Walki polskiej kawalerii


we wrześniu 1939 roku

W 1988 roku przypadała 50. rocznica ukończenia przez mój rocznik podchorążówki Kawalerii w Grudziądzu.

Co parę lat przyjeżdżali do Lasek moi dawni koledzy z tego czasu i w związku z tą rocznicą postanowili zorganizować zjazd absolwentów Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Powszechnie ceniony duszpasterz akademicki w Warszawie, ks. Tadeusz Uszyński, należał do absolwentów tejże podchorążówki. Dysponował dużą plebanią przy kościele pod wezwaniem św. Andrzeja, naprzeciw Hali Mirowskiej i zaprosił nas na pierwsze, całodniowe spotkanie. Odbyło się 22 czerwca 1988 roku, a jego trzonem stały się opowiadania kilku kolegów o bitwach kawaleryjskich Kampanii 1939 roku.

Żyliśmy wtedy jeszcze w czasach Polski Ludowej. Prawdziwe informacje historyczne, zwłaszcza te głoszące sukcesy Polaków sprzed wojny, nie miały prawa ukazywać się w mediach. Jeśli coś puszczano, to tylko wiadomości nieprawdziwe lub szydercze. Powielano głoszone przez Niemców opowieści o bitwie, w której polska kawaleria zaatakowała w szarży oddział niemieckiej broni pancernej i jak wykłuto lancami obsługę czołgów.

Tymczasem wiele lat później miałem okazję wysłuchać z ust kolegów opowiadania o trzech bitwach, w których uczestniczyli. Usłyszałem ich opisy od świadków budzących zaufanie.

Pierwszą była bitwa pod Mokrą

Jej historia jest dość szczególna i warto znać kulisy sprawy. W nocy z 23 na 24 sierpnia 1939 roku odbyła się pamiętna rozmowa telefoniczna ministrów spraw zagranicznych Rosji i Niemiec. Mołotow rozmawiał z Ribentroppem, który mu oznajmił, że Hitler zamierza zaatakować Polskę 25 sierpnia. Polski wywiad przechwycił rozmowę i niezwłocznie przekazał jej treść Ministerstwu Spraw Wojskowych. W nocy zapadła decyzja o rozesłaniu kart mobilizacyjnych do prawie 800 tysięcy polskich oficerów i żołnierzy rezerwy. W dniu św. Bartłomieja, 24 sierpnia, o godzinie 10 rano dosłano mi z domu kartę mobilizacyjną powołującą do niezwłocznego stawienia się w pułku.

Takie były realia. Doprowadziły do tego, że Hitler opóźnił datę ataku na nasz kraj aż do 1 września. Polskie Dowództwo postanowiło jak najszczelniej obsadzić zachodnią granicę. Niemiecki wywiad miał jednak informację, że nie została obsadzona znaczna luka na granicy, na południe od Częstochowy, koło wsi Mokra. Dowództwo armii wkrótce zaradziło temu, przesyłając ze wschodu Wołyńską Brygadę Kawalerii, dywizjon artylerii i jeden lub dwa pułki piechoty. Niemcy jednak nie zwrócili na to uwagi.

Konieczne jest tu wyjaśnienie.

Przed 1939 rokiem pułk kawalerii liczył około 500 ludzi, składał się z czterech szwadronów po 90 ludzi, a szwadron z trzech plutonów po 30 ludzi. Dochodziły do tego służby dodatkowe, takie jak tabory, pluton kolarzy łączności lub pionierów, czyli konnych saperów albo armatek przeciwczołgowych. Dwa szwadrony stanowiły dywizjon. Trzy pułki tworzyły brygadę, pułk piechoty natomiast liczył aż 2000 ludzi.

Na naszym zjeździe kolega z Wołyńskiej Brygady Kawalerii Henryk Skrzypczak z Katowic opowiadał, jak 1 września cała brygada ukryła konie w lesie, wykopała sobie łopatkami stanowiska w pobliżu granicy i na nich się pokładła.

Wraz ze świtem Polacy posłyszeli ogień niemieckiej artylerii skierowany na nasze linie i niedługo potem zobaczyli nadciągające niemieckie czołgi. Polska miała od niedawna własnej produkcji, ale najlepsze w świecie lekkie armatki przeciwczołgowe, łatwe do obsługi i zdolne do trafnych strzałów do ruchomego celu. Rozpoczęły od razu obronę polskich pozycji i leżący kawalerzyści mogli zaobserwować, jak jeden po drugim niemieckie czołgi stawały w ogniu. Gdy przeszło pięć zostało trafionych, Niemcy zawrócili i chwilowo się wycofali. Co pewien czas jednak ruszała ponowna ofensywa – przeważnie po 20 niemieckich czołgów. Do walki włączała się również wtedy polska ciężka artyleria i odnosiła sukcesy. Równocześnie polskie pozycje były bez przerwy ostrzeliwane z niemieckiej artylerii i broni maszynowej.

Dla wyjaśnienia przypomnę jeszcze, że ciężki karabin maszynowy, czyli tzw. CKM, niepodobny był do zwykłego karabinu. Była to krótka, potężna lufa ze stali z urządzeniem doprowadzającym samorzutnie taśmę z pociskami. W ciągu minuty wyrzucała paręset kul karabinowych. Lufa osadzona była obrotowo na swej podstawie tak, że strzelający mógł obejmować rozległą przestrzeń przed sobą, przesuwając lufę od lewej do prawej strony. Była to straszna śmiercionośna broń, wynaleziona przez Anglików podczas wojny z Boerami w południowej Afryce około 1904 roku.

W polskich szeregach coraz więcej było rannych i zabitych.

Nasz kolega opowiadał, że w 1988 roku żył jeszcze ułan, który z armatki przeciwczołgowej zestrzelił aż 14 niemieckich tanków. Sytuacja jednak była coraz cięższa. Wojsko było głodne, znużone nieustannym atakiem i nasz kolega przypominał sobie groźną chwilę, gdy Niemcy wypuścili na nasze linie aż 50 czołgów. Zdawało się, że nie potrafimy się im oprzeć, lecz wtedy stała się rzecz nieoczekiwana. Ułani nie wiedzieli, że polskie i niemieckie pozycje przedziela linia kolejowa ani że nasze oddziały mają połączenie telefoniczne z wyższym dowództwem, które wiedziało o wszystkim. I oto nagle ukazał się na torze kolejowym polski pociąg pancerny wyposażony w armatki i broń maszynową. Nie mógł długo pozostać na jednej pozycji, gdyż jego opancerzenie nie wytrzymałoby pocisków ciężkiej artylerii niemieckiej. W danej chwili jednak spełnił świetnie swoje zadanie. Jeszcze raz czy dwa ukazał się tego dnia i uratował sytuację. Równocześnie nastąpiła chwila, kiedy wielka ilość czołgów niemieckich zjechała, by zaczerpnąć paliwa z zainstalowanego na przedpolu basenu. Zdaje się, że pociąg pancerny miał z tym jakiś związek. Dość, że polskie pociski artyleryjskie trafiły w basen, powodując morze ognia i ogromne straty wśród niemieckiej broni pancernej. Pod wieczór ogień niemiecki począł słabnąć, w końcu ustał zupełnie.

Zaczęto obliczać korzyści i straty. Polegli i ranni ze strony polskiej to około 35-45%, lecz naliczono również 100 rozbitych niemieckich czołgów. Późniejsze źródła niemieckie podały liczbę 99.

Najważniejsze, że zamierzony skutek bitwy został osiągnięty. Mianowicie przez następnych 24, a może 36 godzin Niemcy nie ośmielili się ruszyć naprzód.

Bitwa pod Krojantami1

Michał Żółtowski

Opowiadanie Jana Nowaka z Boryszewa Nowego.

Na skraju pomiędzy Wielkopolską a Pomorzem, w pobliżu Borów Tucholskich, przy ówczesnej granicy z Niemcami, pod miejscowością Krojanty rozciąga się równina otoczona lasami. Tam między innymi został skierowany 18. pułk ułanów z Grudziądza. Opowiadający uprzedził nas, że relacja o tej bitwie jest tak bogata, iż potrzeba na nią około trzech godzin, lecz spróbuje to skrócić do pół godziny.

Zaczął od tego, że tak jak inni kopał sobie stanowisko bojowe na równinie, budując ochronę dla głowy za pomocą grubej warstwy darni oraz głęboki dołek pod nogi, gdyż najwięcej ran dostaje się w wystające stopy. Wraz ze swym plutonem leżeli w rozsypce, o kilka kroków jeden od drugiego i pamiętał, jak od samego rana rozpoczął się huraganowy ogień niemieckiej artylerii i karabinów maszynowych. Od pierwszej chwili sytuacja wydawała się trudna do zniesienia. Czuć było, że jest to przygotowanie do bliskiego ataku piechoty niemieckiej, niełatwego do odparcia.

Polacy nie dorównywali Niemcom pod względem liczby karabinów maszynowych, niemiecki zaś ogień był tak ostry, że leżąca na ziemi polska tyraliera musiała zacząć się cofać. Ułani pojedynczo wstawali, biegli o kilka kroków do tyłu i kopali sobie w ziemi nowe schronienia.

Teraz musimy przenieść się na chwilę do leśniczówki, gdzie przy telefonie siedział pułkownik Małochleb – dowódca 18. pułku ułanów, a niedaleko od niego młody oficer, przysłany ze sztabu. Słysząc rozmowę pułkownika, był nią mocno poruszony. Pułkownik rozmawiał właśnie z wyższym dowódcą kierującym linią obrony na dłuższym odcinku. Dowódca mówił: Nie wolno wam się cofać ani o jeden metr! Nie pozwalam na to. Za wszelką cenę musicie utrzymać dotychczasowe pozycje. Pułkownik Małochleb odpowiadał: W tej chwili jest to niemożliwe, panie pułkowniku, gdyż ostrzał niemiecki jest potężny. Na to w słuchawce odezwał się głos: A jednak musicie. Pułkownik odparł: Normalnym trybem jest to niemożliwe, chyba, że zrobi się coś nadzwyczajnego – i odłożył słuchawkę.

Pewny siebie młody oficer zwrócił się wtedy do pułkownika z zapytaniem: Co pan przez to rozumie? Jak pan zamierza wykonać rozkaz dowódcy? Co znaczyły pańskie słowa: W takiej sytuacji można jedynie wykonać coś niezwykłego, pan pułkownik jednak nie zamierza urządzić szarży? nalegał sztabowiec. Pan mi nie będzie mówił, co się robi, gdy jest się w sytuacji beznadziejnej – odrzekł pułkownik i uciął rozmowę. Natychmiast wydał rozkaz ściągnięcia z przedpola jednego dywizjonu, czyli dwóch szwadronów ze swego pułku. By Niemcy tego nie zauważyli, nakazał, by pozostający na przedpolu ułani otworzyli ostry ogień i stworzyli pozory, że przybyły posiłki i przygotowują się do ataku.

Nasz kolega ciągnął dalej.

W chwilę potem siedziałem na koniu z całym dywizjonem i z radością wchłaniałem w siebie ciszę lasu, przez który wiódł nas pułkownik. Długo jechaliśmy kłusem, aż nagle dojechaliśmy do miejsca, gdzie las się kończył, a przed nami rozciągała się rozległa polana. Na jej końcu dojrzeliśmy niemieckie samochody pancerne i biwakujących przy ogniskach żołnierzy.

W kawalerii w czasie działań wojennych nie wydaje się rozkazów głosem, lecz wzniesioną do góry szablą, gdyż głosu nie słychać. Pierwszy wydany przez pułkownika znak szablą wskazywał, że mamy ruszyć galopem, drugi że mamy rozsypać się wszerz w linii plutonów. Jeden ułan oddalony od drugiego na sześć kroków. W ten sposób ogień niemieckich karabinów maszynowych stawał się mniej skuteczny. Konie lecące wyciągniętym galopem w kilka sekund przebyły dzielący nas dystans od wroga.

Niemieckie oddziały frontowe składały się ze świetnie wyszkolonych żołnierzy, odważnych i zdecydowanych. Widząc nadlatującą z lasu szarżę, w ciągu kilku chwil uruchomili karabiny maszynowe, ustawione przy ogniskach.

Pierwszy został śmiertelnie trafiony pułkownik Małochleb. Straty wśród ułanów doszły do 35% lecz reszta dopadła biwakujących żołnierzy. Pierwsze rzędy uzbrojone były w lance, drugie w szable. Wykłuli i wysiekli niemiecką załogę.

W skali wojny zwycięstwo jednego dywizjonu może się wydawać ledwie drobną przygodą, lecz skutek naszego ataku był jednak imponujący. Niemcy, podobnie jak pod Mokrą, wstrzymali dalszą ofensywę na przeszło dobę, a to miało duże znaczenie dla reszty armii.

Po wojnie w ?Tygodniku Powszechnym? ukazała się historia bitwy pod Krojantami pióra wybitnego historyka prof. Karola Górskiego. Opisał obszernie to, co mu opowiadał polski oficer, kolega z oflagu. Opowiadanie było barwne, lecz niezupełnie zgodne z prawdą. Oficer podawał wersję, jaką propagowali Niemcy, mianowicie, że polscy ułani wykonali szarżę na niemieckie czołgi i wykłuli lancami ich osadę.

Szarża pod Wólką Węglową

Opowiadanie Eugeniusza Iwanowskiego z Warszawy.

Trzeba i tu zacząć od wyjaśnień. Armia „Poznań” pod dowództwem gen. brygady Romana Abrahama wchodziła w skład grupy operacyjnej gen. Tadeusza Kutrzeby. Składała się z Wielkopolskiej Brygady Kawalerii (3 pułki), Podolskiej (3 pułki) oraz Dywizjonu Artylerii Konnej 7. DAK-u z Poznania. Wśród ciężkich walk pod Galewicami, następnie nad Bzurą i pod Brochowem przebijała się na wschód, by uczestniczyć w obronie Warszawy.

Około 15 lub 16 września 1939 roku, grupa operacyjna gen. Abrahama wędrowała przez wsie i osiedla Puszczy Kampinoskiej, wśród ciężkich zmagań z wojskami wroga. 18 września zdobywali kolejno Pociechę i Sieraków, a 19 września dotarli do Lasek. Zakład był już obsadzony przez Niemców, którzy na najwyższym budynku, domu św. Stanisława, ustawili karabiny maszynowe i razili pociskami polskie wojsko atakujące od strony Sierakowa.

Dzisiaj rośnie tam wysoki las, lecz wówczas był to świeżo zalesiony zagajnik z sosenkami wysokości najwyżej 80 cm. Straty w polskich szeregach były duże, a natarcia bezskuteczne. Po pięciu nieprzespanych nocach żołnierze słaniali się na nogach, w marszu spali na koniach. W końcu zdecydowano, że trzeba zrezygnować z dalszej walki, obejść Laski od północy i dotrzeć do stolicy przez Bielany. W skład brygady wchodził 14. pułk ułanów Jazłowieckich ze Lwowa. Dowódcą jego był pułkownik dypl. Edward Godlewski. Każdy z pułków obierał dla siebie najdogodniejszą drogę do Warszawy. Większość poszła przez Opaleń i dalej na wschód w stronę Bielan. Płk. Godlewski postanowił trasę skrócić i, dojechawszy do Wólki Węglowej, skręcić na południe do Mościsk wprost do Warszawy.

Wólka Węglowa w owym czasie była to maleńka osada, a między nią i Mościskami rozciągała się szeroka równina, później w pewnej części zalesiona i zabudowana. Niespodzianie 14. pułk ułanów natknął się w Wólce Węglowej na Niemców, lecz pułkownik nie zmienił decyzji, tylko dał znak do szarży. Jak przebiegała, opisywało mi to dwóch jej uczestników. W szarży konie lecą w największym pędzie, tak że odległość między Wólką a Mościskami mogli przebyć w niezwykle krótkim czasie. Nie wiedzieli, że w Mościskach, na skraju wsi, ustawione jest gniazdo niemieckich karabinów maszynowych, które przywitało szarżujących seriami pocisków.

Kolega, który to opowiadał, pamiętał, że ujrzał nagle konie bez jeźdźców albo padające w pędzie. Chorąży 14. pułku ułanów nagle stracił konia, lecz trzymając przy sobie sztandar, dopadł konia bez jeźdźca i wskoczył nań, choć to nie było łatwe. W chwilę potem to samo zrobił opowiadający nam podchorąży. Dojeżdżał już z szablą w ręku do niemieckich CKM-ów, gdy w ostatniej chwili koń jego, rażony serią pocisków, zrulował jak zając, a on znalazł się na ziemi, z ciężko pogniecioną klatką piersiową. Miał kilka żeber złamanych i nie mógł się ruszyć. Niemcy nie dostrzelili go jednak, jak to często robili. Zajęto się nim, wysłano do szpitala, leczono starannie, między innymi w szpitalu we Wrocławiu, tak że wrócił do zdrowia. Los przekonał go jednak, że słowa znanej piosenki: „Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie” i zaszczytny udział w szarży mogą być nieraz okupione wielkim cierpieniem.

Pułkownik Godlewski miał później piękną kartę w swej działalności w AK jako Komendant IV Okręgu AK w Krakowie. W końcu został aresztowany i zginął w strasznym obozie koncentracyjnym Dora, na jeden lub dwa dni przed odbiciem przez Amerykanów.

Opowiadanie Zbigniewa Dobrskiego

Jesienią 1939 roku przebywałem we Lwowie i wraz z wielu młodymi podchorążymi wybierałem się na Węgry i do Francji. Spotkałem się tam z kolegą z Grudziądza z innego szwadronu Zbigniewem Dobrskim. Opowiadał, że gdy 17 września 1938 roku zwolniono wszystkich podchorążych do cywila, zatrzymano tych, którzy służyli w jednostkach nadgranicznych. Taki los spotkał właśnie jego, podchorążego w 25. pułku ułanów w Prużanach, jednej z najlepszych jednostek kawaleryjskich w Polsce.

W listopadzie 1939 roku opowiedział mi następującą historię.

Pułk jego w czasie wojny wszedł w skład grupy operacyjnej, dowodzonej przez generała Andersa. W pewnym okresie wędrowali przez południowo-wschodnią część Lubelszczyzny. W zasadzie każdy oddział kawaleryjski w marszu ubezpiecza się, wysyłając przed sobą, a także z prawej i lewej strony po dwóch wywiadowców, czyli szperaczy. Wypatrują oni w terenie nieprzyjaciela. Pewnego dnia, 25. pułk ułanów otrzymał od swoich wywiadowców meldunek, że w pobliżu, w głębokim i rozległym wąwozie ukrył się oddział niemieckiej kawalerii.

Niemcy w 1939 roku mieli jeszcze trochę jazdy. Uzbrojenie jej różniło się znacznie od naszego. Polacy mieli szable przytroczone pod lewym kolanem, pod klapą siodła. Dobywali ją jednym ruchem. Niemcy mieli pałasze umieszczone daleko z tyłu za siodłem, pionowo w dół. Polska kawaleria nosiła krótkie karabinki na plecach. Niemcy przytraczali je z tyłu do siodła, dla większej wygody.

Dobrze ukryty oddział kawalerii czuł się bezpieczny. Toteż gdy nagle Niemcy zostali otoczeni przez szarżującą polską jazdę, potracili głowy, wznieśli ręce do góry i poddali się. Wyciągnięcie szabli lub karabinka zbyt wiele kosztowało czasu.

Myślę, że w całej kampanii wrześniowej był to jedyny tego rodzaju przypadek.

Zakończenie

Pisząc o walkach kawaleryjskich podczas II wojny światowej, trzeba się liczyć z odbiorem relacji przez dzisiejsze pokolenie, niekiedy z pobłażliwym uśmiechem i uwagami w rodzaju: szarża kawaleryjska to typowo polskie „chojrakowanie”, to rzecz niepoważna. A jednak w dziejach Polski ileż bitew i wielkich zagrożeń udało się tą drogą rozwiązać!

Tak pokonano świetną armię szwedzką pod Kircholmem, później pod Warką, a pod Wiedniem po paru godzinach ciężkich walk szarża husarii zadecydowała o zwycięstwie.

Warto przeczytać, co napisał w jednym ze swych dzieł gen. Foch, głównodowodzący wojskami aliantów pod koniec I wojny światowej: „Zwycięstwo nie polega na liczbie zabitych żołnierzy w armii przeciwnika, lecz na psychicznym złamaniu go w jednym miejscu i w jednym czasie”. Ta definicja w ustach wielkiego dowódcy jest zastanawiająca. Spróbujmy sprawdzić ją na przykładach.

Rok 1808. Napoleon chce podbić Hiszpanię. Z Burgos rusza w kierunku na Madryt. Droga prowadzi traktem przez wzgórza Somosierra, o wysokości 1404 m, w górach Guadarama. Na tej linii obronnej trzy tysiące hiszpańskiej piechoty, wspartej czterema bateriami armat, broni przejścia. Wszelkie próby przebicia się zawodzą. Jest 31 listopada 1808 roku. Rotmistrz Kozietulski, dowodzący 3. szwadronem szwoleżerów – 200 ludzi – otrzymuje rozkaz szarży na hiszpańskie pozycje. Szwadron rusza galopem i zdobywa po kolei wszystkie baterie. Piechota w popłochu się cofa. Droga na Madryt jest otwarta. Straty: 18 poległych i kilkudziesięciu zmarłych z ran, lecz ogółem poniżej setki. Porównajmy to z innymi bitwami Napoleona. Zwycięstwo pod Wagram kosztowało go 30 tysięcy zabitych, a nierozegrana pod Borodino aż 70 tysięcy.

Jest rok 1914. Niemcy złamali międzynarodowe traktaty i wdarli się do Francji. Ich świetna armia zmusza do cofania się wojska brytyjsko?francuskie i 4 września stoi już u wrót Paryża. Wydawnictwa gazet niemieckich w nocy drukują artykuły o zdobyciu stolicy Francji.

W tej tragicznej chwili głównodowodzący gen. J. Joffre ściąga wszystkie taksówki z Paryża, obsadza wojskiem i przerzuca na odległy odcinek frontu. Odnosi ogromny sukces, lecz przede wszystkim wprowadza panikę w armię pruską. Przystępuje wtedy do generalnego ataku na szerokiej linii frontu i w ciągu czterech dni zmusza Niemców do wycofania się. Jest to sławna bitwa nad Marną. Nie na koniach, ale z kawaleryjską szybkością i decyzją Joffre osiąga ten sukces.

Jest czerwiec 1915 roku. Na Ukrainie, na wschód od Czerniowiec II Brygada Legionów pod wodzą Józefa Hallera natrafia na silny opór półtora tysiąca piechoty rosyjskiej, broniącej się w głębokich okopach. Próby przełamania tej linii zawodzą. Wówczas dowódca szwadronu ułanów rtm. Z. Dunin Wąsowicz otrzymuje rozkaz szarży. Ginie od kuli, podobnie jak około 90 ludzi z jego oddziału, lecz okopy są zdobyte. Droga na wschód otwarta.

Oto uderzające przykłady, lecz trzeba dodać jeszcze ważny szczegół. W II wojnie światowej kawaleria pełni tę samą rolę co niegdyś dragoni pana Wołodyjowskiego w XVII w. Była to piechota na koniach. Walczyła pieszo, lecz zdolna była szybko przenosić się na koniach. Mogła również atakować konno, gdyż dragoni mieli nie tylko muszkiety, lecz i szable.

Cytowane walki pod Mokrą i Krojantami wskazują na podobną rozmaitość zastosowania sił kawaleryjskich w XX w.


1 Krojanty – wieś w woj. pomorskim, powiecie chojnickim, w pobliżu Borów Tucholskich. 18. pułk ułanów walczył 1 września 1939 roku w osłonie odwrotu grupy operacyjnej Czersk. Atak Niemców szedł ze strony 20. dywizji pancernej zmechanizowanej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *