Wokół VIII Zjazdu


Andrzej z Milanowa

Jestem pewien, że wszyscy członkowie Związku zapisani na Zjazd modlili się o jedno – oby była pogoda. My oboje potraktowaliśmy ten Zjazd turystycznie. Taka okolica! I Brześć Kujawski, i Kruszwica, i Moglino, i osławiony Biskupin a nade wszystko Gniezno. Toż to nasza polska kolebka. Wybraliśmy się więc już 31 maja – jakby dyliżansem; ot, w przeddzień przedednia Zjazdu. Czasami jest wygodnie, gdy można JUŻ się nie spieszyć.

Nagrodą pierwszą – oprócz pogody – była restauracja w Mogilnie. Zabytki zabytkami, lecz gdy „fara chuda”, to i zabytki mijają nie dostrzeżone. „Fara” była tak świetna, że i nazajutrz byliśmy w Mogilnie. Już po powrocie Zosia stwierdziła, że nie może sobie darować niezapisania adresu sklepu, gdzie kupiła rajstopy. Niech się schowa warszawski „Dior” czy „Panorama”. Rajstopy wspaniałe, trwałe, świetny kolor. To ostatnie trudno mi było ocenić, bo odcienie beżów wprowadzają mnie w zakłopotanie i ląduję w rudym i ostro zielonym. Wiadomo – daltonizm.

Prawdziwym zaskoczeniem była Chomiąża. Oczywiście Szlachecka, gdyż istnieje też Chomiąża Kościelna. Obie leżą nad jeziorem. W roku 1870 różniły się głównie tym, że w Szlacheckiej było znacznie więcej analfabetów.

Dziś, pięć miesięcy po naszym Zjeździe, byłoby mi trudno wytłumaczyć, jak się do tej Chomiąży dojeżdża. Tyle razy skręcać w prawo, lewo i znów w lewo, a potem pod górę… i człowiek ląduje zupełnie gdzie indziej, niż tam, gdzie zamierzał. Dziwię się, że kierowcy autobusów chcą tam w ogóle jeździć. No i jeszcze jedno dziwo – są pagórki, pagóry i gdy się jest w dole, to jest się już przegranym. Zwłaszcza gdy krzyżówka jest między pagórkami, gdy brak drogowskazu i nie ma się kompasu. Ale dojechaliśmy, no i właśnie zaskoczenie. Brama i architektura „środkowy Gierek”, ale widok… jakby słonecznego raju. I gdyby moja skoda była amfibią, pewnie bym się znalazł w środku jeziora.

Było słoneczne popołudnie, między pawilonami mnóstwo rozbieganych dzieci i młodzieży robiło wyścigi na „molo”, wśród trzcin i leszczyny i z powrotem. Oczywiście z odpowiednim akompaniamentem głosowym. W chwili przytomności jedno z nich grzecznie wskazało mi recepcję.

Tu trochę mnie zatkało. No, bo recepcja to było pomieszczenie o powierzchni najwyżej czterech i pół metrów kwadratowych, gdzie obok drzwi było tylko okienko dla interesantów i okno. Przez wszystkie sześć dni pobytu nie mogłem zrozumieć, gdzie pani kierowniczka pracuje. I to pracuje świetnie.

„A to państwo na Zjazd Żółtowskich? Bardzo się cieszę, ale spodziewałam się państwa dopiero jutro”. „Tak, lecz mieliśmy jeden wolny dzień wcześniej. Czy można przenocować?” – „Nie ma sprawy. Proszę bardzo.Może pan wybierze pokój”.

Zosia jak zwykle wystawiła się już do słońca, pozostawiając mnie wszelkie inne sprawy. Poszliśmy. Pokój był miły, a pani kierowniczka zatroszczyła się o kolację i czy chcielibyśmy mieć jutro pełne utrzymanie.

Trochę mnie niepokoiła obecność tylu wycieczkowiczów i co gorsza żadnego autokaru; wokół las, jezioro i tylko pani kierowniczka, a jutro zjeżdża naszego Rodu na pewno pięćdziesiątka.

Wydobyłem wszystko z samochodu, zaniosłem do pokoju i wyskoczyłem do lasu. Pachniał tak, jak tylko w czerwcu, w pogodny wieczór, może pachnieć las. Ledwo uszedłem ze dwieście kroków, z prawej strony wyskoczył rogacz, popędził i tylko mogłem jego ślady wąchać, tak jak w mojej wczesnej młodości dzieci ze wsi położonych w głębi lasów wąchały na piasku ślady samochodu.

Nazajutrz byliśmy znowu w Mogilnie, nie tylko na świetnym obiedzie, ale też w dostojnej kolegiacie, gdzie w odkrytym podziemiu oglądać można wczesnoromański kościół. Trumny ze szkieletami mnichów czy fundatorów, wmurowane w oszklone nisze, każą zapomnieć o przesłonecznionym dniu i powtarzać jedynie „memento mori”. Pod wieczór wszyscy zaczęli się zjeżdżać. Liczyliśmy odległości, ja, mimo że jechałem od 10 rano do 7 wieczorem, miałem jedną z krótszych tras. Oczywiście Rafał twierdził, że on miał najdalej, lecz Mieczysław – ten, który się ze mną zawsze droczy – wykazał na mapie, że ze Szczecina jest znacznie dalej. Nawet Berlin, skąd też nadjechali przyjaciele, jest bliższy.

Gdy mam mówić, co się działo na Zjeździe, to powiem, że było cudownie, bo nic się nie działo. Ot, zjechaliśmy się i byliśmy bardzo uradowani i zadowoleni, że jesteśmy razem. Jednak dwie sprawy wymagały poważnego zastanowienia. Pomysł Rafała, by Ród Żółtowskich był obecny na Zjeździe Rodzin w Rzymie w roku jubileuszowym postawił pod znakiem zapytania organizowanie naszego dorocznego Zjazdu w 2000 roku. Była żywa dyskusja i przegłosowano zaskakującą decyzję – organizujemy obie imprezy. Mariusz ze Sztumu podjął się organizacji Zjazdu Żółtowskich w kraju, a niezawodny Rafał ma się zająć naszym udziałem w rzymskim Zjeździe Rodzin.

Byłbym całkowicie zapomniał o dwóch sprawach osobistych. Podaję je chronologicznie. W dyskusji o wprowadzeniu Związku Rodu Żółtowskich do internetu byłem jedynym, który głosował przeciw.

W czasie wycieczki do Gniezna, na którą wybraliśmy się z Zosią naszym samochodem, zgubiłem się wśród jezior i pagórków Kujaw – całkowicie. A ponieważ mili czytelnicy nie byli z nami, zdradzę następny fantastyczny adres kulinarny – pizzeria na Kanonii Gnieźnieńskiej. Dobrego apetytu!

Z ostatniej chwili – Rafał już zarezerwował czterdzieści miejsc z całkowitym utrzymaniem w pensjonacie rzymskim na Zjazd Rodzin!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *