Autor: jmzolt1

  • Obrazek z pamięci

    Mam w pamięci dom moich teściów  Janiny i Kazimierza Żółtowskich stojący na obrzeżach miasta Kutno, przy ulicy Józefów.

    Droga do niego prowadziła od lecznicy dla zwierząt w kierunku rzeki Ochni. Mały drewniany biały domek, jak w nostalgicznej, pięknej   piosence śpiewanej przez Mieczysława Fogga. Nazwa ulicy jest ciekawą historią naszego miasta. W 1869 r.  pradziadkowie mojego męża nabyli grunty od dziedzica wsi Łąkoszyn i nazwali je imieniem pierwszego dziecka, czyli córki Józefy. Osadę nazwano Józefów i włączono do Kutna w 1933 r. gdzie wkrótce nazwano ją ulicą.

    Dom wybudowali pod koniec XIX wieku dziadkowie Kazia. Okolony wysokimi drzewami brzozowymi oddychał migającymi listkami. Wydawał się taki maleńki. Po lewej stronie prowadziła długa aleja bzów i jaśminów. Przed domem ogródek z rosnącymi wysokimi malwami, niezapominajkami, bławatkami i intensywnie pachnącą latem maciejką. Za ogródkiem po drugiej stronie ścieżki rósł zagajnik, który był przystanią dla śpiewających ptaków. Noce były ciemne, romantyczne, pełne gwiazd. Ten piękny bajkowy krajobraz uwidocznił na płótnie w 1983 roku kutnowski malarz Edward Bobrzak.

    Płótno obrazu  zakupiła od pana Edwarda teściowa. Obraz jest naszą najcenniejszą rodzinną pamiątką.

    Sfotografowaną mam w pamięci łąkę za domem, obrośniętą wysoką kiściastą trawą, po której biegała beztrosko moja mała córeczka Agnieszka z wielką, plażową piłką, zachęcając do zabawy mnie i Kazia.

    Dom już nie istnieje, nie ma też brzóz, a wydawały się mocno wrośnięte w ziemię. Tylko rzeka Ochnia płynie w tym samym kierunku.

    Obecnie przez siedlisko gospodarstwa  przechodzi trasa, łącząca duże osiedla mieszkaniowe.

                       Za każdym razem, gdy przejeżdżam tą drogą,  wyobrażam sobie, że wjeżdżam do środka domu, mijam sień, kuchnię, pokój i jadę dalej, zostawiając tam moich teściów, którzy zza chmurki patrzą zdziwieni, że przez ich dom prowadzi ruchliwa trasa, a na łące stoją duże zachodnie firmy.

    ELŻBIETA ŻÓŁTOWSKA  z Kutna

     

     

  • Wspomnienie o moim ojcu Edwardzie Żółtowskim

    Zdjęcie Ojca Halina z Podkowy 123Na świat przyszedł w rodzinnym majątku w Żołnowie 3 lutego 1920 roku  we wsi położonej w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie Nieszawa. Jego ojcem był Franciszek Żółtowski, mamą – szlachcianka Helena Żółtowska z rodu Skibińskich. Tata miał troje rodzeństwa: starszego brata Czesława i dwie młodsze siostry Alinę i Zenobię. W moim rodzinnym domu niewiele się mówiło o arystokratycznym pochodzeniu czy powiązaniach rodzinnych, ponieważ, chcąc pozostać po 1945 roku w wojsku, Tata podał o sobie niezupełnie prawdziwe informacje, a i tak był ciągle inwigilowany przez władze komunistyczne, które nie wierzyły w jego oświadczenia o pochodzeniu inteligencko–chłopskim.  Po latach zaprzyjaźniony z Tatą  „kadrowiec” pokazał mu jego teczkę personalną, na której widniał duży czerwony znak zapytania, postawiony na niej w czasach stalinizmu. Oznaczało to tylko jedno, że gdyby po 1956 roku nie nastąpiła tzw. odwilż,   wyrzucono by go z wojska, a niewykluczone, że jako wróg ludu trafiłby śladem innych do więzienia.

    Ojciec wychowywał się w atmosferze przedwojennego domu ziemiańskiego. O dzieciństwie i okresie młodzieńczym wiem niewiele. Mówiono, że był pracowity, ambitny, chętnie i dobrze się uczył, był ciekawy świata. W Konecku uczęszczał do szkoły podstawowej i ogólnokształcącej i jeszcze przed II wojną światową zrobił tzw. dużą maturę. Zaraz potem  wybuchła wojna, która zasadniczo zmieniła zarówno Jego świat, jak i świat pozostałych rodaków.

    W 1939 roku tak jak wszyscy młodzi mężczyźni został powołany do Wojska Polskiego. Był uczestnikiem wojny obronnej, a dowodzony przez niego pluton brał udział w walkach z niemieckim najeźdźcą w rejonie Torunia, Włocławka, Kutna i w Łasku. Po klęsce wrześniowej działał wraz ze starszym bratem w partyzantce i z tego powodu  obaj musieli się ukrywać. Pod przybranymi nazwiskami zatrudnili się w cukrowni swojego wujka w Dobrym. Rodzina Żółtowskich została przez Niemców wykwaterowana ze swojego domu , który znajdował się w okolicach Łowiczka. Dom ten stał się siedzibą rezydujących w tamtej okolicy Niemców. Niemcy aresztowali dziadka Franciszka, chcąc dowiedzieć się, gdzie przebywają jego synowie. Po kilku miesiącach aresztu rodzinie udało się dziadka „wykupić”, ale nie odzyskał on już nigdy dawnej formy i w krótkim czasie zmarł. O działalności partyzanckiej Taty nic więcej nie wiem, ponieważ cała rodzina zgodnie milczała na ten temat po wojnie, obawiając się represji.

    Kiedy Wojsko Polskie, idąc na Berlin, dotarło w okolice Nieszawy, Dobrego i Torunia, Tata mój dołączył do nich i pomaszerował z wojskiem na Berlin – już jako żołnierz Ludowego Wojska Polskiego. Do Berlina doszedł i od kwietnia 1945 roku całe swoje życie związał z Ludowym Wojskiem Polskim. W drodze powrotnej został skierowany w okolice Szczecina gdzie dowodził  plutonem moździerzy, a następnie kompanią 41. pułku piechoty 12. DP, w 1946 roku uzyskał stopień ppor. piechoty. Otrzymał też odznakę i tytuł „Kościuszkowca” – Bojowej Jednostki I. Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej Wojska Polskiego.

    Za ten okres służby wojskowej odznaczono go medalami: „Za udział w Wojnie Obronnej 1939”,  brązowy medal  „Zasłużony na Polu Chwały 1944”, oraz  „Za udział w walkach o Berlin”.

    Jeszcze w czasie wojny (pomimo zakazu Niemców) ożenił się z Lucyną Duszyńską – moją Mamą. Ślubu udzielił im zaprzyjaźniony ksiądz, (dziadek Franciszek wybudował miejscowy kościół), a o tym fakcie przypomniał naszej rodzinie ksiądz proboszcz, kiedy chowaliśmy naszą ciocię Zenobię (Taty siostrę), i nie chciał przyjąć od nas pełnej, zwyczajowo pobieranej za pochówek opłaty.  Akt ślubu ukryli pod drzewem na terenie parafii. Mama pochodziła z poznańskiego. Na Kujawach znalazła się przez przypadek, ponieważ jej ojciec Władysław Duszyński wybudował i uruchomił w 1936 roku pensjonat w Ciechocinku (nota bene upaństwowiony w 1956 roku – nowym właścicielem zostało Polskie Biuro Podróży „Orbis”, a dom znajdujący się na posesji,  przeznaczony  na mieszkania dla pracowników zatrudnionych w pensjonacie, przejęła we władanie miejscowa organizacja PZPR –  i tak zakończyła się jedna epoka, a rozpoczęła druga).

    Rodzice mieli tylko jedno dziecko – mnie, urodzoną w Aleksandrowie Kujawskim 15 maja 1947 roku Halinę Zofię Żółtowską (później noszącą kolejno nazwiska Fijałkowska, Susłow i Janiszewska). W czasie moich narodzin Tata na stałe przebywał już w Warszawie, gdzie pracował i uczył się. Mama chciała urodzić dziecko, będąc wśród bliskich, a bliscy mieszkali w Ciechocinku, więc urodziłam się w najbliższym od Ciechocinka szpitalu z oddziałem położniczym, czyli w Aleksandrowie Kujawskim.

    Jak już wspomniałam, w 1947 roku Tata wrócił do Polski centralnej i podjął studia w Akademii Sztabu Generalnego w Rembertowie. Dyplom ukończenia ASG WP uzyskał w sierpniu 1952 roku. Pozostał już w Akademii i poświęcił się działalności naukowo-badawczej. W tej najstarszej wyższej uczelni Polskich Sił Zbrojnych był między innymi starszym pomocnikiem szefa Oddziału Naukowo-Badawczego uczelni, a następnie pracował na stanowisku docenta zastępcy szefa Oddziału Naukowego ASG WP. W 1958 roku otrzymał tytuł oficera dyplomowanego. Stopień pułkownika WP otrzymał 1962 roku.

    W 1962 roku uzyskał tytuł doktora nauk wojskowych, broniąc pracę doktorską pt. „Zaskoczenie w II wojnie światowej”, a następnie się habilitował. Na podstawie pracy doktorskiej napisał potem książkę pt. „Zaskoczenie w wojnie współczesnej”. I tu ciekawostka: Melchior Wańkowicz w książce „Wojna i pióro” (Wydawnictwo Literackie.1978, str. 118), analizując „o ile cięższe wymogi nerwom ludzkim będzie stawiać wojna atomowa”,  powołuje się na ocenę tej kwestii  zawartą w książce mojego Taty „Zaskoczenie w wojnie współczesnej” i przytacza cytat z tej książki. W kolejnych latach pracy w ASG WP  Tata habilitował się i otrzymał tytuł doktora habilitowanego nauk wojskowych.

    W 1975 roku odszedł z ASG WP, przeniósł się do Sztabu Generalnego WP i został powołany na stanowisko redaktora naczelnego redakcji czasopisma „Myśl Wojskowa” oraz Biuletynu Informacyjnego Sztabu Generalnego WP. Pomimo odejścia z ASG w dalszym ciągu współpracował z uczelnią. Funkcję redaktora naczelnego pełnił do czasu odejścia ze służby, czyli do 23 stycznia 1985 roku. Przechodząc w stan spoczynku, nie zakończył pracy naukowej, pracował nadal na stanowisku starszego specjalisty kierownika w Sztabie Generalnym WP i pracownika naukowo-badawczego Instytutu Badań Strategiczno-Obronnych Akademii Sztabu Generalnego WP.

    Ojciec mógł się poszczycić całkiem sporym dorobkiem naukowym. Jest autorem kilku książek i wielu artykułów o tematyce wojskowej. Jedne z ważniejszych to: współautorstwo w opracowaniu  powojennej historii Wojska Polskiego pt. „Rozwój Ludowego Wojska Polskiego w latach 1945-1983” oraz  „Mała Encyklopedia Wojskowa” (trzy tomy), poza tym jest autorem książek:  „Kto, kiedy, dlaczego? O wojsku i obronności kraju”, jak również  „Zaskoczenie w wojnie współczesnej” i jeszcze kilku innych.

    Otrzymał też wiele orderów i medali, lista jest długa, wymienię najważniejsze:

    • Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski  otrzymał w 1968 r.,
    • Medal Komisji Edukacji Narodowej,
    • Order Sztandaru pracy II klasy otrzymał w 1983 r.

    Pomimo osiągnięć naukowych i zajmowania etatu generalskiego kariera jego była hamowana. Uważam, iż przyczyna tkwiła w nie wyjaśnionym znaku zapytania na teczce personalnej, w ziemiańskim pochodzeniu  niemile widzianym w tamtych czasach  oraz braku zaangażowania w socjalistyczną ideologię (starał się omijać w swoich pracach tematy ideologiczne, koncentrując się na czysto wojskowych).

    Jako Ojciec był cudowny – ciepły, wyrozumiały, cierpliwy, zawsze znalazł wytłumaczenie.  Potrafił wytłumaczyć także Mamie,   dlaczego jego kochana córeczka narozrabiała. Dbał o rodzinę zarówno najbliższą, jak i dalszą. Dużą wagę przywiązywał do wykształcenia nie tylko  mojego czy też swojej wnuczki, ale także dopingował do podnoszenia kwalifikacji podległych mu pracowników. Pracownicy bardzo go lubili, szanowali i szczerze chwalili, był dla nich prawdziwym autorytetem. Dbał o nich i zawsze walczył o ich interesy. Sam był skromny i raczej nieśmiały. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, służący mądrymi radami.

    Był cudownym mężem – zarówno dla mojej Mamy, która zmarła nagle w 1969 roku wskutek pęknięcia tętniaka aorty płucnej, jak i dla drugiej żony Zofii, którą poślubił  dwa lata później i z którą był do końca swych dni. Zosia miała dwoje dzieci syna Zbigniewa i córkę Lidię oraz dwójkę wnuków. Dzieci Zosi i jej wnuki uwielbiały mojego ojca, był dla nich wzorem ojca i przyjaciela.  Lubił podróże, ale najchętniej już pod koniec życia czas spędzał na działce, niedaleko domu, zajmując się ogrodnictwem i ciesząc życiem rodzinnym. Nie lubił wracać wspomnieniami do młodości, chyba że opowiadał o mojej Mamie.  Był dobrym psychologiem.  Lepiej wiedział, jak postąpię, niż ja sama – znał mnie jak nikt inny. Nie tylko mnie znał.  On mnie także rozumiał. Oboje byliśmy uparci, więc nieraz mieliśmy różnice zdań, ale miałam w nim ogromne oparcie, był moim wychowawcą, nauczycielem i prawdziwym przyjacielem.

    Wojsko to nie tylko ciężka i odpowiedzialna praca, to samo życie z wszelkimi jego przejawami – tragedii i humoru. Przytoczę zabawną historyjkę: Mój Tata w towarzystwie komendanta ASG gen. Kuropieski szedł na obiad do miejscowego kasyna, obydwaj po cywilnemu. Wcześniej gen. Kuropieska wydał zakaz sprzedawania w kasynie żołnierzom wódki. Przed kasynem stoi żołnierz i zwraca się do obydwu panów z prośbą o kupienie mu pół litra wódki, bo „taki, nie taki komendant wydał zakaz sprzedawania alkoholu”. Tata zamarł, a gen. Kuropieska mówi, „daj pieniądze zaraz kupię”, żołnierz dał i stoi w towarzystwie Taty czekając na pół litra.  Wraca gen. Kuropieska podaje wymarzoną butelkę i mówi do szeregowca: „masz i żebyś mi więcej nie wysyłał generała po wódkę!”.

    Dr hab. płk Edward Żółtowski zmarł 5 lipca 2005 roku w wieku  85 lat. Pochowany został w asyście kompanii honorowej Wojska Polskiego na cmentarzu na Wólce Węglowej (taką decyzję podjęła Jego żona – nie chciała pochować Taty na Powązkach Wojskowych) w Warszawie, po pięknej wojskowej ceremonii pogrzebowej w Katedrze Wojska Polskiego przy ul. Długiej. Towarzyszyła mu w tej ostatniej drodze cała rodzina, w tym żona Zofia i jej dzieci oraz wnuki, pisząca te słowa Halina ( jedyne jego dziecko), jedyna wnuczka Anna Czepkowska oraz prawnuczka Magdalena Czepkowska.

    HALINA z ŻÓŁTOWSKICH  JANISZEWSKA

    z Podkowy Leśnej

     

  • Krótkie serdeczne rodzinne spotkanie

    DSC_0296 Rafał 82,jpgW czerwcu tego roku odbyłem podróż do moich dzieci w Chicago.

    Jadąc samochodem obok domu Wieśka Żółtowskiego, zobaczyliśmy, że stoi w drzwiach i spogląda, kto to do niego podjechał. Już nas nie puścił. Zaprasza do domu. Chce pokazać, jak mieszka. My się bronimy, a zwłaszcza Lidka moja synowa, gdyż godzinę wcześniej buszowała po polu z truskawkami i ręce wiadomo jak to po zbiorach. Została w samochodzie, a ja z Romkiem i Natalką daliśmy się wciągnąć do domu.

    No cóż, piękny dom! Trudno mi opisać to wszystko. W piwnicy ma swoją leśniczówkę, jak sam to miejsce nazywa. Dużo choinek tworzących las, liczne trofea, rogi i wypchane zwierzęta. Tam Wiesiek odpoczywa w ciszy i spokoju. Pokazywał mi gablotę z jego odznaczeniami i orderami otrzymanymi z rąk trzech prezydentów Polski: Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego. Różne dyplomy, podziękowania, prezenty. Tuż opodal leśniczówki ma osobisty bar z napojami. Gazowane i niegazowane i te, po których wychodzi się na gazie. Po chwili pobiegł po Lidkę. Przyprowadził  do domu, gdzie umyła ręce i ponownie oprowadził po swym majątku. Dwa tygodnie wcześniej był ślub córki. Koniecznie musieliśmy posmakować weselnej żurawinówki i cytrynówki. Było nam po tym bardzo ciepło.  Wiesiek nas ładnie i ciepło przyjął. Dziękujemy Ci, Wiesiu, za radosne przyjęcie, niezapowiadane serdeczne i bardzo miłe.

    Rafał, Romek ,Lidka i Natalka Żółtowscy

    Do zobaczenia w kraju.

    RAFAŁ z Korycina

     

     

  • Narodziny Leona Żółtowskiego

    Narodziny Leona Żółtowskiego

    29 sierpnia 2015 r. urodził się w Szczecinie

    LEON ŻÓŁTOWSKI

    Szczęśliwymi rodzicami są

    Oliwia i Michał Żółtowscy ze Szczecina

    DSCN2055

  • Choroba ojca i małe kłamstwo – Życiorys mój (odcinek XI)

    Muszę się cofnąć do początku 1971 roku, jeszcze przed moimi egzaminami na studia. Pracowałem wtedy w Katedrze Histologii i Embriologii Akademii Medycznej w Warszawie w charakterze wolontariusza, zdobywając dodatkowe dwa punkty do egzaminów. Mój ojciec Romuald był zastępcą dyrektora Centralnego Zarządu Dróg Publicznych w Warszawie w Ministerstwie Komunikacji. W tamtych czasach był to drugi co do wielkości budynek po Pałacu Kultury – u zbiegu Wspólnej i Chałubińskego. Pewnego dnia rodzina nasza doznała szoku.

    Ojciec mój często wyjeżdżał za granicę służbowo. Pewnie dlatego  jeździł tak często, gdyż jako jeden z nielicznych znał obce  języki. Po kilku dniach pobytu na Węgrzech dostał zawału serca. Dowieźli go do najbliższego szpitala i został tam sześć  tygodni. Mieszkanie bez niego   w Warszawie było puste i smutne. Łączność telefoniczna, w tamtych latach była wyjątkowo zła. Przez sześć tygodni udało się nam porozmawiać z nim tylko dwa razy.

     Wrócił do domu pociągiem w towarzystwie lekarza. Taki zwyczaj był na Węgrzech, że chorego do domu ze szpitala odwoził lekarz. Myślę, że dla tego lekarza wyjazd do Polski, to była nie lada okazja. Na Węgrzech wtedy była papryka i pomidory, ale nie było pościeli. Rodzice chcieli lekarzowi wynagrodzić jego trud i gdy mama zaproponowała pościel, to wręcz szalał z radości. Byłem jeszcze młody i nie obeznany z rynkami europejskimi. Do NRD jeździło się po walizki, do Czechosłowacji po buty i rękawiczki skórzane, na Węgry nad Balaton, do Bułgarii z kremem Nivea, a do ZSRR pociągiem przyjaźni na festyny i wiece. Kto był wybitnym aktywistą, mógł się załapać na Hawanę.

    Po powrocie ojciec miał dłuższy urlop. Wyjeżdżaliśmy częściej do Przewięzi, by tam dochodził do siebie w puszczy nad jeziorami. Wówczas, by wypłynąć łódką czy kajakiem na wodę, należało mieć kartę pływacką. Ja miałem, bracia też, ale ojciec i mama nie mieli. Postanowiliśmy wyrobić ojcu kartę, gdyż bał się po zawale sam płynąć 200 metrów. Znaliśmy młodego ratownika, mniej więcej w naszym wieku, który nadzorował plażę i egzaminował na kartę pływacką. Wiedział, że ja i Michał mamy karty pływackie, ale o Jacku, osiem lat ode mnie młodszym bracie, nic nie wiedział. Gdy ja miałem 20 lat, to on 12, więc w tak dorosłym towarzystwie się nie liczył,  ratownik go nie znał. Za to dobrze pływał. Zaprowadziliśmy go na egzamin, tłumacząc, że nie ma karty, a ma już skończone 14 lat. Skłamaliśmy. Ratownik kazał mu popłynąć do pala, do którego mocowano tratwy, i z powrotem. Popłynął. Więc ratownik za długopis i wpisuje jego dane: Romuald Żółtowski, Warszawa, adres, rok urodzenia 1921. Już to napisał, gdy naraz pyta. „Ty! Kiedy ty się urodziłeś?” „A niech tak zostanie – mówi Jacek – a czy to takie ważne?”

    Zorientował się, o co chodzi, i tylko spytał, czy ojciec rzeczywiście umie pływać. Tak więc tatuś i mama, gdy mieli ochotę, pływali sobie wzdłuż brzegu, nie obawiając się Milicji Wodnej, która patrolowała motorówką nawet trzy razy dziennie brzeg naszej plaży.

    Drugi raz do Przewięzi pojechałem we wrześniu. Stefania o tym nie wiedziała. Zaczęła rok szkolny, już maturalny. Odwiedziłem ją w domu, ale była w szkole. Ciotka mnie zlustrowała od dołu do góry.

    Podejrzewam, że wywnioskowała, iż we wrześniu pomocy w krawiectwie już nie będzie.

    Poszedłem do szkoły i poprosiłem woźnego, by wywołał Stefanię z lekcji. Słyszę, jak idzie po korytarzu szkolnym i mówi do woźnego: „Tutti frutti, już ja panu wierzę, że ktoś do mnie przyjechał”. Nagle staje ze mną twarzą w twarz. Zdziwiona pyta: „Co ty tu robisz?” „Przyjechałem do Ciebie”. Radość i śmiech. Było to we wrześniu 1971 roku. Krótko napiszę – było fajnie! Stenia przyjeżdżała do mnie, jak tylko miała wolną chwilę. Dużo pływaliśmy po jeziorach i suszyliśmy zebrane grzyby. Odrabiałem jej lekcje, bo  mnie to szybciej szło. Koniec września i trzeba było wracać. Studia tuż-tuż. O nich napiszę w następnym odcinku.

                                  

     RAFAŁ  z  Korycina

     

  • Nowy Zarząd Związku Rodu Żółtowskich

    SKŁAD NOWEGO ZARZĄDU ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH

    wybrany na Walnym Zebraniu  2016 r.

     

    Mariusz Żółtowski ze Sztumu                                     – prezes

    Rafał Żółtowski z Korycina                                          – prezes honorowy i członek zarządu

    Bogumiła Żółtowska z Białej                                      – wiceprezes

    Bożena Lipińska z domu Żółtowska z Warszawy    – wiceprezes

    Kalina Nowacka z domu Żółtowska  z Torunia        – sekretarz

    Agnieszka Żółtowska z Wrocławia                             – skarbnik

    Michał Żółtowski z Białej                                             – członek zarządu

    Elżbieta Żółtowska z Kutna                                         – członek zarządu

    Władysław Żółtowski z Torunia                                 – członek zarządu

     

  • Nowi krewni

    Nowi krewni

    Mój koń Elear był w trakcie długotrwałego leczenia i rehabilitacji. Próbowałam już wszystkich dostępnych konwencjonalnych metod i środków, aż wpadłam na trop lekarza zajmującego się medycyną regeneracyjną doktora Jerzego Kemilewa z Warszawy. Doktor wyhodował komórki macierzyste od obcego dawcy i przyjechał zaaplikować je pacjentowi w postaci iniekcji dożylnych i dostawowych. Po zabiegu dostaliśmy zalecenie codziennych spacerów z koniem.

    Stajnia, w której mieszka Elear, sąsiaduje z lasem Mokrzańskim  (największym kompleksem leśnym w granicach administracyjnych Wrocławia), więc chętnie wypuszczaliśmy się na godzinne spacerki w przepięknych okolicznościach przyrody.  Pewnego dnia wzięłam Eleara na przechadzkę po tym lesie. Pogoda dopisała, więc w lesie można było spotkać rowerzystów, piechurów z kijkami do Nordic Walking czy zwykłych spacerowiczów. Zazwyczaj widok konia na spacerze kwitowany jest miłym uśmiechem, jednak tym razem spotkaliśmy trzy spacerowiczki, które zachwycone koniem zainicjowały rozmowę. Okazało się, że jedna z nich przed laty jeździła konno w Akademickim Klubie Jeździeckim, uczestniczyła nawet w zawodach w skokach przez przeszkody. Koniarze zawsze znajdą wspólny język, więc rozmowa zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, a koń, korzystając z okazji, jadł trawę.

    W pewnym momencie jedna ze spacerowiczek –  pani Teresa zapytała:

    T:  Czy bierze pani ze sobą konia, jadąc na wakacje?

    A: W zasadzie był taki plan w tym roku – odpowiedziałam. Miałam  go wziąć w Bieszczady, ponieważ spędzam tam wakacje (korzystając z gościnności Wiesława), ale Elear nie był w stu procentach zdrowy, więc nie było sensu męczyć go podróżą przez pół Polski.

    T: O, a gdzie w Bieszczady pani jeździ? – zainteresowała się Teresa.

    A: Za  Ustrzyki Dolne – odpowiedziałam wymijająco, no bo kto słyszał o małej wsi na końcu Polski.

    T: A gdzie dokładnie? – Teresa wyraźnie nie dawała za wygraną.

    A: Do Czarnej Dolnej.

    T: Do Czarnej Dolnej? My w Czarnej Dolnej mamy dwa groby na cmentarzu i szukamy kogoś do opieki nad nimi, bo ze względu na odległość ciężko nam o nie zadbać.

    Stwierdziłyśmy na koniec, że świat, to mała wioska,  porozmawiałyśmy jeszcze chwilę i już miałyśmy się żegnać, gdy pomyślałam, że bywam czasami w tych Bieszczadach, więc co mi szkodzi przejść się na cmentarz. Rzuciłam na odchodne:

    A: Jak się nazywają te osoby leżące na cmentarzu?

    T: Jedna to moja ciotka Ewa Guzik, a druga to jej matka, siostra mojej babki Elżbieta Żółtowska.

    A: Jak Żółtowska to jesteśmy rodziną, bo ja też jestem Żółtowska!

    T: E, to niemożliwe.

    A: Jak najbardziej możliwe.

    I opowiedziałam im pokrótce o naszym Związku. Niestety, Teresa nie pamiętała imienia Żółtowskiego, po którym jego żona Elżbieta nosiła nazwisko. Pamiętała tylko, że był oficerem Wojska Polskiego i grał Elżbiecie „Sonatę księżycową” na fortepianie.

    zdjecie 17 Aga.82.(3)Na drugi dzień po tym zaskakującym spotkaniu otrzymałam wiadomość na Facebooku od Joanny, córki Teresy, że dzięki pamięci babci (matki Teresy) Joanny Wierusz-Kowalskiej udało się ustalić kilka szczegółów dotyczących rodziny Żółtowskich.

    Umówiłyśmy się na spotkanie w domu Joanny, na które przywiozłam babcię Janinę, ciocię Danutę i tatę Tadeusza – wszyscy chcieli poznać nowych krewnych. Wiedziałam już, że łączy nas nazwisko, ale nie przypuszczałam, że mamy taki bliski stopień pokrewieństwa i jesteśmy z tej samej Mszczonowskiej Odnogi. Okazało się, że ów oficer Wojska Polskiego to Kazimierz Józef Żółtowski, syn Franciszka „Ogończyka” Żółtowskiego, autora pierwszej monografii, krawca, u którego terminował mój dziadek Rajmund  (krótko, bo mu się nie spodobało).

    Kazimierz ożenił się z Elżbietą Dziewanowską, z którą miał córkę Ewę. Obie leżą pochowane na cmentarzu parafialnym w Czarnej.

    Mój pradziadek Stanisław (syn Michała) był bratem stryjecznym Kazimierza (syna Franciszka), więc mój dziadek Rajmund był kuzynem II stopnia pochowanej w Bieszczadach Ewy Żółtowskiej, która po mężu nosiła nazwisko Guzik.

    zdjecie 18 Aga. 82 (3)Joanna, matka Teresy ma wiele pamiątek rodzinnych, w tym zdjęć i kenkart Żółtowskich, które będę mogła skopiować.

    Moja babcia Janina, która jest głównym motorem napędowym w kultywowaniu tradycji i utrzymywaniu więzi rodzinnych, nie byłaby sobą, gdyby nie zorganizowała rewizyty i nie zaprosiła nowych krewnych do siebie w gości. W ten to sposób zaczęła się nowa znajomość, która miejmy nadzieję będzie trwać i się rozwijać.

     

    AGNIESZKA z Wrocławia

     

     

    zdjecie 20 Aga. 82(3)

  • Pożegnanie Wacława Żółtowskiego

    Pożegnanie Wacława Żółtowskiego

    Drogi Janie i najbliższa Rodzino zmarłego śp.Wacława Krzysztofa. Nie mogąc uczestniczyć  w pożegnaniu zmarłego, tą drogą przekazuję Wam w imieniu Związku Rodu Żółtowskich szczere i serdeczne wyrazy współczucia. Śp. Wacław był nie tylko  współzałożycielem Związku, ale również wieloletnim, aktywnym członkiem zarządu. Wraz ze swoją małżonką Elżbietą, która  nie tak dawno również odeszła do Pana, dokończył dzieło życia przedwcześnie i tragicznie zmarłego syna Michała i wydał, a następnie uzupełnił Genealogię Rodu Żółtowskich, pozwalając wielu z nas odnaleźć swoje korzenie i scalić więzy rodzinne, rozluźnione przez upływ czasu i burze dziejowe.

    IMG_0539 Pogrzeb .82                    IMG_0541Pogrzeb 2.82            

    Zapamiętamy Go, jako animatora modlitwy wiernych w czasie naszych corocznych Zjazdów i mszy za Ród Żółtowskich, ale także jako świetnego facecjonistę, obdarzonego znakomitą pamięcią, recytatora obszernych fragmentów literatury, oraz trudnego przeciwnika przy szachownicy. Wiem, że w ostatnim czasie poważnie chorował i był to trudny okres dla Niego i Jego najbliższych. Polecamy w modlitwie Jego duszę Bogu, pozostawiając w życzliwej pamięci Jego barwną, choć boleśnie doświadczoną przez los postać. „Non omnis morial”.

                                                                                                                                 Prezes Związku Rodu Żółtowskich

                                                                                                                                           Mariusz ze Sztumu

     

  • Srebrny jubileusz na złoty medal

    Srebrny jubileusz na złoty medal

    W tym roku spotkaliśmy się w dniach 25 – 29 maja w Skępem położonym na Pojezierzu Dobrzyńskim, w ośrodku „Diana”, który był blisko Mochowa i… na tym kończyły się jego zalety. Historia miejscowości sięga początków wieku XV, a ciekawostką jest to, że należała do rodu Kościeleckich, którzy pieczętowali się herbem Ogończyk. Znak ten odnaleźć można we współczesnym symbolu miasta.

    DSC_9443

    W środowe popołudnie przybyło już sporo uczestników jubileuszowego Zjazdu. Witaliśmy Wrocław – obie Janeczki, Danusię, Grażynkę, Agnieszkę. Z Warszawy dotarła nasza rodowa redaktor i wiceprezes zarządu – Bożenka. Jest Łódź – Jacek z Basią, Szczecin – Danuta z Leszkiem oraz Andrzej Marek i Zbigniew z Warszawy, który nie opuścił ani jednego spotkania zjazdowego. Dotarł z bardzo daleka Rafał. Są Mirella i Mariusz ze Sztumu z córką Anią, jej mężem Maćkiem wraz z Wojtusiem i małą Madzią. Późnym wieczorem przyjeżdża Kicia ze Szczęsnego z dwiema uroczymi wnuczkami – Martyną i Kasią. Przywozi też pomidory z własnej plantacji, które cieszą się dużym powodzeniem podczas zjazdowych posiłków.

    Kalina z Torunia, Bożena z Torunia, Barbara z Wrocławia z synem Krzysztofem z USACzwartek – Boże Ciało. Tradycyjnie, jak każdego roku, uroczystości rozpoczęły się w kościele pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego. Po Eucharystii procesja przeszła ulicami Skępego do Sanktuarium NMP Skępskiej. Na trasie procesja zatrzymywała się przy czterech ołtarzach, gdzie były odczytywane Ewangelie oraz śpiewana Suplikacja. Na zakończenie uroczystości, przy klasztorze, przy ołtarzu polowym uczestnikom udzielono błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Chociaż trasa procesji liczyła prawie trzy kilometry, wielu Żółtowskich spotkaliśmy przy wzniesionym w latach 1508 – 1510 bernardyńskim zespole klasztoru z kościołem Zwiastowania NMP, który jest Sanktuarium Matki Bożej Skępskiej, szczególnie ważnym dla mieszkańców Mazowsza i Kujaw. Początki kultu Matki Bożej w Skępem sięgają XV wieku. Wówczas to miały tutaj miejsce niezwykłe wydarzenia związane z objawieniami Matki Bożej. W związku z licznymi cudami, które dokonywały się w miejscu objawień, dziedzic ze Skępego Mikołaj Kościelecki wzniósł drewnianą kaplicę. Łaski uzdrowienia dostąpiła także jego córka Zofia i w dowód wdzięczności ufundowała drewnianą figurę Matki Bożej. Rzeźba szybko zasłynęła licznymi łaskami i stała się przedmiotem kultu, który trwa do dziś. Do Skępego od kilkuset lat przybywają pielgrzymi z różnych części Polski, którzy chcą polecić swe sprawy Skępskiej Pani. Tutejsze sanktuarium jest najstarsze w diecezji płockiej i zarazem najczęściej odwiedzane w tej części Polski. Szczególny charakter, z licznym udziałem wiernych mają uroczystości w dniach 7-8 września z okazji święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Skępe to naprawdę ważna miejscowość i dobrze się stało, że w tym właśnie miejscu odbyło się nasze jubileuszowe spotkanie.

    Stefan z Warszawy, Tomek z Gdańska, Zofia żona StefanaW słoneczne czwartkowe południe spotyka się z nami pani Teresa Radwańska– Justyńska z „Tygodnika Płockiego” – gazety, która jest bardzo popularna na terenie północnego Mazowsza. Opowiadamy pani redaktor o powstaniu i działalności Związku, historii zjazdów, o tym jak w Roku Jubileuszowym byliśmy w Rzymie i spotkaliśmy się z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Pokazujemy książki, wspominamy ich twórców – Michała z Łodzi oraz Michała z Lasek. Z dumą prezentujemy chleb z herbem Ogończyk, który w tym roku przywiózł osobiście pan Krzysztof Rumiński z przeuroczą żoną Barbarą i synami Krystianem i Sebastianem.

    Pani Teresa była zafascynowana spotkaniem z nami, pięknie opisała wszystko w artykule, który ukazał się w 24. numerze „ Tygodnika Płockiego”.

    Czwartkowe popołudnie to czas na zebranie sprawozdawczo–wyborcze. Rozpoczyna je prezes Mariusz ze Sztumu, witając serdecznie przybyłych. Minutą ciszy czcimy pamięć tych, którzy odeszli w roku między zjazdami, szczególnie Jerzego z Warszawy. Wraz z żoną Bożenką przyjeżdżał na wszystkie nasze spotkania, wnosił dużo ciepła, spokoju oraz humoru, który nie opuszczał go nawet w chwilach ciężkiej choroby.

    Wieloletni prezes, obecnie prezes honorowy i członek zarządu  Rafał z Korycina przedstawia retrospekcję 25 lat istnienia Związku. Szczególnie wspomina dzień 6. września 1992 roku, kiedy to w Skierniewicach spotkała się grupa Żółtowskich, a efektem tego spotkania było założenie Związku Rodu Żółtowskich. Rafał omawia miejsca kolejnych zjazdów, opowiada o ludziach, działalności, o problemach i sukcesach. Ćwierć wieku to niemało w życiu każdego z nas. Wydarzyło się tak, że nieznani sobie, z pierwszego spotkania, ludzie stali się sobie bliscy, zostali przyjaciółmi, na których, bez wątpienia, można liczyć w każdej chwili. I w tej dobrej, a szczególnie w tej złej. Rafał kończy swoje wystąpienie słowami: „Istniejemy dalej, pokonując różne trudności dnia codziennego, zawodowe, rodzinne, osobiste. Dokładajmy wszelkich starań, aby nasz Związek Rodu Żółtowskich trwał jak najdłużej – może następne 25 lat. Tak nam dopomóż Bóg!”. Zebrani gorącymi oklaskami dziękują Rafałowi za te ważne słowa, za podsumowanie naszej dotychczasowej działalności.

    Edward i Krystyna (Kicia) ze SzczęsnegoPrezes Mariusz ze Sztumu składa sprawozdanie z czteroletniej kadencji zarządu, Agnieszka z Wrocławia informuje o stanie związkowej kasy, cały zarząd podsumowuje swoją działalność, a następnie podaje się do dymisji. Zebrani udzielają absolutorium prezesowi, jak również całemu zarządowi. Następnie, poprzez aklamację, decydują, aby w następnej kadencji zarząd pracował w nie zmienionym składzie. To kwestia zaufania i uznania dla tego, co udało się przez ostatnie cztery lata dokonać członkom zarządu. Jesteśmy bardzo wzruszeni.

    Z pracy w zarządzie rezygnują Tomasz z Gdańska oraz Michał ze Szczecina. Jednogłośnie zostają wybrani do zarządu nowi członkowie – Elżbieta z Kutna i Władysław z Torunia.

     

    Nowy zarząd od razu rozpoczyna pracę. Jest wiele spraw do omówienia, do zrobienia, aby odbyły się kolejne zjazdy, abyśmy mogli jako związek trwać i działać. Niejednokrotnie wydawało się, że nie przetrwamy, że trzeba będzie rozwiązać nasze stowarzyszenie. Ale działając wspólnie i w dobrej wierze, wychodziliśmy z opałów i dotrwaliśmy do tego pięknego jubileuszu, który zgromadził około stu osób.

    Z wydanych przez nas kwartalników, co jest zasługą Bożenki z Warszawy, można by już utworzyć pokaźnych rozmiarów księgę. Nasz związek przetrwał między innymi dlatego, że mieliśmy i mamy mądrych, pracowitych i odpowiedzialnych Prezesów. Rośnie nowe pokolenie Żółtowskich. Tylko patrzeć, jak będziemy mogli wystawić w nowej obsadzie „Legendę herbową” autorstwa Kici i Adama ze Szczęsnego.

    Grażyna ze Szwajcarii, Maciej z ToruniaPo zebraniu czas na chwilę relaksu, refleksji, spotkań w gronie rodzinnym. Przybyli dawno niewidziani Zofia i Stefan z Warszawy. Pragnę podziękować za ciepłe słowa skierowane pod moim adresem. Cieszę się bardzo, że doceniliście to, co robię. Piękna pogoda sprzyja dyskusjom w rodzinnych kręgach. Rozmawialiśmy na różne tematy – o dzieciach, o pracy, o planach na przyszłość. W ferworze dociekań genealogicznych zdarzały się lapsusy językowe  w stylu: „ Aha, to znaczy, że twoja mama i jego ojciec byli braćmi?” Pracowity, pełen wrażeń dzień powoli zbliża się ku końcowi. Najwytrwalsi kontynuują dyskusje w hotelowym patio. Natalia i Adriano przynieśli gitarę. On grał, a my śpiewaliśmy piano, piano, żeby nikogo nie obudzić, bo pora była już dość późna.

    Piątek to tradycyjnie już dzień wycieczkowy. Starałam się tak zorganizować wyjazd, aby był zajmujący, wesoły, a przy tym niezbyt drogi. Z kalkulacji mi wyszło, że na pokrycie kosztów wynajmu autokaru (które stanowią największą część ogólnych kosztów podróży), na wycieczkę powinno pojechać 40 osób. Co się okazało? Do autobusu w piątkowy poranek wsiadło dokładnie… 40 chętnych na wspólną wyprawę. I to już dobrze wróżyło na cały wycieczkowy czas. Pogoda trochę się załamała, popadał deszcz. Ale, na szczęście, tylko w trakcie podróży. Dalej już było słonecznie i pięknie. Zwiedziliśmy urokliwe miejsca, towarzystwo było bardzo sympatyczne. To był niezwykły dzień! Przez Kikół (też z Ogończykiem w herbie) udaliśmy się do Golubia – Dobrzynia. Już z daleka, na malowniczym wzniesieniu zobaczyliśmy okazały zamek – pamiątkę po panującym tu przed wiekami Zakonie Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, powszechnie zwanym Krzyżakami. Zamek golubski powstał na przełomie XIII i XIV wieku. Swój obecny kształt budowla zawdzięcza siostrze króla Zygmunta III Wazy, królewnie Annie Wazównie, która zmieniła gotycką warownię w renesansową rezydencję pałacową. To właśnie jej zamek zawdzięcza niezwykłej urody ażurową attykę wieńczącą dach.

    Rafał z Korycina, Halina z Podkowy Leśnej, Krystyna z Pruszkowa, Adrian z Natalką wnuczką Natalii ze Skierniewic, Edward ze Skierniewic, Leszek ze SzczecinaPasją królewskiej siostry było ziołolecznictwo, w ogrodach zamkowych uprawiano różne rośliny lecznicze, a jak głoszą przekazy historyczne, to właśnie tutaj wyhodowano pierwszy w Polsce tytoń. Z dziedzińca zamkowego do komnat prowadzą charakterystyczne szerokie schody. Służyły one rycerzom, którzy w pełnym rynsztunku, konno wjeżdżali do zamku. Tutejsza legenda ostrzega, że kto wchodząc na schody obejrzy się za siebie, ten w ciągu roku zarży w najmniej odpowiednim momencie. Tradycją golubskiego zamku są rozgrywane corocznie w lipcu na dziedzińcu i na błoniach Wielkie Międzynarodowe Turnieje Rycerskie, na które przybywają rycerze z całej Europy. Każdego roku odbywają się też bale sylwestrowe, w czasie których, o północy można ujrzeć ducha pani na włościach – Anny Wazówny. Zwiedzanie warowni dobiega końca. Korzystając z chwili wolnego czasu, wraz z Halinką i Anią z Podkowy Leśnej wypijamy wspaniałe cappuccino i zajadamy się przepyszną szarlotką z lodami i bitą śmietaną (refleksja o kaloryczności tegoż specjału nadejdzie nieco później).

    Dalej droga wiedzie do Szafarni. To właśnie tu, w majątku państwa Dziewanowskich dwukrotnie letnie wakacje w latach 1824 oraz 1825 spędzał młody Fryderyk Chopin. Tutaj, wśród malowniczych pól Ziemi Dobrzyńskiej, w sąsiedztwie pradoliny rzeki Drwęcy młody, zaledwie 14-letni kompozytor, którego muzykę zna i kocha cały świat, po raz pierwszy miał kontakt z autentyczną muzyką ludową, której echo pobrzmiewało później w jego licznych dziełach. Pani Kinga Kryger wspaniale opowiadała o życiu i twórczości wybitnego Polaka, a pan Marcin Łęcki, przybyły specjalnie na spotkanie z nami z Torunia na żywo ilustrował muzyką ciekawostki przekazywane przez panią przewodnik. W pięknym dworku, otoczonym wspaniałym parkiem, płynęła przepiękna muzyka: mazurek A- moll, polonez B- dur, walc A- moll,a wreszcie utwór „ Preludium deszczowe”. Nawet najmłodsi uczestnicy koncertu – Wojtuś i Filipek wiedzieli, że walca liczy się na: raz, dwa, trzy. Pani Kinga swoim uroczym głosem zachęciła nas do wspólnego odśpiewania pieśni „ Życzenie”, którą skomponował Fryderyk Chopin do słów przyjaciela Stefana Witwickiego. Wszystkim nam sprawiło to ogromną frajdę. Pobyt w Szafarni bardzo się wszystkim spodobał. Żałowaliśmy tylko, że czas nieubłaganie mijał i nie udało nam się skosztować serwowanej w kawiarni wzmacniającej kawy żołędziowej, którą młody Frycek pijał podczas wakacji w Szafarni. Chociażby dlatego powinniśmy tu kiedyś jeszcze wrócić.

    Szafarnia, zdjęcie zbiorowe

    Wieczorem – uroczysta kolacja. Na początku przedstawili się, a raczej przypomnieli, ponieważ byli już na zjeździe w Zajączkowie, Żółtowscy ze Złotowa. Katarzyna Podmokły przyjechała wraz z rodzicami Walentyną i Ryszardem, bratem Jarosławem, jego żoną Edytą i ich córką Karoliną, która studiuje na Politechnice Gdańskiej, gdzie wykładowcą jest Krzysztof Żółtowski.

    Mirella ze Sztumu, Janeczka z Wrocławia, Sławek ze Szczecina, Mariusz ze SztumuWróciliśmy do przeprowadzania w trakcie piątkowej kolacji aukcji przedmiotów przywiezionych z różnych stron Polski. Nam już się nieco opatrzyły, a mogą ucieszyć innych. Wiemy już, kto zbiera filiżanki, a kto pamiątkowe łyżeczki. Te przedmioty trafiły do odpowiednich osób. Państwo Rumińscy przygotowali wspaniałe pierniki ze zdjęciami z poprzednich zjazdów. Przywieźli też torty ozdobione herbem Ogończyk i zdjęciami. To niebywały kunszt cukierniczy. Finezja i smak. Były przepyszne. Jesteśmy wdzięczni i dziękujemy za to, że Państwo Barbara i Krzysztof w tak niezwykły i apetyczny sposób uświetnili nasze rodowe spotkanie. Licytację jak zwykle prowadzili Mariusz ze Sztumu i Rafał z Korycina. Było kilkanaście bardzo fajnych rzeczy, a dochód z aukcji zasilił konto związkowe.

     

    Podpatrywałam pracę pani redaktor z „Tygodnika Płockiego” i wyszło mi, że tekst staje się ciekawszy, kiedy zawiera jakąś anegdotę. A więc teraz jest na to czas i miejsce, ponieważ dotyczy licytacji. Było to na XIX Zjeździe w Wąsoszu (2010 r. ). Mieczysław ze Szczecina był dość surowy i pryncypialny, ale miał też duże poczucie humoru. Przywiozłam na licytację książkę z autografami, m.in. Krystyny Sienkiewicz i Igi Cembrzyńskiej. Perełka w moich zbiorach. Chciałam, żeby była dobra zabawa, ale też wolałam nie stracić tak ciężko zdobytego cacka. Mówię więc do Mieczysława: „Słuchaj, wujku, ja podam cenę wywoławczą tej książki – 20 złotych. Ty przelicytujesz na 50 zł, kupisz ją, a potem mi oddasz”. Mieczysław zgodził się natychmiast. Ale, jak to zwykle bywa w takich układach, nie wszystko poszło po naszej myśli. Licytacja nie skończyła się na 50 złotych. Szła dalej – 70, 80, 100, 120. Mieczysław nie miał wyjścia i licytował do końca. Jak obiecał, tak zrobił. Kupił dla mnie moją książkę.

    „Aleś mnie wkopała!”- skwitował z uśmiechem całą sytuację wuj Mietek.

    Brakuje mi go. Bardzo się wzajemnie szanowaliśmy.

    W sobotę wszyscy byliśmy podekscytowani. Najważniejszym punktem tego dnia, a właściwie całego zjazdu była msza św. w intencji Rodu w kościele pod wezwaniem św. Marcina w Mochowie z odsłonięciem i poświęceniem tablicy upamiętniającej rodziców gen. Edwarda Żółtowskiego, których szczątki spoczywają w krypcie kościoła. Wszystko było przygotowane, fotografowie i filmowcy na swoich miejscach.

    W kościele przed ołtarzem grupa rekonstrukcyjnaTuż przed godziną 10. ,w asyście dwóch adiutantów, do kościoła przybył… sam generał Edward Żółtowski. Było to możliwe dzięki pasjonatom z grupy rekonstrukcyjnej – Pułk 4 Piechoty Księstwa Warszawskiego uświetnił tę szczególną chwilę, a w rolę generała wcielił się pan Piotr Pius. W uroczystości wzięli również udział uczniowie z gimnazjum im. gen. Edwarda Żółtowskiego w Mochowie wraz z pocztem sztandarowym. To było tak niezwykłe, że w oczach wielu osób widać było łzy wzruszenia. Najbliżej stojący – Ela, Kazik z Kutna, Bożenka, Marzena z Warszawy i ja – nie możemy powstrzymać łez. Wszyscy zebrani przeżywają powagę i wyjątkowość tego wydarzenia.

    tablicaTablica pamiątkowa w kościele w Mochowie jest zwieńczeniem naszej wieloletniej pracy, naszego trudu i marzeń o pozostawieniu trwałej pamiątki po tym, czego wspólnie dokonaliśmy. Przepełniają nas takie uczucia, że aż trudno je nazwać, na pewno przede wszystkim jest to ogromna radość. Tu i teraz na naszych oczach tworzy się historia.

    Do odsłonięcia tablicy prezes Mariusz ze Sztumu prosi obie panie wiceprezes – Bożenkę z Warszawy i mnie. Wspólnie odpinamy zasłonę, która do tej pory skrywała tablicę, a następnie prezes odczytuje umieszczony na niej tekst.

    Ksiądz kanonik Grzegorz Mierzejewski,  proboszcz parafii św. Marcina w Mochowie dokonuje aktu poświęcenia pamiątkowej tablicy. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni księdzu Grzegorzowi za ogromną pomoc, jaką nam okazał w niełatwej drodze od pomysłu umieszczenia tablicy w świątyni, poprzez zgodę konserwatora zabytków, aż po samą ceremonię i jej oprawę. Bóg zapłać i serdeczne podziękowania dla księdza Grzegorza Mierzejewskiego za wszelkie dobro, życzliwość nam okazaną, jak również za piękne słowa skierowane do nas podczas Eucharystii.

    Jak co roku staraliśmy się włączać w obrzędy mszy świętej. Ela z Kutna przygotowała i odczytała wezwania modlitwy wiernych, Piotr z Sandomierza zebrał ofiarę na tacę, ja przeczytałam tekst w liturgii słowa. Na zakończenie uroczystości ksiądz Grzegorz Mierzejewski stwierdził, że wszyscy jesteśmy rodziną i można doszukać się wspólnych korzeni. Opowiedział, jak jest spokrewniony z Żółtowskimi. Siostra jego taty wyszła za mąż za Emila Łyzińskiego, którego mama Antonina pochodziła z Białej Starej i była z domu Żółtowska. Brat Antoniny  Wacław był pradziadkiem Ani, Marcina, Michała, Oli i Michała Żółtowskich oraz prapradziadkiem Filipa, Ksawerego i Leona Żółtowskich.

    Zdjęcie zbiorowe z księdzem kanonikiem Grzegorzem Mierzejewskim w Mochowie

    Po zakończeniu ceremonii ustawiamy się do tradycyjnego zdjęcia, zapraszamy do wspólnej fotografii księdza proboszcza, członków grupy rekonstrukcyjnej oraz poczet sztandarowy gimnazjum. Zaraz potem udajemy się do pobliskiego Żółtowa, aby sfotografować się obok tablicy z nazwą miejscowości. To już po raz trzeci – wcześniej były zdjęcia podczas zjazdów: III w Soczewce ( 1994 r. ) oraz XX w Dębowej Górze ( 2011 r.).

    Filipek z tatą Marcinem z Białej, Wojtuś z mamą Anią - SztumMam nadzieję, że kolejny Zjazd będzie dla mnie mniej absorbujący. W ciągu tych czterech dni trasę Biała – Skępe i z powrotem przemierzyliśmy z moim synem Michałem i jego żoną Anią dwanaście razy. Mam wrażenie, że ciągle byliśmy w drodze. Marcin nie mógł przyjechać z całą rodziną, z żoną Kamilą i młodszym synkiem Ksawerym. Wybrał się z Filipkiem na piątkową wycieczkę. A Ania z Rysiem łączyli się z nami drogą elektroniczną spod Waszyngtonu, gdzie obecnie mieszkają, i pozdrawiali przybyłych na Zjazd Sobotnie popołudnie jest o wiele spokojniejsze niż wszystkie pozostałe dni zjazdowe. To był już czas przeznaczony na spotkania rodzinne, rozmowy, omawianie tego, co zostało zrobione, a co dalej w planach związku. W niedzielę rano wyjazd z ośrodka „ Diana”. Jak się skręciło w prawo, to prościutko można było dojechać do Torunia, Bydgoszczy, Szczecina, a jak się skręciło w lewo, to do samej Warszawy.

    Czasami wracam w te miejsca, gdzie odbywały się zjazdy, ale, jeżeli nie ma tam Żółtowskich, to, choćby to był czterogwiazdkowy hotel, miejsce to jest pozbawione blasku.

    Wywiad Urszuli z Warszawy z "generałem" z grupy rekonstrukcyjnej, w tle Ela z Kutna

    „Tygodnik Płocki” do Żółtowskich rozesłany, artykuł o Zjeździe do kwartalnika – ukończony, a więc, jak pisał Konstanty Ildefons Gałczyński: „Wiktor Hugo miał rację. Wakacje! Słodkie wakacje!”.

     

    Pozdrawiam serdecznie i słonecznie.

    BOGUSIA  z Białej

     

     

     

    Leszek ze Szczecina, Krystyna (Kicia) z wnuczkami Martynką i Kasią    Grażyna, Krystyna z Pruszkowa (Mszczonów), Halinka z Podkowy Leśnej, Joanna z Warszawy, Sylwester Stan mąż Krystyny

     

    Anna i Halinka z Podkowy Leśnej, Kalina i Jurek z Torunia     Zbyszek z Warszawy, Mariusz, Jerzy z Korytowa (Mszczonów), Piotr z Sandomierza, Kazimierz z Kutna

     

           Marzena z Warszawy, Jerzy, Mariusz, Mirela, Barbara z Wrocławia                       Madzia, wnuczka Mirelli i Mariusza, córka Ani i Maćka

     

    Natalka, Krystyna, Danuta z Wrocławia, Grażyna, Agnieszka z Wrocławia, Natalia z mężem Edwardem

     

    Poczet sztandarowy i grupa rekonstrukcyjna Pułku 4 Piechoty Księstwa Warszawskiego

    Torty wykonane i przywiezione przez państwa Rumińskich

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

  • Informacja dla osób wybierających się na Zjazd w Skępem

    Prezes i Zarząd informują wszystkich, którzy wybierają się na tegoroczny Zjazd /XXV / organizowany w Skępem, iż zostaje wznowiona licytacja przedmiotów, które uczestnicy Zjazdu przywiozą ze sobą. Mogą to być drobne rzeczy: książki, obrazki, filiżanki  czy inne rzeczy. Fundusze zebrane z licytacji zasilą budżet Związku.