
Wśród uczestników naszych Zjazdów i czytelników Kwartalnika są tacy, którzy wiedzą, że jestem filologiem klasycznym i tłumaczę z łaciny oraz greki. Dziś ukazuję Państwu nowe oblicze i wyznaję, że mam w swoim dorobku także przekłady z angielskiego. Bardzo lubię to zajęcie, bo pozwala mi z Hellady i Rzymu wracać do współczesności. Stanowi także pretekst do rozważań o podobieństwach i różnicach między ludźmi żyjącymi w czasach antycznych i obecnych. Mimo dzielących nas tysiącleci nie ma przepaści, a odkryte przed wiekami najpiękniejsze ideały ludzkości: prawda, dobro, piękno, rozwaga, poczucie godności i wierność sobie łączy przeszłość i teraźniejszość w jedno continuum. O nich myślałam, pisząc ten esej.
Przed kilkoma laty Andrzej Ludwik zadzwonił do mnie, żeby opowiedzieć o napisanych po angielsku wspomnieniach Marii Tarnowskiej. Mówił także o planach wydania ich po polsku i zaproponował, żebym przeczytała maszynopis. Rekomendacja Andrzeja Ludwika jest dla książki najlepszą z możliwych, więc przyjechałam wnet po maszynopis. Czytałam z rosnącym zainteresowaniem, przede wszystkim dlatego, że z każdym rozdziałem autoportret Autorki na tle najnowszych dziejów Europy nabierał barw.
Stało się dla mnie oczywiste, że wspomnienia Marii Tarnowskiej powinny zaistnieć w języku polskim i dotrzeć do polskiego czytelnika. Państwo Tarnowscy, pilnie strzegący duchowego depozytu Autorki, chcieli się przekonać, czy wskazana przez Andrzeja Ludwika tłumaczka z należnym szacunkiem potraktuje oryginał. Jak wiadomo, różnie to bywa. Bez większych oporów zrobiłam próbkę – kilka stron pierwszego rozdziału. W czasie pierwszego spotkania z rodziną Autorki zgodziliśmy się, że myśl należy tłumaczyć myślą, a nie słowo słowem. Wierność oryginałowi stanowi najważniejszą translatorską powinnością, ale uroda tekstu jest równie istotna, zwłaszcza że angielska wersja zawiera wielką mądrość i swoiste piękno. Nie można go było zagubić, hołubiąc składniowe konstrukcje i licząc słowa.
Andrzej Ludwik opowiadał mi, że czytał przez telefon fragmenty mego tłumaczenia jednej ze swych znajomych, biegłej w dziedzinie literackiego przekładu. Ta zapytała wprost, czemu ma wysłuchiwać urywków tłumaczenia powieści Jane Austin. Anegdota ta, dla mnie pochlebna, bo autorka Dumy i uprzedzenia to znakomita parantela, uświadomiła mi, że Maria Tarnowska, pisząc wspomnienia, świadomie lub intuicyjnie – tego już się nie dowiemy – starała się zachować ton i charakter kolejnych epok swego życia znaczonych wielkimi wydarzeniami historycznymi. Można powiedzieć, że miała językowy słuch oraz talent do stylizacji.
Początek wspomnień to sielskie czasy dzieciństwa w środowisku ziemiańskim, którego codzienność rzeczywiście przypominała opisy Jane Austin. Jak u tej ostatniej początkowo wydarzenia historyczne są prawie niezauważalne. Liczy się dom, rodzina, okolica, warszawskie rozrywki, bale, młodzieńcze zauroczenia. Maria Tarnowska zaczęła pisać po sześćdziesiątce, ale wspominając młodość, nie stara się być mądrzejsza od młodziutkiej i uroczej Maryś, którą wówczas była. Wolno i pewnie wprowadza ją w świat, rozszerza horyzont swej bohaterki, która z wesołego podlotka staje się młodą damą i żoną dyplomaty. Jej cudowny świat belle epoque miał trwać bez końca. Wydawało się, że powstał na trwałych fundamentach i nic mu nie zaszkodzi.
Od samego początku ujęła mnie raz pogodna, to znów pełna goryczy szczerość Marii Tarnowskiej. Gdy Autorka opisuje pobyt w Rzymie, wykorzystany przez jej matkę do celów dydaktycznych, bez owijania w bawełnę wyznaje, jak bardzo nużące było dla niej poranne zwiedzanie niezliczonych sal muzealnych, popołudniowa wędrówka po kościołach oraz wieczorna lektura przewodników. Na pewien czas Maria zapałała żywiołową niechęcią do malowideł przedstawiających Świętą Rodzinę i męczeństwo świętego Sebastiana. Pisząc o dzieciństwie i młodości, szuka w sobie tamtego dziecka i młodej dziewczyny z początku XX wieku.
Po wybuchu pierwszej wojny światowej uaktywnia się u Marii Tarnowskiej potrzeba służenia innym ludziom i opieki nad nimi. Tłumacząc te fragmenty, niemal czułam, jak zmienia się sposób narracji. Rozlewna, ubarwiona wieloma detalami opowieść nabiera tempa. Chwilami kadry są niemal filmowe. Szeroki plan: wojna polsko-rosyjska oraz… epizod romansowy: wiosenne słowiki i wybuchy uczuć młodego personelu medycznego, umiejętnie tonowane przez Marię, siostrę przełożoną; jesienne rozmarzenie na tle barwnego krajobrazu; msza w zimną listopadową niedzielę, natrętna myśl, żeby wymknąć się jak najszybciej z żołnierskiego czworoboku, rozkaz oficera wzywającego Marię przed szereg, wręczenie Krzyża Walecznych. Samo życie… pulsujące historią. Majstersztyk wzniosłości i zwyczajności.
Podobne wrażenie zrobił na mnie opis konia i dorożkarza zabitych tuż po wybuchu Powstania Warszawskiego. Człowiek i zwierzę przez cały tydzień leżeli na ulicy. Swoiste memento. Obraz słowem zatrzymany w kadrze nabrał znaczenia symbolu, podobnie jak wyrazisty opis pożaru w Alejach Ujazdowskich, krótko i bez zbędnej emfazy porównany do płonącego Rzymu. „Widok był przerażający. Kto go widział, czuł się zapewne jak Neron obserwujący pożar Rzymu.” Relacjonując ostatnie dni Powstania i marsz do niemieckiego sztabu na rozmowy w sprawie wyjścia ludności cywilnej, Maria Tarnowska wspomina dojrzałe, soczyste pomidory w ogródkach działkowych na dawnym torze wyścigowym i przyznaje, że była głodna. Wyrazisty obraz, osobiste odczucie i wielka historia w tle.
Urzekła mnie u Marii Tarnowskiej zmienność tonu zależnego od nastroju w chwili, gdy miały miejsce opisywane zdarzenia, a także łatwość pointowania dramatycznych zdarzeń wyrazistym obrazem albo krótką refleksją, niewolną od goryczy i poczucia bezsilności. Książka pisana była w dobie głębokiego komunizmu, na obczyźnie, w niełatwej sytuacji życiowej. Pomimo cierpień, trudów i strat Maria Tarnowska nie upada na duchu.
Kiedy tłumaczyłam wspomnienia, patrzyła na mnie z fotografii młodziutka Maria w balowej sukni i Maria wojenna w mundurze Korpusu Czerwonego Krzyża. Obie zachowała w sobie jako wiekowa pani, owdowiała tułaczka wygnana z ojczyzny. Dlatego przywołane we wspomnieniach epizody – te sielskie i te dramatyczne – są wyraziste jak sekwencje filmowe. Nim zabrałam się do pisania tego eseju, wróciłam do Wspomnień Marii Tarnowskiej1. Czytałam tekst jak cudzy, jakbym nie ja go tłumaczyła. I dobrze, bo przecież jest cudzy z definicji i należy do Autorki. Mam nadzieję, że udało mi się przywołać Jej głos.
Iwona Zofia Żółtowska
1 Maria Tarnowska, Wspomnienia, przekład Iwona Zofia Żółtowska, posłowie, przypisy, indeks Andrzej [Ludwik] Żółtowski, KAW Warszawa 2002, 282 s., il.
Dodaj komentarz