Tag: Nr 73

  • Ciąg dalszy listów Marcelego i Jana Żółtowskich

    Kochany mój Iziu

    Nie mogę się przychylić do Waszego żądania, aby plombowanie zębów na później odłożyć, bo kiedy one są już nadpsute to im prędzej się je poratuje tem lepiej, gdyż każda zwłoka jeszcze rzecz pogorszy i później byście sami na nie narzekali żem nie dość wcześnie o Waszych zębach zaradził i na cierpienie Was naraził, i że silne zęby także się do zdrowia przyczyniają. Cieszę się że konna jazda której żeście tak bardzo pragnęli już się rozpoczęła, może też równocześnie rozpoczęły się Twoje rysunki. Gdyby jednakże tak nie było pokaż tek list ojcu Otwinowskiemu, poproś go aby w tej mierze z Ojcem rektorem porozmawiał, gdyż jak w ostatnim liście pisałeś musiałbyś z tego powodu lekcyi arytmetyki zaprzestać. Więc ja w takich rzeczach tu z daleka nic decydować nie mogę i Ojciec Rektor najlepiej będzie wiedział jak wszystko urządzić. W tych dniach spotkałem na sejmiku w Rawiczu Pana Henryka Mor….kiego, który się niedawno z Panną Starowiejską z Galicyi ożenił, mówił mi, iż brat jego Franio jest teraz w szkołach w Lesznie, ale że obecnie nie może do klasy chodzić, dlatego że dostał odry, którą jednak dość szczęśliwie przechodzi. Pamiętacie zapewne, że Panna Jenny teraźniejsza Pani Kwaśniewska, przyszła do Was od dzieci Pana Aleksandra Potworowskiego, był to człowiek w całej sile wieku, bo zaledwo pięćdz dopiero bym mógł coś postanowićiesiąt lat liczył, otóż przed tygodniem wyszedłszy do gospodarstwa w podwórze apoplexią tknięty nagle padł i w tej samej chwili skończył, zostawia dwóch synów w 16 i 17 roku i córeczkę dziesięcioletnią, matka w prawdziwej rozpaczy tak ją ten cios niespodzianie dotknął. Proszę Was bardzo donoście mi zawsze ile razy który z Was pisze do Chołoniowa, bo inaczej nie mogę wiedzieć, czy się ściśle trzymacie przepisu, aby co miesiąc przesłać Buni i Dziaduniowi o sobie wiadomość. W przeszłym tygodniu pisałem Wam że jestem powołany do Berlina na jakieś bardzo ważne posiedzenie, tymczasem z powodu odroczenia parlamentu na tydzień posiedzenie na przyszły czwartek 5-go marca odłożone zostało, wyjeżdżam więc pojutrze w środę, ale nazajutrz po posiedzeniu w piątek wracam. Ściska Was tysiącznie najdroższe moje chłopcy Boskiej we wszystkim oddając Opatrzności.

    Wasz najprzywiązańszy dziadzia
    M.Ż.

    Czacz 2/3.85


    Kochany drogi mój Jasiu

    Wskutek Waszego życzenia pisze do Ojca Rektora prosząc go, aby z plombowaniem kazał się zatrzymać aż do mego przybycia, jeżeli bowiem będziecie mogli kiedy być w Wiedniu tobym się znowu tak starał zarządzić, aby tam na Wasze spotkanie pojechać a przekonawszy się jak rzeczy stoją dopiero bym mógł coś postanowić, bo piśmiennie bardzo trudno takich rzeczach ostatecznie decydować. Nie rozumiem wcale tego co mi piszesz, że w okropnej biedzie jesteście, bo przecież regularnie kieszonkowe Wasze pieniądze dostajecie, więc chyba nadto wydawać musicie a przecież trzeba zawsze mieć to na uwadze aby swemi dochodami módz całkiem na swoje potrzeby wystarczyć, bo kiedy się nad możność wydaje to na całe życie jak najgorsze pociąga za sobą skutki. Ale i wtej mierze do Ojca rektora napiszę i8 poproszę go aby on się w tej rzeczy rozpatrzył i wedle swego zdania rozrządził.

    Przy nadchodzącej wiośnie zabierają się do rozpoczęcia budowy szosy od Punieca do Gostynia ale zdaje się że wedle rozporządzenia wyższej władzy nie zostanie ona przeprowadzoną tak jak był pierwotny projekt przez ogród około stawku, lecz przed domem po za ogrodem.

    Mojem zdaniem będzie to dla Drzewiec jeszcze przyjemniejszem. Po powrocie moim z Berlina gdzie na ważne posiedzenie zostałem powołany tyle zastałem tu zatrudnienia, iż aby ten list módz już dzisiaj wyprawić kończyć go już muszę i przypominam raz jeszcze ab yście mi zawsze do nosili kiedyście do Chołoniowa pisali gdyż się doczekać nie mogę, a bardzo m i o to chodzi, abyście tam regularnie o sobie wiadomości dawali. Adam z Głuchowa wielką rodzicom sprawił radość pomyślnie egzamin dojrzałości złożywszy, obecnie bawi w domu, a po świętach idzie na Uniwersytet ale jeszcze ojciec stanowczo nie zadecydował dokąd.

    Boskiej Was we wszystkim oddając Opatrzności ściska Was obu drogie moje chłopcy jak najserdeczniej.

    Wasz najprzywiązańszy dziadzia

    Czacz 12/3.85

  • Adam Żółtowski

    Adam Żółtowski

    Adam urodził się w 1945 r. w Grójcu.

    Rodzina Żółtowskich została wysiedlona z Płocka w czasie wojny. Powrócili do rodzinnego miasta Płocka

    w 1947 roku, ale już nie do prowadzonego od 1909 r. Hotelu Polskiego na Kolegialnej 8, tylko na poddasze posesji przy Placu Narutowicza nad apteką, którą kierował ojciec Adama. Na tej samej ulicy Adam w 1952 r. rozpoczyna naukę w Szkole Podstawowej nr 2 (obecna siedziba Sądu). Będąc uczniem 5 klasy uczestniczył z innymi dziećmi w wycieczce statkiem „bocznokołowcem” do Gdańska. Od tego momentu Adam zaczął interesować się wodniactwem. Zapisał się „na wioślarstwo” do PTW „Budowlani” (Płockie Towarzystwo Wioślarskie), gdzie został przydzielony do „Czwórki ze sternikiem”. Po tym jak obsada rozleciała się, wstąpił do sekcji kajakowej Jagiellonki przy „Budowlanych”. Opodal mostu, przy Wodociągach była siedziba PTW – stanica Ligi Morskiej. Adam tam nie należał, ale często obserwował starszych kolegów – Maćka Brukmana, Ziutka i Grzesia Rakowskich.

    W 1959 r. zaczął przychodzić do nowooddanej do użytku stanicy Oddziału Miejskiego PTTK. Stanica jeszcze nie miała obecnie używanej nazwy „MORKA”. Kierownikiem obiektu był Pan Hejkie, a pracownikiem Pan Zdzisław Żelecki. Stanica była wtedy obiektem typowo komercyjnym, przez co dla wielu młodych osób elitarnym i trudnodostępnym. Adam należał do grupy kilkunastoletnich chłopców spragnionej wielkich rejsów. Z Waldkiem Trojanowskim nabyli na spółkę stary kajak, który wyremontowali. Adam przychodził do Stanicy wraz Waldkiem Trojanowskim, bratem Andrzejem Żółtowskim, Bogdanem Szatkowskim, Mietkiem Wiśniewskim, Gienkiem Ludwiczakiem. Za trzymanie kajaku na półce w hangarze płacili 15 zł na miesiąc, a nie było to mało. Do Stanicy w 1960r. w charakterze gospodarza przybył Pan Głowacki z rodziną (ojciec Jacka). Chłopcy w Stanicy poznali Ryszarda Gałkowskiego, który wtedy miał TYLERA, Ryszarda Krupińskiego ze swoją Jutrzenką typ. Petka od nazwiska konstruktora Plucińskiego. Była też w Stanicy – Słonka i łódka wiosłowa Krysia, podobna do BM-ki. Adam w 1960 r. zaczął budować swoją BM-kę w garażu na Kolegialnej 8. Łódka otrzymała nazwę KUBUŚ i była zwodowana w 1962 r. Pierwszy rejs odbył się do Torunia. Nie było zapory, więc płynęło się lekko ale wracało okropnie, oczywiście bez silnika. Wszyscy w około budowali, Waldek wybudował „CADETA”, to samo zrobił Bogdan Szatkowski, Mietek Wiśniewski P-7. Kto tylko mógł to budował, Wiesiek Morawski wybudował Punta. Andrzej Kozarski katamaran. Z Ligi Morskiej w tym czasie przybył do Stanicy ze swoją gaflówką Andrzej Magierski. Były to lata 1961-62.

    W tym czasie na zebraniu w obecnym HOTELU STARZYŃSKI Adam został przyjęty do PTTK. Wtedy była to jeszcze sekcja żeglarska przy Oddziale Miejskim. Zacząłem pływać w dalsze rejsy. Z Waldkiem Trojanowskim, Markiem Pawłowem i Mietkiem Wiśniewskim popłynęliśmy na otwarcie Zalewu Zegrzyńskiego, dopłynęliśmy do Pułtuska (wszystko bez silnika). Latem 1963r. z ramienia MZRiP (Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne) przybywa do Stanicy Maciek Brukman, zostaje bosmanem i zajmuje jeden hangar w Stanicy.

    Z Morki odszedł Ryszard Gałkowski, który potem współtworzył żeglarstwo w 70-tce. Zaczęły wyodrębniać się struktury organizacyjne Morki. Powstał Klub Żeglarski. Sekcja Kajakowa była bardzo prężna w swej działalności. Był to czas kiedy w naszym gronie pojawiło się wielu nowych kolegów, wśród nich Wiesław Lorenc, Janusz Szczęsny. W 1964r. MZRiP przejęła cały obiekt. Inż. Troch zakupił dla Morki silniki przyczepne MOSKWA, SZNAIDER, motorówkę ALGA, a później z demobilu zakupiono milicyjną SM-kę, którą zaopiekował się Pan Pietrow.

    W latach 1965-67 odbywałem „zaszczytną służbę wojskową”. W tym czasie mój brat Andrzej pływał z Andrzejem Papiackim i Jurkiem Wojno. Sprzedałem BM-kę. Andrzej z Pimpkiem kupili po Gałkowskim „TYLERA”, na którym po powrocie z wojska pływaliśmy do 1973r. Wcześniej odbyłem dwa rejsy na Mazury. Jeden z bratem Andrzejem i Andrzejem Papiackim, drugi wraz z Waldkiem Trojanowskim, Rysiem Sokołowskim, Tadeuszem Dymkiem. Och zmieniło się wtedy dużo: powstała tama we Włocławku i wiele ciekawych nowych konstrukcji w nowej żywicznej technologii, wymieniło się wielu ludzi. W 1973 r. sprzedałem łódkę. Koniec pływania na żaglach. Wziąłem się z Andrzejem za budowę na bazie ROMANY, motorówki pokładowej z 2 silnikami WICHER. Dwa silniki do tak małej łódki, najprawdopodobniej była to najszybsza motorówka na Zalewie. Mając do tego świetne warunki sprzętowe rozpoczęliśmy zabawę z nartami wodnymi. Andrzej zakupił nowoczesne rosyjskie narty „metalowej konstrukcji”, piankę produkcji Stomil, mieliśmy „nawet” profesjonalny amerykański hol do ciągnięcia dwóch narciarzy.

    Patent starszego sternika motorowodnego Zefir

    Tak pływaliśmy do 1980r. ale już w międzyczasie budowaliśmy ALDANĘ. Lata 70. to lata powstawania licznych konstrukcji motorowodnych. W tamtych czasach powstał Rywal. To wtedy powstała „KONSERWA” Bogdana Szadkowskiego, Ryśka Szatkowskiego i Edka Sokołowskiego. Pan Czesław Puławski zbudował Delfina i obecnie używaną w Morce wiatę. Leszek Pawelec zbudował swojego „KROKODYLA”. Janusz Ciecierski przebudował na napęd strumieniowy motorówkę zbudowaną wcześniej przez Dziutka (Edka Sokołowskiego). Pomimo deficytu paliwowego wielu członków mogło się poszczycić posiadaniem bardzo przyzwoitej jak na tamte czasy motorówki. Pan Piotr Sabat długoletni ekspert od silników do łodzi i zapalony motorowodniak zbudował solidną do dziś pływającą jednostkę. Wiesiek Morawski pływał Mirelką, Krzysiek Łukasiak zbudował niezwykle solidną konstrukcję nowoczesnej kabinowej motorówki ze sklejki, Wojtek Milczarski wyremontował pierwszą swoją odkryto pokładową motorówkę, Marek Mioduski dzielnie pływał na szybkiej niezabudowanej motorówce, Andrzej Gawinek na Mirelce, Jacek Głowacki z Tadeuszem Batorem pływali „Ochydkiem”. Najstarszym stażem motorowodniakiem był Pan Fredek Garwacki z zawsze nowocześnie wyposażoną motorówką – przedłużoną Rybitwą. Swoją łódź motorową zaczął budować Marian Plewako. Trudno powiedzieć kogo z kolegów motorowodniaków jeszcze pominąłem, było nas naprawdę wielu.

    Dziennik pokładowy

    Od 1980 roku jako członek POLSKIEGO ZWIĄZKU MOTOROWODNEGO I NARCIARSTWA WODNEGO Klub Motorowodny Morki zaczął w licznym składzie brać udział w corocznych Rajdach Mazury (Warszawa – Mazury), Westerplatte (Warszawa – Gdańsk – Iława).

    W tym samym czasie z inicjatywy Andrzeja i Adama powstała forma do budowy łodzi na bazie motorówki Teresa. Powstały dwie wersje motorówki: odkryta i zabudowana

    z kabiną. Andrzej i Adam posiadali wersję odkrytą. Wersję kabinową zbudował Wojtek Milczarski, Jacek Głowacki, Andrzej Gawinek. Ile tych łódek potem odbito na naszej formie trudno zliczyć.

    W latach 1986/87 zacząłem pływać zawodowo. Pływałem na holowniku Retman 4 (jak przyszedłem do pracy statek był nowy, pachnący farbą) pod komendą Kapitana Jerzego Pielacińskiego – specjalisty od pływania po płytkich wodach. Pływnie po rzece tak dużymi jednostkami to niepowtarzalne doświadczenie. Wtedy na Wiśle powstawało dość dużo budowli wodnych. Często pływaliśmy z Warszawy do Gdańska – sam nie wiem jak wiele mogło być tych rejsów. Ciekawym doświadczeniem był jeden sezon zimowy, kiedy pływałem na lodołamaczu.

    W latach 90-tych na kilka lat pochłonęła mnie działalność gospodarcza, którą prowadziłem na wspomnianej posesji Kolegialna 8 (budynku dawnego Hotelu Polskiego po moim dziadku). W tym czasie rejsy nie były już tak liczne jak wcześniej. Kierunkiem naszych wypraw był Jeziorak i Mazury. Łodzie woziliśmy na wózkach.

    W mojej ocenie symbolicznie przełomowym dla naszego środowiska żeglarskiego śródlądowego z Płocka był rejs zorganizowany przez Oddział PTTK z Bydgoszczy w 2003r.

    W końcu wypłynęliśmy naszymi śródlądowymi łódkami na morze. Na Bałtyku propagowaliśmy pływanie przy pasie przybrzeżnym. Z Płocka brały udział cztery łodzie z udziałem: Zbyszka Surowańca, Janusza Głuszczyka, Prezesa Andrzeja Jodełki, Ryszarda Bujalskiego, Wiesława Łagiewskiego. Wtedy nie miałem żaglówki (wyremontowana Antalya spłonęła rok wcześniej), ale udało się przekonać Rysia Bujalskiego i brata Andrzeja do tego rejsu. Popłynęliśmy na wysłużonym Zefirze – kabinowej Omedze, doskonale pamiętającej początki historii Morki. Dzielnego Zefira zbudował Janusz Szczęsny, niegdyś bardzo zaangażowany Komandor Morki z Panem Rysiem Bujalskim – długoletnim bosmanem.

    Piotr Żółtowski Piotr Żółtowski

    Jestem wdzięczny mojemu Tacie Adamowi Żółtowskiemu, że zaprowadził mnie do Pana Wojtka Lipskiego (latem 1977r.). Pan Wojtek prowadził w Morce szkółkę żeglarską dla dzieci. Miałem wtedy 8 lat. Zaczynałem pływać na OPTYMIŚCIE. W szkółce byłem razem z innymi kolegami: Sławkiem Bartosikiem, Gabrysiem Rakowskim, Eśkiem Krupińskim. Wtedy dla młodzieży w Morce zakupiono dużo profesjonalnego sprzętu, co przyciągnęło wiele moich rówieśników. Mieliśmy sprzęt, świetne warunki, szkolenia, otaczało nas wielu społecznie zaangażowanych ludzi. Młodsi koledzy wyjeżdżali na profesjonalne regaty. W czasie wakacji przychodziliśmy do Morki niemal codziennie. Mieliśmy gdzie spędzać czas i tak dorastaliśmy. Dużo Morce zawdzięczamy. Od 50 lat Morka jest kluczowym Stowarzyszeniem Płockiego środowiska wodniackiego. Jako środowisko z optymizmem patrzymy na nowe możliwości, liczymy że zamiłowanie do uprawiania turystyki na wodzie w Płocku zostanie masowo spopularyzowane.

    Piotr Żółtowski (syn Adama)

    Adam Żółtowski, ojciec autora jest jednym z najstarszych czynnych członków Stowarzyszenia PTTK „Morka” w Płocku.

    Z okazji pięćdziesięciolecia udziału Adama, Andrzeja i Piotra Żółtowskich w Stowarzyszeniu Urząd Miasta zorganizował wystawę, która zaprezentowana była na Starym Rynku w Płocku.

  • Honor polskiego szlachcica

    Honor z w języku łacińskim oznacza cześć. Jest to pojecie bardzo znaczące w kulturze osobistej człowieka, jak i całego narodu. Poszczególne epoki oraz wydarzenia, które miały w nich miejsce, wywarły wpływ na zachowania społeczeństwa, a więc także na pojmowanie znaczenia honoru. Honor to delikatna sprawa każdego człowieka, poczucia jego własnej wartości, związany z zasadami moralnymi, obyczajowymi czy też religijnymi i społecznymi. W Polsce honor jest zawsze utożsamiany z bohaterstwem i patriotyzmem, ale dla wielu osób też z tematami życia codziennego. Honor można też określić jako reakcja na czyn, który uważa się za zabroniony moralnie lub obyczajowo. „Ludźmi honorowymi” określało się rycerzy, polską szlachtę, oficerów wojska szczególnie z okresu międzywojennego. Osoby te przestrzegały zawsze zasad honoru i postępowały zgodnie z honorem. Osobie honorowej przysługiwało prawo wymierzenia kary. Rodzaj i wymiar kary regulowany był przez obyczaje danej społeczności. Z pojęciem honoru kojarzona jest duma osobista. Chęć obrony własnej godności jest jedną z elementarnych cech człowieka posiadającego swój honor. Urażona duma bywa przyczyną sporów, nieporozumień, konfliktów, zatargów, a nawet wojen. Nieuregulowane sprawy honorowe były przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przeradzały się wielokrotnie w wielopokoleniową zemstę. Honor różni się od pojęcia godności osobistej, tym, że godność nie wymaga zemsty, natomiast sprawy honorowe należy uregulować, a wszelkie krzywdy pomścić. Prawdziwym celem honoru jest obrona własna przed czynami niehonorowymi, w tym oszczerstwami, kalumniami, które są dokonywane przez ludzi pozbawionych honoru. Za ludzi bez honoru rozumie się między innymi donosicieli, kłamców, oszustów, lichwiarzy i innych złoczyńców. Honor całego państwa i narodu tworzy dumę narodową. Duma narodowa jest wspólna dla całego narodu. To dzięki dumie narodowej istnieje więź narodowa, która wzmacnia tożsamość narodową.

    „Dyshonor”, „hańba” jest naruszeniem zasad honoru. Osoba, której zarzucono utratę honoru domagała się zawsze zemsty na osobie, która ją zhańbiła. Jeśli jest się człowiekiem honoru trzeba to udowodnić, dowieść swoją cześć, szczególnie w sposób honorowy. Osoba udowadnia czynem deklarowane przez nią wartości. To na podstawie określonego zachowania inni mogą stwierdzić czy dana osoba jest osobą honoru. Za ludzi honoru należy na pewno uznać przedstawicieli rodu Żółtowskich, naszych rycerskich i szlacheckich walecznych przodków, którzy jako rycerstwo, szlachta karmazynowa, starożytna, odwieczna, arystokracja, oficerowie wojsk z różnych okresów historii, w tym okresu Polski szlacheckiej, zaborów, okresu międzywojennego musieli postępować w sposób nieskazitelny, godny i honorowy. Tak nakazała im tradycja rodowa, poczucie wartości, duma. Posiadanie herbu, pochodzenie społeczne, wychowanie ziemiańskie, kultura, pozycja społeczna, wykształcenie, zajmowane miejsce w hierarchii społecznej zobowiązywało do postępowania honorowego. Sprawowanie przez przedstawicieli rodu Żółtowskich funkcji społecznych, a także politycznych np. w sejmikach ziemskich, Parlamencie Pruskim, czy działalność w Komitecie Niesienia Pomocy Polakom na uchodźctwie w Szwajcarii w okresie I Wojny Światowej, w Komitecie Narodowym Polskim i uczestnictwo w obradach Traktatu Wersalskiego w Paryżu (1918/1919), czy organizacjach społecznych, polonijnych na uchodźctwie, n.p. w Wielkiej Brytanii, krajach Ameryki Południowej zobowiązywało przedstawicieli rodu Żółtowskich do postępowania honorowego. Sprawy honorowe rozstrzygane zawsze były w drodze pojedynku, czyli krwawego a zarazem i honorowego sposobu rozwiązywania konfliktów. Pojedynki odbywały się zawsze między obrażonym a obrażającym. W pojedynku broniono dobrego imienia zarówno swojego, jak i rodziny czy kobiety. Często Polacy pojedynkowali się o sprawy majątkowe, władzę i sławę. Pojedynki znane już były w okresie średniowiecza. Były one środkiem dowodowym w przewodzie sądowym. Wpisane były w kodeksy prawne. Często kończyły się śmiercią, a toczono je wielokrotnie w błahych sprawach. W XII wieku zaczęto podejmować próby ich ograniczenia. Pojedynki w Polsce pojawiły się w XIII wieku za rządów Bolesława Wstydliwego, który zezwolił na pojedynki na miecze i kije. W XVI wieku pojedynki w Koronie i na Litwie zostały prawnie zakazane. Oczywiście odbywały się one kiedy król udzielił zezwolenia na pojedynek w wyjątkowych okolicznościach. Niemniej jednak karano śmiercią za zabójstwo w pojedynku, jak też za pojedynek w miejscu pobytu króla. Pojedynki nie mogły się odbywać w soboty i święta oraz w dni poświęcone Najświętszej Marii Pannie.

    Natomiast za rządów króla Stanisława Augusta w XVIII wieku ilość pojedynków znacznie wzrosła.

    Podczas rozstrzygania spraw honorowych w pojedynkach najczęściej stosowano broń sieczną, – miecze, szable, rapiery, a od XVIII wieku także pistolety. Ustalana została ilość strzałów i kolejność ich wykonywania. Pojedynki były prowadzone: (1) do upływu uzgodnionego czasu – w przypadku walki na broń białą; (2) wykonania wszystkich strzałów; (3) pierwszej lub drugiej krwi; (4) niezdolności pojedynkowej; (5) śmierci jednego z walczących.

    W 1919 r. wydany został Polski Kodeks Honorowy, zwany Kodeksem Władysława Boziewicza. Kodeks ten był podstawowym w II Rzeczypospolitej dokumentem regulującym zasady rozstrzygnięcia spraw honorowych. Człowiek honoru rozstrzygał spory i wszelkie sprawy honorowe zawsze zgodnie z tym kodeksem. W przedmowie do Kodeksu autor napisał: „Bronić w niniejszej przedmowie zjawiska średniowiecznego, jakim jest pojedynek — nie myślimy. I nie myślimy również wdawać się, …w polemiki na temat, czy pojedynek ma rację egzystencji, czy też nie — a ograniczymy się do stwierdzenia, iż we wszystkich kulturalnych społeczeństwach pojedynek od szeregu stuleci istnieje, zatem jako zjawisko społeczne, mniej lub więcej szkodliwe, musi być brane pod uwagę”. ”Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że tak długo, dokąd prawna kultura naszych społeczeństw karać będzie czynną zniewagę gentlemana 24-godzinnym aresztem, zamienionym na 5 kor. grzywny — tak długo istnieć będzie ten rodzaj współrzędnego sądownictwa honorowego, uzupełniającego państwowy wymiar sprawiedliwości”. (Kraków, wrzesień 1919)

    Pojedynek miał uregulować sprawy honorowe. Mogły w nim uczestniczyć tylko osoby honorowe. Wg Polskiego Kodeksu Honorowego osobą honorową jest szlachta, osoby z wykształceniem co najmniej średnim, wykonujące zawody twórcze, oraz osoby sprawujące kluczowe funkcje społeczne (bez względu na wykształcenie i pochodzenie społeczne oraz zamieszkanie). Tylko takie osoby zdolne były brać udział w pojedynku. Polski Kodeks Honorowy przedstawiał spisy praw i obowiązków pojedynkujących się oraz ich sekundantów, rodzaj broni, który uważany był za broń honorową, sposób przygotowania pojedynków. Kodeks dopuszczał pojedynki do pierwszej krwi. Nie dopuszczał przeprosin czy usprawiedliwienia już po ustaleniu warunków pojedynku. Do obowiązków sekundanta należało ustalenie miejsca i czasu pojedynku oraz praw obrażonego i obrażającego. Ustalone zostały postawy uznane za honorowe. Takimi postawami było: człowiek honoru nie kradnie, przyznaje się do błędu, dotrzymuje słowa, broni podwładnego, słabszego, zwraca długi, bezinteresownie pomaga w nagłych wypadkach, broni ojczyzny, dokonuje zemsty za wyrządzone krzywdy, kończy walkę w przypadku przeciwnika konającego lub bezbronnego, jeżeli walka ta nie jest zemstą, podtrzymuje swoje racje, broni słabszych, zawsze jest prawdomówny i lojalny wobec przyjaciół Dewizą ludzi honoru są słowa : „róbcie tak, abyście nie musieli się wstydzić”

    Postawą niehonorową było: kłamanie w żywe oczy, niepomaganie innym w potrzebie, napuszczanie ludzi na siebie, kopanie leżącego, okradanie i oszukiwanie sierot, zmiana poglądów w zależności od sytuacji, lizusostwo, czytanie cudzej korespondencji, nieuznanie przegranej w sporcie, wyborach lub losowaniu, znęcanie się nad młodszymi, słabszymi, podburzanie ludzi przeciwko sobie, znęcanie się nad osobą poszkodowaną, oportunizm, okradanie innych.

    Sąd honorowy rozpatrywał sprawy honorowe na podstawie statutów honorowych. Rozstrzygano w nim zatargi i nieporozumienia dotyczące honoru i godności. Sądy honorowe działały niezależnie od sądów powszechnych i wojskowych. W obecnych czasach prawo polskie zakazuje pojedynków. Pozbawienie życia lub uszkodzenie ciała w wyniku pojedynku traktuje się jako przestępstwo.

    Artykuł opracowany na podstawie informacji internetowych i pojęć encyklopedycznych oraz zapisów Polskiego Kodeksu Honorowego.

    Stefan Żółtowski