Wspomnienie o dziadku


Mariusz ze Sztumu

Przerzucając kartki albumów, wracamy myślą do tych, którzy odeszli, do postaci z naszego dzieciństwa. Niektóre z nich zajmują miejsce szczególne, czujemy ich obecność, zastanawiamy się, jak oceniliby nasze postępowanie. Dla mnie kimś ważnym i zarazem intrygującym był mój dziadek, Stanisław.

Mieszkanie dziadków, znajdujące się na obrzeżach Gdańska, stanowiło znakomitą bazę wypadową dla moich wypraw wędkarskich. Miejsce to tętniło życiem z racji częstych wizyt krewnych, przyjaciół, sąsiadów, którzy zawsze mogli liczyć na serdeczne przyjęcie i dobrą radę. Jeden z pokoi był zajmowany przez bliższych bądź dalszych krewnych, którzy nie mieli aktualnie własnego mieszkania. Spotkania rodzinne z okazji świąt oraz imienin gromadziły liczne towarzystwo, które chętnie brało udział we wspólnych śpiewach, oczywiście pod przewodnictwem dziadka, mającego piękny tenor. Dzielnie wtórowała mu babcia Helena. Oboje tworzyli atmosferę ciepła i życzliwości.

Dziadek był człowiekiem niezwykle aktywnym. Pracował zawodowo do siedemdziesiątego roku życia jako kierownik narzędziowni wydziału kadłubowego Stoczni Gdańskiej (wówczas im. Lenina), był bowiem z zawodu mechanikiem. Po pracy z zapałem uprawiał spory ogródek (w czym z mniejszym zapałem mu pomagałem), w pozostałych wolnych chwilach malował obrazy, wykorzystując rozmaite techniki, od ołówka i akwareli poczynając, a na farbach olejnych kończąc. W dziedzinie malarstwa był samoukiem. Obrazami obdarowywał licznych krewnych. Posiadał jeszcze jeden niezwykły talent – umiejętność pisania listów. Z łatwością zapełniał równym, kaligraficznym pismem liczne strony, wplatając tworzone ad hoc wiersze. Było w nich tyle humoru, że często czytaliśmy je na głos, śmiejąc się do rozpuku. Dziadek był człowiekiem pogodnym, ale miał cięty dowcip i ci, którzy mu się narazili, mogli być pewni celnej riposty. Oboje dziadkowie byli głęboko wierzący. Przez cały Wielki Tydzień nie jedli mięsa, często przystępowali do Komunii św., co wieczór odmawiali różaniec podobno w jakiejś intencji, jakiej pozostanie ich tajemnicą.

Do przeszłości dziadek wracał niechętnie, uważając, że istotniejsza jest teraźniejszość i przyszłość. Z tego też względu, aby zapewnić trzem synom możliwość kształcenia się, zdecydował się przeprowadzić z ubogiej wsi mazowieckiej do Gdańska. Sam dużo czytał i prowadził rozległą korespondencję, dzięki której stałem się właścicielem pokaźnej kolekcji znaczków pocztowych. Chcąc mi zrobić przyjemność, poprosił swego przyjaciela z ławy szkolnej, podówczas Sekretarza Generalnego Zrzeszenia Polsko narodowego w Nowym Jorku, Stanisława Głowackiego, o przesłanie pewnej ich ilości. Prośba została spełniona w iście amerykańskim stylu – przysłano duże pudło kartonowe pełne znaczków i co gorsza trzeba było zapłacić bardzo wysokie cło. Poczułem się strasznie zawstydzony i już nigdy nie prosiłem dziadka o znaczki.

Wielokrotnie nagabywany przez ciekawskiego wnuka, zdawkowo opowiadał o swych młodych latach, i to raczej w formie anegdotycznej – nie lubił mówić o sobie. Znając moją inną pasję, jaką było wędkowanie, uraczył mnie kiedyś następującą opowieścią: jego ojciec, Konstanty, był zapalonym myśliwym. Któregoś dnia wybrał się na polowanie na kaczki. Aby mieć lepszą widoczność, wszedł na leżący przy brzegu omszały pień. Jakież było jego zdumienie, gdy „pień” poruszył się i zaczął wolno odpływać. Okazało się, że był to ogromny szczupak.

Bliższe szczegóły z jego przeszłości poznałem dopiero, gdy zmarł. Urodził się 5 maja 1899 roku we wsi Świętosław na Mazowszu w rodzinie wielodzietnej. Większość rodzeństwa zmarła w czasie jakiejś epidemii. Jego ojciec, Konstanty, był kowalem-mechanikiem, matka, Marianna z d. Zaręba, zajmowała się domem (jej bratanica, Helena Zaręba, była współzałożycielką, a następnie wikarią generalną Zgromadzenia Sióstr Pasterek w Jabłonowie Pomorskim). Interesującą postacią był brat dziadka, Konstanty (ur. 6 lutego 1888). Musiał uciekać za granicę, gdyż za walkę z caratem otrzymał zaocznie wyrok śmierci. Emigrował do USA, prawdopodobnie w latach 1905-1906 – jedyny zachowany list z 1911 roku mówi u kilkuletnim pobycie za oceanem. Wspomina w nim, że dorobił się sporego majątku, ale jeszcze się nie ożenił. Po II wojnie światowej dziadek podjął poszukiwania swego brata przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż – udało się jedynie ustalić, że wyemigrował na południe Anglii i podobno był fabrykantem.

Dziadek Stanisław ukończył szkołę rosyjską w Kikole. W młodości był członkiem POW i otrzymał medal za rozbrajanie Niemców w czasie I wojny światowej, następnie członkiem PPS (zapewne idąc w ślady starszego brata). W latach 1920-1921 walczył z bolszewikami, biorąc między innymi udział w obronie Zamościa przed konnicą Budionnego. Szlak bojowy zakończył w stopniu plutonowego-radiotelegrafisty pod Wilnem. Powyższe fakty wskazują, że był żołnierzem Legionowego Pułku Piechoty II Armii. Podobno za obronę Zamościa otrzymał wniosek o odznaczenie Krzyżem Virtuti Mililtari, lecz w zawierusze wojennej rozkaz zaginął i do odznaczenia nie doszło.

Ożenił się z Heleną Zarębianką, córką ciotecznego brata, Władysława Zaręby, a na ślub musiała wyrazić zgodę Stolica Apostolska. Odbył się on w Piotrkowie, niedaleko Golubia Dobrzynia. Czy w uzyskaniu zgody pomogły koligacje z arcybiskupem płockim, Antonim Julianem Nowowiejskim, pozostanie tajemnicą. Małżeństwo to przeżyło zgodnie ponad pięćdziesiąt lat. Od 1946 roku aż do śmierci w 1982 dziadek mieszkał w Gdańsku. W pamięci tych, którzy go znali, pozostał jako człowiek niezwykłej dobroci i uczciwości, roztaczający wokół siebie aurę serdeczności. Stronił od konfliktów i procesów sądowych, czego świadectwo znajduję w listach jego teścia, Władysława Zaręby, czyniącego mu wyrzuty, że nie stara się odzyskać należnej mu sukcesji i usunąć nieuczciwych dzierżawców. Do końca pozostał człowiekiem ubogim materialnie, ale bogatym bogactwem swej osobowości.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *