…Jak po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem
jak na szyi wędrowca apaszka szamotana wiatrem
jak wyciągnięte tam powyżej gwiaździste ramiona wasze
a tu są nasze a tu są nasze…
Poznaliśmy się w dość nietypowy sposób. Rok po naszej przeprowadzce z Rokitnicy do Gliwic, bodajże w lipcu 1991 roku (dnia, ani godziny niestety nie pamiętam) zjawił się u nas młody chłopak, o którym tato często opowiadał, Michał Żółtowski z Łodzi, wówczas dwudziestoletni mężczyzna. Przywitał się z moimi rodzicami bardzo grzecznie, ze mną nieco inaczej. Ja, jak to ja, wówczas mocno postrzelona szesnastoletnia „panna na wydaniu” wyjrzałam ze swego pokoju, rzuciłam okiem na przybysza i przemknęłam do łazienki (to było jedyne miejsce, do którego mogłam się udać, będąc niezauważona). Po jakimś czasie ciekawość wzięła górę – postanowiłam jednak przyjrzeć się nowo przybyłemu, więc wypełzłam z „kryjówki” i podeszłam do ojca, który oznajmił mi: „to jest właśnie ten Michał, o którym ci tyle opowiadałem”. Niewiele się zastanawiając, mierząc gościa wzrokiem rzuciłam: „to ten harcydupek?” Nie była to zbyt grzeczna odzywka z ust dorastającej panny, no ale cóż, młodość ma swoje „prawa”. Michał nieco się zmieszał, ale za moment razem zaczęliśmy się śmiać i w ten oto sposób zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni.
Tak naprawdę, to zupełnie Go sobie inaczej wyobrażałam. Student historii, to na pewno jakiś profesorek w okularkach, „grecki filozof” itp., a tymczasem okazało się, że jest to osoba, z którą można było konie kraść. Była… niestety…
Moje wspomnienia, choć minęło tyle czasu, są nadal chaotyczne. Wciąż wspominam tego wspaniałego chłopaka, pełnego wigoru, życiowej werwy i nienasyconej wiedzy. Mieliśmy wspólne plany, które w przyszłości miały zaowocować moją przeprowadzką do Łodzi. To Michał nauczył mnie słuchać, dzięki Niemu polubiłam historię, o której potrafił opowiadać godzinami. Uwielbiałam przysłuchiwać się pogawędkom Michała z moim ojcem, choć obu panom niestety nie udało się zaszczepić we mnie miłości do genealogii Żółtowskich.
Wygiełdów, noc z 16/17 sierpnia 1994. Ponura, czarna noc, mimo, iż bardzo ciepła. Szeleszczące myszy, wyjące w całej wsi psy i gdzieś w oddali pohukiwania sowy. Jakieś niesamowite, nadpełzające od przepływającej nieopodal promy, szare jęzory mgły, które wsączając się do naszego ogrodu, z wolna osnuwały drzewa jakby osaczając stojący na wzgórzu dom… Bezsenność, straszna bezsenność (tej nocy nikt z naszej czwórki nie zmrużył oka aż do świtu). Decyzję podjęliśmy nagle, równocześnie i jednomyślnie: natychmiast wracamy do Gliwic! Powrót do domu w jakimś niepokoju wewnętrznym: coś się chyba stanie! Do końca życia nie zapomnę tego uczucia, które mnie wówczas prześladowało. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego co się dzieje w mojej duszy.
Rano, już w Gliwicach, znów dziwne zdarzenie – mimo spokojnego poranka gwałtowny powiew wiatru przeleciał przez nasze mieszkanie na przestrzał… łomot otwierającego się na oścież w Michałowym (to mój brat) pokoju okna, huk zatrzaskujących się od przeciągu drzwi i niemal równocześnie… dzwonek telefonu, straszna nowina z Łodzi … MICHAŁ NIE ŻYJE!!! Moje dziewiętnastoletnie życie wywróciło się do góry nogami. Nagle stałam się dorosła. Uświadomiłam sobie, że życie nie składa się tylko z zabawy i samych blasków… nagle Kogoś zabrakło. Zabrakło Michała. Pozostał ból, smutek i żal i… radość, że miałam okazję spotkać tak wspaniałego człowieka.
Obiecałam mu, że przyjadę do Łodzi, poznam Jego wspaniałą rodzinę i nie dotrzymałam słowa. Nie zdążyłam!
Wszystko żyje, mimo upływu czasu. Mimo, że – jak mówią – życie toczy się dalej.
jak suchy szloch w tę dżdżystą noc,
jak winny-li-niewinny sumienia wyrzut,
że się żyje gdy umarło tylu tylu tylu
Niedługo mija 10 rocznica śmierci Michała, a moje wspomnienia o nim ciągle są żywe i ponadczasowe. W chwilach pełnych niepokoju, smutku, zawsze z Nim rozmawiam, wspominam te najpiękniejsze chwile, spędzone razem.
jak suchy szloch w tę dżdżystą noc
jak lizać rany celnie zadane
jak lepić serce w proch potrzaskane
Mówią, że czas goi rany, szkoda, że tak długo się one zabliźniają…
pudowy kamień, pudowy kamień
ja na nim stanę, on na mnie stanie
on na mnie stanie, spod niego wstanę
jak suchy szloch w tę dżdżystą noc
W 1995 roku postanowiłam związać swoje życie z Łodzią, z miastem, o którym Misiek tyle opowiadał, gdzie mieszkał, gdzie się uczył. Zostałam studentką Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego. Dach nad głową zapewniło mi najwspanialszych dwoje osób, jakie miałam do tej pory okazję poznać – Elżbieta i Wacław Żółtowscy, rodzicie Michała, ciocia Ela i wuj Krzysio, a także Jaś, brat Michała. I pokochałam ich jak mi najbliższych. Dzięki nim mogłam studiować, oni okazywali mi niesamowitą pomoc – w każdej sytuacji, byli jakby moimi drugimi rodzicami.
Nie spotykamy się już tak często, ale bardzo ciepło o Nich myślę i tęsknię. Czasem zadzwonię. Brakuje mi ich towarzystwa. Pogody ducha cioci Elżuni, maruderstwa wuja Krzysia, zamyśleń Jasia.
Jest rok 2004. Niedawno zostałam mamą bliźniąt: Juleńki Karoliny i Błażejka Michała i mam jakieś przeczucie, że Michał stamtąd opiekuje się nami. Swoim dzieciom przekażę wszystko, co tylko będę pamiętała o Michale, by ta Postać pozostała na zawsze w naszych sercach.
jak złota kula nad wodami
jak świt pod spuchniętymi powiekami
jak zorze miłe, śliczne polany
jak słońca pierś
jak garb swój nieść
jak do was siostry mgławicowe
ten zawodzący śpiew
Michale, dziękuję Ci za to, że mogliśmy się spotkać. Dziękuję Ci za nasze wszystkie rozmowy. Dziękuję Ci za zamieszanie, jakie wprowadziłeś w moje młode życie. Dziękuję Ci za to, że byłeś… i nadal zawsze będziesz. Dziękuję.
A Wam, moi drodzy Wujostwo – Elżbieto i Krzysztofie, dziękuję z całego serca za „przygarnięcie” istoty ze Śląska, za wspólnie spędzone długie wieczory, za okazaną miłość, przyjaźń, pomocną dłoń.
Kocham Was. Jesteście wspaniali – jak mówił MICHAŁ.
jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz
cudne manowce, cudne manowce, cudne manowce…
(to Stachura…)
Aleksandra Żółtowska-Ostroszczyk (Olka – po prostu…)
Gliwice, 11 czerwca 2004 r.
Dodaj komentarz