno im było kląć. Po roku służby można było zlecić im różne prace gospodarcze i liczyć, że solidnie je wykonają. Służba trwała pełne dwa lata.

W pierwszych tygodniach ćwiczeń ułani dali mi niezapomnianą lekcję. Po długim marszu w upale i kurzu zajechaliśmy do jakiejś wsi i wskazano mojej sekcji wyznaczoną zagrodę. Widząc, że jesteśmy zmęczeni i spragnieni, poprosiłem gospodynię o coś do picia. Wyniosła zaraz duży dzban kwaśnego mleka. Zaprosiłem moich pięciu ułanów, by przyszli i napili się. Zawstydziła mnie ich odpowiedź: „Ależ, panie podchorąży, my nie możemy. Trzeba wpierw konie napoić, dać im siana, potem wyczyścić, dać im owsa, wyczyścić rzędy, a dopiero potem możemy pić”. Zaimponowała mi postawa tych wiejskich chłopców, dla których służba w kawalerii była prawdziwą szkołą życia.

17 września 1938 roku zakończyła się moja „praktyka” w pułku. Z Poznania wybrałem się na Jasną Górę, by podziękować Matce Bożej, że ta służba, która zapowiadała się niefortunnie, skończyła się pomyślnie.

Tymczasem na horyzoncie gromadziły się chmury. Niemcy zajęły Sudety, Węgry, Ruś Zakarpacką, a Polska Zaolzie. Niektórzy koledzy z Grudziądza, mający przydziały do pułków stacjonujących na granicy z Niemcami, nie zostali zwolnieni do cywila. Mnie czekały zasadnicze decyzje życiowe i rozpoczęcie praktyki rolniczej w Niechanowie.

[1939]

Niespodziewanie w końcu kwietnia [1939] otrzymałem wezwanie do pułku na ćwiczenia wojskowe rozpoczynające się 1 maja. 15. Pułk Ułanów stacjonował w Poznaniu przy ul. Grunwaldzkiej. Najpierw pojechałem do rodzinnego domu w Czaczu po mundur. Panowała śliczna, ciepła pogoda. Moja Matka powiedziała mi: „Weź aparat i fotografuj to wszystko dookoła, bo z tego nic nie zostanie”. Porobiłem trochę zdjęć, najlepsze przedstawia starą oficynę, otoczoną kwitnącymi gruszami. Nigdy nie kwitły bujniej niż wówczas, lecz i dla nich zbliżał się koniec – nie przetrzymały mroźnej zimy 1940 roku.

Nazajutrz zameldowałem się w pułku. Myślę, że dziś większość czytelników nie wie, jak wyglądały takie ćwiczenia. Nasz pułk niedawno otrzymał nowego dowódcę. Na miejsce płk. Konrada Zembrzuskiego, który podobno trochę rozpuszczał oficerów, mianowany został ppłk Tadeusz Mikke, oficer służbisty i wymagający. Zajęcia zaczynały się o godz. 7 rano i trwały z przerwą obiadową do 16. Po 16 oficerowie ćwiczyli ujeżdżanie koni lub władanie białą bronią – przygotowując się do eliminacji w brygadzie przed mistrzostwami Polski w „Militari”. Była to ciężka próba odpowiadająca dzisiejszemu Wszechstronnemu Konkursowi Konia Wierzchowego – WKKW, dochodziło do tego władanie białą bronią, – szablą i lancą oraz strzelanie w pełnym galopie z pistoletu do manekinów. Uczestnicy konkursu stawali pierwszego dnia do próby na ujeżdżalni, drugiego do biegu przeszkodowego w terenie na trasie 36 km. Trzeciego dnia odbywał się konkurs hippiczny. Jeźdźcy i konie tak byli wówczas zmęczeni, że z trudem przechodzili przez tę próbę. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję widzieć pracę oficerów i bardzo mnie to interesowało. W poprzednim roku nasz pułk zdobył zespołowo pierwsze miejsce w polskiej armii.

Stosunek podoficerów do odbywających praktyki i ćwiczenia podchorążych nie zawsze był życzliwy. Dopiero przez osobisty kontakt zyskiwało się ich sympatię. Zwłaszcza kaprale odnosili się do nas z rezerwą, czasem z niechęcią. Zazdrościli podchorążym łatwości w zdobywaniu – dzięki posiadaniu matury – stopni wojskowych. Kapral w służbie czynnej musiał przejść normalną dwuletnią służbę i twardą szkołę podoficerską. Potrzebował czterech lat, by zostać pełnym kapralem. Matura wojskowa była dostępna dla wachmistrzów, lecz nauka, przy równoczesnym pełnieniu służby, przekraczała na ogół ich możliwości. Znałem kilku oficerów, którzy tego dopięli, lecz pamiętam wybitnych starszych wachmistrzów, którym się to nie udało.

W pierwszych dniach maja, po udziale w defiladzie na 3 Maja, cały pułk wyruszył na poligon do Biedruska pod Poznaniem. Położony na terenie dawnego majątku niemieckiego poligon przedstawiał się dość malowniczo. Rozległe łąki urozmaicone niewielkimi kompleksami lasów. W części zamieszkanej stały murowane baraki, rozrzucone na sporej przestrzeni, stajnie, kasyno oficerskie i kaplica. Na uboczu znajdowały się koszary stacjonującego tam 7. Pułku Strzelców Konnych. Miałem okazję przyjrzeć się ćwiczeniom oficerów z tego pułku we władaniu białą bronią. Rąbanie łóz, czyli ścinanie szablą w pełnym galopie pionowo w stojakach ustawionych prętów łoziny szło im znakomicie. Wkrótce w eliminacjach do ogólnopolskich mistrzostw zespół 7. Pułku Strzelców Konnych zdobył pierwsze miejsce indywidualnie i zespołowo, wywołując ogólne zdziwienie, gdyż pułk był w brygadzie Kopciuszkiem w konkurencji z pozostałymi. Wspominam o tym celowo, by podkreślić znaczenie najwyższego przełożonego w dużym zespole ludzkim.

W 7. Pułku Strzelców Konnych przed rokiem zmienił się dowódca. Na miejsce dobrodusznego, lecz niezbyt wymagającego pułkownika mianowano jego zastępcę, zdolnego i kompetentnego oficera. Pułk się odrodził. Sukces na zawodach był zewnętrznym tego wyrazem, lecz udział w kampanii wrześniowej dał jeszcze pełniejsze świadectwo. Pułk walczył nadzwyczaj ofiarnie i stracił 65% oficerów. Do Warszawy doprowadził go oficer rezerwy, gdyż wszyscy oficerowie zawodowi byli ranni. Takie są fakty.

Ćwiczenia w Biedrusku stały się dla mnie okazją do poznania etatowego dowódcy mego plutonu, por. Romana Rożałowskiego. Roman Rożałowski – syn polskiego oficera w służbie carskiej, absolwent Korpusu Kadetów – był oficerem z powołania. Po ojcu odziedziczył krótką szablę kozacką, która doskonale mu służyła podczas zawodów. Jako drugi wicemistrz polski w „Militari” otrzymał w nagrodę swoją klacz służbową na własność. Zachowałem w pamięci jego kulturę w stosunkach z ludźmi, bezpośredniość i kontakt z ułanami, którzy bardzo go lubili. Pamiętam moment w naszej współpracy, gdy przed końcem zajęć podoficer zawołał: „A teraz wszyscy idą zbierać konwalie dla narzeczonej pana porucznika!” Ułani jak jeden mąż rzucili się do roboty i po chwili przynieśli potężny bukiet.

Mój dowódca plutonu miał zdrowy sąd i doświadczenie w sprawach kierowania ludźmi. Zbliżała się wizytacja pułku przez gen. Romana Abrahama, dowódcę Brygady Wielkopolskiej. Gen. Abraham znany był z temperamentu i bezpośredniości w obcowaniu z innymi. Dał się poznać w 1918 roku podczas obrony Lwowa jako dowódca szwadronu i w czasie walk na Kresach Rzeczypospolitej. Był raczej typem doskonałego partyzanta niż sztabowca. W niczym nie przypominał swego ojca, znanego profesora prawa kanonicznego na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Mnie, niedoświadczonemu, wydawało się, iż najlepiej zaprezentuje się szwadron pierwszy, dowodzony przez znanego z sukcesów na torze wyścigowym mjr. Władysława Bobińskiego, oficera bardzo wymagającego. Szwadron był doskonale wyszkolony, oba plutony miały dobrych dowódców. Por. Rożałowski, słysząc moje uwagi, roześmiał się: „Zobaczy pan, że będzie odwrotnie!” Izaczął wyjaśniać, że jeśli szkoli się jakąś grupę ostrością i surowością, jak jego zdaniem było w I szwadronie, to w decydującej chwili najlepiej wyszkoleni zawodzą. Nie dowierzałem mu jednak.

Wizytacja zaczęła się od I szwadronu. Okazało się, że por. Rożałowski miał rację. Na pokazie władania szablą nastąpiło załamanie, ułani zawiedli na całej linii. Przyszła pora na nasz, III szwadron, uchodzący za „rozpuszczony”. Ani obaj porucznicy, ani dowódca, rtm. Czesław Małachowski, nie stosowali ostrych środków. Zgodnie z programem czekało nas strzelanie. Szwadron uzyskał najlepszą ocenę. „Widzi pan!” – rzucił mi wtedy por. Rożałowski. Ciekawy szczegół dotarł do mnie na temat ułana Błaszczyka, cichego i skromnego chłopca, który uzyskał najwyższą liczbę punktów: „On całą noc się modlił” – mówili koledzy.

Przegląd pułku skończył się i z całą kadrą poszedłem na obiad do kasyna oficerskiego. Na progu przywitał gen. Abrahama ppłk Mikke z tacą, na której stały kieliszki, butelka żubrówki i cieniutko pokrajana wędlina. Generał żachnął się i odsunął tacę: „Czy nie wiecie, że na wizytacji nie podaje się wódki?” Pułkownik nie dał się zbić z tropu: „Ależ, panie generale, pan mi nie odmówi kieliszeczka żubrówki i wędliny z dzika mego strzału?” Abraham zmiękł i wypił jeden kieliszek, po czym zaczął opowiadać: „Wracam właśnie z wizytacji 17. Pułku Ułanów w Lesznie. W kasynie widzę ułana ubranego w biały kitel. Mówię im: „Co to za małpa? Niech biegnie zaraz do siebie i zdejmie ten kitel. To jest żołnierz, nie możecie robić z niego kelnera.” I musieli to zrobić”.

O szczegółach wizytacji w Lesznie dowiedzieliśmy się od kogoś z otoczenia generała. Abraham polecił zatrąbić na alarm. Gdy pułk stawił się na placu konno i w uzbrojeniu, polecił szwadronom galopować dookoła placu, a sam stał i patrzył. Po dziesięciu minutach konie okryły się potem, w końcu pianą. Mówiono, że są przekarmione, i dowódca brygady chciał się przekonać o ich wytrzymałości. Pułk miał wkrótce okazję wykazania się podczas marszu na odsiecz Warszawie. Za zwycięskie starcie pod Walewicami został odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Można to było uznać jako odwet za złośliwą żurawiejkę, ułożoną w 1920 r. na tę jednostkę: „Czy to świta, czy to dnieje, „Siedemnastka” zawsze wieje”.

Wszystkie trzy pułki Wielkopolskiej Brygady kawalerii poniosły ciężkie straty w czasie kampanii wrześniowej, również i nasza „Piętnastka”. Zginął jej dowódca, ppłk Mikke, oraz kilku oficerów, inni byli ciężko ranni.

Ćwiczenia miały się ku końcowi, gdy któregoś dnia zebrano podchorążych i powieziono ciężarówką do Pamiątkowa pod Poznaniem. Wyszliśmy tam na wzniesienie, skąd rozpościerał się rozległy widok na okolicę. Był z nami mjr Władysław Bobiński, który miał przeprowadzić egzamin z terenoznawstwa i dowodzenia. Wyciągnęliśmy mapy i staraliśmy się ustalić nasze położenie. Major zaczął rzucać pytania w rodzaju: „W której wsi znajduje się wieża kościelna?”. Przed nami leżało parę osiedli i więcej niż jedna wieża.Ustalenie, o którą chodzi, nie było łatwe. Wciąż padały podobne pytania.

Dowiedzieliśmy się później, że ten egzamin stanowił jeden z elementów naszego awansu na podporuczników. Na szczęście, przed mobilizacją zdecydowano wstrzymać nadania ze względu na zapotrzebowanie na kadry podoficerskie. Wielu podchorążych zawdzięczało temu, że nie znalazło się w Katyniu.

Żegnając się z oficerami i podchorążymi po zakończeniu ćwiczeń 15 czerwca wyznaczyliśmy sobie rendez-vous na wojnie. I to, niestety, okazało się trafne.

Michał Żółtowski z Lasek

Laski, maj 2001 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.