Malwina Żółtowska

Od Redakcji: Autorka jest młoda – rocznik 1985. Rodzicami są Krzysztof i Elżbieta Żółtowscy, babcią Janina z Sosnowskich Żółtowska z Wrocławia (Genealogia Rodu…, s. 96) Mieszka we Wrocławiu, jest uczennicą Liceum Dziennikarskiego. Była na XI Zjeździe Rodu, interesuje się historią rodziny, ma zamiar pisać do „Kwartalnika”. Prezentowany tekst ma walory poznawcze – pokazuje Zjazd oglądany oczyma – i sercem – osoby z najmłodszego pokolenia naszej Rodziny.
Od Autorki: Zaczynam dopiero kształtować swój warsztat dziennikarski. Moje felietony ukazywały się w „Międzyszkolnym Magazynie Licealnym – Rejestrator”. Możliwość opublikowania tekstu w „Kwartalniku” jest dla mnie radością. Chętnie korzystam z komputera, by napisać list czy wypracowanie. W internecie czytam najciekawsze artykuły z gazet, piszę e-maile, przeglądam interesujące mnie strony. Natomiast gry jakoś do mnie nie przemawiają. Grafikę komputerową podziwiam, jeśli ma w sobie głębię.
Jest 29 maja, właśnie wybieram się z Babcią i kuzynką Agnieszką na Zjazd Rodu Żółtowskich. Wszystko w rozsypce, Agnieszka lekko zdezorientowana, że „to” już dzisiaj, ja staram się zachować spokój, a Babcia właśnie siedzi u kosmetyczki – Babcia Janinka zawsze wie, jak się ustawić, i nawet ulewny deszcz jej nie zatrzyma.
Na dworzec dotarłyśmy tylko godzinę za wcześnie. Nie ma to jak bary na wrocławskim dworcu, gdzie dostałyśmy coś gorącego do picia w plastikowych kubeczkach. Czas przetoczyć się na peron, pociąg został podstawiony, wsiadamy, druga klasa, osobny przedział – całkiem przyzwoicie, choć zaczyna robić się zimno. Jedziemy przykryte kurtkami, i tak do Wysokiej Kamieńskiej.
Od razu po wyjściu z pociągu blond mężczyzna w czarnym dresie proponuje nam podwiezienie swoim białym autem. My, jak to na Żółtowską krew przystało, serdecznie, grzecznie dziękujemy, on nie rezygnuje, w końcu odwracamy się tyłem i idziemy do baru na kawę. Tak się jakoś dziwnie składa, że pociąg dopiero za dwie godziny, ale spokojnie – Babcia zaraz wyjmie swoje słodkie zapasy – tak! – zaczęło się od delicji, skończyło na paluszkach. Z pełnymi brzuchami do pociągu, którym jedziemy dwadzieścia minut – dwie godziny oczekiwania opłaciły się.
W Kamieniu Pomorskim historia się powtarza – atakują nas dwaj przygodni taksiarze i proponują nam dojazd za 60 zł. Nie bardzo skusili nas tą propozycją, w końcu autobus już za dwie godziny i czterdzieści minut.
Dworcowe poczekalnie w małych miasteczkach przyciągają ciekawych ludzi. Właśnie tam poznałyśmy osiemnastoletniego żigolo w 10-centymetrowych butach. Tośmy się z Agnieszką „napaliły”: taki man, w takich butach, z taką ilością żelu – szkoda, że nie Żółtowski…
Wreszcie jesteśmy w Pobierowie, zaraz pójdziemy do pełnego ludzi pensjonatu. Niestety, nikogo nie było. Musiałyśmy się zadowolić spacerem po mieście. Agnieszka koniecznie chce wysłać zgłoszenie na końskie zawody. To się ludzie zdziwią, że do Wrocławia przyjedzie koń z Pobierowa!
Nastała ta chwila, kilku Żółtowskich już przyjechało. Jestem nowa i dziwnie się czuję, kiedy pełna dumy Babcia przedstawia mnie kolejnym panom ginekologom i profesorom. Od razu można stwierdzić, że w tej rodzinie brakuje tylko astronauty. Pierwsze koty za płoty, zostali mi tylko ludzie w moim wieku, ale i to da się załatwić – bilard i piwo zbliżają.
Rano na śniadanko i do kościoła, mamy Boże Ciało. Postanowiliśmy usiąść na powietrzu i za karę przykleiliśmy się do ławek. Trochę żółtej farby na ubraniu i już czujesz się Żółtowska. Wszyscy na procesję, a my na mocno skręcone lody i do „Świata alkoholi” powąchać pieczone właśnie bułeczki.
Po obiedzie czas na oficjalne zebranie Związku Rodu Żółtowskich. Jako nowa zostałam wypchnięta przed kamerę do przedstawienia się i… pochwaliłam się klasą dziennikarską – stąd ten artykuł właśnie. Pan Mieczysław chciał o mnie zadbać i zadał mi pytanie o narzeczonego, odpowiadam: „Jeszcze nie ten wiek, jak dorosnę to się zgłoszę, niech się pan nie martwi”.
Po zebraniu czas na relaksujący basen, kolację i spacer nad morze. Ach! takie ładne gwiazdy, zimny piasek i klan młodych Żółtowskich. Oczekiwanym przebojem stały się teksty z „niepłaczących chłopaków”, jednak niektóry zmarzli i wróciliśmy do ośrodka.
Następny dzień zaczął się wycieczką do Międzyzdrojów. Pani przewodnik opowiada z wielkim zacięciem, tylko troszkę za dużo, a pan kierowca raczy nas disco polo. Romek, syn Rafała, robi mu konkurencję i zaczyna śpiewać, a z nim wszyscy, aż po panią Bogusię, która na szybie pisze „Help” do muzyki disco polo.
Po podróży ma się odbyć uroczysta kolacja. Pan Mieczysław dba o to, żeby każdy miał pełen talerz, a pan Stefan opowiada następną zabawną anegdotę. Zabawa się rozkręciła – panowie szturmem podrywają panie, a panie – panów; nie ma, jak rodzinna impreza.
Już po ostatnich wrażeniach związanych z pożegnalnym ogniskiem. Jestem w melancholijnym nastroju, przede wszystkim dlatego, że trzeba wyjeżdżać, a ostatni wieczór pokazał, jak jesteśmy zgrani. Związek zadbał o nasze brzuchy – każdy dostał po kiełbasce, kromce chleba ze smalcem, a na deser cukierka. W związku z „Dniem Dziecka” juniorzy otrzymali czekolady i szybko zaczęli je konsumować. Potem urzędowaliśmyw pokoju, bo to wieczór pożegnalny. Siedzieliśmy, słuchaliśmy muzyki, rozmawialiśmy, ale nie rozrabialiśmy – nic nie było w stanie popsuć klimatu tej nocy, choć, przyznaję, byłam zmęczona.
Wtedy zdałam sobie sprawę, że to koniec. Pozostaje mi tylko nadzieja, że będę w kontakcie z juniorami i seniorami, a przez moje zamiłowanie do polskiego, szczególnie do epoki romantyzmu, pomogę komuś w radosnym wspominaniu tych wrażeń…
Dodaj komentarz