„Młodość górna i chmurna”

Część VII: lata sześćdziesiąte – liceum im. A. Mickiewicza

W roku 1965 przeprowadziliśmy się do Warszawy. Rodzice mieli do wyboru dwa mieszkania. Pierwsze w Śródmieściu przy ulicy Pańskiej, ale na ósmym piętrze oraz przy ul. Brazylijskiej na Saskiej Kępie, na pierwszym piętrze. Były to małe mieszkania. Trzy pokoje – łącznie 52 2. Wybrali mieszkanie na Saskiej Kępie. Mama obawiała się ciągłych awarii windy, no i tej wysokości. Mieszkanie (trzypokojowe) było tak niskie, że ręką dotykałem sufitu. Przez to duszne, latem przegrzane, zwłaszcza że wszystkie pokoje były od południowej strony. Kuchnia dla jednej osoby, bo gdy weszły dwie, to nie można się było ruszyć. Nie byliśmy przyzwyczajeni do hałasu dochodzącego z innych mieszkań. Lokator z bloku naprzeciwko lubił płytę Grzesiuka i grał ją cały dzień na okrągło. Po pewnym czasie wszystkie teksty znałem na pamięć. Inna lokatorka słuchała Filipinek przez cały dzień. Najbardziej fatalna była niedziela, bo wszyscy byliśmy w domu. W inne dni rodzice szli do pracy, my do szkoły i jakoś dało się wytrzymać.

Nie mieliśmy już naszego podwórka ani kolegów do zabawy. Byli tylko koledzy z klasy. Wielu z nich mieszkało w okolicznych blokach. Do szkoły 168 przy ul. Zwycięzców 44 trafiłem w połowie siódmej klasy (wtedy jeszcze szkoła podstawowa była siedmioletnia). Zawsze dobrze się uczyłem, prędko więc się zaaklimatyzowałem i ukończyłem szkołę z dobrymi wynikami. Do szkoły miałem wyjątkowo blisko, gdyż szczyt mego bloku dotykał krańca boiska szkolnego. Wycięta w rogu siatka ogrodzeniowa skracała drogę do szkoły. Ten okres minął mi bardzo szybko i niewiele pamiętam scen godnych opisania. Minęły cztery miesiące i nastały wakacje. Nigdzie nie wyjechaliśmy. Dziadkowie byli już w podeszłym wieku, więc Rodzice nie chcieli obarczać ich wnukami na okres wakacji. Czekał mnie pierwszy poważny egzamin życiowy.

Musiałem dostać się do Liceum Ogólnokształcącego. To było IV LO im. Adama Mickiewicza w Warszawie przy ul. Saskiej 59. Szkoła była też blisko, jakieś dwieście metrów. Egzamin nie był trudny. Zadania z matematyki rozwiązałem, a z języka polskiego pisałem na temat mojego bohatera literackiego Tomka z powieści przygodowych Alfreda Szklarskiego. Próbę życiową zaliczyłem i stałem się licealistą ósmej klasy. Uczyłem się średnio. Nie źle, ale też nie najlepiej. Wtedy to po raz pierwszy zauważyłem, że nie ma sprawiedliwości na świecie. Kiedy czegoś nie wiedziałem, obrywałem dwóję, a kolega, gdy nie umiał odpowiedzieć słyszał tekst: „Siadaj! Na drugi raz postawię ci dwóję!” Mama kolegi przez całe cztery lata nauki przychodziła na długą przerwę i parzyła profesorom kawę. Kolega był więc lepszym uczniem ode mnie. Wiem, że studiów nie skończył. Głowę miałem bardziej humanistyczną niż ścisłą. Matematyka szła mi ciężko przez całe liceum. Co roku zmieniał się nauczyciel. Jeden lepiej tłumaczył, inny gorzej. Długo nie mogłem zrozumieć, co to jest liczba A, B czy C. Podobnie z fizyki. Doszło do tego, że na koniec ósmej klasy miałem poprawkę, właśnie z fizyki. Bardzo się tym przejąłem i przez całe wakacje wstawałem o szóstej rano i do ósmej uczyłem się tego przedmiotu. Humanista, jak wiadomo łatwo i szybko uczy się tekstu na pamięć. Więc książkę z fizyki znałem na pamięć i odpowiadając profesorom na poprawce, cytowałem z niej tekst. Oceniono mnie bardzo dobrze i pochwalono w obecności rodziców. Jednak uważałem, że nie zasługiwałem na tę poprawkę. Nie kłamałem! Opisywałem doświadczenia fizyczne tak, jak one rzeczywiście wychodziły, a nie jak mówiła teoria z książki. Dopiero potem zrozumiałem, że był to błąd urządzeń: porozciągane sprężyny w dynamometrach i przez to błędne pomiary i wyniki. Ci sprytni dopasowali wyniki tak, by wyszło jak w książce, dostawali piątki za doświadczenie. Ja dostawałem dwóję. Fakt, że nie umiałem się bronić, a raz postawiona dwója nie ulegała wymazaniu i rzutowała na ogólną ocenę.

Jak pisałem, byłem stuprocentowym humanistą. Corocznie w liceum odbywał się konkurs recytatorski.

Repertuar – oczywiście poezja Mickiewicza. Postanowiłem wystartować z „Redutą Ordona”. Prezentacja utworu trwała siedemnaście minut. Zrobiłem duże wrażenie na gronie pedagogicznym. Wygrałem ten konkurs!

Kółko teatralne w naszej szkole prowadziła pani Sołuba, żona byłego ambasadora polskiego w Chinach i ówczesnego redaktora naczelnego „Polityki”. Jej syn Zbyszek zdał maturę w liceum im. Mickiewicza i dostał się do Szkoły Teatralnej w Warszawie. Córka Monika (bardzo ładna dziewczyna) także pragnęła być w przyszłości aktorką. Razem z moim bratem Michałem chodziła do jednej klasy. Ja, jako laureat konkursu, zostałem „wcielony” siłą do tego kółka. Próbowaliśmy wystawić „Zemstę” Fredry. Jednak po pewnym czasie kółko się rozpadło, bo coraz mniej członków zespołu przychodziło na próby, wymawiając się sprawdzianem, klasówką.

Pani Sołuba pracowała w Telewizji Polskiej w redakcji „Kobry”. Pewnego dnia powiedziała mi, że dział młodzieżowy TVP poszukuje młodych prezenterów programu młodzieżowego pt. „Dla każdego coś miłego”. Wpisała mnie na listę kandydatów. Zostałem zaproszony do telewizji do biura, które mieściło się w budynku Teatru Wielkiego wejście od ówczesnego Placu Zwycięstwa. Osoby tam pracujące rozmawiały ze mną tylko na tematy nie związane z telewizją. Po pewnym czasie pokazano mi studio telewizyjne, które wówczas znajdowało się w Pałacu Kultury i Nauki. Stojąc na zapleczu obserwowałem, jak przebiegają programy. Miałem przyjemność zobaczyć tam „na żywo” Edytę Wojtczak, Eugeniusza Pacha, Irenę Dziedzic oraz innych pracowników i aktorów z lat sześćdziesiątych. Oczywiście bezpośrednio z nikim nie rozmawiałem. Byłem dzieckiem w roli gapia, któremu pozwolono przyglądać się pracy z zaplecza.

Co było dalej? Napiszę w następnym odcinku.

Rafał z Korycina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *