Moi Drodzy, przypominam informacje dotyczące tegorocznego Zjazdu, które Prezes Mariusz zamieścił na naszej stronie internetowej.
„Moi Drodzy
Wielkimi krokami zbliża się termin ostatecznych wpłat na najbliższy Zjazd (należy ich dokonać do 28.02.2018 r.) Przypominam, że zgodnie umową, którą otrzymaliście, przedpłaty mają charakter bezzwrotny z uwagi na atrakcyjność terenu. Zajazd Jurajski nie będzie czekał na spóźnialskich, i wyprzeda pozostałe miejsca po uzgodnionym terminie. Dla przypomnienia garść szczegółów.
Przedpłata w kwocie 113 zł od osoby – w tytule należy podać imiona i nazwiska osób wpłacających (ważna jest ilość osób), że dotyczy ona Zjazdu Rodu Żółtowskich oraz datę przyjazdu i wyjazdu (stawki dla dzieci określone zostały w umowie i należy wpłacać za nie wartość jednego osobodnia).
W dniu przyjazdu wpłacamy pozostałą kwotę gotówką. Opłata za uroczystą kolację 80 zł płatne również gotówką.
Prezes Mariusz Żółtowski
Dodatkowe informacje:
Osoby które zarezerwowały pokój jednoosobowy i wpłaciły 113 zł proszone są o dopłacenie 25 zł przekazem lub zaraz po przyjeździe, gdyż osobodzień w pokoju jednoosobowym wynosi 138 zł.
Rozliczenie pobytu może być dokonane tylko gotówką.
W czasie uroczystej kolacji zamierzamy zorganizować licytację. Zachęcamy do przywiezienia przedmiotów, do wystawienia na tę okoliczność.
Alkohol, można będzie kupować indywidualnie w bufecie.
Ci którzy spóźnili się z wniesieniem przedpłaty, po uprzednim skontaktowaniu się z osobą z Zajazdu Jurajskiego, mogą pytać o ewentualne wolne miejsca.
Wielkimi krokami zbliża się termin ostatecznych wpłat na najbliższy Zjazd (należy ich dokonywać do 28.02.2018 r.). Przypominam, że zgodnie z umową, którą otrzymaliście, przedpłaty mają charakter bezzwrotny.
Z uwagi na atrakcyjność terenu, Zajazd Jurajski nie będzie czekał na spóźnialskich i wyprzeda pozostałe wolne miejsca po uzgodnionym terminie. Dla przypomnienia garść szczegółów:
Przedpłata w wysokości 113 zł od osoby – w tytule należy podać imiona i nazwiska osób wpłacających (ważna jest ilość osób), że dotyczy ona Zjazdu Rodu Żółtowskich oraz datę przyjazdu i wyjazdu (stawki dla dzieci określone zostały w umowie i należy wpłacić za nie wartość jednego osobodnia)
Pewnego dnia koleżanka z pracy w aptece pokazała mi ogłoszenie w piśmie „Służba zdrowia”, że poszukuje się kandydata do prowadzenia apteki w Niechłoninie na stanowisku kierownika. Oferują mieszkanie, ogródek, garaż i spokojną pracę. Tak naprawdę, to już mieliśmy dość mieszkania na strychu, bez łazienki, kuchni, bez ciepłej wody. Była tylko umywalka i sedes. Kąpaliśmy się w dużej miednicy po nagrzaniu na gazie wody. To samo pranie ubrań i pieluszek. Kupiłem „Franię”, która do tej ubikacji zmieściła się jakoś. To był dla nas ratunek. Wiadomo ile czystych pieluszek dziennie dziecko potrzebuje. Czasy się teraz bardzo zmieniły. Moja synowa nie wie już co to pieluchy, bo wszechobecny pampers wyparł tetrowe „szczęście”.
Moja mama nie miała nawet pralki „Frani”, tylko balię i tarę.
Nurtowało mnie to ogłoszenie w gazecie. Postanowiłem z żoną, że pojedziemy do Niechłonina sprawdzić na miejscu. Przedtem napisałem do Cefarmu w Olsztynie.
Prędko odpowiedzieli. Określili wysokość wynagrodzenia, warunki pracy, wielkość mieszkania. Konkretnego dnia miała na mnie czekać pomoc apteczna z kluczami do apteki i mieszkania, które było nad apteką, bym mógł wszystko obejrzeć. Przyjechał maluchem mój brat Jacek z Warszawy i przywiózł jeszcze mamę. W trójkę pojechaliśmy do owego Niechłonina koło Działdowa.
Apteka mała, ale wystarczająca jak na warunki wiejskie. Składała się z dwóch dość dużych pomieszczeń. W pierwszym mieściła się ekspedycja, receptura i biuro. Wszystko wygrodzone meblościankami stanowiło jakby trzy osobne pomieszczenia. W drugim był magazyn i komora przyjęć. Gdy zobaczyłem mieszkanie, już byłem pewien, że się z tej propozycji nie wycofam. Trzy pokoje z dużym balkonem, duży przedpokój i kuchnia, łazienka i ubikacja osobno. Wanna i ciepła woda, cisza i spokój. Stefania pochodziła ze wsi. Jej nie przeszkadzało, że wrócimy na wieś. Budynek podlegał pod ZOZ (dowcipnisie mówili Zespół Ogólnego Zamieszania). Dyrektor ZOZ, któremu także zależało, by ten obiekt uruchomić, zaproponował, mojej żonie stanowisko rejestratorki w Ośrodku Zdrowia. Nic lepszego nie mogło się nam trafić! Będzie nowy lekarz, nowa dentystka (żona lekarza), nowy aptekarz i nowy personel średni (rejestratorka, pielęgniarka, położna i środowiskowa i pomoc dentystyczna). Ja miałem pomoc apteczną. Była to starsza pani która głównie zajmowała się moim Romkiem, jeśli w tym czasie nie siedział w największej szufladzie w rejestracji i nie bawił się klockami.
Sprowadziliśmy się tam. Ze Starogardu Gdańskiego wynająłem transport z PKS i z małym Romeczkiem pojechaliśmy w „nieznane”. Sąsiednia wieś za Niechłoninem nazywała się Gnojno. Tłumaczyłem Stefanii, że będziemy jechać przez Działdowo, potem będą trzy wsie, potem długo nic i dalej też nic, aż do Gnojna… i potem już Niechłonin. Nie dała się przestraszyć. Dla niej perspektywa trzypokojowego mieszkania z ciepłą wodą i łazienką i ogródkiem i to nie małym, z garażem, choć nie mieliśmy samochodu, była priorytetem. Była zachwycona. Ja też się cieszyłem. Choć wychowany w Warszawie z ulgą uciekałem od tego zgiełku i hałasu dużego miasta. Bardzo dobrze mi się pracowało. Był czas na wszystko. Stefania, siedząc w rejestracji ugotowała obiad, powiesiła pranie, zrobiła zakupy. Podobnie pielęgniarki czy położna, kiedy wychodziła na wizyty domowe. W zasadzie współpraca układała się bardzo dobrze z wyjątkiem pary lekarskiej, czyli lekarza i dentysty.
Okazało się, że nową parę lekarską „zesłano” na wieś ze względu na duże skłonności do alkoholu.
Niektórzy moi czytelnicy, zwłaszcza z Torunia, wiedzą, o kim piszę. Rodzina bardzo szanowana, syn jednak mocno ją kompromitował. Pili oboje na umór, do nieprzytomności.
Nie pasowałem do tego towarzystwa. Owszem w młodości za kołnierz nie wylewałem, ale były to imprezy okolicznościowe. Najczęściej moje lub Stefanii imieniny. Więcej o nich pisał nie będę bo to MOJE ŻYCIE, a nie ich!
Ogólnie byliśmy zadowoleni. Praca na miejscu, ogródek, cisza, spokój i wielka życzliwość mieszkańców, dla których apteka była wentylem bezpieczeństwa w ich życiu. Zawsze, o każdej porze mogli zasięgnąć porady lub dostać leki, by ustąpiły im dolegliwości. Ludzie bardzo nas lubili. Pamiętam, kiedy opuszczaliśmy Niechłonin, udając się na Podlasie do Korycina, miejscowy proboszcz zaprosił nas na obiad. Bardzo żałował, że opuszczamy wieś parafialną. Wówczas jeszcze osobami ważnymi w danej miejscowości byli proboszcz, lekarz i aptekarz. Może dalej byśmy tam mieszkali, lecz obecność ciągle pijanych sąsiadów i tłumaczenie mieszkańcom, że „pan doktor dziś nie przyjmuje, bo wyjechał, bo chory, bo go ząb boli”, były męczące.
Tam urodziły się nasze dwie córki, Ola w 1979 r. i Ania w 1981 r. Stanowiliśmy rodzinę. Mieliśmy inne cele i potrzeby niż nasi sąsiedzi. A tak naprawdę, to może byśmy to sobie odpuścili, ale Stefania bardzo chciała powrócić do swych rodzinnych stron, na Podlasie w okolice Augustowa. Tam żyła jej mama Wacława i dziewięcioro rodzeństwa. I tak stał się Korycin.
XXVI Zjazd Związku Rodu Żółtowskich w tym roku zaczyna się dla mnie wyjątkowo wcześnie i nerwowo. A to dlatego, że jeszcze w środę rano nie mam samochodu, a wiozę przecież na Zjazd całą wrocławską drużynę! Moje auto utknęło u mechanika, ale dzięki nieocenionym kolegom z pracy możemy podróżować prawie nowym autem w komfortowych warunkach.
Zbieram zatem wesołą gromadkę po całym Wrocławiu: babcię Janeczkę z ciocią Danką, a następnie ciocię Jankę z Grażynką, która kilka dni wcześniej, jak co roku, przyjechała ze Szwajcarii specjalnie na tę okazję.
Ela z Kutna, Kalina z Torunia, Władysław z Torunia, Rafał z Korycina, Maciej z Torunia
Tegoroczny Zjazd zaplanowaliśmy w województwie lubuskim, które odwiedzamy po raz pierwszy. Jedziemy do Witnicy, niewielkiej miejscowości położonej ok. 25 km od Gorzowa Wielkopolskiego. Droga ekspresowa z Wrocławia, choć jeszcze w budowie, gęsto usiana biało-czerwonymi pachołkami i znakami informującymi o ograniczeniach związanych z remontami, upływa nam dość szybko, w miłej atmosferze.
Późnym popołudniem dojeżdżamy do hotelu „Leśne Ustronie” zlokalizowanego poza centrum Witnicy, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Obiekt położony jest wśród lasów i jezior na skraju zespołu przyrodniczo-krajobrazowego „Jezioro Wielkie”. Sąsiedztwo lasów i jezior tworzy specyficzny mikroklimat i jest atrakcyjnym miejscem dla wędkarzy, grzybiarzy czy piechurów, a olbrzymia przestrzeń dokoła ośrodka i brak sąsiadów gwarantują wspaniałe warunki do relaksu i nieskrępowanego wypoczynku.
Dojeżdżamy na miejsce. Już na schodach prowadzących z parkingu wita nas Rafał z Głuchołaz z aparatem fotograficznym. Jest tu pierwszy, chociaż ma najdalej. Pobiłby go tylko Piotr z Sandomierza, ale sprawy osobiste w tym roku uniemożliwiły mu przyjazd.
Im bliżej kolacji, tym nas więcej! Dojeżdża Kalina z Jurkiem z Torunia wraz z ciocią Bożenką z Warszawy,
Hania i Sławek ze Szczecina
Toruń reprezentuje też Władysław i Maciek, którzy tradycyjnie już przywożą wspaniały chleb z herbem, wypieczony na liściach chrzanu przez pana Krzysztofa Rumińskiego. Witamy się z Kicią ze Szczęsnego i „prawie autochtonką” Lidką z Sulechowa. Dopisuje Warszawa, Podkowa Leśna, Korytów, Pruszków, Łódź, Stara Biała, Szczecin, Gdańsk, Kutno…
Ograniczona liczba miejsc w ośrodku nie stanowi przeszkód dla Żółtowskich ze Złotowa i Jastrowia. Ryszard i Walentyna z córką Kasią i zięciem Jurkiem oraz z synem Jarkiem i synową Edytą zameldowali się w pobliskiej agroturystyce. Młodzież wybiera domki. Edward ze Skierniewic też.
W czwartek szykujemy się do mszy świętej z procesją Bożego Ciała w parafii p.w. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Witnicy. Po procesji obowiązkowo lody. Mimo nieprzychylnych prognoz pogoda nam sprzyja. W wolnym czasie robimy wypady nad jezioro, spacerujemy po lesie, a Kazimierz z Kutna łowi ryby.
Po obiedzie spotykamy się w sali konferencyjnej ośrodka na zebraniu dotyczącym szczegółów Zjazdu.
Jerzy z Korytowa, Bożena z Warszawy, Jerzy z Torunia, Grażyna ze Szwajcarii, Kalina z Torunia, Zbyszek z Warszawy, Rafał z Korycina, na drugim planie Jacek z Łodzi
Z omawianiem spraw dotyczących Zarządu czekamy na prezesa Mariusza, który wraz z Mirellą bawi na weselu.
Po kolacji ochoczo testujemy lokalny produkt z Browaru Witnica – piwo lubuskie jasne. Paulina z Warszawy pokazuje fioletowy język – młodzież woli piwa smakowe, w tym wypadku jagodowe. Siedzimy do późna na ławeczkach przed hotelem, dyskutując, śmiejąc się i oganiając od komarów.
Piątek to centrum i zarazem najbardziej aktywny dzień naszego Zjazdu. Zaraz po śniadaniu wyjeżdżamy na wycieczkę. Niestety, w autokarze melduje się tylko kilkanaście osób, co skłania do refleksji, czy jest to forma atrakcji, którą warto kontynuować. Większość z uczestników wybiera spędzanie wolnego czasu we własnym zakresie.
Wyjeżdżamy na moment z województwa lubuskiego do zachodniopomorskiego, zahaczając o Szlak Templariuszy. Zatrzymujemy się w Chwarszczanach, które w 1312 roku po sekularyzacji templariuszy przeszły w posiadanie joannitów. Zamek w Chwarszczanach był siedzibą komandorii joannitów, a następnie funkcjonował jako folwark. Został częściowo zniszczony podczas wojny siedmioletniej, do dziś zachowała się jedynie kaplica, obecnie kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, jeden z najcenniejszych zabytków Pomorza Zachodniego.
Krystyna z Pruszkowa, Danuta z Wrocławia, Krystyna (Kicia) ze Szczęsnego, Ula z Warszawy, Agnieszka z Wrocławia, Kalina i Jerzy z Torunia, Daniela i Leon ze Szczecina, Bożena z Warszawy, Rafał z Korycina, Edward ze Skierniewic, Jerzy z Korytowa
Z Chwarszczan jedziemy do Łagowa, zwanego perłą ziemi lubuskiej. Łagów jest położony nad jeziorami Pojezierza Łagowskiego: lazurowym Trześniowskim, jednym z najgłębszych jezior w Polsce zaliczonym do I klasy czystości, i Łagowskim. Na przesmyku tych dwóch jezior zbudowany został zamek joannitów. Obok zamku znajduje się zabytkowy park bukowy z bardzo starymi drzewami, sadzonymi tam przez pierwszych joannitów. Znajdujemy kilka pomników przyrody, w tym dąb szypułkowy, monumentalny świerk czy buk czerwonolistny. Łapiemy się za ręce i obejmujemy monstrualne pnie, robimy zdjęcia.
Nad parkiem góruje wysoka, 35-metrowa wieża warowna zamku, która jest widoczna z odległości kilku kilometrów. Wdrapujemy się na nią po niekończącej się liczbie schodów, wszystkim się udało, choć było ciężko! Nagrodą za trud jest niesamowity widok na całą panoramę Łagowa: lazurową taflę jezior, kościół św. Jana Chrzciciela czy wysoki wiadukt kolejowy niczym akwedukt odbijający się rdzawą czerwienią cegieł na tle zieleni lasów. Opuszczając park, u podnóża zamku kierujemy się jeszcze ku dwóm zabytkowym bramom obronnym prowadzącym do wsi: Polską z XV i Marchijską z XVI wieku. Odpoczywamy w ogródku kawiarenki z widokiem na jeziora przy kawie i ciastku.
Trzeba żegnać się z pięknym Łagowem i wracać do Witnicy, gdzie szykowana jest dla nas uroczysta kolacja. Jest już i prezes Mariusz z Mirellą ze Sztumu, bez odpoczynku jechali na Zjazd prosto z wesela. Jesteśmy prawie w komplecie – naliczyłam w sumie 56. Żółtowskich! Między posiłkami i tańcami Mariusz i Rafał prowadzą licytację przekazanych na rzecz Związku przedmiotów. Zabawa przednia, jak zawsze.
Kazimierz z Kutna, Krystyna z Pruszkowa, prezes Towarzystwa Przyjaciół Witwicy Zbigniew Czarnuch, Agnieszka z Wrocławia, na drugim panie Jerzy z ToruniaGrażyna ze Szwajcarii, Janina i Janeczka z Wrocławia, Krystyna z Warszawy z osobą towarzyszącą SwietłanąUa i Paulina z sympatią, Marta ze Sztumu, Kalina, Halina z Podkowy Leśnej
Paulina z Warszawy z dziadkiem ze Skierniewic
Bawimy się na parkiecie, głównie w żeńskim towarzystwie. Panów z roku na rok coraz trudniej oderwać od stołu, miejmy nadzieję, że będzie się to zmieniać, zwłaszcza że na obecnym Zjeździe pojawiło się trochę młodzieży. Trzymam kciuki, żeby to był trend wzrostowy. Rej wodzi Hania ze Szczecina z głośnikiem w ręku, a Amelka z Gdańska z Dominiką puszczają przeboje w stylu „Oczy zielone” Zenka Martyniuka.
Tomasz i Agata z Gdańska, Rafał z Korycina, Mariusz ze Sztumu, na drugim planie po prawej Władysław z Torunia
W sobotę tradycyjnie zostaje odprawiona msza w intencji rodziny Żółtowskich w miejscowym kościele, a ksiądz proboszcz dr Ryszard Tomczak w kazaniu nawiązuje do modlitwy wiernych przygotowanej i odczytanej przez Elę z Kutna, jakby się wcześniej umówili.
Po mszy udajemy się do Parku Drogowskazów i Słupów Milowych Cywilizacji na spotkanie z prezesem Towarzystwa Przyjaciół Witnicy Zbigniewem Czarnuchem. Lidka z Sulechowa rozpoznaje w nim druha Czarnucha, nauczyciela historii, pedagoga, wychowawcę młodzieży w zielonogórskim szczepie harcerskim Makusynów (od nazwiska Kornela Makuszyńskiego). Pan Zbigniew daje nam się poznać jako przeuroczy gawędziarz, pasjonat, zapalony mówca pełen energii jak na swoje 87 lat! Człowiek ogromnej kultury i dużej wiedzy historycznej, orędownik dobrosąsiedzkich stosunków polsko-niemieckich, regionalista z werwą oprowadza nas po parku, który stworzył w latach 1994 – 1995. Teren, na którym zgromadzono pamiątki związane z szeroko rozumianym rozwojem cywilizacji technicznej, drogownictwa i przemysłu pełni też rolę ogólnodostępnego parku miejskiego z amfiteatrem. Podzielony jest na cztery działy: przestrzeń kultury drogi, przestrzeń słupów milowych cywilizacji, przestrzeń refleksji i przestrzeń fantazji. Obiekty zgromadzone w ekspozycji są szczegółowo opisane i wiążą się przede wszystkim z historią Ziemi Lubuskiej i Brandenburgii. Niestety, załamanie pogody i padający deszcz nie pozwalają nam zwiedzić całego parku. Na szczęście do wieczora się wypogadza.
Leonek ze Szczecina
Ostatnia już kolacja przygotowana jest w formie grilla w plenerze, pod wiatami. Biesiadowaniu i rozmowom nie ma końca – jakby ten Zjazd dopiero się zaczął. Nie możemy się sobą nacieszyć po rocznej rozłące. Czas pożegnań jednak nieuchronnie się zbliża, i choć rozsądek podpowiada, żeby wyspać się przed podróżą, wracam do pokoju o 1. w nocy. Ula, Paulina, Amelia, Dominika – mam nadzieję kontynuować tę rozmowę w przyszłym roku podczas XXVII Zjazdu!
Ewa z Warszawy, Krystyna z Pruszkowa, Grażyna ze Szwajcarii, Krystyna z Warszawy, Agnieszka z Wrocławie, Mirella i Mariusz ze Sztumu
XXVI Zjazd Związku Rodu Żółtowskich dobiega końca. Żegnamy się z nadzieją, że w przyszłym roku znowu się spotkamy, oby w liczniejszym gronie. Ostanie uściski, pakowanie walizek, pożegnalne klaksony. Wrocławska drużyna z powrotem w aucie. W bagażniku nieliczne wolne miejsca wypełniają lubuskie jasne pełne. Niech Ci, którzy byli nieobecni, też zasmakują lokalnego trunku.
Do zobaczenia w przyszłym roku!
Mariusz Żółtowski – prezes Zarządu
Rafał Żółtowski – prezes Honorowy
Bożena Lipińska – wiceprezes Zarządu
Agnieszka Żółtowska – skarbnik
Elżbieta Żółtowska – członek Zarządu
Władysław Żółtowski – członek Zarządu
Posiedzenie otworzył prezes Mariusz Żółtowski.
– Uczestnicy zebrania ustalili, że wysokość składki członkowskiej będzie nadal wynosiła 60 zł rocznie.
– Miejsce Przyszłorocznego Zjazdu, zaproponowali Katarzyna i Jerzy Podmokły ze Złotowa, ośrodek „Leśna Chata” w Jastrowie. Agnieszka z Wrocławia sprawdziła ten ośrodek w Internecie. Okazało się, że to ciekawa lokalizacja, wygląd i cena. Ośrodek został wstępnie zaakceptowany, ale poszukiwania mają trwać nadal, może udałoby się znaleźć coś ciekawego bliżej centrum Polski.
Padły propozycje miejscowości: Konin, Kalisz, Leszno. Michał ze Szczecina zachwalał Góry Sowie i Sokolniki.
– Prezes Mariusz zainicjował dyskusję na temat atrakcyjności Zjazdów dla przyjeżdżającej młodzieży. Należałoby bardziej zaangażować młodzież w przygotowaniu zajęć odpowiednich dla młodych ludzi. Młodzież bowiem najlepiej wie, co jest dla niej atrakcyjne i ciekawe. Na początek Paulina z Warszawy złożyła obietnicę doboru odpowiedniej muzyki na uroczystą kolację.
Młodzież na Zjeździe grupuje się we własnym gronie. Część nie przyjeżdża, wkracza w dorosłe życie i nie ma czasu, część nie jest zainteresowana Zjazdami. Niektórzy młodzi twierdzą, że osoby przyjeżdżające na Zjazd, są dla nich obcymi ludźmi. Agnieszka zaś oświadczyła, że przyjeżdżać będą te osoby, które czują klimat wspólnoty. A taki klimat bliskości i wspólnoty można osiągnąć właśnie przez uczestnictwo w życiu Rodu.
– Narodził się pomysł publikacji listów w kwartalniku, które Michał z Lasek pisał do wielu Żółtowskich.
Agnieszka zobowiązała się zeskanować listy, które otrzymywała od Michała i przesłać je do Bożenki. Znalazła także w Internecie publikację „Życie w Krzemieniewie”, o Alfredzie Żółtowskim, bracie Michała z Lasek, autorstwa Leonarda Dwornika. Można by tę publikację zamieścić w naszym piśmie, ponieważ autor korzystał z materiałów ogólnodostępnych.
– Zarząd postanowił, aby co roku w niedzielę przed świętem Bożego Ciała odbywała się msza św. za Ród Żółtowskich w kościele w Mochowie. Pomysł ten spotkał się z akceptacją i zaproszeniem proboszcza księdza Grzegorza Mierzejewskiego. W tym roku 11 czerwca odbyła się już pierwsza taka msza.
– Podjęto decyzję o uhonorowaniu i wręczeniu medalu im. Michała z Lasek.
– Mariusz poszukuje książek autorstwa Michała z Lasek. Chciałby przekazać je do Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie. Dyrektor placówki jest pasjonatem tej tematyki.
– Agnieszka zaproponowała , by zmienić wygląd dotychczasowych bawełnianych żółtych koszulek zjazdowych, które są już niezbyt atrakcyjne.
– Padła propozycja, aby osoby, które ukończyły 80 lat przyjeżdżające na Zjazd, zostały uhonorowane, np. dyplomami z podziękowaniem za wieloletnie uczestnictwo w Zjazdach.
– Elżbieta zaproponowała, by kolejne posiedzenie Zarządu odbyło się w Kutnie, w jej i Kazia domu rodzinnym . Propozycja została zaakceptowana. Spotkanie zarządu odbędzie się 27 października br.
ŚP. Stefan Żółtowski zmarł 23 lutego 2017 roku przeżywszy 89 lat
Żegnamy osobę nam najbliższą, kochanego męża, ojca, dziadka i pradziadka. Żegnamy Go też w imieniu jego siostry Rysi, nieobecnej tu
z powodu stanu zdrowia.
Dziękujemy wszystkim za tak liczną obecność, rodzinie, znajomym bliższym i dalszym.
Tata miał długie i piękne życie, choć przypadło ono na trudne lata i było naznaczone ciężkimi chwilami. Trudno je zawrzeć w kilku zdaniach.
Szczęśliwe dzieciństwo w majątku Sobowo w kochającej się rodzinie przerwane zostało brutalnie przez wojnę. Jego lata młodzieńcze, to czas okupowanej Warszawy i jej dramatu. Z okien kamienicy na Złotej widział zagładę getta. Do końca życia nie mógł się z tym pogodzić. W przeddzień Powstania Warszawskiego stracił w ulicznej akcji starszego brata Andrzeja. Dramat i zniszczenie ukochanego miasta były dla niego trudne do zaakceptowania. Słowo ojczyzna nigdy nie przybierało u niego górnolotnych form. Stronił od patriotycznych uroczystości i uniesień. Powojenna rzeczywistość nie zawsze była dla niego łaskawa. Odnalazł w niej miejsce jako mądry lekarz. Pracował dużo i do końca życia. Ale co najważniejsze stworzył z Mamą kochającą się rodzinę. Przeżyli razem szczęśliwie 55 lat.
Był człowiekiem rodzinnym i troskliwym, cieszył się każdą chwilą spędzoną z najbliższymi.
To dzięki niemu udało się nam stworzyć w Podkowie Leśnej miejsce gdzie gromadzili się wszyscy na rozmowach, przy stole i na spacerach. Liczne wnuki, a potem i prawnuki były jego wielką radością. Do końca dbał o ich przyszłość i edukację. Był człowiekiem otwartym, ciekawym świata i ludzi, nie bojącym się współczesności. Na starość odkrył bogactwo świata Internetu i nowych technologii.
Ukochane książki z łatwością zamieniał na ebooki. Miał dar zjednywania sobie ludzi, był towarzyski i dowcipny. Jego życie dopełniały pasja podróżowania, gra z brydża i łowiectwo, czego do końca życia trochę się wstydził.
To wszystko, to już czas przeszły. Pozostawił po sobie jednak dobre imię i pamięć.
Już po raz trzeci w pięknie odrestaurowanym pałacu hr. Sierakowskich w Waplewie Wielkim koło Sztumu, będącym oddziałem Muzeum Narodowego w Gdańsku, zorganizowano konkurs dotyczący tradycji szlacheckiej.
Wpłynęło ponad sto prac pisemnych, plastycznych i multimedialnych w różnych kategoriach wiekowych, od szkół podstawowych po ponadgimnazjalne.
Patronat honorowy nad tym wydarzeniem objęli: hr. Izabella Sierakowska-Tomaszewska, córka ostatnich właścicieli pałacu, poseł na Sejm RP Kazimierz Smoliński, senator RP Antoni Szymański, dyrektor Gdańskiego Oddziału IPN prof. Mirosław Golon i Wielki Kanclerz Przeoratu Pomorskiego Orderu św. Stanisława Stefan Kukowski. Tak jak w poprzednich edycjach Związek Rodu Żółtowskich włączył się w organizację konkursu, fundując okolicznościowe medale, pięknie wykonane przez Jarosława ze Skierniewic, za co mu serdecznie dziękuję. 5 czerwca 2017 r. w sali reprezentacyjnej pałacu zgromadzili się licznie zarówno uczestnicy, jak i ich rodzice i opiekunowie szkolni, pod których kierunkiem wykonywali swoje prace. Przywitał ich pomysłodawca i główny organizator konkursu Piotr Stec, radny Powiatu Sztumskiego oraz gospodarz obiektu, Maciej Kraiński będący skarbnicą wiedzy o pałacu, jego byłych mieszkańcach i ich koligacjach. Tym razem do tradycyjnych tematów dołączono opracowania dotyczące rodzin Sierakowskich i Żółtowskich.
Miło mi poinformować, że właśnie praca dotycząca Rodu Żółtowskich zdobyła główną nagrodę w najstarszej kategorii wiekowej. Całość spotkania uświetnił występ wokalny uczennicy Agaty Trafalskiej, nieco stremowanej, gdyż nie możemy zapominać, że w tych wnętrzach koncertował nasz wielki Fryderyk Chopin. Przemiły charakter spotkania zmąciła jedynie wiadomość o chorobie hr. Sierakowskiej, która w ostatniej chwili musiała odwołać swój przyjazd. Po raz kolejny okazało się, że spuścizna kultury stanu szlacheckiego cieszy się żywym zainteresowaniem młodzieży .Mam nadzieję na kolejną edycję w przyszłym roku.
Zapraszamy wszystkich członków i sympatyków Związku do udziału w dwudziestym szóstym zjeździe, który w tym roku odbędzie się na przepięknej ziemi lubuskiej. Jak co roku przygotowaliśmy mnóstwo atrakcji, np. licytacja podczas uroczystej kolacji, wycieczka do Łagowa i Chwarszczan czy prelekcja w Parku Drogowskazów. Serdecznie zapraszamy Was do współtworzenia i czynnego uczestnictwa w tych atrakcjach. Liczymy na dużą frekwencję podczas wycieczki i zaopatrzenie w fanty na licytację.
Więcej szczegółów i informacji pod adresem mailowym zarzad@zoltowscy.pl