Moje wczasy we wsi Siedliska-Bogusz

Michał Żółtowski

Wieś Siedliska-Bogusz mal. Michał Żółtowski / arch. red.

W roku kalendarzowym większości ludzi wczasy odgrywają szczególną rolę. Dają okazję do poznania ciekawych ludzi, nieznanych dzielnic kraju i oddawania się zajęciom, na które w ciągu roku nie znajdowało się czasu. Pracując w szkole, miałem zwykle dwa miesiące letnich wakacji.

W lipcu 1964 roku znalazłem się w dużej, gospodarskiej wsi dawnego zaboru austriackiego, niedaleko Jasła. Historyczna przeszłość wycisnęła swe piętno na wszystkich ziemiach polskich, pozostawiając ślady rządów państw zaborczych. Do miejscowości o dziwnej nazwie Siedliska-Bogusz, gdyż składa się z dwóch złączonych ze sobą wiosek, trafiłem dziwną drogą. Namówiła mnie na to pani Munkowa, żona znanego reżysera filmowego. Kiedyś z zespołem kolegów ze studiów i pod wodzą profesora socjologii udała się tam, by prowadzić wśród ludności wywiady na temat Jakuba Szeli, rodem z Siedlisk.

Zamiarem profesora było opracowanie zbiorowe, mające gloryfikować krwawego przywódcę „rabacji”. Akcja ta spełzła na niczym, gdyż okazało się, że współcześni mieszkańcy wsi wcale nie są dumni, lecz raczej wstydzą się legendarnego prowodyra. W rodzinie Wójcików, do której skierowała mnie pani Munkowa, żyła podówczas matka pani domu, która go jeszcze pamiętała. Przybywając tam w kilka lat później, nie byłem jednak pewny nastawienia państwa domu i wolałem nie zaczynać pierwszy delikatnego tematu. Wszystko zależało od tego, jakie świadectwo o Szeli dała nieżyjąca już babka. Do tej sprawy wrócę na końcu.

Miałem natomiast okazję zetknąć się bliżej z życiem wsi. Pan Wójcik był sołtysem, jego żona pracowała do niedawna w urzędzie gminnym, jej siostra w wiejskim sklepie. Dwóch synów chodziło do szkoły, więc tematów nie brakowało. Do sołtysa przychodzono z różnymi sprawami. Zaraz z rana wstąpił ktoś z wiadomością, że podczas pracy w polu koń kopnął jednego z sąsiadów i stan jego jest poważny. Wkrótce cała wieś o tym wiedziała i widziałem, jak przejmowano się tym nieszczęściem.

Od pani domu dowiedziałem się, że dopiero co odbył się pogrzeb dziewczynki zabitej przez piorun. Zgodnie z ludowym zwyczajem próbowano ją ratować, zakopując w ziemi, lecz to nie pomogło. Potem rozmowa zeszła na niedawno ukończoną elektryfikację wsi. Kosztowało to poszczególnych właścicieli domów niemało pieniędzy, lecz przyniosło też wielkie korzyści: chroniło przed tak częstym na wsi zaprószeniem ognia w budynkach gospodarczych, zapewniało dobre światło w domu, napęd elektryczny do sieczkarni itd. „Ale – mówiła moja gospodyni – przysłano do tej pracy obcych ludzi i wprawdzie zadanie wykonali, ale pozostawili po sobie dwoje nieślubnych dzieci. Gdyby zaangażowano elektryków pochodzących z naszej wsi, nie byłoby się to zdarzyło”. – Tak z każdą godziną dowiadywałem się czegoś nowego i widziałem, jak bije tętno tej społeczności wiejskiej.

Upłynęło kilka dni, gdy znowu pani domu przyniosła mi ciekawą wiadomość. W rannych godzinach ma się odbyć wesele młodej pary zamieszkałej w jakiejś odległej wsi parafii. Warto pójść pod kościół i popatrzeć, bo zapowiada się niemała uroczystość. Wziąłem swój szkicownik i składane krzesełko, po czym usadowiłem się niedaleko kościoła przy drodze. Stało tam już jedenaście furmanek bogato przystrojonych, z dobrymi końmi w zaprzęgu. Na chomątach umieszczono rozmaite ozdoby. Zacząłem szkicować, gdy pojawił się przy mnie milicjant: „Kim pan jest i co pan tu robi? – zapytał. Musiałem się wylegitymować, a on skrzętnie notował wszystkie moje dane. No bo cóż? Nieznajomy człowiek, który rysuje, jest prawdopodobnie szpiegiem, agentem obcego wywiadu. Byłem wściekły, ale nie było rady, zresztą sprawa ta nie miała dalszych skutków. Tymczasem wyszła z kościoła młoda para i siadła na ustrojonej furmance, pozostałe ustawiły się w długi sznur i ruszyły z miejsca. Nie ujechali jednak więcej niż 50 metrów i wszystko stanęło. To zgodnie ze starym zwyczajem. Zaczęły się pertraktacje z jadącą również orkiestrą i dopiero po pewnym czasie, gdy muzyka ostro zagrała, cały zastęp furmanek puścił się wesoło w drogę.

W domu moja gospodyni skomentowała to wydarzenie. Stary obyczaj pertraktacji z orkiestrą i umawianie się o cenę już zatarł się w obecnych czasach. Miałem szczęście zaobserwować go dzięki temu, że wieś, z której pochodzili nowożeńcy, leży na skraju parafii daleko od uczęszczanych szlaków. Tam się dotąd ten obyczaj zachował.

Siedliska-Bogusz leżą w rozległej dolinie, przez którą kręto płynie mała rzeczka, ocieniona drzewami. Całość jest wyjątkowo malownicza. Od opisywanego pobytu w 1964 roku upłynęło dwadzieścia pięć lat, gdy nagle otrzymałem zaproszenie do odwiedzenia rodziny Wójcików, przysłane przez ich córkę Marysię, którą pamiętałem jako czteroletnią dziewczynkę. Ona jednak mnie nie zapomniała i teraz prosiła o przyjazd w imieniu swoim i swojej matki. W ciągu ćwierć wieku wiele się w rodzinie zmieniło. Ojciec wyjechał za lepszym zarobkiem do Ameryki, bracia dorośli, pożenili się i pracowali w Dębicy. Marysia była nauczycielką. Matka jej miała jeszcze pełną przytomność umysłu i okazywała mi wiele gościnności. Pozostałem u niej całe trzy dni. Chciałem przypomnieć sobie widoki dobrze mi kiedyś znane i doszedłem do samego końca wsi. Stał tam dom ładnie położony na wzniesieniu. Gdy dłużej się przypatrywałem, ujrzałem przy domu gromadkę dzieci przyglądających mi się z ciekawością. Po chwili wszystkie ruszyły biegiem ku mnie i zaczęły opowiadać, że ich rodzice od razu rozpoznali, że ten co tam stoi, to „pan, który malował”. Po tylu latach zachowała się pamięć o jakimś przybyszu, który interesował się ich wioską. Jakże to porównać z ludnością miast, gdzie napotkany przechodzień w ogóle się nie liczy.

Na zakończenie poruszę temat Jakuba Szeli, bo przecież dzięki tej dziś legendarnej postaci znalazłem się w jego rodzinnej wsi. Kiedyś pani Wójcikowa zaczęła mi o nim mówić i zesłów jej mogłem wyczuć, jakie wspomnienie o tym człowieku przechowało się w miejscowej tradycji. „Co można powiedzieć dobrego o Szeli – zaczęła – skoro za zorganizowanie tych wydarzeń otrzymał w nagrodę od austriackiego rządu majątek na Bukowinie.”

Zapamiętałem te słowa, które wyrażały prawie wszystko najważniejsze. „Ale – ciągnęła dalej pani Wójcikowa – pan powinien zobaczyć miejsce, gdzie stał jego dom.” Poszedłem i obejrzałem placyk pozostały po rozebranym domu, otoczony niziutkim żywopłotem. Natomiast na cmentarzu parafialnym we wsi Bogusz odnalazłem bez trudu groby pomordowanych okolicznych ziemian. Źródła podają liczbę około 1600 osób, w tym także kobiet, dzieci i oficjalistów pracujących w majątkach.

Historycy wiedzą, że rząd austriacki przed rozpoczęciem „rabacji” zadbał, by wiejskie karczmy były dobrze zaopatrzone w alkohol. Jakoż tłumy mordujących były pijane. Po zakończeniu tych zdarzeń oo. jezuici podjęli na szeroką skalę misje ludowe w okolicach najbardziej zaangażowanych w mordowanie dziedziców. Pod wpływem ich nauk nastroje się zmieniały, ludzie tłumnie szli do spowiedzi, głośno w kościele wyrażali ból i rozpacz z powodu, iż dali się porwać tak prymitywnym instynktom. Misjonarze zachęcali do składania w charakterze ekspiacji ślubu niepicia wódki do końca życia. Wówczas wtrącił się rząd austriacki, zabraniając jezuitom wpisywania ludzi do księgi abstynentów.

Mało znany jest fakt, że kilku światłych ziemian galicyjskich opracowało wcześniej jeszcze projekt zniesienia pańszczyzny. Jeden z nich, Walerian Krzeczunowicz, w 1842 roku złożył go w Wiedniu na ręce kanclerza Metternicha. Projekt schowano do szuflady, gdyż rząd austriacki nie chciał, by nastąpiła konsolidacja warstw społecznych w Galicji, lecz odwrotnie dążył do wprowadzenia między nimi walki. Taką samą taktykę zastosowały rządy carskie w Królestwie po powstaniu styczniowym, odrzucając inicjatywę Rządu Powstańczego o uwłaszczeniu.

Pierwsza wojna światowa ciężko zemściła się na trzech państwach zaborczych, których dostatki wyrosły na krzywdach ludzkich.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *