Bogusia z Białej Starej








XI Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbył się w dniach 29 maja – 2 czerwca 2002 roku. Większość uczestników przyjechała już w środę. My dotarliśmy w czwartek około południa. Ośrodek „Pisz” to trzy jednakowe domy piętrowe w środku sosnowego lasu. Całość ogrodzona, a samochody Żółtowskich są dobrze strzeżone na parkingu. Wszystkim dopisują humory, witamy się niezwykle serdecznie. Co chwila rozlegają się radosne okrzyki powitalne. Żółtowscy tworzą niesamowitą atmosferę, a właściciele i obsługa ośrodka są całkowicie pochłonięci tym, aby umilić nam pobyt. Cały czas mamy do dyspozycji termosy z herbatą i kawą. Pogoda sprzyja: wprawdzie od pobliskiego morza wieje wiatr, ale słoneczko coraz mocniej przygrzewa. Organizatorzy zjazdu mieli obawy, czy uczestnicy dopiszą, wszak na Pomorze Zachodnie jest dość daleko. Jednakże rodzina nie zawiodła, przyjechali Żółtowscy z różnych stron kraju. Dużo młodzieży. Są też nowe twarze, ale bardzo szybko czują się dobrze wśród tych, którzy są na zjeździe po raz kolejny. Wraz z mężem Witoldem i naszymi dziećmi – Anną, Marcinem i Michałem docieramy do Pobierowa w porze, kiedy większość wraca z procesji Bożego Ciała. Mamy więc okazję przywitać się ze wszystkimi. Szczególnie cieszymy się z obecności Rafała – tuż przed zjazdem zmogła go choroba, obawialiśmy się, że go nie będzie, ale ku naszej wielkiej radości jest z nami. Honory gospodarza pełni Mieczysław ze Szczecina, jest przecież na swoim terenie. Dzielnie pomaga mu siostra Daniela z mężem Leszkiem, a także syn Sławek. Oni przyjechali najwcześniej, zadbali o to, aby wszyscy mieli wygodne kwatery. Pokoje są bardzo przytulne, wszystkie z łazienkami, rozległymi tarasami.
W czwartek po południu w obszernej sali konferencyjnej, odgrywającej też rolę jadalni, odbywa się najważniejsza część zjazdu, czyli walne zebranie naszego Związku. Przebieg zebrania szczegółowo przedstawiam w protokole,gdyż zostałam wybrana na sekretarza. Po zebraniu mamy okazję zapoznać się z historią i dniem dzisiejszym Pomorza Zachodniego i jego stolicy – Szczecina. Mieczysław zaprosił wspaniałych prelegentów. Niezwykle interesująco o historii tych terenów opowiadał wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego, prof. dr hab. Antoni Szczygielski, mówił ze znajomością tematu i w sposób tak zajmujący, że wszyscy zdziwiliśmy się, kiedy pod koniec wykładu Mieczysław przedstawił go jako kolegę po fachu, specjalistę ginekologa-położnika. Historia jest więc jego pasją. Następny prelegent, dr Jerzy Surówka, przedstawił zebranym historię Szczecina w formie diaporamy. Zdjęcia, które mają historyczną już wartość, pokazywały rozwój miasta na przestrzeni lat.
Ważnym punktem programu jest koncert akordeonowy 16-letniego Karola z Olsztyna. Przyjechał on na zjazd po raz pierwszy, ale ma bardzo efektowne wejście. Od razu zaskarbia sobie sympatię wszystkich, gdyż gra wspaniale zarówno utwory muzyki klasycznej, jak i rozrywkowej. Należy też wspomnieć o jego rodzicach. To tata przyjął nazwisko żony, które brzmi – Żółtowska. Do tej pory to my, kobiety byłyśmy „przybrane Żółtowskie”, a teraz jest też mężczyzna „po żonie” Żółtowski. Ten fakt dowodzi, że nasze nazwisko jest piękne i szlachetne.
W piątkowy ranek wyruszamy na wycieczkę do Międzyzdrojów i Świnoujścia. Ponieważ pochodzę z Pomorza Zachodniego, tereny te są mi znane, ale zwiedzanie ich w tak wspaniałej kompanii nie wydaje mi się nużące. Pogoda nam sprzyja, świeci piękne słońce, zapowiada się wspaniały dzień. Pani przewodnik opowiada nam wiele ciekawych legend i podań o mijanej okolicy. Pierwszy punkt programu naszej wyprawy to Kawcza Góra, najwyższe wzniesienie w tej okolicy nad Bałtykiem. Po krótkim marszu bukowym lasem – teren Wolińskiego Parku Narodowego – docieramy na taras widokowy, z którego rozpościera się wspaniały pejzaż. Widoczność jest bardzo dobra, można dostrzec dźwigi w porcie w Świnoujściu, a nawet zabudowania pobliskiego niemieckiego miasteczka Ahlbeck. Potem krótki spacer Promenadą Gwiazd i wizyta w Muzeum Figur Woskowych. Mamy okazję zobaczyć hotel, który był brany pod uwagę jako miejsce naszego zjazdu. Wszyscy cieszą się, że nie mieszkamy w tym „bloku z betonu”. Nareszcie upragniona chwila każdej wycieczki – czas wolny. Mamy dwie godziny, aby napić się kawy, zjeść lody, a przede wszystkim to, co nad morzem nieodzowne – smażoną rybę. Jedziemy do Świnoujścia. Autokar zostaje na parkingu, a my musimy przepłynąć promem z wyspy Wolin, na wyspę Uznam. Nowoczesny prom szczęśliwie przewozi nas na drugą stronę kanału portowego. Zwiedzamy Muzeum Rybołówstwa, krótki spacer po mieście i wracamy. Mamy jeszcze w planie wyprawę nad Jezioro Turkusowe. Niestety, w drodze powrotnej zaskakuje nas gwałtowna ulewa i burza. Na domiar złego psuje się autokar. Ale humory dopisują.
Wprawdzie robi się bardzo zimno, ale Żółtowskich nie jest w stanie zmóctaka niewielka przeszkoda jak nagłe załamanie pogody. Musimy tylko zrezygnować z obejrzenia Jeziora Turkusowego, którego nazwa pochodzi od koloru wody. Awaria autobusu zostaje usunięta i jedziemy do Kamienia Pomorskiego. Trzeba się spieszyć, jeżeli chcemy wysłuchać koncertu na organach, które należą (obok oliwskich, leżajskich i w Świętej Lipce) do najwspanialszych i najstarszych w Polsce. Udaje nam się zdążyć. Z Pobierowa dojeżdżają samochodami ci uczestnicy zjazdu, którzy nie byli na wycieczce, ale chcą wysłuchać koncertu. Pełni wrażeń wracamy do ośrodka. Krótki odpoczynek, chwila na przygotowanie i zbieramy się na uroczystej kolacji. Panie we wspaniałych kreacjach, panowie w garniturach, nawet młodzież odziana odświętnie. Widać, że doceniamy wagę naszego rodzinnego spotkania. Właściciele ośrodka po raz kolejny dają wyraz temu, że jesteśmy dla nich bardzo ważnymi gośćmi. Przygotowana kolacja jest obfita, różnorodna i pięknie podana. Dodatkowo, zupełnie gratis, właściciele zapewnili oprawę muzyczną. Po posiłku wszyscy ochoczo ruszają w tany. Zabawa przeciąga się do późnych godzin nocnych, ale w sobotni ranek na śniadanie wszyscy stawiają się w komplecie i wypoczęci.
Po śniadaniu udajemy się samochodami do pobliskiego Rewala, gdzie odbędzie się Msza za rodzinę. Jako że jest to Dzień Dziecka, ksiądz wspomina o wychowaniu dzieci i młodzieży, modlimy się za młodzież – przyszłośćnaszego rodu. Do Mszy służy nasz rodowy ministrant – Michał z Białej Starej, lekcję czyta Bogusia, a na tacę zbiera Wacław. Po mszy odmawiamy Anioł Pański w intencji wszystkich zmarłych z naszych rodzin. Wracamy do ośrodka. Czas do obiadu wypełniony jest spotkaniami, rozmowami, wspomnieniami. Mój mąż jest szczególnie szczęśliwy: zarówno brat, jak i siostra jego ojca wraz z dziećmi mieszkają w Szczecinie i okolicach. W sobotnie przedpołudnie spotykają się wszyscy. Ponieważ w dzieciństwie wakacje spędzali razem w Białej Starej, wspomnieniom nie ma końca. Ciągle słychać: A pamiętacie…? Rozmowom przysłuchuje się już trzecie pokolenie Żółtowskich – ich dzieci. Oni też już mają wspólne wspomnienia. Po obiedzie przyjeżdża ekipa lokalnej szczecińskiej telewizji. Przygotowują program o naszym rodzie i zjeździe w Pobierowie. Narratorem jest Mieczysław, potem filmują nasz spacer nad morzei pobyt na plaży. Z tego, co wiem, reportaż ukazał się w „Kronice Pomorza Zachodniego”, mamy obiecane taśmy z nagraniami wideo.
Nasza młodzież każdą wolną chwilę spędzała na basenie i w saunie, które znajdowały się na terenie ośrodka. W sobotni wieczór przygotowano nam jeszcze jedną niespodziankę – ognisko z pieczeniem kiełbasek. Wszystko pod opieką właścicieli i obsługi ośrodka. Karol z Olsztyna po raz kolejny daje wspaniały popis gry na akordeonie. Jesteśmy zachwyceni jego talentem i ogromem pracy włożonej w to, aby grać tak pięknie. I dorośli, i młodzież wszyscy są urzeczeni.
„Ogniska już dogasa blask,
braterski splećmy krąg,
w wieczornej ciszy, w świetle
gwiazd, ostatni uścisk rąk…”
Nasze coroczne spotkanie powoli dobiega końca. Niedzielny ranek budzi nas słońcem. Po śniadaniu zaczynamy rozjeżdżać się do domów. Najwcześniej wyjeżdża Rafał z rodziną, potem Ryszard z żoną Cecylią z Suwałk – oni mają najdalej. Pożegnaniom i uściskom nie ma końca. W wielu oczach pojawiają się łzy. „Do zobaczenia za rok!”, „Do spotkania!”, „Jedźcie szczęśliwie!”, „Zadzwońcie!” – mieszają się radość, wzruszenie i ogromna wzajemna sympatia. Jesteśmy nasyceni swoją bliskością przez tych kilka zjazdowych dni. Właśnie ta wzajemna sympatia sprzyjała wspaniałej atmosferze. Ważne było również miejsce – ośrodek i jego właściciele okazali się rewelacyjni, dbali o nas jak nikt nigdy dotąd. Nie zawiodła również pogoda. Nic więc dziwnego, że XI Zjazd Rodu Żółtowskich można uznać za niezwykle udany.
Dodaj komentarz