Moje życie, część VIII – Chemia – Pięta Achillesowa

 

Maturę uzyskałem w drugiej połowie maja 1969 roku. Na początku czerwca zaczęły się egzaminy na studia. Startowałem na warszawską medycynę. Do egzaminów przystąpiło wiele osób. Na jedno miejsce w warszawskiej Akademii Medycznej przypadało dziesięciu chętnych. Żeby więc przyjąć sto osób, trzeba było oblać dziewięćset. Cóż, takie były czasy. Egzaminy były trudne i trwały cztery dni. Zdawało się fizykę, chemię, biologię i wybrany język obcy. Wybrałem angielski. Dany przedmiot składał się z siedmiu pytań, które należało dokładnie opisać. Miało się na to cztery godziny. Egzaminy odbywały się w kilku punktach miasta, gdyż nie było tak dużych sal, by pomieścić wszystkich chętnych. Kiedy wywieszono wyniki okazało się, że oblałem z chemii. Za każdy przedmiot zdany na piątkę można było dostać osiemnaście punktów. Młodzież pochodzenia robotniczego lub chłopskiego dostawała dodatkowe osiemnaście punktów. Byli faworyzowani już na starcie. Miałem złe pochodzenie. Ojciec inżynier, matka polonistka, no cóż, ich dziecko nie mogło być traktowane priorytetowo.

Miałem więc rok odpoczynku. Wojsko o mnie się nie upominało, gdyż na pierwszej wizycie w Wojewódzkiej Komendzie Uzupełnień przyznano mi kategorię C i odroczono służbę o rok. Kazali okładać się słoniną, gdyż dopatrzyli się dziewiętnastu kg niedowagi wg ich norm wojskowych. Co zater robić z tak pozyskanym czasem? Koledzy też mieli wolne, jedni rok, inni do października.

Pojechaliśmy więc na ryby na około dwa tygodnie. Jurek Regulski, kolega mego brata miał znajomych w Wejsunach koło Rucianego Nidy nad jeziorem Wejsunek. U gospodarza wynajęliśmy dwa pokoje na poddaszu i zaczęła się przygoda z wędką. Pamiętam, w tym okresie Maryla Rodowicz wylansowała piosenkę „Jadą wozy kolorowe”, która grano po sześć razy dziennie. Była przebojem lata. Co to były za ryby! Dzisiaj już takich się nie łowi. Szczupaki na żywca, węgorze w nocy na robaka, a leszcze to jak wielkie patelnie. Dziś ryb takich już nie ma, Cyganów nie ma, za to jest w sklepie panga. Pieniądze na takich wczasach płyną szybko. Po tygodniu trzeba było myśleć, gdzie by tu zarobić. Trafiło się tak, że miejscowy PGR młócił ścięte zboże. Na jeden dzień najęliśmy się do pracy. Postawili mnie od razu na stertę, bym układał snopki. Na początku dobrze szło, w południe już miałem dosyć. Pieniądze potrzebne, po co narzekać. Wieczorem przy użyciu drabiny zdjęto mnie z tego stogu bo raczej sam bym nie zszedł, ewentualnie bym spadł. Zarobiliśmy tysiąc złotych, z czego dwieście potrącili podatku. Następnego dnia już do pracy nie poszliśmy. Wybraliśmy formę oszczędnego wydawania. Szybko minęło i powrót do Warszawy.

Od września zacząłem pracować w Akademii Medycznej w Katedrze Histologii i Embriologii u pana profesora Ostrowskiego jako wolontariusz. Miałem za to dostać dodatkowe dwa punkty za rok pracy lub jeden punkt za pół roku. Co to było przy 18 punktach za pochodzenie. Pracowałem z kolegą Piotrem Betleyem. W owym czasie ojciec jego był znanym tenorem operowym. Mieszkał w Zalesiu Górnym za Piasecznem. Obaj staraliśmy się na medycynę. Pracowałem przy pozyskiwaniu tkanek do przeszczepów w Centralnym Banku Tkanek. Szefem moim był wtedy dr n. medycznych Janusz Komender, późniejszy minister zdrowia. Samego procesu pozyskiwania tkanek nie będę opisywał, gdyż nie jest to temat do życiorysu. Nie wszystkich by to ciekawiło. W każdym razie po przepracowaniu roku ponownie przystąpiłem do egzaminu na medycynę. Sposób przeprowadzenia egzaminów identyczny jak rok wcześniej. Oczywiście historia się powtórzyła, oblali mnie z chemii. Razem z ojcem mogliśmy obejrzeć moją pracę w dziekanacie. Zadania były rozwiązane dobrze, ale nie tą metodą, którą uznawali egzaminatorzy. W tym podejściu liczba kandydatów wzrosła z dziesięciu do dwunastu osób na jedno miejsce. Byłem załamany. Przestałem wierzyć w siebie i że kiedykolwiek uda mi się studiować. Rodzice wysłali mnie na korepetycje, obym tylko nie wypadł  z programu i nie zapomniał tego, czego się już nauczyłem. Do tego zaczęło upominać się o mnie wojsko. Trzeba było gdzieś podjąć naukę. Wybrałem Pomaturalne Studium Techników Rentgenologii i Elektrokardiografii przy ulicy Zakrzewskiej na Dolnym Mokotowie. Zajęcia były po południu, więc mogłem pracować jako wolontariusz w Banku Tkanek. Ciągle się uczyłem do kolejnego podejścia na studia. Przed złożeniem papierów postanowiłem zmienić kierunek studiów z medycyna na farmację. Dla kandydatów na medycynę i na farmację były te same pytanie. Za trzecim podejściem wreszcie dostałem się na farmację bez trudu! Byłem czwarty na liście. Mama płakała, tacie oczy też się szkliły. Skończyłem dwa semestry studium na Zakrzewskiej. Porzuciłem tę szkołę, gdyż ważniejsze były dla mnie studia. Zasłużyłem na wakacje.

Wsiadłem do pociągu, zabrałem psa Tropa – wilka syberyjskiego i pojechałem pod namiot do Przewięzi za Augustowem. To stałe miejsce mojej rodziny na wypoczynek. Korzystałem z ciepłego lata, łowiłem ryby, które później smażyłem na gazowej kuchence turystycznej przed namiotem. Zawsze to taniej niż kupić np. coś na kolację. Pies pilnował mi namiotu. Ludzie omijali mnie ze względu na jego groźny wygląd, ale tak naprawdę był łagodnym psem. Wypoczywałem, chcąc odstresować się od przeżyć z nauki i egzaminów.

Poznałem Stefanię!

 

RAFAŁ z KORYCINA