Kiedy Kubuś Puchatek szedł do Kłapouchego, pomyślał, że już niedługo Mikołajki. Święto dzieci, ale i dorosłych. Dzień, w którym możemy zobaczyć tysiące uśmiechniętych dziecięcych twarzy. Widok ten uszczęśliwia rodziców, ale i Świętego Mikołaja, który gdzieś z daleka obserwuje zaskoczenie maluchów, które rano znajdują pod poduszką swój wymarzony prezent. Wiara w Mikołaja to jeden z najpiękniejszych epizodów dzieciństwa…
Moja wiara, natomiast, została szybko ukrócona. Na początku była koleżanka, która trudniła się wszystkimi złośliwościami, jakie są na świecie, po prostu wyciągała je z wora i sypała na prawo i lewo. Wśród tych okropności znalazło się i to, że Święty Mikołaj nie istnieje. Oczywiście, nie omieszkała mnie o tym poinformować. Jednak ja – wówczas sześcioletnia blondynka, mimo koloru włosów, zapierałam się przeciw nieprawdomówności koleżanki-niekoleżanki, i uparcie twierdziłam, że tak nie jest, że Mikołaj wchodzi przez okno, gdy śpię, i bezszelestnie podkłada mi paczkę pod poduszkę. „Złośliwa” była równie nieugięta i tłumaczyła mi, że tak nie jest. Ja nie miałam wątpliwości co do kłamstwa, jakim mnie częstuje, i to nie złamało mojej wiary w brodatego staruszka, do czasu…
Gdy nadchodził 6 grudnia, nie mogłam się go doczekać, więc gdy obudziłam się w nocy, od razu odpakowałam paczkę. Na niej była umieszczona kartka: „gry będą w przyszłym roku” – poznałam pismo mego taty. Mając w głowie niejaki mętlik po wykładzie koleżanki, zaczęłam wątpić w Mikołaja, choć rodzice przekonywali mnie, że naprawdę istnieje.
Niestety, jakieś mikołajkowe fatum wisiało nade mną, gdyż dwa lata później, kiedy byłam u mojej, wtedy trzyletniej koleżanki, a ona właśnie chwaliła się swoimi prezentami, je} mama podeszła do mnie i szepnęła: „nie martw się, ona jeszcze wierzy w Świętego Mikołaja”. Dosadność tej wypowiedzi zwaliła mnie z nóg i doszczętnie pozbawiła iskierki nadziei i tajemniczości, jaką do tej pory miał w sobie, już nieistniejący w moim dziecięcym sercu – Mikołaj. Można to porównać z kowadłem, które spada na kaczora Duffy, kiedy on się najmniej tego spodziewa.
Takim to kowadłem raczy nas los, kiedy z dzieciństwa musimy wejść w okres dojrzewania. Gdybym jeszcze ze dwa lata powierzyła w Świętego Mikołaja, nic by się nie stało.
Dlatego apeluję do starszych – nie tylko rodziców: nie trudnijcie się zabijaniem resztek dziecięcej tożsamości, dlatego że może sami jej nie mieliście.
Dodaj komentarz