Opowiadanie Zbigniewa Dobrskiego

Jesienią 1939 roku przebywałem we Lwowie i wraz z wielu młodymi podchorążymi wybierałem się na Węgry i do Francji. Spotkałem się tam z kolegą z Grudziądza z innego szwadronu – Zbigniewem Dobrskim. Opowiadał, że gdy 17 września 1938 roku zwolniono wszystkich podchorążych  do cywila, zatrzymano tych, którzy służyli w jednostkach nadgranicznych. Taki los spotkał właśnie jego, podchorążego w 25. Pułku Ułanów w Prużanach, jednej z najlepszych jednostek kawaleryjskich w Polsce.
W listopadzie 1939 roku opowiedział mi następującą historię.
Pułk jego w czasie wojny wszedł w skład grupy operacyjnej dowodzonej przez generała Andersa. W pewnym okresie wędrowali przez południowo-wschodnią część Lubelszczyzny. W zasadzie każdy oddział kawaleryjski ubezpiecza się w marszu, wysyłając przed sobą oraz z prawej i lewej strony po dwóch „szperaczy”. Mają oni wypatrywać w terenie nieprzyjaciela. Pewnego dnia 25. Pułk Ułanów otrzymał od swoich wywiadowców meldunek, że w pobliżu, w głębokim wąwozie ukrył się oddział niemieckiej kawalerii.
Niemcy w 1939 roku mieli jeszcze trochę jazdy. Uzbrojenie jej różniło się znacznie od naszego. Polacy mieli szable przytroczone pod lewym kolanem, pod klapą siodła.  Dobywali je jednym ruchem. Niemcy mieli pałasze umieszczone daleko z tyłu za siodłem, pionowo w dół. Polska kawaleria nosiła krótkie karabinki na plecach. Niemcy przytraczali je z tyłu do siodła, dla większej wygody. Dobrze ukryty oddział kawalerii czuł się bezpieczny. Toteż gdy nagle Niemcy zostali otoczeni przez szarżującą polską jazdę, potracili głowy, podnieśli ręce do góry i poddali się. Wyciągnięcie szabli lub karabinka wymagało zbyt wiele czasu.
Myślę, że w całej kampanii wrześniowej był to jedyny tego rodzaju wypadek.

                                                MICHAŁ ŻÓŁTOWSKI z Lasek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *