„ Patrz w gwiazdy, a nie pod nogi. Bądź ciekawski i jakkolwiek trudne wydaje się życie, zawsze jest coś, w czym możesz osiągnąć sukces. Wystarczy tylko, że się nie poddasz.”
Stephen Hawking
Tym razem Podlasie
Tegoroczny zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbył się w dniach 7 – 11 czerwca na przepięknym Podlasiu. Po długich dyskusjach, krążących między członkami zarządu wiadomościach oraz telefonach na miejsce spotkania wybrano hotel „ Sosnowe Zacisze” w Barszczewie niedaleko Białegostoku. Okazało się, że wybór był, jak najbardziej, trafny. Ośrodek usytuowany na skraju lasu, widać, że dba się o dobre samopoczucie gości, bo czysto jest nie tylko w samym obiekcie, ale i na terenach do niego przylegających. W obiekcie na każdym kroku czuło się, że jesteśmy mile widzianymi gośćmi, wszyscy pracownicy hotelu byli niezwykle uprzejmi, zawsze uśmiechnięci i gotowi spełnić każdą naszą prośbę. „ Sosnowe Zacisze” miało wszystkie zalety dobrego miejsca na pobyt i odpoczynek. Aula konferencyjna – proszę bardzo, uroczysta kolacja – ależ oczywiście, sala wykładowa – do dyspozycji, miska wody dla psa – nie ma żadnego problemu. Przykłady można by mnożyć. Wszelkie zachcianki gości spełniane od ręki: rezerwacja posiłków, odwołanie rezerwacji, żelazko, suszarka do włosów, a nawet… urządzenie do pompowania balonów. Jeżeli dołożyć do listy zalet mnóstwo miejsc, w których mogliśmy się spotkać, wypić kawę, herbatę, zjeść deser lodowy, a przede wszystkim pogadać – hotel okazał się doskonałym wyborem na nasze rodzinne spotkanie.
Etymologia nazwy krainy historycznej i geograficznej
Co do pochodzenia nazwy historycznej krainy Polski, będącej częścią województwa podlaskiego funkcjonują dwie hipotezy. Jedni badacze twierdzą, że nazwa wzięła swój początek od olbrzymich niegdyś, a dziś tylko częściowo zachowanych, puszcz i kniei. Do tej tezy skłania się polski językoznawca Samuel Linde ( 1771 – 1847 ) w swoim „ Słowniku języka polskiego”. Według drugiej teorii Podlasie wzięło swą nazwę od Lachów, czyli Polaków zamieszkujących te tereny. Twierdzi tak, między innymi, historyk, archeolog, znawca etnografii Podlasia i etymologii Zygmunt Gloger ( 1845 – 1910 ). Przebogata jest historia tych ziem, wrócę do niej, opisując piątkową wycieczkę.
Zielono mi!
Podlasie bywa nazywane „zielonymi płucami Polski” nie bez powodu. Tu natura gra pierwsze skrzypce. Podlaskie ma najwięcej terenów chronionych ze wszystkich województw w Polsce. Cztery parki narodowe – Białowieski, Biebrzański, Narwiański i Wigierski, to enklawy bioróżnorodności i tereny unikatowe na skalę europejską. Oprócz bujnej flory na Podlasiu spotkać można okazałych przedstawicieli świata fauny. Bez wątpienia najciekawsze są tereny Białowieskiego Parku Narodowego i żyjące w jego ostępach jelenie, dziki , wilki, a przede wszystkim żubry będące wizytówką regionu. Należący do krainy Biebrzański Park Narodowy słynie z największej w Polsce populacji łosi oraz bobrów, od których pochodzi nazwa rzeki Biebrza. Podlaskie puszcze, a zwłaszcza Puszcza Knyszyńska, są poza tym rajem dla chętnie gniazdujących nad rozlewiskami ptaków. Tutaj też możemy podziwiać największe w Europie skupiska bocianów białych, co stało się inspiracją do utworzenia Podlaskiego Szlaku Bocianiego. Niedaleko Tykocina, w Pentowie nad rzeką Narwią można z bliska podglądać codzienne życie tych niezwykłych ptaków, zanim odlecą do ciepłych krajów, odwiedzając Europejską Wieś Bocianią.
Jesteśmy częścią przyrody
Wszystkie szmery,
wszystkie traw kołysania,
wszystkie ptaków
i cieniów ptasich przelatywania,
wszystkie trzcin,
wszystkie sitowia rozmowy,
wszystkie drżenia
liści topolowych,
wszystkie blaski
na wodzie i obłokach,
wszystkie kwiaty,
wszystek pył na drogach,
wszystkie pszczoły,
wszystkie krople rosy
to mi jeszcze,
przyjacielu, nie dosyć –
chciałbym więcej ptaków,
drzew z ptakami,
więcej blasków, gwiazd, obłoków,
trzcin, kaczek na wodzie,
i uchwycić to wszystko rękami,
ucałować to wszystko ustami
i tak zajść, jak słońce zachodzi.
„ Pieśni” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego to jedne z najpiękniejszych utworów poetyckich, opisujących wspaniałości przyrody, a także nierozerwalny związek człowieka z naturą.
Podlasie pełne jest uroku, blasku i niezwykłych barw, które mają specjalne znaczenie: brązowe poświęcone są męczennikom, złote Chrystusowi, niebieskie Matce Boskiej, zaś zielone symbolizują Ducha Świętego. Zielony to także kolor islamu i taka właśnie boazeria pokrywa najstarszy zachowany w Polsce meczet tatarski we wsi Kruszyniany.
Jadą goście, jadą …
Coroczne święto wszystkich Żółtowskich – Zjazd! Tym razem nie musieliśmy czekać na spotkanie cały rok, ponieważ wróciliśmy do tradycji zebrań rodowych w okolicach Bożego Ciała.
Środa, pierwszy dzień zjazdu. Są już wytrwali „ zjazdowcy” – Zbigniew z Warszawy oraz Jacek z Łodzi. Tym razem z synem Bogdanem i wnuczką Marysią. Z Warszawy, jak co roku, przyjeżdża Bożenka. Zameldowali się też Ela i Kaziu z Kutna. Z samego południa kraju, na daleki północny – wschód dotarł Rafał. Niewiele bliżej miały Agnieszka i Ludmiła z Wrocławia. No, ale droga ekspresowa A8 zaczyna się prawie przy ich domu i „ leci” prościutko do Białegostoku. Toruń reprezentują Bożenka i Marian, którzy przywożą bochen chleba z Ogończykiem przygotowany przez nieobecnych niestety, na zjeździe Basię i Krzysztofa Rumińskich. Razem z chlebem torunianie przywieźli też, podobno, pyszny sernik. Muszę wierzyć na słowo, że był niezwykłego smaku, bo w czwartek nie został po nim nawet okruszek. Najbliżej miała, chyba tym razem, ekipa sztumsko – grudziądzka: Ania z Madzią i Wojtusiem, a także Mirella i Mariusz. Długo trwały przymiarki, co do mojego uczestnictwa w zjeździe, a to ze względu na psiego przyjaciela Gałgana. Rada w radę mój syn Marcin zapakował całą rodzinę – żonę Kamilkę, synów Filipka i Ksawerka, a na końcu mnie i Gałgana do jednego auta i w ten sposób wszyscy stawiliśmy się w „ Sosnowym Zaciszu”. Sprawny kierowca, wygodny, klimatyzowany samochód, nawet nie odczuliśmy trudów podróży. W czwartek witamy również Agatę i Tomasza z Gdańska, Piotra z Sandomierza, a także Ewę i Piotra z Oświęcimia. Tuż po południu dołączają, zarażające optymizmem i pogodą ducha, Halinka z Podkowy Leśnej i Bożenka z Norwegii. Późnym wieczorem, po jedenastu godzinach podróży pociągiem, dobrnęły Krysia z córką Mariolą z Polic. Na zebranie zjazdowe zawitali też Jarosław ze Skierniewic i Piotr z Bodzanowa.
Najważniejsze spotkanie
W czwartkowe popołudnie zbierają się wszyscy uczestnicy zjazdu. Prezes Mariusz serdecznie wita zebranych, wyraża radość z kolejnego spotkania Związku Rodu Żółtowskich, udziela głosu skarbnikowi – Agnieszce z Wrocławia, która zdaje sprawozdanie ze stanu związkowego konta. Następnie wypowiada się nasza wiceprezes i redaktor Kwartalnika – Bożenka z Warszawy. Dziękuje wszystkim, którzy przesyłają do niej materiały, aby mogły powstawać kolejne numery tak ważnej dla rodu gazety. Jak zwykle zwraca się z apelem i zachętą o tworzenie nowych artykułów. Wystarczy się odważyć, tematów nam nie brakuje, mamy niezwykle ciekawe życie rodzinne oraz zawodowe. Przybyły z Bodzanowa Piotr zgłasza swoją gotowość do wykonania aktualizacji rodowej genealogii. Ela i Kazimierz z Kutna zobowiązują się pomóc mu w kontakcie z Januszem z Łodzi, który jest w posiadaniu bogatych zasobów materiałów niezbędnych do wykonania tej pracy. Dla mnie to spotkanie było wyjątkowo ważne, ponieważ zostałam uhonorowana medalem im. Michała Żółtowskiego. Niezwykłe wyróżnienie jest dowodem na to, iż zauważono, a także doceniono moje zaangażowanie w organizację zjazdów, wycieczek zjazdowych, a także dwudziestotrzyletnią pracę w zarządzie. Otrzymanie medalu skłania do tego, by nie spocząć na laurach, ale być jeszcze bardziej aktywnym. Nie pamiętam, co wyraziłam w słowach podziękowania, bo wzruszenie niemal odebrało mi głos, ale zwróciłam się do moich najbliższych: Obecni na zjeździe Ksawerek, Filipek, Kamilka i Marcinek, a także Anusia i Michałek, Polunia, Roszko, Anusia i Rysiu – jesteście tym najlepszym, co mnie w życiu spotkało! Podziękowałam także członkom Zarządu, bo tylko nasza wspólna praca przynosi efekty, mamy fajne pomysły, dyskutujemy o nich, realizujemy. I to jest podstawą naszego sukcesu. Odbywają się kolejne zjazdy, ukazuje się Kwartalnik, pamiętamy o przeszłości, ale tworzymy teraźniejszość i przyszłość.
Dziękujemy!
Po raz kolejny dziękujemy Basi i Krzysztofowi Rumińskim za upieczenie przepysznego chleba oraz, wspomnianych już, serniczków. Pozostajemy w nadziei, że na kolejnym zjeździe Was nie zabraknie i Krzysztof, z wrodzoną zręcznością, będzie pomagał Prezesowi Mariuszowi w dzieleniu chleba. Bardzo serdecznie dziękujemy Romkowi, synowi Rafała, za przygotowanie kolejnych już gadżetów zjazdowych. Podziękowań nie może zabraknąć dla Jarosława ze Skierniewic za przywiezienie, również kolejny raz, pamiątkowych breloczków, zwykle związanych z regionem, w którym przebywamy. Tym razem widnieje na nich król puszczy – żubr. Chcę tutaj nadmienić, że pieczołowicie przechowuję wszystkie pamiątki, jakie na przestrzeni lat przygotował Jarosław. Mam też kompletny zestaw Kwartalników Związku Rodu Żółtowskich, jak również inne gazety, w których ukazały się artykuły o naszych zjazdach, działalności i dokonaniach. Bardzo dziękuję Bożence, Marianowi i Maciejowi z Torunia za przesłanie płyty ze zdjęciami z podlaskiego zjazdu. Na pewno zostaną wykorzystane w mojej minikronice zjazdowej. Jakiś czas temu wymyśliłam, że dam nowe życie ogromnej kolekcji zdjęć z poprzednich spotkań. Kiedy tylko miałam informację, kto zawita do „ Sosnowego Zacisza”, przygotowywałam dla niego kopertę, a w niej fotografie, na których było opisane, w którym roku oraz na którym zjeździe zostały zrobione. Bożenka z Warszawy i Jacek z Łodzi najwdzięczniej docenili mój pomysł. Wszyscy obdarowani wsparli finansowo związkową kasę.
Czwartkowy wieczór pełen jest gwaru, rozmów, śmiechu, zabawy najmłodszych uczestników zjazdu. Niemal rówieśnicy Wojtuś i Filipek szybko złapali wspólny język. Madzia, Marysia i Ksawerek też trzymali się razem. Hałasujące w sadzawce żaby przywiodły mi na myśl strofy Mickiewiczowskiej epopei: „Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy
Odezwały się chórem podwójnym dwa stawy,
Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora,
Milczące przez dzień cały, grające z wieczora,
Jeden staw, co toń jasną i brzeg miał piaszczysty,
Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty;
Drugi staw, z dnem błotnistym i gardzielem mętnym,
Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym;
W obu stawach piały żab niezliczone hordy,
Oba chóry zgodzone w dwa wielkie akordy.
Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha,
Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;
Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,
Jak grające na przemian dwie arfy Eola.
Wokół Puszczy Knyszyńskiej
Długo trwały debaty, co do trasy piątkowej wycieczki. Kilka razy jej przebieg był zmieniany. Wiadomo, Białystok z jego symbolem Pałacem Branickich, który ze względu na podobieństwo do Wersalu nazywany jest Wersalem północy lub polskim Wersalem. Od kilku lat stolica województwa podlaskiego uważana jest w rankingach za dwunaste najlepsze miejsce do życia. W miarę jednak, jak poznawałam region, w którym miał odbyć się zjazd, przekonywałam się, że magia Podlasia ukryta jest przede wszystkim w małych miasteczkach. Niewielki Tykocin nazywany jest perłą baroku, Supraśl słynie z monasteru oraz jedynego w kraju muzeum ikon, a Kruszyniany są znaną w całej Polsce wsią tatarską. Niewątpliwie czuwała nade mną Opatrzność, bo udało mi się w ostatniej chwili przed zjazdem zorganizować wygodny, elegancki autokar klasy lux z białostockiej firmy „ Ibatur” z przemiłym kierowcą panem Bartkiem. Umówiłam się też z panem Wojtkiem z Supraśla, który przybliżył nam historię tej pięknej miejscowości w sposób ciekawy, finezyjny i humorystyczny. A przy tym, dla nas, wygodny. W Kruszynianach i Bohonikach już czekali, umówieni wcześniej, gospodarze tych miejsc.
Spaceruję po Supraślu, kąpię się w Supraśli
Chodzi, oczywiście, o deklinację rzeczownika będącego nazwą miejscowości, ale również rzeki przez nią przepływającej. Pochodzący z Podlasia ksiądz Jan Filewicz, tak napisał: „… ocalmy piękno podlaskiej krainy, wszak piękno jest po to, aby wiecznie trwało w nas…”. Piękno Supraśla, niewątpliwie, zapada w pamięci na długo, między innymi niezwykła bryła monasteru Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, który jest największą cerkwią obronną w Polsce. To wyjątkowy skarb, jakim został obdarowany przez historię uroczy Supraśl. Świątynia zbudowana pod koniec XVI wieku, i wysadzona w powietrze w 1944 roku jest rekonstruowana na raty, dzięki hojności wiernych. Skrzyżowanie zamkowej sztywności z miękkością cerkiewnych kopuł daje niezwykły efekt. Ponieważ zwiedzaliśmy Supraśl w dwóch grupach, w trakcie oczekiwania udało nam się napić kawy, zjeść podlaskie pyszności, pospacerować bulwarami nad Supraślą, zwiedzić monaster i muzeum ikon. Supraśl, drewniane miasteczko położone w samym sercu Puszczy Knyszyńskiej, jest jednym z najmłodszych polskich uzdrowisk i, drugim po Augustowie, kurortem na Podlasiu. Choć tradycje uzdrowiskowe i letniskowe sięgają tu czasów międzywojennych, to status sanatorium miasto uzyskało dopiero w 2001 roku, po odkryciu w okolicy bogatych złóż borowinowych. Przewodnik pokazuje nam najważniejsze miejsca zwiedzanej miejscowości, opowiada o domach tkaczy, przybyłych na te ziemie ze Zgierza. Jak byli robotnicy, był też fabrykant – Adolf Buchholtz, właściciel okazałego pałacu stojącego do dziś przy rynku. Pan Wojciech opowiada nam, jak to przyszła teściowa miała pozytywny wpływ na architekturę. Pierwotnie, obecny pałac, był niewielkim dworkiem. Przyszła teściowa Adolfa nazwała go borsuczą norą. Fabrykant, chcąc stać się godnym swojej świeżo poślubionej małżonki – Adeli Marii Scheibler, córki bogatych łódzkich przemysłowców – na miejscu dworku zbudował prawdziwy pałac, z klasycystycznym portykiem balkonowym, wieżyczkami, secesyjnymi dekoracjami. Dzisiaj we wnętrzach mieści się liceum plastyczne. Oglądając to nieco senne miasteczko aż trudno wyobrazić sobie czasy, kiedy wrzało tu jak w ulu. Pobliska Puszcza Knyszyńska zwana jest też królestwem masztowej sosny, więc rzeka i zalew od XVII wieku przepełnione były „ taflami” – pniami sosnowymi spławianymi do Tykocina i Gdańska, a dalej nawet do Anglii i Portugalii, aby służyć jako surowiec niezwykle ceniony w szkutnictwie – wykonywano z nich przedniej jakości maszty.
Supraśl to, niewątpliwie, miasteczko z klimatem, w którym znaleźć można coś dla ciała ale i dla ducha. Odetchnąć w cieniu zabytkowych budowli, wdychać balsamiczne powietrze, niespiesznie spacerować wąskimi uliczkami. A dla ducha? Otóż Supraśl upodobali sobie filmowcy. Miasteczko co roku ściąga tysiące fanów seriali „ U Pana Boga…” oraz „ Blondynka”, które były tu kręcone.
Tutaj też od 1994 roku działa słynny już nie tylko w Polsce, ale i na świecie teatr Wierszalin. Wszystkie miejsca związane zarówno z produkcjami filmowymi jak i teatrem pokazuje nam pan Wojtek w trakcie zwiedzania Supraśla.
Na Tatarskim Szlaku
Ponieważ za przewodnika po Podlasiu zażądano od nas fortunę, postanowiliśmy, w porozumieniu z Prezesem Mariuszem, zrezygnować z tej opcji. Chciałam jednak przekazać nieco faktów uczestnikom wycieczki. Na pewno nie są to wiadomości pełne, bo te tereny mają przebogatą historię, ale starałam się, w sposób jak najkrótszy, powiedzieć o tym, co ważne dla tego regionu. Udajemy się w stronę Kruszynian, jadąc przez Puszczę Knyszyńską. A więc garść informacji o tym kompleksie leśnym. Zajmuje on powierzchnię około 1050 kilometrów kwadratowych, w drzewostanie dominują sosna i świerk, występują także brzoza, olsza i dąb. Od 1974 roku znajdują się tutaj ostoje żubra. Nazywana jest młodszą siostrą białowieskiej królowej, bo to właśnie tam ciągną tabuny turystów, często pytając – Puszcza Knyszyńska, a gdzie to jest? A może zupełnie niesłusznie? Nazwa obszaru jest stosunkowo młoda, bo funkcjonuje od drugiej połowy XX wieku, za to historię ma przebogatą. Jeszcze w XIV i XV stuleciu wszędzie tutaj szumiała Puszcza Grodzieńska i Błędowska – przez ów gigantyczny las przechodziła granica między Koroną a Litwą i tu spotykali się osadnicy bałtyjscy, litewscy, rusińscy, białoruscy, polscy, tatarscy i wreszcie żydowscy. Ten ogromny bór jest jednym z najlepiej zachowanych w naszym kraju. W 1988 roku utworzono tu, drugi co do wielkości w Polsce, Park Krajobrazowy Puszczy Knyszyńskiej z siedzibą w Supraślu. Niezwykłość tego miejsca wynika również z faktu, że od końca XIV wieku wiodła tędy główna magistrala państwowa, czyli trakt, którym podróżowali królowie z dynastii Jagiellonów między dwoma stolicami – Wilnem i Krakowem.
Teren ten to nie tylko przepiękny drzewostan, iglaste ostępy typowe dla Alaski, Syberii, Skandynawii czy Kamczatki, ale również wspaniałe historyczne miejscowości: Gródek, Krynki, Kruszyniany i Bohoniki, Knyszyn, Sokółka i wreszcie, opisany już wcześniej, Supraśl.
Knyszyn otrzymał prawa miejskie w 1568 roku od króla Zygmunta Augusta. Tak zwane „ Czasy Zygmuntowskie” były złotym wiekiem dla miasta. Wybudowano wówczas ratusz na rynku, cerkiew prawosławną, łaźnie, budynek wagi, wybrukowano ulice. Udokumentowanych jest dziewiętnaście pobytów króla w Knyszynie, łącznie około pięciuset dni w latach 1533 – 1572. W Knyszynie król chętnie wypoczywał, stąd władał Królestwem Polskim i Wielkim Księstwem Litewskim. Podpisał tu wiele ważnych dokumentów, między innymi pierwszą w Polsce Ustawę Morską i Leśną. Król Zygmunt August zmarł w Knyszynie 7 lipca 1572 roku. To bardzo ważna data, ponieważ wraz z jego bezpotomną śmiercią, skończyły się w Polsce rządy dynastyczne. Sam mistrz Jan Matejko poświęcił ostatniemu męskiemu potomkowi Jagiellonów obraz pod tytułem „ Śmierć Zygmunta Augusta w Knyszynie”, który podziwiać można w Muzeum Narodowym w Warszawie.
Docieramy do kolejnego etapu naszej podróży. W Kruszynianach znajduje się najstarszy w Polsce muzułmański meczet drewniany z XVIII wieku. Kruszyniany i Bohoniki należy, moim zdaniem, zwiedzać w komplecie. Wtedy można poznać nieco historii i tradycji polskich Tatarów. Według legendy, okoliczne ziemie zostały nadane żołnierzom chorągwi tatarskich za uratowanie życia królowi Janowi III Sobieskiemu w bitwie pod Parkanami w 1693 roku. Prawda jest, zapewne, o wiele bardziej prozaiczna. Pustki w skarbie państwa spowodowały, że król, w zamian za zaległy żołd nadał tatarskim wojownikom z oddziałów walczących po stronie Rzeczypospolitej ziemię w kilkunastu królewskich wsiach. I tak, od roku 1679 spotykają się tutaj trzy kultury, trzy obrządki religijne: katolicyzm, prawosławie i islam. Pan przewodnik Dżemil Gembicki w sposób humorystyczny opowiada o tym, co jest jak najbardziej ważne i poważne. O tym, że w tej, ukrytej w puszczańskich ostępach wsi ludzie się szanują, są dobrymi sąsiadami, tolerują wzajemnie swoje poglądy i przekonania. A przede wszystkim wzajemnie sobie pomagają, bez względu na wyznanie. Pan Dżemil żartuje nawet, a może to wcale nie żart, że ich dzieci mają najwięcej laby w całym kraju. Bo gdy święta mają, dajmy na to, prawosławni, to i tak zwalnia się całą klasę z lekcji.
Przewodnik opowiada nam o meczecie, wskazuje i nazywa ważne miejsca dla islamskiej świątyni. W Kruszynianach i Bohonikach siedzimy na podłodze wyłożonej kolorowymi miękkimi dywanami, na ścianach wiszą zdjęcia meczetów z całego świata, a także fragmenty ze świętej księgi Koranu. Dowiadujemy się niezwykle ciekawych rzeczy, między innymi tego, że to właśnie Tatarom zawdzięczają Polacy powstanie tradycji ułańskich. Ułan to był tytuł młodzieży wywodzącej się z tatarskiego rodu książęcego. Na przełomie XVI i XVII wieku utworzono z niej na Litwie chorągiew tatarską zwaną „ ułańską”, od której w późniejszym okresie przyjęto nazwę słynnych polskich formacji wojskowych. W Bohonikach o meczecie opowiada nam pani przewodnik. Tutaj, zapewne ośmieleni już pewną wiedzą, zadajemy więcej pytań: o kulturę, tradycje, obchodzenie świąt. Nasza ciekawość zostaje w pełni zaspokojona.
Syci wrażeń udajemy się w drogę powrotną do hotelu. Z okien autokaru podziwiamy złote hełmy cerkwi św. Aleksandra Newskiego w Sokółce, a także osobliwość w Krynkach. Akurat w tej miejscowości nie robimy tego, co na Podlasiu się robi, czyli podziwia się naturę, ale skupiamy się na rzeczy wytworzonej przez człowieka. Bo to właśnie Krynki posiadają największe rondo w Polsce. Wychodzi z niego aż dwanaście ulic, a pośrodku jest rynek. Fakt, że rondo w Krynkach jest największe w Polsce to nie wszystko. Takie samo gwiaździste rondo znajduje się w Paryżu z Łukiem Triumfalnym w samym środku. Tak oto mała podlaska miejscowość, tuż przy granicy z Białorusią uplasowała się na drugim miejscu w Europie, posiadając tak wielką konstrukcję architektoniczną.
Dziękuję Wam, Kochani, że zgodnie z moją prośbą, byliście bardzo dobrze zorganizowani, nikt się nie spóźniał, nie narzekał, zadawaliście ciekawe pytania naszym przewodnikom. Poza tym, znając niemal cały świat, umiecie docenić każde piękno, urok nawet takich małych miejscowości. Potraficie też docenić, że wycieczki organizuje się z myślą o Was i dla Was. Ileż już wspaniałych miejsc zwiedziliśmy i zobaczyliśmy wspólnie, dzięki między innymi wycieczkom zjazdowym! Dziękuję również Agacie z Gdańska, która troskliwie zajęła się Gałganem. Był bardzo zadowolony, a przecież groziła mu całodzienna samotność w pokoju hotelowym.
Rodzinnie, elegancko, smacznie …
Zasiadanie przy wspólnym stole i ucztowanie ma w naszym kraju przebogatą tradycję. Tak jak dawniej, tak i teraz nie chodzi li tylko o zaspokojenie głodu. Ważne jest, aby w tym codziennym zabieganiu zatrzymać się, zwrócić uwagę na drugiego człowieka. Ktoś, kiedyś powiedział, że jedzenie w samotności pozbawione jest zupełnie smaku. Chociaż nasze spotkania mają, w zasadzie, charakter turystyczny, to jednak przywykliśmy do tego, aby strojem, fryzurą, panie też makijażem podkreślić wyjątkowość oraz uroczystość wspólnego biesiadowania. W piątkowe popołudnie hotelowe żelazko było bardzo pożądanym przedmiotem.
Kolację przygotowano zgodnie z naszymi wcześniejszymi ustaleniami, zadbano o to, żeby było elegancko i profesjonalnie. Mogliśmy posmakować regionalnych specjałów – kartaczy oraz babki ziemniaczanej. Jadło było, jak już wspomniałam wcześniej, tylko dodatkiem do naszego spotkania, miłych rozmów, uśmiechów, życzliwości, a przede wszystkim bliskości. Przecież po to się spotykamy. Aby być razem, czuć się dobrze w swoim towarzystwie, chcieć wracać do przyjaciół.
Wędrówki po Podlasiu
W sobotę, po śniadaniu uczestnicy zjazdu rozjechali się po okolicy. Grupa w składzie: Ludmiła i Agnieszka z Wrocławia, warszawiacy – Bożenka i Zbigniew, a także Mirella, Mariusz, Madzia, Ania i Bogusia dwoma samochodami pojechała do Tykocina. Posłużę się moim wycieczkowym konspektem i dołączę garść informacji o tym miejscu. Położenie Tykocina na pograniczu Mazowsza i Podlasia sprzyjało rozwojowi miasta. Gród ma bardzo bogatą historię. Rozwinął się z osady podgrodowej na styku Mazowsza i Wielkiego Księstwa Litewskiego w miejscu przeprawy przez Narew skracającej szlak handlowy prowadzący z Połocka i Wilna w kierunku Poznania i Krakowa. Tykocin, podobnie jak Knyszyn, stał się ulubionym miejscem pobytu króla Zygmunta Augusta. Były to tereny wpływów rodu, z którego pochodziła jego druga żona Barbara Radziwiłłówna. Dziś Tykocin to małe miasteczko, leżące z dala od głównych arterii i ośrodków, w czasach Zygmunta Augusta stanowiło swoisty pępek świata, a zamek był największą twierdza na ziemiach polskich. Tutaj został umieszczony arsenał Rzeczypospolitej, skarbiec ( między innymi słynne arrasy ) oraz biblioteka królewska. Ciekawostką jest to, że w 1661 roku Tykocin otrzymał, za zasługi dla Rzeczypospolitej, nie kto inny, a hetman Stefan Czarniecki. Odbudował zamek, zniszczony podczas potopu szwedzkiego. Wcześniej, w latach 1611 – 1632 zamek został, na polecenie króla Zygmunta III Wazy, rozbudowany pod kierunkiem starosty tykocińskiego Krzysztofa Wiesiołowskiego herbu Ogończyk. Dzieje zamku są przebogate. Całkowicie zniszczony podczas dziejowej zawieruchy wojennej, został zbudowany od podstaw, jest w rękach prywatnych, obecnie to muzeum, restauracja i hotel. Z zewnątrz robi imponujące wrażenie, a wnętrza zwiedzę, kiedy wybiorę się w tamte strony na dłuższy pobyt. Odbudowa trwała przez wiele lat, właściwie zamek nadal jest rekonstruowany według starych planów, które zostały odnalezione w Petersburgu i Moskwie. Ważną informacją, godną zapamiętania jest to, że na zamku w Tykocinie 1 listopada 1705 roku król August II Mocny ustanowił Order Orła Białego, najstarsze i najważniejsze polskie odznaczenie. Na rynku w Tykocinie podziwiać można pomnik hetmana Stefana Czarnieckiego, który ustawiony tam w 1763 roku uznawany jest za najstarszy świecki pomnik w Polsce. Zwiedzamy jedną z najlepiej zachowanych w Europie, drugą co do wielkości w Polsce,
siedemnastowieczną synagogę tykocińską, usytuowaną przy ulicy Koziej. W latach 2016 – 2018 budowla przeszła kompleksowy remont, a jej wyposażenie i kolekcja judaików imponuje nawet wybitnym znawcom tematu. Pojedyncze bilety wstępu są dość drogie, ale zniżka przysługuje pięcioosobowej grupie, w składzie której jest dziecko. Madzia z Grudziądza zgadza się zostać naszym bonusem, płacimy za bilety po dziesięć złotych. Po zwiedzaniu jest czas na lody, a także na zakupy podlaskich specjałów – mrowiska i sękacza.
Pełno było Żółtowskich na podlaskich szlakach w to piękne sobotnie przedpołudnie. W Tykocinie spotkaliśmy Agatę i Tomka z Gdańska, ci z kolei w Białymstoku natknęli się na Kamilkę, Marcina, Filipka, Wojtusia i Ksawerego. Po obejrzeniu Pałacu Branickich młodzież chciała zwiedzić stadion „ Jagiellonii” Białystok. Okazało się to jednak niemożliwe, bo w weekendy odbywają się mecze i na stadion wchodzić nie można. Zapalony kibic Filipek korzysta z okazji i kupuje sobie koszulkę klubową. Ma już w swojej kolekcji kilka różnych z nazwami piłkarskich drużyn.
Nawet taki krótki pobyt na Podlasiu pozwolił nam poczuć jego wielokulturowość. Zwiedziliśmy monaster, dwa meczety, synagogę, a także kościoły w Choroszczy i Tykocinie.
Popołudniowe sobotnie spotkanie
To już stało się tradycją, że na zjazdach odbywają się prelekcje związanych z danym regionem osób. Jakiś czas temu, Rafał skontaktował się z Urzędem Gminy w Choroszczy. Otrzymałam stamtąd wiele materiałów, niezbędnych do zaplanowania wycieczki. Okazało się również, że może się z nami spotkać wieloletni prezes Towarzystwa Przyjaciół Choroszczy, gdyż taka właśnie organizacja od 1979 roku funkcjonuje na terenie miasta i gminy. W sobotnie popołudnie przybywa do nas pan Józef Waczyński wraz z małżonką, a także pan Tomasz Adamski. Zdjęcia jego autorstwa, z informacją o spotkaniu ze Związkiem Rodu Żółtowskich ukazały się na stronie internetowej stowarzyszenia. Z zainteresowaniem słuchaliśmy gawędy pana Józefa związanej z historią Choroszczy, która sięga roku 1437. Położenie miejscowości na pograniczu Korony i Litwy sprzyjało jej rozkwitowi, rozwijało się rolnictwo, rybołówstwo, handel.
Najważniejszym zabytkiem miasta jest letnia rezydencja Branickich, pałac, który przeszedł różne koleje losu, obecnie odbudowany i gruntownie odnowiony jest siedzibą Muzeum Wnętrz Pałacowych. Kim byli Jan Klemens i Izabela Braniccy?
Hetman, wiadomo – ogromne zasługi wojenne w obronie Rzeczypospolitej. Ale zainteresowała mnie postać jego żony – Izabeli z Poniatowskich Branickiej. Jak na ówczesne czasy była ona nie tylko wielką panią i wpływową magnatką, lecz także mecenaską kultury, animatorką życia towarzyskiego, patronką oświaty, opiekunką ludu, administratorką rozległych dóbr, fundatorką kościołów ( między innymi w Tykocinie, Goniądzu i Dolistowie), a także szkół, przytułków, placówek medycznych. Była postacią wybitną – postępową, pracowitą i przedsiębiorczą. Jak pisano o niej: „ to głównie ona kształtowała atmosferę i poziom życia białostockiej siedziby magnackiej, odciskając na niej liczne znamiona swojej myśli, gustu i wielkiej kultury, otwartej na pozytywne wpływy europejskie, a jednocześnie bliskiej najlepszym polskim dworom, polskiej tradycji i sercu. W czasie małżeństwa, i o wiele dłużej, po śmierci hetmana, Izabela usilnie dbała o pomyślność miasta, wnosząc w jego życie cenny i trwały wkład, dziedzictwo własnej niepospolitej osobowości”
Szczególnie hucznie obchodzone były imieniny oraz urodziny Jana i Izabeli Branickich, właśnie w rezydencji w Choroszczy. Spotykała się tu ówczesna elita Rzeczpospolitej – inteligencja, pisarze, poeci, artyści, a nawet dwaj koronowani władcy – August III Wettyn i brat Izabeli Stanisław August Poniatowski. Sporo uwagi poświęciłam Pani z pałaców w Białymstoku i Choroszczy, ale postać ta zasługuje na prawdziwe uznanie oraz żywą pamięć. Jej niezwykle bogata działalność stanowi bowiem piękną kartę w dziejach kultury polskiej i niezaprzeczalny dowód na istotną rolę, jaką odegrały w niej kobiety. A mimo tego, że za swego życia była sławiona, nawet przez współczesnych jej sławnych poetów, została zupełnie zapomniana.
Wracając do opowieści pana Józefa Waczyńskiego, przybliża on nam zakres działalności Towarzystwa Przyjaciół Choroszczy. Są to głównie uroczystości religijno – patriotyczne, kultywowanie chlubnych tradycji historycznych regionu, rozwijanie jego kultury, promocja tak zwanej „ Małej Ojczyzny”, upamiętnianie i oznakowanie Miejsc Pamięci Narodowej, szczególnie dotyczących walk na tym terenie w czasie powstania styczniowego, ratowanie zabytków architektury, współorganizowanie corocznych Dni Choroszczy.
Bardzo dziękujemy panu Józefowi Waczyńskiemu za to, że zechciał przybyć do nas w to sobotnie popołudnie i tak ciekawie opowiedzieć o regionie, w którym zorganizowaliśmy nasze zjazdowe spotkanie. Wymieniamy się upominkami, otrzymujemy wiele cennych materiałów o Choroszczy, a pana prezesa obdarowujemy gadżetami z Ogończykiem oraz najnowszym numerem Kwartalnika.
„ Przy ognisku zasiadły wspomnienia …”
Przy wieczornym ognisku zasiedliśmy przede wszystkim my – Żółtowscy. Nie dość nam było jeszcze spotkań i rozmów. Pani właścicielka ośrodka chyba nas polubiła, bo nieodpłatnie przekazała nam drewno na ognisko, a my własnym pomysłem zaaranżowaliśmy „ stoliczku, nakryj się”. Zupełnie spontanicznie, ale, jak zwykle u nas – rodzinnie, wesoło i fajnie. Nie chce się wracać do pokojów, ale przecież następnego dnia czeka nas powrót do domów i wiele kilometrów do przejechania. Kiedy wracam ze spaceru z psem, zagadują mnie uczestnicy wycieczki z Wielkopolski, którzy też mieszkali w „Sosnowym Zaciszu” i od razu jak tylko zobaczyli Gałgana, stali się jego wielbicielami. Pytają o to, kim my jesteśmy, jaka to wycieczka. I się zaczyna! Opowiadam o Związku Rodu Żółtowskich, o początku, historii, zjazdach, wizycie w Watykanie, o stronie internetowej, o Kwartalniku. Słuchają z zapartym tchem, są pełni uznania dla naszej inicjatywy, działalności, zapale i zaangażowaniu. Jestem dumna z tego, że mogę być członkiem tak niezwykłego stowarzyszenia.
Byliśmy już wszędzie!
Kiedy dopasowałam nazwy miejscowości, w których odbyły się Zjazdy, do województw, okazało się, że byliśmy we wszystkich szesnastu dzielnicach administracyjnych naszego kraju. Jak wynika z zestawienia, najbardziej przypadło nam do gustu województwo kujawsko – pomorskie. Byliśmy tam aż sześciokrotnie, dalej uplasowały się województwa wielkopolskie oraz mazowieckie – po cztery zjazdy, dwukrotnie spotkaliśmy się w województwach: łódzkim,, podlaskim, pomorskim, zachodniopomorskim i warmińsko – mazurskim. Pozostałe, to jest: świętokrzyskie, lubelskie, dolnośląskie, małopolskie, opolskie, lubuskie, śląskie i podkarpackie odwiedziliśmy tylko raz.
Nie mogą być, moim zdaniem, zjazdy tylko w centrum Polski, bo, niby, wszyscy mają blisko. Ideą naszych spotkań jest obok, niewątpliwie ,ważnej funkcji, zacieśniania więzów rodzinnych, także poznawanie geografii, historii, tradycji oraz teraźniejszości różnych zakątków naszej pięknej ojczyzny. Niektórzy z nas nie bacząc na wszelkie trudy związane z wiekiem, ze zdrowiem, et caetera, przyjechaliby na zjazd nawet gdyby odbywał się on na końcu świata. Niektórym to i sto kilometrów jest za dużo. To nie jest kwestia ani odległości, ani braku czasu, ani finansów. To sprawa mentalności. Jadę na Zjazd, bo chcę się spotkać z ludźmi, których znam od wielu lat, których lubię, cenię. Uwielbiam być Żółtowską/Żółtowskim i z dumą noszę to nazwisko.
Do zobaczenia …wkrótce!
Mam nadzieję, że rok szybko minie i będziemy się zbierać na kolejne spotkanie Żółtowskich. Niewątpliwie w jakimś ciekawym miejscu, które będzie fajnie zobaczyć, zwiedzić, opisać. Myślę, że w pierwszą niedzielę października zjedziemy silną grupą na mszę do Mochowa, na pewno zobaczymy się jeszcze w ciągu tego czasu międzyzjazdowego, albo na posiedzeniu zarządu, albo na oglądaniu ośrodka na kolejne zjazdowe spotkanie.
Afroamerykańska poetka i pisarka Maya Angelou stwierdziła: „ Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.” Czas spędzony z Wami, kolejne spotkanie to nie było zwykłe oddychanie, to były chwile zapierające dech w piersiach!
Pozdrawiam serdecznie
BOGUSIA z BIAŁEJ