Lucień dla mnie


B. W.

Dla mnie zjazd w Lucieniu był miejscem powrotu z daleka. Jak zwykle wtedy bywa, w radości ze spotkania z dawno nie widzianymi znajomymi tkwi obawa. Czy spotkam tę samą życzliwość i uśmiech. Czy będę mogła je odwzajemnić. Przebywanie wśród kilkudziesięciu osób naraz wydawało mi się trudne … I miałam jeszcze przygotować wystawę.

Dotknęłam więc życia wielkopolskich Żółtowskich, głównie z Czacza i Niechanowa.

Muszę więc naukowo-fachowo-zawodowo zilustrować, usystematyzować, zaszufladkować zdjęcia, traktując Michała i Andrzeja Ludwika jak żywe źródła. Muszę potwierdzić, pogłębić wiedzę, którą nabyłam w domu, czytając biografie, studiując badania statystyczno-ekonomiczne dotyczące losów ziemiaństwa i arystokracji polskiej … Muszę … .

Pierwszym moim żywym źródłem stał się Michał. Pojechałam do Lasek z łopotem i sztuczną energią. Spotkałam ciszę Ośrodka oraz wrażliwość zakonnicy na bezradność schorowanej starszej siostry zakonnej.

A potem cierpliwe opowiadanie Michała. Gotowość wyjaśnienia każdego zdjęcia. Pradziad … Mama, bracia na koniach … Kilkuwiekowe życie rodziny. Żywe życiem Michała.

Łagodnie zaczęły wracać wspomnienia o losach moich najbliższych. Zaczęłam chyba opowiadać. Ale przecież nie chciałabym ujawnić, jak kochałam moją babcię, dlaczego trzymam w szafie lalkę z dzieciństwa i chronię notesiki z rysikami pradziadka …. A Michał był szczodry w opowieściach…, ale czuwający. Starałam się, więc wejść na tyle w życie Jego rodziny, na ile mnie zapraszał. Zgubiłam moje zaszufladkowanie, zilustrowanie, usystematyzowanie … Słuchałam.

W kilka tygodni później piłam kawę na Słonecznej. Rozmowa miła, pełna swobody, lekko sarkastyczna. Bogaty zbiór zdjęć Andrzeja Ludwika już mi się jawił inaczej. Znam niektórych bohaterów. Znowu wiele znanych mi sytuacji. Narracja gospodarzy bogata, lekka. Pióropusz zdarzeń i pochwał. Ale ja już wiem, że nie chcę nic naukowo-fachowo-zawodowo zaszufladkować.

Michale, Andrzeju, Zosiu, dziękuję wam za to. (Już słyszę Andrzeja Ludwika: „Ależ moja droga, zupełnie niepotrzebnie dziękujesz”). Wybrane uprzednio, zreprodukowane zdjęcia opisujemy, tworząc podpisy. Potem krótki telefon do średniego Stefana z Leśnej Podkowy. „Ależ oczywiście zrobimy plansze, wydrukujemy podpisy. Przyjadę jutro”. Przyjechał pojutrze, ale artystycznie przygotował ilustracje świetnie.

Wystawa chyba się udała. I Michał, i Andrzej starali się być „obiektywnymi źródłami epoki”, ale na szczęście z ich opowieści rysował się obraz Rodziny pełen życia mozolnego, codziennego i heroicznego, życia dla Boga, Honoru i Ojczyzny. Ten ich dar został przyjęty z szacunkiem i radością. Żółtowscy na zakończenie bili brawa.

A inne dni? Wybory do Zarządu. Ogromna nas liczba. Bardzo dużo, nowych, jednakże różnorodnych Żółtowskich. Donośny głos Andrzeja, dyskretne czuwanie Michała. Otwartość i wielkie serce Rafała i Stefanii. Wzruszająca, mrówcza praca Rodziców zmarłego Michała nad dziełem syna. Wielkie zbiory zdjęć zjazdowych Marka z Poznania. Gorączkowe przygotowania Zosi i moje oraz znikanie z naszego domku, ażeby debaty Michała z dziećmi na tylko im znane tematy odbywały się w spokoju i wśród słodyczy.

Rozmowy z Kicią. Ciepła pogawędka z prof.: Januszem Bieniakiem, znamy się dwadzieścia lat. Spotkanie z klanem leśno-podkowieńskim. Dyskusje w naszym domku… Lubiłam tam być. Ciężka praca Barbary, spokój Jarka. Piękna okolica, słoneczne pogoda, zwiedzanie Łącka i Płocka w upalne przedpołudnia , spacery….

Do zobaczenia na następnym zjeździe.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *