Julian Żółtowski. Wspomnienie

Zainteresowała mnie historia ojca Andrzeja Żółtowskiego ze Świnoujścia, brata stryjecznego  mojego męża Kazimierza.  Uczestnicząc od kilku lat w obchodach poświęconych rocznicy wybuchu  powstania warszawskiego 1 sierpnia, odbywających się na cmentarzu parafialnym w Kutnie,  wymieniany w apelu uczestników powstania jest Julian Żółtowski ur. 1903 roku.  Andrzej, mieszkający od kilkunastu lat w Świnoujściu, nie był świadomy, że nazwisko jego ojca pojawia się w apelu. Ojciec niewiele opowiadał mu  o uczestnictwie w powstaniu. Bał się mówić.

Rodzice Andrzeja zamieszkali w Pruszkowie przy ulicy Pańskiej 37, dzielnicy Żbików. Ojciec dojeżdżał do pracy w Warszawie kolejką podmiejską EKD. Pracował w szpitalu  jako intendent, zaopatrzeniowiec. Miał          przepustkę i mógł dzięki temu łatwiej się poruszać  w tajnej konspiracji kurierskiej. Julian, żołnierz AK, pseudonim „Ogończyk” dostaje  rozkaz. Z żalem, a zarazem z dumą, zostawia 10-letniego syna Andrzeja i żonę Jadwigę. Nakazuje przed wyjazdem małoletniemu synowi, by opiekował się matką.  Rzuca okiem na mieszkanie, jak się okaże po raz ostatni, wsiada do kolejki EKD  i stawia się w przydzielonym mu batalionie. Tak jak wszyscy chce walczyć w powstaniu, by wyzwolić stolicę z rąk znienawidzonego okupanta. Zacięte walki toczą się w Śródmieściu i na Woli o każdą  ulicę. Przewaga militarna wroga jest widoczna. Wyposażenie powstańców ubogie. Julian i koledzy posługują się starymi przedwojennymi karabinami. Sami robią  prymitywne moździerze na czołgi. Wykopują okopy.  Rozpalają ognisko i pochodnie, by  samolot aliancki mógł zrzucić im broń lub żywność. Niestety upragniony zrzut nie dotarł, samolot zestrzelili Niemcy. Głód doskwierał coraz bardziej. Nie ma co jeść i pić.  W piwnicach czasem można było znaleźć wino, o wodzie mogli sobie  pomarzyć. Nie pogardzili – co może dla nas być szokujące – kotem czy psem.

Wieczorami słychać  modlitwy za żywych i zmarłych. Odbywają się pogrzeby. Andrzej z mamą są świadkami z daleka widocznej płonącej Warszawy. Niepokoją się  o ojca . Żadne informacje od niego nie docierają. Muszą jakoś żyć, zdobywać jedzenie. Matka stoi w kolejkach, by zrealizować kartki. Nakarmić siebie i syna. A w Warszawie  – jak później opowie ojciec – masakra. Wybuchy, mordy, wszędzie ciała ludzkie. Najokrutniejsi byli Kozacy i Ukraińcy wcieleni do armii niemieckiej. Nie oszczędzili nawet małych dzieci i ludności cywilnej. Brak nadziei na pomoc, przemęczenie, głód, straty w ludziach doprowadziły do upadku powstania. Rozpoczęła się ewakuacja. Julianowi udało się przejść kanałami i wydostać na zewnątrz. Sanitariuszki podrzuciły cywilne ubrania i tak wmieszał się wraz z innymi w tłum. Niestety złapany przez Niemców trafia do obozu  pracy w Essen w  Niemczech. Pracuje przy piecach, prawdopodobnie przy produkcji elementów broni. Praca ciężka i wyczerpująca , do jedzenia brukiew. Podczas jednej z przepustek udaje mu się uciec. Trafia do kościoła. Niemiecki ksiądz daje mu jeść, a na drogę prowiant, ubranie i pieniądze na bilet kolejowy. Z Essen dociera do Poznania pociągiem. Na dalszą drogę nie ma pieniędzy, więc idzie pieszo do Gąbina, gdzie mieszkają rodzice żony.
Tam, ku wielkiej radości, spotyka się z żoną i synem. Wychudzony, odwodniony, z wielkim wrzodem na szyi , z opuchniętymi, popękanymi od ran stopami – jest szczęśliwy. Nie chce opowiadać o swoich przeżyciach  synowi. Być może dorośli wiedzieli, lecz ze względu na ówczesną sytuację polityczną milczeli.
Dotarcie do Gąbina żony Jadwigi i syna Andrzeja było też wielkim heroizmem. Wyrzuceni przez Niemców z mieszkania w Pruszkowie,  trafiają do Łodzi. Stąd wywieziono ich do Zamościa i zamknięto w kościele, a następnie wypędzono  na plac, gdzie spędzili kilka godzin. Z Zamościa trafiają do Gostynina i dalej idą pieszo do rodziców matki do Gąbina.
Gdy Julian trochę wydobrzał, udają się do Kutna, do matki ojca Józefy.  Jest szczęśliwa  ze spotkania z synem, synową i wnukiem. Przekazuje im tragiczne informacje o śmierci męża Bronisława i o losach córek sióstr Juliana Janiny i Marii. Maria podczas łapanki w Warszawie została wywieziona do obozu koncentracyjnego i tam zamordowana. Matka ojca straciła wcześniej jeszcze jedno dziecko, kochanego syna Wacława, brata Juliana. Zginął w wieku 21 lat 14 maja 1926 roku podczas przewrotu majowego w Warszawie. Był kapralem 37. Łęczyckiego Pułku Piechoty. Babcia Józefa bardzo przeżyła jego śmierć. Wacław był jej ukochanym, bardzo przystojnym synem.
Nigdy nie pogodziła się z jego stratą. Do końca życia nosiła ból w sercu, a Marszałkowi nie mogła wybaczyć. Jest pochowana blisko swojego syna wraz z córką Janiną na cmentarzu w Kutnie. Trzeba było przeżyć odejście najbliższych  osób i zacząć organizację życia tu w Kutnie. Przecież Julian nie mógł zostawić samej tak obolałej w cierpieniu matki.
Julian dostaje pracę w Urzędzie Skarbowym. Zmarł 10 kwietnia 1989 roku.
Jedyny jego syn Andrzej zakłada rodzinę i mieszka w Kutnie. Pracuje w Cukrowni Ostrowy  na stanowisku dyrektora do spraw ekonomicznych. Ze względu na chorobę córki, by  być bliżej morza wyprowadza się do Świnoujścia. Podejmuje pracę w Ośrodku Wczasowo-Sanatoryjnym.  Jest mężem Mirosławy i ojcem dwóch córek Marioli i Ani, a także dziadkiem studentki prawa Pauliny. Ze względu na słuszny wiek i problemy zdrowotne od kilku lat nie przyjeżdża do Kutna.
Pamięć o pokoleniu Juliana i jego rodziców jest ukłonem, podziękowaniem i uhonorowaniem.
Dużo wycierpieli i ryzykowali, więc warto pokazać, że ciągle pamiętamy.
To jest wyraz naszego szacunku.

ELŻBIETA ŻÓŁTOWSKA
z Kutna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *