Tydzień z życia emigranta


Londyn

Poniedziałek

W tym dniu zawsze czuję się bardzo zmęczona, ponieważ w niedzielę – wbrew pozorom – raczej nie odpoczywam. Ale o tym później. Staram się wstać w miarę wcześnie, co nie zawsze mi się udaje. Ale cieszę się, że do 16:00 mogę odsapnąć po niedzielnym zamieszaniu. Dziś muszę ugotować obiad. W zależności od nagromadzonych obowiązków albo gotuję coś bardzo prostego, np. spaghetti, albo coś bardziej wyszukanego, np. paprykę nadziewaną. Zazwyczaj mam za mało czasu, więc uciekam się do pierwszego rozwiązania… niestety. Potem czas na poniedziałkowe sprawy – a zawsze coś niespodziewanie wyskoczy – a to kolejna sprawa związana z parafią, a to wyszukiwanie czegoś, dla kogoś w Internecie i tak dalej… I już mam dość poniedziałku, który miał być relaksujący, chociaż do 16:00! O 16:00 zaczynam szykować się do pracy, wkładam, „wspaniały, supermodny” mundurek TESCO i ruszam na piechotę na 17:00. Jak zwykle strasznie dużo ludzi, a mnie czeka monitorowanie postępów klientów w opanowywaniu technik kasy samoobsługowej. Ponieważ kasa umie wyrażać tylko określone zwroty, a poza tym nie reaguje na słowa klienta, zawsze obrywam ja. Dziś nie było tak źle, tylko kilka angielskich furiatek, które myślały, że znają się na komputerach, obrzuciło mnie wyzywającym, pełnym nienawiści spojrzeniem. Obyło się bez gestykulacji, choć z lekkim przeklinaniem, ja udaję, że mnie to nie obchodzi. Choć zawsze powtarzam w myślach – to nie ja wymyśliłam tę kasę! Godzina 23:00, zamykam samoobsługę i zaczynam „spacer” ze zwrotami po półkach. To chyba najprzyjemniejsza pora, do pracy przychodzi nocna zmiana, w większości polska i można „nielegalnie” poplotkować między regałami. Czas relaksu… O 24:15 wreszcie marsz do domu, do ciepłego łóżeczka – cudownie! Szkoda tylko, że pobudzona tescowymi światłami nie mogę zasnąć do 3:00…

Wtorek

Dziś mam zajęcia na uczelni, obiadu nie gotuję, ciocia mnie wyręczy. To dzień, jeden z najprzyjemniejszych w całym tygodniu. Po prawie nieprzespanej nocy ciężko jest wstać o normalnej porze, więc mimo że budzik mam nastawiony na 9:00, wstaję zazwyczaj później zła, że zmarnowałam godzinę. Bez pośpiechu śniadanko i inne takie tam. Odrabiam zadanie domowe i o 13:30 ruszam z domu do metra. Zajęcia dopiero o 15:30, ale dojazd zajmuje mi od 1,5 do 2 godzin, a bardzo nie lubię się spóźniać. Metro to chyba najlepszy usypiacz, monotonne ruchy w tunelu powodują, że pasażerowie padają jak muchy. Ja staram się nie poddawać i uparcie, nie marnując czasu, czytam książkę. Na uczelni spotykam znajomych i od razu mi lepiej. W domu jestem dopiero koło 20:00, kiedy już jest ciemno. Kolejny dzień minął, a ja nawet nie zdążyłam dobrze o nim pomyśleć.

Środa

Wstaję o 6:00 rano!, to absolutnie nieludzka pora. Idę na zajęcia na 9:30, więc muszę wyjść odpowiednio wcześniej. Tym razem zasypiam w metrze, nawet na stojąco, to silniejsze ode mnie – kilka razy przespałam stację, obudziłam się i nie wiedziałam, gdzie jestem. Tym razem wysiadam na dobrej stacji. Za to mam problem z dopchaniem się do autobusu. Może wyjaśnię, mój uniwersytet znajduje się w parku nad stawem, za polem golfowym. Więc, żeby się tam dostać ze stacji, trzeba poczekać na mały, (ze względu na wąską, stromą drogę) autobus uczelniany. W związku z ograniczoną liczbą miejsc, toczy się zawsze walka o wejście do autobusu. Idą w ruch łokcie, torby i inne akcesoria pomagające w przepchaniu się przez tłum. Dziś… zostałam na przystanku, muszę czekać na następny i wszystko zacznie się od nowa. Do domu wracam na tyle wcześnie, żeby zrobić obiad, dziś może coś bardziej wyszukanego. A wieczorem… spotkanie Rady Parafialnej, mamy omawiać uroczystość przybycia św. Mikołaja do naszej parafii, zakup drukarki i kilka innych niecierpiących zwłoki spraw. Szczerze mówiąc środa to jeden z dwóch moich wolnych wieczorów w tygodniu, które mogę spędzić z mężem, więc jestem lekko zła, ale tłumaczę sobie – tak trzeba! Spotkanie skończyło się po 22:00, czas do domu i znów spać. Jak ten czas szybko leci.

Czwartek

Dziś czeka mnie cotygodniowe redagowanie i edytowanie informatora parafialnego, zajmuje mi to około trzech godzin (informator na szczęście ma sześć stron, jak na razie). Potem wypadałoby zająć się sprawami uczelnianymi – zadania domowe, szkolenie języka, a potem na 19:00 do pracy. Oczywiście nie wszystko idzie zgodnie z planem, bo na przykład ktoś dzwoni, żeby coś załatwić, kto inny prosi o pomoc – jakże mogłabym odmówić? Więc zajęta tymi wszystkimi sprawami, zapominam pojechać do banku, zrobić porządek w papierach, wstawić pranie… Mam dość! Za dużo mam na głowie… a trzeba dalej działać. Zagubiona, postanawiam rzucić wszystko i obdzwonić rodzinkę w Polsce – to prawdziwa przyjemność! Powoli zbieram siły i wybieram się do pracy. Dziś również do 24:15 i pewnie na samoobsłudze; w pracy relaks – po całym tygodniu myślenia, miło jest się troszkę „odmóżdżyć”.

Piątek

Dzień zabiegany. Trzeba wstać o 8:00, bo na 11:00 na uczelnię. Na uczelni jestem do 17:00, a potem szybko, biegiem do pracy na 19:00. W pośpiechu nie mam czasu zrobić sobie nawet kanapki, wiem, że głód dopadnie mnie wieczorem, co nie jest najlepsze dla sylwetki, ale nie mam wyboru. Na uczelni Buissness English większość klasy to studenci biznesu, rozważam problem globalizacji. Gdzie ja trafiłam? – zadaję sobie pytanie, przecież nie mam o tym pojęcia! Chcę być tylko nauczycielem, ale słownictwo jest ważne, jeśli kiedyś będę uczyć języka biznesu. Po takiej sugestii trochę się uspokajam. W przyszłym tygodniu strategie w biznesie – wprost nie mogę się doczekać. Zdążyłam! Zdążyłam do pracy! Co prawda biegłam ze stacji metra i przebierałam się w wielkim pośpiechu, ale jestem! Dzisiaj się poddaję i siadam przy zwykłej kasie. Koniec tygodnia, jutro sobota – dzień wolny!

Sobota

Budzę się sama, bez budzika, szczęśliwa, wyspana. Lecz po chwili dociera do mnie, że to dzień porządków. Niechętnie wstaję, chwilę porannej kawy przedłużam w nieskończoność. Mam ochotę zamknąć pokój, wziąć książkę i czytać. Przyznaję, że czasem poddaję się tej pokusie. Lecz dziś trzeba się pouczyć i posprzątać. Wieczorem może gdzieś wyjdziemy we dwójkę, w końcu dziś sobota. W ciągu tygodnia nie ma czasu, żeby odwiedzić znajomych, chociaż nie zawsze jest to możliwe, wszyscy bowiem są niezwykle zajęci w tym zwariowanym kraju. Dziś Sławek przychodzi z pracy wcześniej, jemy razem obiad i kwitujemy, że tak naprawdę mamy ochotę zostać w domu. Wyciągam więc film na DVD i oglądamy – święta chwila spokoju choć raz w tygodniu 🙂

Niedziela

Nareszcie śpię dłużej. Schodzę na dół, robię śniadanie – zawsze jajka w majonezie. Jesteśmy roześmiani, uśmiechnięci. Śniadanie trwa do południa, potem krótki odpoczynek i… znów się zaczyna. Rozważanie spraw parafii, czy wszystko wzięliśmy? Do księgarni, do kawiarni. Do kościoła zawsze wychodzimy godzinę wcześniej – trzeba rozłożyć książki, informatory, przy okazji może ktoś zapisze się „na Mikołaja”. Msza mija z prędkością światła, szybko składamy księgarnię i pędzimy do przykościelnej kawiarni. Prawie zawsze brakuje dla nas ciasta. Rozmowy z ludźmi, namiastka życia towarzyskiego. W domu jesteśmy dopiero o 19:00 – wreszcie. Hop przed telewizor i „Taniec z gwiazdami”. Już tylko chwila z tej niedzieli, a jutro wszystko zaczyna się od nowa – dni mijają jak godziny, a tygodnie jak dni… Koło się wciąż toczy i nie wiadomo, kiedy choć na chwilę przestanie… Wybór pozostania w Anglii był tylko mój, ale nie sądziłam, że rozstanie z Polską będzie tak trudne. W nawale obowiązków nie mam na szczęście czasu na tęsknotę. Poza tym nie jestem tu sama, mam męża, który mnie wspiera i jestem z nim szczęśliwa. Już niedługo Święta spędzimy w Polsce. Nie mogę się doczekać!

Marlena Żywiecka (z domu Żółtowska)

Londyn 2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *