Autor: jmzolt1

  • Ciąg dalszy listów Marcelego i Jana Żółtowskich

    Kochany Dziadziu

    Bardzo Dziadzi za list dziękuję i proszę go zarazem być tak dobrym o ile możności jak najprędzej napisać o losy na loterią bo by zresztą mogło być za późno. Na Boże Narodzenie pewnie będziemy mogli do Wiednia pojechać ale pewno nikogo tam nie będzie do kogo byśmy pojechać mogli. Dziadzio nam pisze że mam się starać w łacinie i greckiem lepsze cezury dostać ale nadzwyczajnie mi to trudnem będzie bo chociaż się jak chcę natężam w ustnem naszego profesora prawie nigdy zadowolić zupełnie nie mogę, a i piśmienne zadania nie są tak łatwe żeby wszystkie móc dobrze robić.

    Nadzwyczajnie mnie także myśl napędza do roboty że, jeżeli bardzo będę miał dobre cezury będę może mógł w drugim półroczu konno jeździć.

    Całuję kochanemu Dziadzi rączki i zostaję jego przywiązanym wnukiem

    Jaś Żółtowski

    Kalksburg, 13.12.1885 r.

    —————————————————–

    Kochany Jasiu

    Podziękuj Pani Stefanowej Zamoyskiej tak serdecznie jak ja Wam dziękuję za Wasze pośrednictwo jemu to bowiem zapewne chłopcy zawdzięczać będą w czasie świąt tak zawsze dla nich upragnioną rozrywkę, tem więcej się z tego cieszę, iż bardziej mnie niepokoiła myśl iż mi tego Roku niepodobno będzie tak jak zeszłego święta z niemi przepędzić. Piszę też zaraz do rektora aby jeżeli Pani Zamoyska zażąda chłopcom do niej pójść dozwolono. My jak słusznie przewidujesz spokojnie sobie w domu pozostaniemy, czekając nadejścia nowego Roku i ciesząc się nadzieją iż on mniej trudniejszym  od teraźniejszego dla rolników będzie. Prócz wszelkich innych życzę Wam obojgu od siebie i Ponińskich aby po wesołych świętach rok następny przyniósł Wam wszelkie pomyślności  których pragnąć możecie. Od mego brata miałem niedawno wiadomość donoszącą, iż się już prawie zupełnie pozbył niemiłego wyrzutu i że się już całkiem zdrowym czuje. Chciej proszę Cię przypomnieć mnie łaskawej pamięci…….. Cecylii i złożyć jej także nasze życzenia wesołych świąt i szczęśliwego Nowego roku. Powtarzając jeszcze raz moje podziękowania za pamięć Waszą o chłopcach tysiącznie Was Obojga ściska najprzywiązańszy  stryj.

    Czacz 16/12 85                                                                                                                                                 M.Ż.

  • Narodziny Stanisława Andrzeja Żółtowskiego

    1 grudnia 2015 r. urodził się Stanisław Andrzej Żółtowski,

    syn Justyny i Michała Żółtowskich,

     zarazem nasz wnuk

    i kontynuator lwowskiej odnogi linii Romanowskiej Ogończyków-Żółtowskich.

     

    ANDRZEJ ŻÓŁTOWSKI

         z Gliwic

                                                                                                 

    z mama od Andrz. Gliwice                                        z tatą Staś. od Andrz. Gliwice

  • Dwoje z dziesięciu

    Czy dytyramb to utwór żartobliwy, dowcipny ? Na jakim kontynencie używa się języka hausa ?

     

    Któregoś wiosennego dnia zeszłego roku mój syn Michaś poinformował mnie :

    –         Mamo, zapisałem nas na eliminacje do programu „Jeden z dziesięciu”.

    –         Nas ? !!!

    Zapaliła mi się czerwona lampeczka. Ale odwrotu nie było. Należało stawić czoła wyzwaniu. Uczyć się nie było co, ponieważ w teleturnieju  „Jeden z dziesięciu” spektrum pytań, wydaje się być nieograniczone. Jak się mieliśmy przekonać później, już na nagraniu w studiu telewizyjnym, aby zwyciężyć potrzeba dużo: szczęścia, szczęścia, szczęścia i na koniec – wiedzy. A także mocnych nerwów i w miarę udanej pozostałej dziewiątki  graczy.

    DSCN1992 Michał                           DSCN1998 Bogusia

    Wróćmy jednak do eliminacji. Pojechaliśmy na nie do Warszawy pod koniec kwietnia. Zadawano po 20 pytań, tych samych, które „biorą” udział w grze telewizyjnej. Obojgu nam się powiodło. Byliśmy bardzo uradowani. Kibicowały nam, moja córka Ania oraz żona Michała- Ania. Potem był wspólny uroczysty obiad u „warszawiaków” Ani i Rysia, a także zwiedzanie wystawy obrazów Olgi Boznańskiej prezentowanej właśnie w Muzeum Narodowym. Od chwili eliminacji nie obejrzałam ani jednego odcinka teleturnieju. Po prostu bałam się wpadać w panikę, że na wiele pytań nie znam odpowiedzi. Powoli zapominaliśmy o tym, że mamy wziąć udział w nagraniu. Minęło lato, wakacje, całkiem fajny czas. I nagle, niespodziewanie, listy z firmy Euromedia, która organizuje wszystkie sprawy związane z teleturniejem „Jeden z dziesięciu”. Zostaliśmy z Michałem zaproszeni na nagranie w zupełnie innych terminach. Jednakże splot okoliczności sprawił, że pojechaliśmy do studia TVP w Lublinie tego samego dnia – 4 listopada. Towarzyszyła nam i dzielnie wspierała żona Michała – Ania. Przenocowaliśmy w grodzie koziołka, jak się okazało w pobliżu fabryki słodyczy  „Pszczółka” sponsora nagród w teleturnieju. Niemal cały następny dzień spędziliśmy w studiu telewizyjnym. Nagrywano cztery odcinki rozgrywki. Michał występował w drugim, a ja w trzecim. To był dla nas podwójny stres, bo kibicowaliśmy sobie wzajemnie. Nerwy na nagraniu są ogromne, ale trzeba udawać, że jest się spokojnym, bo przecież – cała Polska patrzy! Trzeba zachować spokój, żeby na wizji jako tako wyglądać. Ale wewnątrz jest mnóstwo emocji, nerwów. Oczywiście, zna się odpowiedzi na wszystkie pytania zadawane innym zawodnikom. Na swoje – niekoniecznie. Prowadzący, pan Tadeusz Sznuk, stara się rozładować napiętą atmosferę, bardzo łagodnie tłumaczy zasady nagrania, a także cierpliwie pozuje do zdjęcia z każdą dziesiątką graczy.

    DSCN2003 Bogusia 5

    Udział w teleturnieju był dla nas niezapomnianą przygodą. Wszyscy mocno trzymali za nas kciuki, a przede wszystkim nasza wspaniała najbliższa rodzina  – obie Anie, Rysiu, Marcin z Kamilką, Filipkiem i Ksawerym. Po emisji „naszych” odcinków otrzymaliśmy wiele gratulacji od Żółtowskich z całej Polski. Bardzo wszystkim dziękujemy. Jak powiedział pan Tadeusz Sznuk, dołączyliśmy do elitarnego klubu uczestników „Jednego z dziesięciu”.

    Pozdrawiamy serdecznie i świątecznie.

                                                                                                                                                 BOGUSIA i MICHAŁ ŻÓŁTOWSCY

                                                                                                                                                                         z Białej.

  • Antenaci rodu Żółtowskich

    „…Przodkom tej familii Ziemowit książę Mazowiecki pod rok 1402 niektóre grunta był puścił między Płockiem a Sierpcem, kędy oni od imienia swego wieś założyli Żółtowo nazwaną z innemi siedmią, na co przywilej tegoż księcia w owym domu chowają. Drugi tegoż Książęcia list mają, w którym konfirmował [zatwierdził – M.Ż.]  przyjęcie ich do herbu tego od Kościeleckich w r. 1300…”.

    Tak rozpoczął opis rodziny heraldyk i jezuita Kasper Niesiecki (1743). Warto od razu zaznaczyć, że niemożliwa było owa „konfirmacja” na przełomie XIII/XIV wieku. Niesiecki, wzorem mu współczesnych, przeniósł tzw. adopcję herbową wczasy odleglejsze. Istotny też jest fakt, że Kościelec w XIII i XIV wieku dziedziczyli rycerze z rodu Leszczyców. Ogonowie zaś pojawili się tam dopiero w wieku XV.

    Najbardziej fantastyczną hipotezę wysunął dziewiętnastowieczny heraldyk Hipolit Stupnicki pisząc, że Żółtowscy mają się wywodzić w prostej linii od Książąt Mazowieckich (w linii męskiej jest to wykluczone).

    Teodor Żychliński w Złotej księdze Szlachty Polskiej, również z XIX w., wymienia następujące trzy pierwsze pokolenia rodziny: Jan Ogończyk z Żółtowa, mający występować w 1397 r. w Poznaniu (do tej pory nie natrafiono na żaden dokument związany z tą osobą), Wojciech Ogończyk z Kościela 1436 (Żółtowscy nigdy nie pisali się z Kościela – M.Ż.), Jan w 1469 r. wódz wojsk Ziemowita Mazowieckiego (ostatni z Ziemowitów zmarł w 1462 r. – M.Ż.). Żychliński opierał się zapewne na nieopublikowanych do dziś materiałach genealogicznych dziewiętnastowiecznego fałszerza heraldycznego Wojciecha Wielądka (jego rękopisy znajdują się obecnie w Archiwum Głównym Akt Dawnych). Jedyna różnica to zamiana pokoleń – Wojciech Ogończyk z Kościela 1397, Jan Ogończyk 1425, 1430, 1435.

    Franciszek Ogończyk-Żółtowski, autor Monografii, podaje Tomasza na Żółtowie w 1390 r. i jego syna Świętosława w roku 1440.

    Za pierwszego pewnego protoplastę Żółtowskich można dopiero uznać Piotra, zwanego Ogon z Żółtowa, występującego w 1427 r. (Metryka Księstwa Mazowieckiego). Imię oraz przezwisko wskazują na prawdopodobne pochodzenie z możnowładczej gałęzi potężnego znaczeniem rodu Powałów-Ogonów, mającego swego protoplastę w znanym z Kroniki Galla Anonima piastunie i stolniku Bolesława Krzywoustego – Wojsławie. Warto wspomnieć, że właśnie Wojsław był przydomkiem Żółtowskich w XVI i XVII wieku, w co drugim pokoleniu.

    Istnieje dokument, z roku 1329, księcia dobrzyńskiego Władysława (bratanka Władysława Łokietka) nadania prawa chełmińskiego dla 4 wsi braci Ogonowiców, synów rycerza zwanego Ogonem: Pawła, Marcina, Jakuba i Piotra.

    Wśród świadków zeznających w procesie polsko-krzyżackim z roku 1339 występuję Paweł Ogon – wojewoda łęczycki oraz Jakub Ogon – nie piastujący jeszcze żadnego urzędu. Jakuba Ogonowica spotykamy później, w roku 1350, jako chorążego sieradzkiego. Synowie Pawła Ogona, Mikołaj – podkoniuszy łęczycki i Trojan zawarli w 1348 roku układ z arcybiskupem gnieźnieńskim o Spicymierz, który został im bezprawnie zabrany i nadany arcybiskupowi.

    Nazwa Ogon znana jest dopiero z jednego z dokumentów, powstałego w kancelarii Konrada Mazowieckiego w 1241 r. (Petrus sine Cauda – czyli Piotr bez Ogona). Gałąź tę reprezentowali w XIV wieku bracia: Paweł Ogon, wojewoda łęczycki – zm. 1339 r.; Marcin, podkomorzy łęczycki (1329); Jakub, chorąży sieradzki; Piotr, kasztelan dobrzyński (1350 r.), zmarły między 1364 a 1367 r. Ci czterej bracia byli synami Piotra, wojewody dobrzyńskiego (1300 – 1306). Najstarsza znana pieczęć z wizerunkiem herbu, właśnie owego Piotra, jest obecnie przechowywana w Archiwum Diecezjalnym we Włocławku.

    W VIII tomie pracy Adama Bonieckiego „Herbarz Polski” (s. 209 – 211) znajduje się informacja, że Jankowscy h. Ogończyk z Jankowic w powiecie łęczyckim byli dość mocno rozrodzenia, czego dowodzi występowanie kilkunastu dziedziców Jankowic. W aktach łęczyckich z lat 1384 – 1400 występują między innymi: Floryan; Michał i syn jego Jasiek; Pakosłąw z braćmi; Domasław; bracia Bogusław i Racobor; bracia Piotr i Jan; Wszebor; Świętosław; Sułek; Żuk; Michał Falibogów; Nasięgniew. Od imion i przydomków niektórych z nich przybrały swe nazwy części wsi Jankowice i tak mamy Jankowice – Trojanowe oraz Jankowice – Domasławowe (na których w 1576 roku dziedziczyli: Sebastian i Bernard Pierzchotkowie, Jan i Sebastian (syn Andrzeja) Lossotkowie, Jan Wichno), Jankowice – Pakoszowe (dziedziczyli w 1576 r. – Marcin, Piotr, Baltazar, Andrzej – syn Macieja, Bernard Pierzchot), Jankowice – Lossotki (Jan) i Jankowice – Pękawki (Andrzej – syn Macieja Żuka). Interesujące jest to, że niektórzy Jankowscy są wymieniani w aktach grodzkich brzesko – kujawskich, m.in. Jan z Jankowic (145), Dobiesłąw (1474), Jakób, Michał i Andrzej – syn Piotra (1477).

    W księgach łęczyckich (nr 820) zapisano, że Piotr z Grabowa (1388 r.) ustał (wygrał) roki, w pierwszym terminie, w sprawie poręki. Tamże pisze się o sporze Trojana z Grabowa ze szlachcicem herbu Kamiona, którego termin wyznaczona na pierwszą niedzielę po Wielkanocy.

    U Semkowicza w wywodach szlachectwa pod nr 61 – w kronice łęczyckiej spotykamy zapis, że „…Adamowi wójtowi z Krośniewic w 1420 r. świadczyli krewni ze strony matki Pakosz z Jankowic i Przedbor brat jego”.

    W metryce mazowieckiej występuje pod rokiem 1427 Piotr zwany Ogon w Ziemi Lipskiej (na wschód od Warszawy). Według tam zawartej informacji, grupa rycerzy z zachodniego Mazowsza zakupiła Moszczaną (20 łanów) od wdóch rycerzy, którzy otrzymali ją wcześnie od księcia. Wśród kupujących występowali rycerze piszący się z Kuskowa oraz Piotr z Żółtowa, który zakupił wtedy dwa łany. Ponieważ użycie nazwy Ogon w XIV i na początku XV wieku wskazywało wyraźnie na pochodzenie z tej właśnie gałęzi, to ewentualnego protoplastę Piotra z Żółtowa z 1427 r. można upatrywać w którymś z Ogonowiców.

    W materiałach ze Słownika Geograficznego, w zeszytach z Kuskowa, są zapisane następujące informacje:

    Pod rokiem 1439 – „… Szlachetny Pakusz z Żółtowa, sołtys Te… sprzedał swoje sołectwo za 40 grzywien.”

    „… Szlachetny Piotr z Żółtowsa (1446) zapi8sał 20 grzywien pospolitych, jako wiano swej żony szlachetnej Katarzyny”.

    W 1450 – „…szlachetny Świętosław, syn Tomasza z Żółtowa, zabezpieczył dług 7 grzywien na Żółtowie na włóce andrzejewskiej, stryjowi Przedborowi z Żółtowa oraz Skarbkowi, Dobiesławowi i Stanisławowi – braciom.”

    „Maciej i Mikołaj  z Żółtowa sprzedali całą swoją ojcowiznę Dobkowi, Piotrowi i Tomaszowi za 22 grzywny” (rok 1454). W tym samym 1454 roku „…Dobek i Stanisław z Żółtowa zamienili swoją część w Kraszynie na część w Zauszewie”.

    Do pierwszych, którzy zaczęli się pisać Żółtowscy należeli także Wojciech, który przeniósł się przed 1479 r. z ziemi płockiej do miasta Krakowa oraz Stanisław w 1480 r. Ten ostatni to zapewne Stanisław – Wojsław, występujący wraz z synem Stefanem i przykładający swą pieczęć na zjeździe rycerstwa w Płocku w 1519 r.

    Mimo szesnastowiecznych migracji do Wielkopolski, Ziemi Dobrzyńskiej, Małopolski czy późniejszych na Litwę oraz Wołyń, większość rodziny została na Mazowszu na swych siedmiu wioskach: Żółtowie, Gardzynach, Żabikach, Myszkach, Myszewie, Żukach, Zegadłach, zasilając z czasem grono drobnej szlachty. Tak więc, w konieczności, zaczęli Żółtowscy używać przydomków Gardzyna, Żuk, Myszka, Miśka, Żabik, Żaczek, Sumiczka, Redliczka, Mozdzen, Niechrost, Skarbek, Ponich, Paluch, Rosłan, nierzadko tocząc między sobą bratobójcze wojny.

    Dziś, bez wnikliwych badań, zwłaszcza gdy tradycja rodzinna nie jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, trudno jest ustalić czas przybycia Żółtowskich w inne rejony Polski. Miejmy nadzieję, że uda się odnaleźć wspólne korzenie kilkutysięcznej rzeszy Żółtowskich mieszkających obecnie w Polsce i w świecie.

    Źródło: Michał Żółtowski, Genealogia Rodu Żółtowskich, rozdział 1.3. Antenaci rodu Żółtowskich

  • Protokół posiedzenia Zarządu Związku Rodu Żółtowskich

    Jesienne posiedzenie odbyło się w Warszawie 17 października br.

    W posiedzeniu udział wzięli:

    • Mariusz ze Sztumu – prezes,
    • Bożena z Warszawy – wiceprezes,
    • Bogusia z Białej – wiceprezes,
    • Kalina z Torunia – sekretarz,
    • Agnieszka z Wrocławia – skarbnik,
    • Tomasz z Gdańska – członek zarządu.

    Ważną sprawą było zaplanowane spotkanie z zaproszonym Andrzejem Mieczysławem, któremu miał być wręczony medal im. Michała z Lasek. Niestety, odznaczenie nie doszło do skutku z powodów zdrowotnych Andrzeja Mieczysława. Następnie omówiono warunki pobytu, jakie zaproponowano nam w hotelu „Diana” na najbliższy Zjazd w 2016 r. Wszystkim zebranym podobało się miejsce, ceny i warunki, zwłaszcza, że będzie to blisko Mochowa, gdzie ma być odsłonięta pamiątkowa tablica w tamtejszym kościele. Rozważano zaproszenie na Zjazd osoby w celu wygłoszenia odczytu. Kolejny temat spotkania dotyczył wycieczki w czasie Zjazdu. Ostatecznie zdecydowano, że wycieczka odbędzie się do Golubia Dobrzynia. Bogusia z Białej podjęła się organizacji tejże wycieczki. Planujemy przygotować pamiątkową płytę CD, która składałaby się ze wspomnień poprzednich Zjazdów. Zaproponowana przez prezesa kolejna osoba do odznaczenia medalem Michała z Lasek w 2016 r. została jednogłośnie zaakceptowana. Prezes poinformował nas, iż zwrócono się do niego z propozycją objęcia patronatu nad II Konkursem Kultury i Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim w Pałacu Sierakowskich. Związek nasz będzie fundatorem nagrody dla zwycięzcy. Na tym posiedzenie Zarządu zakończono.

    Protokołowała Sekretarz Zarządu Kalina Nowacka

     

  • „EPIZOD WARSZAWA 44”

    Jest sierpień 1944 r. Trwają powstańcze krwawe walki, miasto dogorywa, ogromne straty ponosi ludność cywilna. Od dłuższego czasu mieszkają w piwnicy, dzieci chciałyby wrócić do normalności i marzą o talerzu zupy.
    Chcą wykorzystać przerwę między nalotami , chcą wykorzystać tę ciszę – może się uda.
    Mieszkanie usytuowane jest na czwartym piętrze, ale zdeterminowani wracają do mieszkania, aby ugotować dzieciom posiłek. Mają świadomość wielkiego ryzyka. Spakowali czystą bieliznę i inne potrzebne drobiazgi. Zaraz zjedzą to co przygotowała matka. Na stole biały obrus wraz z gorącą pożywną zupą. Już siedzą przy stole, cała rodzina: rodzice, dwóch chłopców i ta najmłodsza zaledwie trzyletnia. Tak jak dawniej pomimo straszliwej sytuacji są szczęśliwi, bo są razem.
    Właśnie ta najmłodsza prosi: „Mamusiu, ja muszę na chwilę do łazienki”.
    Nagle ogłuszający huk, zewsząd ciemność spowodowana dławiącym pyłem. Gdy po jakimś czasie opadł kurz, zauważają, że domu nie ma, sterczy tylko część ściany, a na samej górze dziecko trzymające się kurczowo sedesu.
    Na ulicy ludzie organizują pomoc, za wszelką cenę chcą uratować te „trzy lata”. Wiążą drabiny, za nisko, a czas płynie. A tam wysoko pod niebem małe dziecko, nie płacze jest zbyt przerażone.
    Zrozpaczeni ratownicy dowiązują dalsze dwie drabiny. To nie może się udać, ale oni muszą, muszą !
    Śmiałek wdrapuje się po tej prymitywnej „konstrukcji”, która trzyma się jakimś dziwnym cudem, wzmacnia ją chyba wola ludzi, ich rozpacz i łzy. Cała akcja ratownicza jest przedziwna, prawie nierealna.
    Młody człowiek dotarł do dziecka, które nie może wyciągnąć rąk do zbawcy, jest sparaliżowana strachem. Czas mija, z każdą sekundą oddala się szansa na ratunek. Młody człowiek opanowany i spokojny po dłuższym czasie zdołał przekonać małą, aby mu zaufała.
    Teraz niebywale trudna droga powrotna. Ludzie wstrzymują oddech. Czy ta niepewna „konstrukcja” wytrzyma zwiększony ciężar – wytrzymała!
    Krzyk radości zagłusza huk walącej się ściany, została tylko sterta gruzu i sterczące z niej resztki konstrukcji.
    To był mały epizod z niewyobrażalnego nieszczęścia całego miasta, które przestało istnieć.
    Warszawy już nie ma, pozostało tylko morze gruzu, aż po horyzont i trupi odór.
    Państwo, które straciło niepodległość, teraz jeszcze straciło swoją stolicę, a wraz z nią tysiące istnień ludzkich.

    P.S. Uratowanym dzieckiem zaopiekował się Ryszard Wiśniewski, syn Mariana i Leokadii z domu Weber, pasierbicy Józefa Benedykta Żółtowskiego.

    ANNA NOWOTNA-LASKUS
    z domu Żółtowska

  • Bo są miejsca i ludzie, do których chce się wracać…

    _MG_29544

    XXIV Zjazd Związku Rodu Żółtowskich zgromadził nas w Jarnołtówku – niewielkiej miejscowości u stóp Gór Opawskich, tuż przy granicy z Czechami. Spotkaliśmy się w dniach 3-7 czerwca 2015r. Mimo dość dużych odległości (ze wszystkich właściwie stron Polski) wielu Żółtowskich przybyło na nasze rodzinne spotkanie. Ja skorzystałam z uprzejmości Mirelli i Mariusza ze Sztumu, „podrzucona” do autostrady we Włocławku przez syna Michała dalszą podróż odbyłam w miłym towarzystwie, za co Prezesowi i jego żonie serdecznie dziękuję.
    Do ośrodka „Ziemowit” dotarliśmy późnym środowym popołudniem. Wielu „zjazdowców” już było na miejscu, więc odbyło się serdeczne powitanie – nie widzieliśmy się przecież cały rok, a tak naprawdę lubimy się spotykać.
    Miejsce piękne, hotel usytuowany na zboczu góry, widoczny z daleka, wokół drzewa, zieleń, spokój. To dodatkowo tworzyło dobry klimat naszego spotkania. Przyjechali wierni Żółtowscy – fani, sympatycy tego, co wspólnie tworzymy. Pokonaliśmy wiele kilometrów, nie bacząc na trudności, często problemy ze zdrowiem. Za to pozytywne nastawienie dla wszystkich uczestników wyrazy ogromnego podziwu i szacunku.
    Środowy wieczór to czas spotkań, rozmów, wspomnień, w tym roku bardzo niezwykły i ekscytujący, ponieważ Wacław z Łodzi przywiózł wydaną tuż przed zjazdem drugą edycję „Genealogii Rodu Żółtowskich”. Przygotowywali ją wspólnie z żoną Elżbietą. Ela odeszła tak nagle i niespodziewanie, ale dzieło Jej i syna Michała będzie trwać „Ad futuram rei memoriam”.
    Dzień Bożego Ciała to tradycyjnie msza i procesja w kościele, w miejscu, w którym akurat przebywamy. Ileż już było tych miejsc, kościołów i procesji…

    Po południu zebranie zarządu, a po nim spotkanie wszystkich uczestników Zjazdu. Zebranie rozpoczyna się minutą ciszy, uczczeniem pamięci tych, którzy odeszli – Eli z Łodzi oraz Wojciecha z Warszawy. Zarząd dyskutuje o tym, jak upamiętnić dwudziestopięciolecie istnienia Związku Rodu Żółtowskich, które przypada na 2016 rok. Przez dłuższy czas myśleliśmy o kamieniu ze stosownym napisem umieszczonym na skwerze tuż obok kościoła w Mochowie. Ta koncepcja wydaje się być niezwykle trudna do zrealizowania. I nagle doznaję jakby olśnienia, wpada mi do głowy myśl, aby tablicę upamiętniającą wywodzenie się rodu Żółtowskich z tamtych okolic umieścić w kościele w Mochowie. Świątynia to godne i trwałe miejsce na taką właśnie pamiątkę po naszych przodkach. Dzielę się tą myślą z członkami zarządu, a pomysł zyskuje aprobatę. Z tego co wiem, Prezes Mariusz już podjął stosowne działania, aby zrealizować to, co zostało postanowione na Zjeździe.
    Na zebraniu ogólnym przedstawiają się ci, którzy przybyli po raz pierwszy: Krzysztof Merkel, syn Basi, mieszka i pracuje w USA, jest z wykształcenia lekarzem anestezjologiem, pełni funkcję ordynatora oddziału anestezjologii, Sylwester Stan, mąż Krystyny z domu Żółtowskiej, emerytowany oficer wojska, pasjonują się wraz z żoną egzotycznymi podróżami. Prosiłam ich i namawiałam na relację do kwartalnika, bo sądząc po tym, co krótko opowiedzieli, na pewno mają ogromny materiał na ciekawy artykuł.

    IMG_0529 od Eli

    Poproszono również o wypowiedź Natalię Żółtowską, która wprawdzie na Zjeździe była po raz kolejny, ale po raz pierwszy jako niezwykle urocza młoda osoba razem ze swoim towarzyszem, równie uroczym Włochem Adriano – mieszkają i pracują jako informatycy w Warszawie. W trakcie zebrania dostrzegłam Joannę Małgorzatę z Warszawy, którą zapamiętałam ze zdjęć ze Zjazdu założycielskiego w Skierniewicach. Nic się nie zmieniła przez te lata!
    Podczas uroczystej piątkowej kolacji przedstawiły się również, przybyłe po raz pierwszy Halina z córką Anną – prawniczką, mieszkające w Podkowie Leśnej, uśmiechnięte, zadowolone z życia i ze spotkania z nami, emanujące pozytywną energią.
    Agnieszka z Wrocławia, pełniąca funkcję skarbnika, przedstawia raport finansowy, Bożenka, wiceprezes i redaktor kwartalnika, jak zwykle zachęca i namawia do współtworzenia naszej rodowej gazety. Prezes Mariusz ze Sztumu informuje o zadaniach, które czekają członków zarządu i związku w najbliższym czasie, podaje ważną wiadomość, iż decyzją zarządu, kolejnymi osobami uhonorowanymi medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek będą Andrzej Mieczysław z Warszawy oraz Elżbieta i Wacław z Łodzi.
    Andrzej Marek z Warszawy obdarowuje wszystkich książeczką do odmawiania Nowenny do Cudownego Pana Jezusa w Krakowie-Mogile, gdzie jedno z wezwań brzmi:
    „ Jezu cudowny, któryś Stefana Żółtowskiego w obronie ojczyzny mocą swą osłonił, zmiłuj się nad nami.”W drugiej książeczce „ Krótkie opowiadanie o Cudownym Panu Jezusie Mogilskim” czytamy: „Krata, która otacza kaplicę (z Cudownym Wizerunkiem Ukrzyżowanego Chrystusa w klasztorze w Mogile) została ufundowana przez rycerza polskiego Stefana Skarbka Żółtowskiego. Rycerz ten będąc w wielkim niebezpieczeństwie w bitwie pod Cecorą w 1620 roku w cudowny sposób ocalał. A w nadzwyczajnym widzeniu zobaczył Ukrzyżowanego Chrystusa i usłyszał tajemnicze słowa : «szukaj mnie w Polsce». Po powrocie do ojczyzny gorliwie szukał wizerunku Chrystusa, który uratował mu życie. Gdy przybył do Mogiły od razu rozpoznał krzyż, który widział w tajemniczym widzeniu z dala od ojczyzny. Z wdzięczności ufundował kratę wokół kaplicy i zamieszkał na stałe w Mogile koło klasztoru, aby nie rozstawać się z Chrystusem, któremu zawdzięczał życie”.
    Serdecznie dziękujemy Andrzejowi Markowi za ten dar, dzięki któremu możemy modlić się, a także poszerzyć swoją wiedzę historyczną, tym bardziej że związana jest z jednym z naszych przodków. Dziękujemy również Krzysztofowi Rumińskiemu za tradycyjne upieczenie i przekazanie chleba z herbem Ogończyk. Tym razem do Jarnołtówka przywiózł go Władysław z Torunia, ale mamy nadzieję, że Krzysztof Rumiński zaszczyci nas swoją obecnością, szczególnie wtedy, kiedy Zjazd będzie się odbywał w bliższej odległości od Torunia.
    Po zebraniu członków Związku Rodu Żółtowskich wysłuchaliśmy prelekcji nauczyciela, pasjonata i przewodnika po górach pana Tadeusza Kawalca, która dotyczyła historii, geografii i geologii okolic, w których przebywamy. Mnie jak zwykle, najbardziej zainteresowała etymologia nazwy miejscowości. Pochodzenie nazw, w tym nazwisk, to od dawna moja pasja. Okazuje się, że nazwa Jarnołtówek może pochodzić od imienia czeskiego rycerza Arnoldi – Arnoldi Villa, co znaczy po prostu wieś, miejscowość, osada Arnolda, należąca do Arnolda. Pan prelegent barwnie opowiadał o odbywających się w tych okolicach kaźniach czarownic oraz o znajdującym się tu, jedynym w Europie grobie czarownicy. Ziemie te słynęły z bogactw naturalnych, wydobywano tu złoto, srebro, uran, funkcjonowały też trzy duże kamieniołomy. O tym, że są tutaj przepiękne szlaki turystyczne, o których opowiadał pan Tadeusz Kawalec, mieliśmy się przekonać nazajutrz.
    Czwartkowy wieczór upłynął nam na rozmowach wspomnieniach, snuciu dalszych planów zjazdowych.
    Denerwowałam się już bardzo, bo żona mojego syna Marcina – Kamilka była w szpitalu i oczekiwaliśmy na szczęśliwe rozwiązanie. Tuż po północy zadzwonił Marcin, że urodził się śliczny i zdrowy ich drugi synek, braciszek Filipka – Ksawery Żółtowski.
    3650 gramów SZCZĘŚCIA!
    Poinformowałam o tym radosnym fakcie wszystkich zebranych rankiem następnego dnia. Wszyscy gratulowali mi, a także dziadkowi Witkowi. Największe gratulacje, a także życzenia szczęścia otrzymali rodzice Ksawerego – Kamilka i Marcin Żółtowscy.
    Po śniadaniu sporą grupą wybieramy się na zdobycie najwyższego szczytu w polskiej części Gór Opawskich – Biskupiej Kopy 890 m n.p.m. Szlak prowadzi lasem wśród posągowych świerków. Trochę straciłam na starcie, trudno mi było dogonić grupę, ale mogłam liczyć na niezawodnego Kazika z Kutna, który dopingował mnie swoim donośnym i stanowczym głosem: ”Bogusia, chodź!”

    100_3107

    Szłam więc dzielnie, bo chociaż może nie widać tego, ale uwielbiam górskie wędrówki. Pomagały mi otrzymane w prezencie od moich dzieci kije do nordic-walking. Po niedługim czasie docieramy do schroniska „Pod Biskupią Kopą”, gdzie można chwilę odpocząć, napić się i posilić. Ela z Kutna już tam jest i „ratuje” mnie zimnymi napojami. Rezygnuję z propozycji Rafała podwiezienia mnie na szczyt, sądząc (niestety, mylnie!), że to już niedaleko. Okazuje się, że od schroniska do szczytu jest jeszcze spory kawałek i to bardziej pionowo w górę niż przedtem. Ale się nie poddaję! Już widać koniec naszej wspinaczki, osiągnęliśmy cel. Na szczycie wznosi się kamienna, 18-metrowa wieża widokowa wybudowana w 1898 roku przez niemieckie towarzystwo turystyczne przy okazji jubileuszu 50-lecia panowania cesarza Franciszka Józefa I. Przez szczyt Biskupiej Kopy przebiega granica polsko-czeska. Widok, który rozciąga się ze szczytu wieży widokowej, zapiera dech w piersiach. Widoczność jest wspaniała, podziwiamy pobliskie miejscowości położone w otoczeniu lasów, widać też kominy odległej o blisko 70 kilometrów Elektrowni Opole. Wolniutko, spacerkiem, cały czas rozmawiając, wracamy do „Ziemowita”. Z radości uściskałam Rafała, który zorganizował tę górską wyprawę. Jestem szczęśliwa, że udało mi się pokonać własne słabości, zmęczenie, dokuczliwy ból biodra. Dla tych przepięknych widoków warto było! No i oczywiście kilkugodzinne przebywanie w gronie pozytywnie zakręconych ludzi dało mi dużą dawkę energii i optymizmu.
    Popołudnie spędzamy na basenie, lecząc biczami wodnymi nasze obolałe stawy. Razem z Mirellą, Mariuszem i Wacławem z Łodzi wybieramy się, aby poznać specjał tych okolic – smażonego pstrąga. Nie udaje nam się trafić do smażalni, którą cierpliwie polecał, a wielokrotnie był przewodnikiem, Rafał, ale i tak zjedzone przez nas smażone pstrągi i wędzony amur smakują wybornie.
    O dziewiętnastej, kiedy rozpoczyna się uroczysta kolacja, po zmęczeniu nie ma już nawet śladu. Stoły pięknie udekorowane, jedzenie bardzo smaczne – dbano o nasze zmysły i wzroku, i smaku. Babcia Bogusia i dziadek Witek byli fundatorami i częstowali gości w ramach tradycyjnego „pępkowego”. Nowo narodzonemu Ksaweremu odśpiewano gromkie „Sto lat”. Gratulacje przyjmowali dziadkowie maleństwa. Biesiada, tańce przy muzyce organizowanej na żywo z płyt, w których posiadaniu byli uczestnicy zjazdu, trwały do późnej nocy.
    Sobotni ranek to tradycyjnie czas poświęcony mszy świętej. Wielkie słowa uznania należą się księdzu Jerzemu Waindzochowi – proboszczowi parafii pw.św. Bartłomieja Apostoła w Jarnołtówku, który odprawił mszę w intencji Rodu Żółtowskich i widać było, że czuje, rozumie ideę naszego związku i wszystkiego tego, co wspólnie tworzymy. Na wstępie ksiądz proboszcz podkreślił wagę tego, że nasze rodzinne spotkania łączymy ze spotkaniami z Bogiem. Kazanie, które wygłosił, było wyjątkowo trafiające do naszych serc i umysłów. Po zakończeniu mszy ksiądz Jerzy opowiedział historię miejscowości i kościoła, zwrócił uwagę na zabytkową chrzcielnicę, którą podziwialiśmy na podwórku plebanii, a także na przykościelny pomnik upamiętniający wizytę cesarzowej Augusty Wiktorii w 1903 roku „rozstrzelany” przez „wyzwolicieli” tylko dlatego, że były na nim napisy w języku niemieckim. Ksiądz proboszcz chętnie pozował do wspólnej fotografii, którą zwykle wykonujemy po sobotniej mszy, na dodatek sam zrobił bardzo fajne zdjęcia, płytę z którymi już po południu dostarczył do ośrodka „Ziemowit”. Na tym nie koniec. Ksiądz Jerzy Waindzoch zaprosił nas do zwiedzania zabudowań zabytkowego dworu pochodzącego z początku XX wieku. Jest on własnością prywatną, ale właściciel powierza księdzu klucze do obiektu. Całkiem spora grupa korzysta z zaproszenia księdza. Przechodzimy przez bramę i most na Złotym Potoku, zwiedzamy bardzo nowocześnie i funkcjonalnie urządzone pomieszczenia dworu, podziwiamy przepiękny park wokół zabudowań z kwitnącymi różnobarwnymi rododendronami, a także rzadkimi w Polsce tulipanowcami, egzotycznymi olbrzymami z urodziwymi kwiatami w kształcie tulipanów, które trudno dostrzec w gąszczu liści.
    Serdeczne: „ Bóg zapłać” księdzu Jerzemu Waindzochowi za odprawienie mszy, za życzliwość, za przekazane cenne informacje historyczne.
    Po południu w sobotę korzystam z uprzejmości Beaty i Marka z Torunia i zabieram się z nimi na zwiedzanie Nysy. Bardzo chciałam zobaczyć tę miejscowość, bo wcześniej dużo czytałam o jej historii i zabytkach. Nysa – miasto pięknie położone nad Nysą Kłodzką jest jednym z najstarszych miast śląskich. Według Jana Długosza, Nysę jako gród miał założyć Bolesław Krzywousty. Już od średniowiecza był to znany ośrodek edukacyjny, a dogodne położenie miasta na przecięciu szlaków handlowych z Pragi i Kłodzka do Opola i dalej do Krakowa sprzyjało rozwojowi gospodarczemu miasta. Kwitł handel, organizowane były targi w dniach św. Jakuba i św. Agnieszki – patronów kościoła najstarszego, największego i najpiękniejszego w Nysie. Gromadziły one kupców z Austrii , Czech, Moraw i Węgier. Również rzemiosło przeżywało rozkwit, powstały m.in. cechy farbiarzy czy złotników- wszak na tych terenach wydobywano szlachetne kruszce: srebro i złoto.
    XVI wiek to okres największego rozwoju gospodarczego miasta, gdyż staje się ono główną rezydencją biskupów wrocławskich. Pod wpływem ich obecności i działalności, a także za sprawą licznych budowli sakralnych oraz fontanny Trytona z 1701 roku wzorowanej na rzymskiej Fontana del Tritone autorstwa Berniniego miasto otrzymuje tytuł Śląskiego Rzymu. Miano to może być adekwatne do dziś, ponieważ, kiedy z Beatą i Markiem spacerujemy po uliczkach Nysy, odnosimy wrażenie, że znajdujemy się w którymś z włoskich urokliwych miasteczek.
    Do tej pory byłam przekonana, że jestem najbardziej dokładnym „ zwiedzaczem”. Beatka dopiero mi pokazała, jak się zwiedza dokładnie i skrupulatnie. Zaczęliśmy od kościoła świętych Apostołów Piotra i Pawła, postanowiliśmy jednak, że wrócimy tutaj na koniec wycieczki, ponieważ właśnie rozpoczynała się ceremonia ślubna, ( podczas naszego krótkiego pobytu w Nysie byliśmy świadkami zaślubin co najmniej sześciu młodych par). Orkiestra podwórkowa, która przygrywała nowożeńcom po ceremonii zaślubin nieźle się musiała nagimnastykować, żeby zdążyć na kolejne śluby.
    Naprzeciwko kościoła na jednej z kamienic dostrzegamy tablicę poświęconą Emilowi Konradowi Blochowi, który urodził się w Nysie w 1912 roku. W 1964 roku został laureatem Nagrody Nobla za badania nad zwalczaniem i zapobieganiem miażdżycy oraz odkrycie przebiegu syntezy cholesterolu w organizmie człowieka.
    Na szczególną uwagę zasługuje kościół św. Jakuba i św. Agnieszki, którego bryła architektoniczna góruje nad miastem. Posiada on jeden z najbardziej spadzistych dachów w Europie, a pod względem kubatury ustępuje tylko gdańskiej Bazylice Mariackiej. Od lipca 2009 roku na mocy dekretu papieża Benedykta XVI również nosi tytuł bazyliki. Obchodzimy kościół dookoła i zwracamy uwagę na różnorodne szczegóły konstrukcyjne.
    Zasłużyliśmy na chwilę odpoczynku. Po zasięgnięciu języka u miejscowych zjadamy przepyszne lody w niewielkiej kawiarence w pobliżu wieży widokowej, na szczyt której wjeżdżamy windą. Z góry widać panoramę miasta, zabytki, które już obejrzeliśmy oraz te, do których podejdziemy w dalszej części naszej wędrówki. Przez środek miejscowości wije się Nysa Kłodzka, widać też pobliskie sztuczne zbiorniki wodne: Jezioro Nyskie, nieco dalej Jezioro Otmuchowskie. Zwiedzamy bastion św. Jadwigi, wchodzący w skład twierdzy Nysa, która jest jednym z najlepiej zachowanych na Śląsku systemów fortyfikacji. O Nysie, fascynującym mieście, można by jeszcze wiele pisać, ale to już może być materiał na oddzielny artykuł.
    Wracamy do ośrodka „Ziemowit” nieco spóźnieni na kolację. Potem przygotowujemy się do ogniska z pieczeniem kiełbasek. Rozmowy, śmiechy, śpiewy ciągną się do późna w nocy. Niestety, nasze spotkanie dobiega końca. W niedzielny poranek rozjeżdżamy się do domów. Wracam również z Mariuszem i Mirellą. Do Włocławka przyjeżdżają po mnie syn Michał z żoną Anią, po niecałej godzinie jesteśmy już w Białej, gdzie czeka moja córka Ania z mężem Rysiem. Dzielę się z dziećmi wrażeniami ze Zjazdu, opowiadam o niezwykłej urodzie miejsca, w którym tym razem się spotkaliśmy. Najwięcej jednak mówimy o nowym członku naszej rodziny – Ksawerym i jego starszym bracie Filipku. Obaj są wspaniali. Są nadzieją na to, że Ród Żółtowskich nigdy nie wyginie.
    Chciałabym złożyć gorące podziękowania Romkowi Żółtowskiemu i Tomkowi Żółtowskiemu, synom Rafała, którzy okazali ogromną pomoc mojemu bratu podczas jego pobytu w Chicago.
    Pozdrawiam serdecznie.

    BOGUSIA z Białej

  • Historia Rodu – ciąg dalszy listów Marcelego i Jana Żółtowskich

    Kochany drogi mój Jasiu.

    Opierając się na Twoim poprzednim doniesieniu opowiedziałem tu wszystkim że Sułkowscy są w Kalksburgu. Niemiło mi więc żeś mnie w błąd wprowadził i że mimowolnie z prawdą się minąłem. Miej to więc zawsze sobie za zasadę, żeby nigdy nie donosić jako o już spełnionych rzeczach, które dopiero stać się mają. Bo się przez to sam podajesz w podejrzenie nieprawdomównego, albo innych błąd wprowadzasz, co tak jedno jak i drugie bardzo nieprzyjemne. Pisałeś także dawniej że jest jakichś dwóch Potockich o których teraz wcale nie wspominasz. Jeżeliby przyjechali naturalnie można się z nimi poznać jako dawnymi …………………………………………………………………………………………………….
    Wraz z Józefem przeszukaliśmy Wasze biórka, ale Twego albumu z markami pocztowymi nigdzieśmy nie znaleźli, ani też niemieckiej książki do nabożeństwa, która zresztą nie wiem wcale na co ci może być potrzebną kiedy masz książkę Polską i to jeszcze zdaje mi się od nieodżałowanej Twej Mamy pochodzącą. Nie wiem także o jakiej karcie geograficznej wspominasz, bo tej na ścianie wiszącej na której żeście się uczyli nie miałbyś ani gdzie rozwiesić a żadnej innej nie znalazłem. Bardzo dobrze, że Wam nadto czekoladek na raz nie dają, bo słodycze w nadto wielkiej ilości spożywane i zęby żołądek psują. Dawnemi czasy wspominałeś, że chciałbyś brać lekcye rysunków, jeżeli ci ta ochota nie przeszła zapytaj Ojca Rektora lub Ojca Prefekta, bo nie wiem od którego z nich to zależy czybyś nie mógł brać tych lekcyi jakiemu kol wiek zawodowi się poświęcisz w przyszłości to rysunek prawie w każdym potrzebny. Szczegóły które mi donosisz o śmierci biednego wujcia Zygmunta prawdziwie przerażające, miejcie z nich przynajmniej naukę jako to nigdy nadto ufać sobie nie trzeba i nie zaniedbywać wskazanej rozsądkiem ostrożności. Ciocia Crucia jest u rodziców od dość dawna……………………………………………………. W tych dniach spodziewany przyjazd Wujcia Xiania a teraz spodziewają się tam licznego zjazdu familijnego, bo pojutrze odbędzie się ślub ………………wsi, ślub Panny Pauli Chłapowskiej ciotecznej siostry Cruci z Panem ……………Jackowskim. Ściskam Was obu drogie moje chłopcy jak najserdeczniej Boskiej Was we wszystkiem poleca Opatrzności Wasz najprzywiązańszy dziadzia.
    M.Ż.

    Czacz 29/10.85

    —————————————————————————————————————————————————–

     

    Monsieur le Comte
    Marcel Żółtowski
    p. Warsowie á Czacz
    Pozen p. Schmiegel

    Kochany Dziadziu

    Dziękujemy Dziadzi bardzo za pozwolenie że tu aż do listu Buni o naszym wyjeździe zostać możemy ktureby Bunia aż do 28-go tego miesiąca użyć chciała. Co do szczepienia ospy Bunia nie wiedząc że Dziadzio temu tak jest przeciwny, a na list jego dłużej czekać nie mogąc bo ospa coraz się więcej w naszym Chołoniowie rozszerzała kazała nam ospę krowianką świeżo w Warszawie w zakładzie zebraną zaszczepić. Bardzo dobrze się przyjęła.
    Całuję Dziadzi rączki przywiązany
    Jaś Żółtowski
    Chołoniów 17 sierpnia 1885

  • Odznaczenia przedstawicieli Rodu Żółtowskich

    Ród Żółtowski to ród bardzo zasłużony dla Polski. Przez ponad 600 lat istnienia, od 1402 r. od Piotra Ogona z Żółtowa herbu Ogończyk, żyło wielu bohaterów, którzy walczyli w różnych bitwach, na różnych polach walki, przelewali krew w obronie Ojczyzny, jak też udzielali się w organizacjach politycznych i społecznych. Za swe zasługi w boju oraz za pracę społeczną Żółtowscy otrzymywali ordery, krzyże, medale. Oto niektórzy przedstawiciele rodu Żółtowskich i odznaczenia, które posiadali, wraz z ich charakterystyką. Oczywiście o wiele większa jest liczba przedstawicieli rodu Żółtowskich posiadających odznaczenia wojskowe niż ci wymienieni w artykule.
    Order Wojenny Virtuti Militari, co z łaciny oznacza Męstwu wojskowemu – dzielności żołnierskiej. To najwyższe odznaczenie wojskowe za wybitne zasługi bojowe, które zostało ustanowione przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1792 roku. Odznaczenie miało na celu uczczenie zwycięstwa w bitwie pod Zieleńcami, w obronie Konstytucji 3 Maja. Dewiza orderu brzmi: Honor i Ojczyzna.
    Po utworzeniu Królestwa Polskiego order nadawano uczestnikom kampanii 1812 r, 1813 i 1814 r. Oficer odznaczony tym medalem uzyskiwał szlachectwo. Po wybuchu powstania listopadowego order otrzymał nazwę Order Virtuti Militari. Po odzyskaniu niepodległości w 1918r. nadano mu nazwę Order Wojskowy Virtuti Militari. Początkowo order był noszony na wstążce czerwonej z dwoma wąskimi białymi paskami po bokach. W sierpniu 1792 roku odznaka otrzymała formę krzyża równoramiennego. Ma napis Honor i Ojczyzna. Na środku krzyża wszystkich klas znajduje się złocona okrągła tarcza z umieszczonym na niej orłem z białej emalii, z koroną ze złota oraz złote berło i jabłko. Na tarczy na rewersie jest napis: HONOR I OJCZYZNA, a poniżej data: 1792.
    Według „Genealogii Rodu Żółtowskich” Michała Żółtowskiego z Łodzi Order Virtuti Militari w rodzie Żółtowskich otrzymali m.in.:
    1) podporucznik 2 pułku Ułanów Wojsk Polskich, Kawaler Orderu Złotego Krzyża Virtuti Militari Stanisław Żółtowski ur. 28.04.1810 w Urbanowie,
    2) porucznik rezerwy wojsk polskich, kawaler Orderu Virtuti Militari za 1920 r. Marceli Żółtowski ur. 18.06.1900 w Jarogniewicach, zginął 17.03.1940 w Katyniu,
    3) oficer 2 pułku liniowego Ułanów 1831 r. kawaler Orderu Złotego Krzyża Virtuti Militari za 1831 r. Marceli Żółtowski ur. 14.03.1812 w Białczu,
    4) ułan 17 pułku Ułanów w Lesznie, obrońca Warszawy, Alfred Żółtowski ur.1918 r. we Fryburgu, Kawaler Krzyża Virtuti Militari.
    Krzyż Walecznych został ustanowiony 11 sierpnia 1920 roku, w celu nagrodzenia czynów męstwa i odwagi, wykazanych w boju w 1920 roku. Odznaczeniem nagradzani byli wojskowi w okresie wojny 1918-1920 za walki w Legionach Polskich, w korpusach i formacjach tworzonych w Rosji i Francji oraz za walki w powstaniach wielkopolskim, śląskich i za działalność w Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) na obszarach okupowanych. Na ramionach krzyża rozłożony jest napis NA POLU CHWAŁY 1920; WALECZNYM, na środku krzyża umieszczona jest tarcza pięciokątna z wizerunkiem orła. Z „Genealogii Rodu Żółtowskich” dowiadujemy się, że Krzyż Walecznych otrzymali:
    1) kawaler Krzyża Walecznych – 1920 rok Franciszek Żółtowski ur. 31.05.1903 r. w Nekli,
    2) odznaczony Krzyżem Walecznych z Powstania Wielkopolskiego i krzyżem Walecznych z gwiazdą z III Powstania Śląskiego, żołnierz AK Juliusz Żółtowski ur. 1903 w Piotrkowie, Powstaniec Wielkopolski 1918 r. Uczestnik Powstań Śląskich II i III, ranny na Górze Św. Anny,
    3) odznaczony Krzyżem Walecznych, Ułan 17 pułku Ułanów Juliusz Żółtowski ur. 1916 – podchorąży AK, żołnierz Kedywu, w Powstaniu Warszawskim w Oddziale „Jelenia” i grupie „Kampinos”. Zginął w walkach z Niemcami pod Jaktorowem 29.09.1944 r.
    Krzyż Zasługi to cywilne odznaczenie państwowe, nadawane za zasługi dla Państwa lub obywateli, które podzielone jest na trzy stopnie: Złoty Krzyż Zasługi, Srebrny Krzyż Zasługi, Brązowy Krzyż Zasługi. Odmianami Krzyża Zasługi są Krzyż Zasługi za Dzielność i Krzyż Zasługi z Mieczami. Krzyż Zasługi początkowo był najwyższym odznaczeniem dla osób cywilnych, które po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku wyróżniły się w pracy dla kraju i społeczeństwa. W „Genealogii Rodu Żółtowskich” znajdujemy przedstawicieli naszego rodu, którzy otrzymali Krzyż Zasługi. Są to (1) kawaler Złotego Krzyża Zasługi, Oficer Orderu „du Merita Agricole” Józef Żółtowski, ur. 25.04.1875 r. w Kocku, oraz (2) Kawaler Złotego Krzyża Zasługi Edward Żółtowski, ur. 18.07.1879 w Kocku.
    Order Polonia Restituta to drugie najwyższe polskie państwowe odznaczenie cywilne
    (po Orderze Orła Białego), nadawane za wybitne osiągnięcia na polu oświaty, nauki, kultury, sztuki, gospodarki, obronności kraju, działalności społecznej, służby państwowej oraz rozwijania dobrych stosunków z innymi krajami, ustanowione w 1921 r. Order noszony jest na czerwonej wstędze z białymi pasami po bokach, przez prawe ramię (w I klasie), na szyi (w II i III klasie) lub na lewej stronie piersi (IV i V klasa).
    Z Genealogii Rodu Żółtowskich dowiadujemy się, że Order Polonia Restituta otrzymali:
    1) oficer Orderu Polonia Restituta Jan hr. Żółtowski, ur.22.09.1871 w Drzewcach,
    2) oficer Orderu Polonia Restituta Leon hr. Żółtowski, ur. 29.10.1877 w Niechanowie,
    3) kawaler Orderu Polonia Restituta Adam Żółtowski , ur.4.12.1881r we Lwowie,
    4) kawaler Orderu Polonia Restituta, uczestnik odsieczy Lwowa i kampanii 1920 r. Paweł hr. Cieszkowski – Żółtowski, ur. 24.12.1889 w Niechanowie,
    5) kawaler Krzyża Komandorskiego Orde¬ru Odrodzenia Michał Żółtowski ur. 21.05. 1915, w Lozannie, w Szwajcarii.

    Rycerski Order Świętego Grzegorza Wielkiego jest jednym z pięciu szlacheckich orderów papieskich, watykańskich przyznawanym za szczególne zasługi dla Kościoła, ustanowiony w 1831 roku przez papieża Grzegorza XVI. Kawalerowi orderu przysługuje prawo do noszenia specjalnego stroju, wstęgi, kapelusza i szpady. Order Świętego Grzegorza Wielkiego podzielony jest na cztery klasy: Krzyż Wielki Pierwszej Klasy,
    Krzyż Komandorski z Gwiazdą, Krzyż Komandorski, Krzyż Kawalerski. Dewizą orderową jest „Dla Boga i dla władcy”. W „Genealogii (…)” czytamy, że Order Świętego Grzegorza otrzymał Komandor Orderu Papieskiego św. Grzegorza – Franciszek Żółtowski, ur. 3.10.1818, w Ujezdzie.
    Oczywiście nie możemy zapomnieć o pięknej postaci, posiadającej liczne odznaczenia, Generale Królestwa Polskiego i generale francuskim Edwardzie Żółtowskim, ur. 18.03. 1775 r. w Mochowie. Odznaczony został Krzyżem kawalerskim Orderu Virtuti Militari III klasy w 1808 r. Odznaczony był krzyżem Kawalerskim i oficerskim Legii Honorowej IV i V klasy w 1813 r. Był Kawalerem Orderu Obojga Sycylii, Kawalerem Orderu Świętego Stanisława II klasy, Kawalerem Orderu Świętego Włodzimierza III klasy, odznaczony Znakiem Honorowym za 30 lat służby wojskowej.

    STEFAN ŻÓŁTOWSKI

    Opracowanie na podstawie danych encyklopedycznych oraz
    „Genealogii Rodu Żółtowskich” Michała Żółtowskiego z Łodzi

  • Genealogia Rodu Żółtowskich – wydanie II

    Można jeszcze nabyć nową Genealogię Rodu Żółtowskich.
    Zamówienia należy składać do sekretarza Związku Kaliny Nowackiej z Torunia drogą internetową: kalina.nowacka@o2.pl   lub telefonicznie: 56 6553778
    Wpłaty za genealogię w wysokości 60 zł. (łącznie z kosztem przesyłki) należy przekazać na konto bankowe podane w „stopce” na dole ostatniej strony kwartalnika.