Jedno z najpiękniejszych świąt to święta związane z Bożym Narodzeniem. Ale nie zawsze były one radosne.
Jest rok 1939. Poznań. Pierwsze miesiące II wojny, najokrutniejszej w historii świata. Świąteczne dni Bożego Narodzenia.
Choinka przepięknie ustrojona została sama w pustym, zimnym mieszkaniu. Jeszcze żyje, nie umarła, ale od czasu do czasu spadają ozdoby, rozbite szklane świecidełka błyszczą pod jej gałęziami, igły, układające się grubą warstwą, zmieniły zieleń na szarość.
Jeszcze tak niedawno rozbrzmiewał tu śmiech dziecka, a powietrze drgało melodią kolęd. Teraz cisza przerywana szelestem spadających igieł. Niczego nie rozumie, stoi w ciszy pokoju z wyciągniętymi kikutami uschniętych brązowych gałązek.
A mieszkańcy? Mieszkańcy to poznaniacy siłą wyrwani z domostw w ciemną, mroźną noc przez hitlerowskich okupantów. Jeśli los będzie łaskawy, to pozwoli im przeżyć. Zapewne mimo wszystko zorganizują bardzo skromne święta, będą śpiewać kolędy przełykając łzy, mając w sercu nadzieję na lepsze jutro.
Nadejdą następne święta w tych ponurych okupacyjnych latach, a Oni będą pielęgnować swoją świąteczną tradycję bez względu na okoliczności, będą chronić magię i urok tych dni. Nawet wtedy, gdy stracą wiarę i resztki nadziei, gdy czarna rozpacz ogarnie ich serca.
Nadeszła wolność. Skończyła się gehenna wojennych lat. Ludzie, którym dane było przeżyć, z wielkim trudem zaczęli budować swój nowy świat. Powróciła magia radosnych świąt.
Kobieta postanowiła zaprosić tych, którzy doznali łaski losu i przeżyli, usadowić przy wspólnym stole, ugościć, stworzyć radosne szczęśliwe święta. Gdy przygotowania były ukończone i czekano tylko na pierwszą gwiazdkę, Kobieta przypomniała sobie o najważniejszym: o choince, o której w ferworze przygotowań potraw zupełnie zapomniała.
Narzuciła chustę i bez słowa wyjaśnienia wybiegła z domu. Ulice miasta były wyludnione, przechodziła z ulicy na ulicę, nie wiedząc, w jaki sposób można zdobyć drzewko. W oknach domów zaczęły pojawiać się światełka choinek. Nagle zerwał się wiatr, zaczął padać śnieg.
Śnieżna zadymka coraz bardziej gęstniała i widoczność była gorsza.
Smutek wypełnił serce kobiety, bo uświadomiła sobie o beznadziejności i bezsensie swego działania. Postanowiła wracać do domu, do tych, których zostawiła.
Nagle w świetle latarni na końcu ulicy coś się poruszyło, ogarnął ją lęk, ale szła w stronę tego „niezwykłego – dziwnego”. To coś bardzo powoli zbliżało się ze śnieżnej zadymki. Wyłonił się nieokreślony kształt, coś w rodzaju… Nie! To niemożliwe, a jednak, była to choinka. To było nierzeczywiste, irracjonalne, to jest sen, jakieś majaki. Z odrętwienia wyrwały ją słowa człowieka, który stał za drzewkiem: „Może kupi pani choinkę, bo żona kupiła i ja też kupiłem, mamy dwie. Nie mogę wrócić do domu, jeśli jej nie sprzedam. Przeszedłem wiele ulic, ale miasto jest zupełnie puste”.
Gdy weszła do domu z choinką, powitało ją wielkie zdziwienie gości. W odpowiedzi na liczne pytania odpowiadała: „wesołych, szczęśliwych świąt! Cieszmy się!”
Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska
2010
Dodaj komentarz