Autor: jmzolt1

  • Moje życie – męki Tantala – Część XII

    Jest rok 1971. Pierwsze dni października rozpoczynają się uroczystą inauguracją nowego roku akademickiego na ówczesnej Akademii Medycznej w Warszawie. Dzisiaj tamta akademia przekształciła się w Uniwersytet Medyczny. Inauguracja odbyła się w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Jako świeżo upieczony student poszedłem na tę uroczystość. Były różne wypowiedzi panów w gronostajach i łasiczkach, czyli profesorów w uroczystych togach. Ładnie to wyglądało lecz ja nic z ich przemówień nie przyjmowałem do siebie, gdyż obce mi były problemy uczelni, plany przyszłościowe itp. Dopiero w połowie studiów zacząłem się bardziej interesować życiem uczelni i planami jej rozbudowy. W okresie moich studiów uczelnię budowano u zbiegu Żwirki i Wigury i Banacha w warszawskiej dzielnicy Ochota. Należałem do pierwszego rocznika, który rozpoczął edukację w przepięknej budowli ze szkła i aluminium.
    Funkcjonowała tylko pierwsza „kostka”, dziś jest ich kilka. Z szerokich korytarzy stworzono tymczasowe sale wykładowe, a na zewnątrz trwała ciągła budowa nowych „kostek”, które w kolejnych latach dołączano do pierwszej. Na koniec wybudowano szpital na Banacha.
    W pierwszych dniach nauki zebrano nas wszystkich, by wręczyć nam indeksy i postraszyć, co będzie dalej. Przyjęto na pierwszy rok 200 osób. Większość to kobiety, panów może było 10%. Uprzedzono nas, że na pierwszym roku jest 200 miejsc dla studentów, lecz drugi może przyjąć jedynie 100 osób. Zatem co drugi student nie otrzyma promocji na następny rok, jeśli nie będzie się uczył pilnie i nie będzie zaniedbywał obowiązków. Wziąłem te przestrogi do serca. Starałem się robić notatki na wykładach i zawsze być przygotowany na ćwiczenia. Młody student, który styka się nagle z innym kształceniem niż kształcenie szkolne, często nie może się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Jeżeli zagubi się w pierwszych dniach, to potem ciężko jest nadgonić ten czas i już się kwalifikuje do tej drugiej setki. Profesorowie na wykładach omawiali zupełnie inne zagadnienia niż asystenci na ćwiczeniach. Nie było pracy domowej ani wywiadówek dla rodziców. To był przełom w nauce.
    Przyszła jesień. Na uczelnię wyjeżdżałem ze stacji Warszawa Wawer tuż przed siódmą rano. Na Ochocie przesiadałem się w autobus 127, który wiózł mnie do ul. Banacha. Było ciemno. Przychodziłam zawsze około 20 minut wcześniej na ćwiczenia niż inni. Przychodziło nas kilka osób, które korzystały z tego, że sala była już otwarta i można się było wcześniej zająć pracą. Laborant uzupełniał odczynniki potrzebne do ćwiczeń i wiedział, kto wcześniej interesuje się ćwiczeniami. Po pewnym czasie asystentka pochwaliła moje zaangażowanie. A więc laborant mi pomógł.
    Przyjęto metodę nauki polegającą na przepytaniu 10 osób (tyle liczyła nasza grupa), z materiału teoretycznego dotyczącego grupy chemicznej, którą testowaliśmy na ćwiczeniach. Jeżeli testowaliśmy, np. alkohol, to trzeba było powiedzieć wszystko, co się wie o alkoholach, jeżeli kwasy czy aldehydy, to wszystko, co się o nich wie. To było na ocenę, więc starałem się być , jak tylko mogłem, dobrze przygotowany.
    Żal mi było straconych dwóch lat. Chemia to nauka łatwa, jeżeli od początku zrozumie się jej prawa. Gorzej z matematyką. Tego przedmiotu nigdy nie rozumiałem i nie lubiłem. Może dlatego, że co roku miałem innego nauczyciela. Ponadto byłem ostatnim rocznikiem, który kończył szkołę podstawową siedmioklasową. Moje koleżanki i koledzy, idąc programem ośmioklasowym, w liceum przerabiali już z matematyki podstawy całki i różniczki lub rachunek prawdopodobieństwa. Ja tego nie rozumiałem, a profesor na wykładach nie czekał, nie tłumaczył i jedną ręką pisał na tablicy, by drugą wycierać zapis, bo ciągle było mało miejsca. Byłem tak słaby z matematyki, że na 200 punktów możliwych do zdobycia w semestrze miałem tylko 2.
    W drugim semestrze poprawiłem się o sto procent, gdyż na kolejne 200 punktów zdobyłem aż… cztery punkty. A więc, nie dopuszczono mnie do egzaminu. Kazano się uczyć i we wrześniu miałem zdawać wyjściówkę, a jeżeli ją zaliczę, to będę dopuszczony do egzaminu poprawkowego. Byłem naprawdę w ciężkiej sytuacji i bliski tego, by dołączyć do tej drugiej stuosobowej grupy. Życie jednak daje zawsze szansę. Brat cioteczny mego ojca Romualda wujek Heniek Koczyk był w tamtych latach adiunktem na Politechnice Warszawskiej wydział maszyn i pojazdów i wykładał geometrię wykreślną. Na prośbę o pomoc odpowiedział, że już nie pamięta wyższej matematyki tak dokładnie, by mnie uczyć. Obiecał jednak, że da mi swego asystenta, który nauczy mnie tak, bym wszystko zrozumiał. Przychodziłem do niego na korepetycje w każdą środę przez całe wakacje. Był człowiekiem, który posiadał umiejętność tłumaczenia. Po ośmiu lekcjach u niego byłem zdolny zdawać wyjściówkę. W pierwszej dekadzie września wyznaczono egzamin, który zdawałem w gmachu Politechniki Warszawskiej, gdyż nasz profesor z matematyki pan Traczyk tam wykładał. Egzamin poszedł mi bezbłędnie, czym wprowadziłem w osłupienie pana profesora. Nie darował, zaprosił mnie do swojego gabinetu i powiedział, że nie wierzy, że tę pracę ja napisałem. Jeżeli narysuję mu, jak na osi współrzędnych przebiega tangens, to uwierzy, że jestem dzieckiem szczęścia. No i uwierzył, bo ja na tablicy pokazałem mu, jak to wygląda. Zdałem ten egzamin. Była to wyjściówka, ale potem się okazało, że zaliczyli mi pierwszy rok, w tym matematykę na ocenę dostateczną (o co nie miałem żalu. I tak się znalazłem w tej pierwszej setce a nie w tej drugiej.
    cdn.

    RAFAŁ z Korycina

  • Uroczystość patriotyczna w Toruniu z udziałem Żółtowskich

    4 czerwca w Toruniu odbyła się patriotyczna uroczystość na placu im. Towarzystwa Miłośników Torunia przy pomniku Polskich Artylerzystów.
    Okazją do tego była 35. rocznica powstania organizacji pod nazwą Związek Żołnierzy Wojska Polskiego. Jedno z jego ogniw organizacyjnych – Toruński Rejonowy Zarząd … z prezesem płk. Kazimierzem Jerzym Krupą otrzymał ufundowany sztandar.
    Głównymi fundatorami sztandaru były władze samorządowe województwa kujawsko–pomorskiego, Torunia, Brodnicy, Chełmna i Grudziądza oraz szeregowi członkowie tejże organizacji.
    W uroczystości uczestniczyło czworo członków Związku Rodu Żółtowskich. Matką chrzestną była Beata Żółtowska, współfundatorka sztandaru Kalina Nowacka (z domu Żółtowska), płk. Władysław Żółtowski – współorganizator uroczystości, członek Zarządu Rejonowego i Marek Żółtowski – prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Kopernik” – zabezpieczający stronę organizacyjną uroczystości. Patronat nad całością przyjął marszałek województwa Piotr Całbecki. Oprawę muzyczną imprezy zapewnił starosta powiatu lipnowskiego –Krzysztof Baranowski z podległą sobie orkiestrą dętą.
    Gośćmi specjalnymi byli senator RP Przemysław Termiński – ojciec chrzestny sztandaru oraz gen. dyw. dr Franciszek Puchała – prezes Związku, który z wcześniej wbitymi w drzewce sztandaru przez fundatorów gwoźdźmi pamiątkowymi i poświęcony przez ks. prałata płk. Ryszarda Stępnia – proboszcza garnizonu Toruń, wręczył ten sztandar prezesowi TRZ.
    Całość uroczystości przy pomniku Polskich Artylerzystów wzbogacona była pocztami sztandarowymi: województwa, szkół ponadpodstawowych, Państwowej Straży Pożarnej, Toruńskiego Bractwa Kurkowego, kół terenowych z Chełmna i Zarządu Bydgoskiego Związku Żołnierzy Wojska Polskiego. Uroczystość zakończono dekoracją przez prezesa Związku fundatorów i rodziców chrzestnych oraz krótkim koncertem w wykonaniu lipnowskiej orkiestry dętej.

    KALINA NOWACKA /Żółtowska/
    z Torunia

     

    Władysław, Beata, Marek, Kalina z Torunia
    Beata z Torunia, senator RP Przemysław Termiński, gen. Franciszek Puchała, Jerzy Krupa z Torunia
  • Nekrolog – Piotr Żółtowski 15.08.2016 r.

    Nekrolog – Piotr Żółtowski 15.08.2016 r.

     

    15 sierpnia 2016 roku

    zmarł w Warszawie

    śp.

    PIOTR ŻÓŁTOWSKI

    urodzony 24 grudnia 1931 roku w Głuchowie

    chemik i taternik

    Rodzinie składamy najgłębsze wyrazy współczucia.

    Prezes Związku oraz członkowie zarządu.

  • Trwajmy, istniejmy, pokonujmy kolejne drogi naszego życia!

    XXV–lecie Związku Rodu Żółtowskich Skępe 25 – 29 maja 2016

    6 września 1992 roku w malutkim kościółku w centrum Skierniewic spotkała się grupa ludzi na mszy św. za rodzinę. Nie znałem nikogo.   Przyjechałem z żoną Stefanią, bratem Michałem i bratową Ewą. Po mszy św. zgromadziliśmy się w niewielkich grupkach, oczekując, co będzie dalej. Ktoś ogłosił, że osoby o nazwisku Żółtowski mają jechać za nim. Teraz wiem, że tą osobą był śp. Zbigniew ze Skierniewic. Pojechaliśmy za nim.  Przedstawialiśmy się i opowiadaliśmy o naszej rodzinie i  przodkach. Później zaczęliśmy dyskutować o założeniu związku rodowego. Właśnie wtedy powstał Związek Rodu Żółtowskich. Wybrano tymczasowy zarząd założycielski. Andrzej Ludwik z Warszawy został tymczasowym prezesem, Michał z Lasek honorowym prezesem. Rejestracją związku w Sądzie Rejonowym w Skierniewicach miał się zająć Zbigniew ze Skierniewic. Powołano Komitet Założycielski (16 osób). Pocztą poleconą od jednego do drugiego członka założyciela wędrowały dokumenty, które należało podpisać i odesłać dalej. W ten sposób Zbigniew  zebrał niezbędne dokumenty potrzebne do założenia Związku i legalnego działania. Tak w skrócie wyglądał I Założycielski Zjazd Rodu Żółtowskich.
    II Zjazd odbył się w Zajączkowie w pałacu należącym niegdyś do Żółtowskich.
    III Zjazd to Soczewka nad Wisłą tuż opodal Płocka. Przyjechało ponad 120 osób.
    W Soczewce zasłabł Zbigniew. Pogotowie w nocy odwiozło go do szpitala. Nie dokończył zjazdu i nie doczekał następnego. Zmarł także Michał z Łodzi. Zatonął latem w jeziorze na Mazurach. Nastąpiło chwilowe załamanie naszej działalności. Zabrakło dwóch głównych organizatorów.  Ryszard z Suwałk w owym czasie sprawował funkcję dyrektora Oddziału Suwalskiego Narodowego Banku Polskiego,  a w dyspozycji banku był  ładnie położony ośrodek wypoczynkowy w Rucianym Nidzie. Tam odbył się IV Zjazd. Organizatorem był oczywiście Ryszard z Suwałk.  To był jeden ze wspanialszych Zjazdów.
    V Zjazd to Lucień. Tu organizatorem był Jarek ze Skierniewic, który przejął po zmarłym ojcu Zbigniewie wolę dalszego istnienia naszego związku. Jednocześnie był długoletnim skarbnikiem. Lucień to ośrodek Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej położony w lesie nad pięknym jeziorem. Pogoda dopisała, więc korzystaliśmy z wypoczynku i kąpieli.
    W Ciechocinku spotkaliśmy się na szóstym Zjeździe. Wiadomo, sam Ciechocinek jest uroczy, a do tego wycieczka do Torunia. Pamiętam, że  w Toruniu było przeraźliwie zimno. Żona musiała kupić mi kurtkę.
    Wigry to miejsce VII Zjazdu. Także liczny Zjazd. Ogłosiliśmy, że wszyscy młodzi Żółtowscy, którzy nie ukończyli w dniu wycieczki do Wilna osiemnastu lat, pojadą na tę wycieczkę na koszt związku. Zarząd postawił im jednak warunek. Przy wejściu do autokaru należało wykazać się znajomością Inwokacji do „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza. Wszak będziemy pod jego pomnikiem i w uliczce i pod domem, w którym mieszkał. Młodzi sprostali temu zadaniu, choć nie zostali przepytani. Do Wilna pojechały dwa autokary, czyli sto osób. Pięknie prawda? Tutaj duży wkład w organizację miał śp. Ryszard z Suwałk.
    VIII Zjazd  – Chomiąża Szlachecka.  Nad ładnym jeziorem, w spokojnym cichym miejscu z bardzo miłą obsługą.
    Krynica Morska IX Zjazd. Ośrodek należący do duchowieństwa, o ile pamiętam, do księży werbistów. Msza św. za rodzinę odbyła się na miejscu w kaplicy. Ksiądz przyjechał na motorze w specjalnej skórze, którą potem zamienił na sutannę. Organizatorem tego Zjazdu był Mariusz ze Sztumu. Nie wykazała się natomiast szefowa ośrodka, gdyż mimo zapewnień nie zorganizowała nam uroczystej kolacji. Wyjechała, nie zostawiając w kuchni dyspozycji.
    Jest rok 2000. Wspomnę, że 14 i 15 października  to dni Zjazdu Rodzin w Watykanie z okazji Roku Jubileuszowego. Związek już od ponad dwóch lat starał się uzyskać możliwość wyjazdu jako Rodzina. Zarząd czynił przygotowania do tej uroczystości, szukając zarówno kontaktów w Watykanie,  jak i w Duszpasterstwie Rodzin w Polsce. Pisał wiele listów i wysyłał wiele faksów do Domu Polskiego w Rzymie, jak i bezpośrednio do Ojca Chejmo, dominikanina szefa Domu Polskiego w Rzymie. Z Polski każda diecezja mogła wysłać jeden autokar. Stanowiliśmy osobną grupę pielgrzymkową. W Watykanie w tym dniu wymieniano naszą grupę przez megafon. Byliśmy zaproszeni do Auli Pawła II mieszczącej sześć tys. osób na audiencję z Janem Pawłem II, dziś Świętym Janem Pawłem II. Doszło także do bezpośredniego spotkania z Ojcem Świętym. Przekazaliśmy mu nasze dary. Poprosiliśmy o łaski dla naszej Rodziny na drugie tysiąclecie. I takie błogosławieństwo dostaliśmy.
    Ale nie tylko Watykan i Rzym. Grupa blisko pięćdziesięciu Żółtowskich była w Padwie u grobu św. Antoniego w bazylice pod jego wezwaniem, w Asyżu u św. Franciszka. Byliśmy w Neapolu, na Monte Cassino, a także u stóp Wezuwiusza w Pompejach. Wracając, zaczepiliśmy o plaże Rimini i o Wenecję. W Wiedniu, odwiedziliśmy miejsce obozu Jana III Sobieskiego na wzgórzu Kahlenberg. Tam w kościelnej kaplicy wisi nasz herb Ogończyk.
    Ród Żółtowskich w swojej historii przebył wiele dróg. Bo zawsze trwaliśmy i nadal trwamy. Istnieliśmy, istniejemy i dalej będziemy Istnieć, bo tak nam błogosławił św. Jan Paweł II.
    X  Zjazd był w Wielkopolsce w Zaniemyślu w ośrodku wypoczynkowym Niezamyśl, nad jeziorem. Odwiedzamy Kórnik.
    Kolej na polskie morze Bałtyk. XI Zjazd w Pobierowie. Organizatorami byli Sławek ze Szczecina i jego ojciec, śp. Mieczysław ze Szczecina. Bardzo udany Zjazd. Wycieczka do Świnoujścia do Muzeum Rybactwa z przepłynięciem Świny z Wolina na Uznam i z powrotem.
    XII miejsce to Mąchocice Kapitulne w okolicach Kielc. Wycieczka do Kielc do Jaskini Raj i innych miejsc. Dla Żółtowskich Zjazd udany, dla zarządu mniej. Dyrekcja hotelu chciała wymusić dodatkowe opłaty za parkowanie samochodów.  Zarząd przez niemal dwa lata wymieniał się wieloma pismami z dyrekcją hotelu. W końcu kielecka kancelaria prawna wytłumaczyła panu dyrektorowi brak racji i tak się to skończyło.
    XIII Zjazd Popowo. Ośrodek wypoczynkowy więziennictwa. Ładny, spokojny Zjazd z wycieczką do Warszawy.
    Zamość to XIV spotkanie. Jesteśmy w grodzie Zamojskich. Oglądamy ich majątki wymagające renowacji. Jedziemy nad słynne „szumy”, a przede wszystkim do Lwowa. Mało odrestaurowany od czasów wojny, kiedy był miastem polskim. Widać wiele zabytków, ale w złym stanie. Odwiedziliśmy także cmentarz Łuczakowski, skąd pochodzi żołnierz leżący obecnie w Warszawie w Grobie Nieznanego Żołnierza.
    Wreszcie jedziemy w góry. Szklarska Poręba jest miejscem XV Zjazdu. Jedziemy do Książa. Trzeci co do wielkości zamek w Polsce po Malborku i Wawelu, kryjący wiele tajemnic z czasów II wojny światowej. Kilku członków naszego Związku pokazało swe umiejętności w zdobywaniu gór. Przeszli trasę. Niektórym pomógł GOPR (!).
    Nowe Kaletki XVI Zjazd. Poprawny, udany, choć ja nie uczestniczyłem w nim ze względu na stan zdrowia mojej żony Stefanii.
    XVII Zjazd – Księże Młyny w okolicach Łodzi. Wycieczka do Łodzi. Procesja Bożego Ciała po dywanie z kwiatów w Spicmierzu.
    Przenosimy się na Kaszuby. XVIII Zjazd Gołuń. Organizator Mariusz ze Sztumu. Pogoda w kratkę. Zwiedzamy Szymbark, najdłuższą deskę w Polsce, dom na głowie i muzeum partyzantki.
    W Wąsoszu w małym pałacyku z XIX wieku wśród lasów spotykamy się po raz XIX. Wycieczki nie było ze względu na nietaktowne zachowanie kierowcy.
    XX – Zjazd to Dębowa Góra.
    XXI – ponownie Ciechocinek.
    W Pieczyskach pod Koronowem bardzo przyjemnie spędziliśmy cztery dni. Eleganckie, bardzo zadbane i sprawnie zorganizowane miejsce XXII Zjazdu .
    XXIII Zjazd – Szaflary tuż pod Zakopanem. Na wycieczkę jedziemy do Krakowa na Wawel, niektórzy prywatnie do Zakopanego.
    XXIV Zjazd to Jarnołtówek koło Głuchołaz. Spotykamy się w hotelu Ziemowit. Z tym księciem mazowieckim nasz Ród jest związany szczególnie. To on nadawał nam herb i ziemie w okolicach Żółtowa. Wycieczką jest wejście na Kopę Biskupa 890 m n.p.m. Wejście się udało. Wszyscy zadowoleni.
    No i jesteśmy w Skępem. Jestem przekonany, że jak zawsze będzie fajnie. Liczba osób jest imponująca, bo około stu. Trwamy i istniejemy. Pokonujemy kolejną drogę w naszej historii. A wiele było tych dróg! Historia mówi nam, jak wielki patriotyczny był i jest nasz Ród. Nawet w filmie „Krzyżacy” Aleksandra Forda występuje rycerz z herbem Ogończyka na piersi. W nawale tureckiej zaznaczyliśmy swą obecność pod Wiedniem. W powstaniach narodowościowych braliśmy czynny udział. Przykładem jest gen. Edward Żółtowski. Wielu Żółtowskich powieszono za powstania, zabrano ich majątki, a wielu wywieziono na Sybir. W końcu zamordowano w Katyniu. Wśród Żółtowskich byli ambasadorzy w innych państwach, naukowcy wyższych uczelni, profesorowie, doktorzy habilitowani, dziennikarze, lekarze, farmaceuci, inżynierowie i inne zawody, pisarze jak Michał z Lasek, który miał w dorobku kilkanaście książek. Wielu z nas już odeszło. Wspomnimy ich na mszy św. za Rodzinę.
     Idziemy dalej, pokonując różne zawiłości dnia codziennego – zawodowe, rodzinne, osobiste. Idziemy dalej w drogę, często z obawą o zdrowie, i przyszłość. Choć powtarzam, że wiele już przeszliśmy dróg, to trwajmy, istniejmy. Tak nam dopomóż Bóg!

    Fragmenty z podsumowania 24. lat
    istnienia Związku Rodu Żółtowskich.
    Napisał i omówił je na zebraniu ogólnym,
    prezes honorowy Związku i członek zarządu
                                
    RAFAŁ z Korycina

                             

  • Uzupełnienie do pkt 4.18 Genealogii – Potomkowie Pawła ze Strzembowa

    genealogia

    Dzięki przychylnemu stanowisku władz polskich archiwów i pracy setek genealogów-amatorów mamy obecnie możliwość badania dziejów rodzinnych z domu, korzystając z komputera i udostępnionych stron z aktami metrykalnymi.

    Jest to również okazja do sukcesywnego uzupełniania metryk rodu Żółtowskich. Jako pierwsze zostały przejrzane akta ślubów, zgonów i urodzin z dwóch sąsiadujących ze sobą parafii: Grodziec i Radzikowo. Dzięki temu możemy uzupełnić informacje zawarte w pkt 4.18 (str. 184 i 185) Genealogii Rodu Żółtowskich.

    Materiał dostępny po kliknięciu na poniższy link:

    uzupelnienie-pkt-4

  • Wspomnienie o Janie – ojcu Wacława Krzysztofa Żółtowskiego z Łodzi

    To było zaledwie wczoraj,
    tak niedawno pożegnanie Elżbiety!
    Minął krótki czas i nie ma wśród nas Wacława Krzysztofa.
    Zdarzyło się to tak szybko, nieoczekiwanie.
    Straciłam siostrę i brata – smutek i żal!
    Przestały bić dwa dobre serca.

    Wreszcie otrzymano z Watykanu długo oczekiwaną dyspensę, udzieloną przez samego papieża, i rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do ślubu i wesela.  Dyspensa była konieczna z uwagi na to, że narzeczeni byli blisko spokrewnieni – mieli wspólnego dziadka.

    Panna dwojga imion Walentyna Kazimiera była córką właściciela ziemskiego. Drobna blondynka na podstawie zdjęcia ślubnego robi wrażenie osoby zalęknionej, speszonej, ale to tylko pozory. Fotografia odbiega od rzeczywistości, nie oddaje charakteru osoby. W pamięci mojej jawi się ona jako osoba energiczna w bryczesach i do tego ze szpicrutą  w ręku i w oficerkach.

    image001Pan młody Jan – absolwent szkoły technicznej i Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, w randze podporucznika 20. Pułku Ułanów. Elegancki, dystyngowany. Tworzą wyrazistą, piękną parę.

    Gdy narzeczeni jechali karetą do kościoła, rozszalała się burza z błyskawicami i ulewą, nawałnica towarzyszyła im przez całą drogę.

    W karecie była też mała dziewczynka Anna, bratanica narzeczonego. Nie odczuwała lęku, nie bała się burzy, był przy niej jej ukochany stryj Jan Żółtowski.

     W rozświetlonym kościele czekała na nich rodzina, zaproszeni goście. Rozpoczęła się ceremonia ślubna. Nieprawdopodobnie długi i szeroki welon, zwiewny jak mgiełka podtrzymywały bratanice pana młodego: Bronisława, Wanda, Irena, Anna Żółtowskie oraz mały chłopiec, prawdopodobnie ze strony panny młodej. Gdy państwo młodzi dochodzili do ołtarza zdarzyło się coś dziwnego. Na ołtarzu stały dwie duże świece, w pewnym momencie z niewiadomej przyczyny nagle jedna zgasła. Była to świeca pana młodego. Zgromadzeni wydali jęk przerażenia, uważając to za złą przepowiednię.

    Wesele było huczne, bardzo wystawne, miało bogata oprawę. Brat pana młodego Julian Żółtowski sprowadził z Poznania dwie orkiestry oraz mistrza kucharskiego. Goście raczyli się wykwintnymi potrawami, orkiestry grały na zmianę. Wesele trwało dwa tygodnie.

    A było to 24 sierpnia 1938 r. Nikt z obecnych nie przeczuwał, że za rok rozpęta się  druga wojna światowa, najkrwawsza, najokrutniejsza ze wszystkich wojen, a świat, w którym żyją w dobrobycie, zginie bezpowrotnie. Nawet panna młoda Walentyna Kazimiera nie oczekiwała takiej przyszłości, gdy nieroztropnie i lekkomyślnie zrzekła się praw do posagu, mówiąc: „Jan ożenił się ze mną z miłości, a nie dla pieniędzy”.

    Po uroczystościach weselnych młode małżeństwo wyjechało do Tarnowa, gdzie Jan podejmuje pracę w dyrekcji PKP.

    Zostaje ranny w czasie bombardowania dworca kolejowego w 1939 r.  Pod koniec 1939 r. 26 listopada przychodzi na świat pierwsze dziecko Władysław Marian, lecz po miesiącu umiera. 19 stycznia 1941 r. urodził się drugi syn Wacław Krzysztof.

    Z początkiem października 1941 r. Jan zostaje aresztowany przez gestapo. Przy próbie ucieczki zostaje ciężko ranny, jednakże udaje mu się ukryć w rowie melioracyjnym, w którym przeleżał parę godzin. Jeszcze żył, gdy jacyś ludzie przynieśli go do domu.

    Julian jego brat opiekował się Janem w dzień i w nocy, aż do ostatnich jego dni. Pomimo wysiłków lekarza i najbliższych 27 października 1941 r. Jan zmarł w ramionach brata.  Pozostała wdowa z synkiem Wacławem Krzysztofem, który w chwili śmierci ojca miał zaledwie dziewięć miesięcy.

    Przez okres okupacji  niemieckiej Julian Żółtowski otaczał opieką wdowę i jej synka, wysyłając co miesiąc określoną kwotę pieniędzy potrzebną do przeżycia oraz paczki z żywnością i witaminami, które nie były powszechnie dostępne, lecz tylko na „czarnym rynku”.

    Na prośbę Juliana teść jego Władysław Jan Barański artysta malarz wykonał portret zmarłego Jana, umieszczając dedykację na odwrocie portretu: „Moim dzieciom Zofii i Julianowi Żółtowskim – Ojciec”.

    Żoną artysty była pasierbica Józefa Benedykta Żółtowskiego Maria Weber.

    Jak sięgam pamięcią, w każdy Dzień Zaduszny ojciec mój Julian zamykał się w swoim pokoju, zapalał świece przed portretem swego brata Jana i przez długie godziny modlił się w intencji zmarłego i swoich rodziców.

    Dla informacji:  obrazy i rzeźby autorstwa Władysława Jana Barańskiego znajdują się w klasztorze na Jasnej Górze oraz w wielu kościołach na terenie Polski.

    ANNA NOWOTNA-LASKUS z domu  Żółtowska

  • Nekrolog Heleny Łęckiej z Torunia

    Nekrolog Heleny Łęckiej z Torunia

    krzyz_01

    30 kwietnia 2016 r.

    zmarła

    śp.

    Helena Łęcka z Torunia

    o czym zawiadamia siostra Krystyna Hanczewska

    z Berlina

     

    Rodzinie składamy wyrazy najgłębszego współczucia,

    Prezes Związku oraz członkowie zarządu

  • Historia Rodu Żółtowskich – Listy 48 – 51

    Kochany Dziadziu

    Bardzo Dziadzie przepraszam, że Mu na list Jego teraz dopiero odpisuję ale i czasu mi brakowało i dla pewności także już do Czacza pisać wolałem. Paletot Izio już od dość dawna mieć musi, a i inne rzeczy o które mnie prosił zapewne niedługo dostanie. W Czaczu Dziadzio zapewne już znalazł cezury moje miesięczne. Bardzo mi przykro, że nie były lepsze, ale bardzo to trudno tak na początku Roku się uczyć jak później, spodziewam się zatem że Dziadzio w przyszłym miesiącu lepsze odbierze, zwłaszcza w łacinie. Apetyt nie zupełnie mam dobry, to w każdym razie sto razy lepszy niż przeszłego Roku, nic mi też nie dolega i doktor, który mi się co sobota o zdrowie etc. wypytuje, znajduje także, że od przeszłego Roku wielka jest zmiana. Z Polaków dwóch tylko jest w mojej dywizyi Pusłowski i Ramm, obaj z Litwy, ale z żadnym z nich szczególnie nie przestaję. W ogóle Polaków jest około osiemnastu a z nowych tylko dwóch Korytowskich i Skrzyński z Galicyi. Nie mając już więcej czasu kończę całując Kochanemu Dziadzi rączki  i zostając Jego przywiązanym wnukiem.

                                                                                                                                                                Jaś Żółtowski

    ———————————————————————————————————————————————–

    Kochany Dziadziu

    Dzień albo dwa temu Dziadzio zapewne  dostał nasze cezury i może się zasmucił że Izio jeszcze ma dwójkę w greckim ale to może trochę więcej z tego pochodzi że jeszcze koło początku miesiąca trochę był niezdrów i przez jakiś czas nie mógł się uczyć a pomimo że się potem starał zostawioną szparę zapełnić to m u się przecież całkiem nie udało. Ale i ja z łaciny i greki wiem że dobrych cezur nie mam ale pomimo wszelkiego starania życzeniem naszego profesora zadosyć uczynić nie mogę bo nie tylko że ogromnie dużo zadaje ale i nadzwyczaj przy egzaminowaniu jest wymagający.

    Państwo Stefanowie ………..są tutaj i nie tylko że nas do …………… zawołali ale i wczoraj wzięli nas do Wiednia również jak i Wodzickiego i Dzieduszyckiego. Bardzo są dla nas dobrzy  a ich synowie  bardzo grzeczni dla nas. W Wilię Bożego Narodzenia wieczorem zawołali nas do ………………… gdzie teraz mieszkają i sprawili nam wilię na sianie z zupą migdałową i.t.d. Pan Zamoiski każe się Dziadzi pamięci przypomnieć i składa swoje uszanowanie.

                    Ale bardzo przepraszam Dziadzię że przy tem wszystkiem zapomniałem mu na nowy rok powinszować ale właśnie przedtem mówiłem z Iziem że to jeszcze nie czas do Chołoniowa pisać bo tam Nowy rok dopiero 2 tygodnie później, i dlatego Dziadzi winszować zapomniałem. Życzę Dziadzi zatem długich i szczęśliwych lat i samych z powodu nas przyjemności do czego się będę starał o ile możności przyczynić.

                    Całuję Dziadzi kochanemu rączki i zostaję jego przywiązanym wnukiem.

     

    Jaś Żółtowski

    d.27 Grudnia 1885 r. Kalksburg

     

     

    Kochany drogi mój Jasiu.

    Bardzo to dobrze i ładnie że w liście Twoim chcesz nie korzystne cęzury Isia tłumaczyć  i uniewinniać ale zapominasz że Twoje przecież wcale nie świetne właściwie befżiedigend, a w greckiem tylko…………, jest to więc tylko 4 i 5 stopni, a przecież są w Waszej  klasie uczniowie którzy na cenzury ……………,verzilglich a może nawet na ausgczeihnet sobie zasłużyli,  czemuż byście wy takich samych otrzymać nie mogli. Widzisz więc jak koniecznem było Waszych etudów  dla konnej jazdy  nie skracać, kiedy i tak nie macie dostatecznego czasu, aby się dobrze na lekcye przysposobić. Pragniesz Kochany Jasiu abym Ci ułatwił  sprawienie srebrnego serca przed ołtarz Matki Boskiej, ale mi nie donosisz ile to mniej więcej może kosztować, w rzeczach pieniężnych trzeba zawsze oznaczyć ilość o którą chodzi, gdyż  decyzja wszelka zawsze od wysokości potrzebnej sumy zależeć musi. Wtym razie myślę że dziesięć reńskich wystarczy i dla tego  upoważniam Cię do tego wydatku, i w przyłączonym tu bilecie proszę ojca prokuratora aby Ci pieniądze na niego wręczył. Wujcio Xianio  był tu w przeszłym tygodniu ale mnie nie zastał, to właśnie wtenczas byłem w Niechanowie żeby odwiedzić,  cierpiącego stryja  Franciszka odwiedzić, za moim więc powrotem pojechałem zaraz do Kopaczewa, gdzie i Wujcia i Ciocię zastałem. Ale już na samym wyjeździe, bo się bardzo do Chołoniowa spieszyli, gdzie maleńką Zosię zostawili. Pojutrze jadę do Drzewiec więc tam książki do nabożeństwa i album z markami poszukam, a jeżeli znajdę to Ci odeślę. Przez nieuwagę list na odwrotnej stronie papieru zacząłem, ale już go teraz przepisywać nie mogę, gdyżby dzisiejszą pocztą odejść nie zdążył. Ściskam więc Was obudwóch Boskiej we wszyskiem oddając Opatrzności Wasz

                                                                                                                  najprzywiązańszy dziadzia

    Czacz 13/11.1885                                                                                                                                            M.Ż.

     

    Kochany drogi mój Jasiu

    Dziwisz się że wypracowanie za które przeszłym Roku byłbyś dostał vorzülich teraz zaledwo genügent otrzymujesz, a przecież to rzecz słuszna zupełnie, gdyż w miarę jak się w życiu posuwamy i jak nam Opatrzność więcej sądu i doświadczenia udziela tem samem nadaje ludziom prawo stawiania coraz większych wymagań. Tak jest  w życiu a zatem tak tez musi być w szkole, która tem jest doskonalsza im wierniejszym jest całego życia obrazem.  Nie masz więc przyczyny żalić się z tego powodu. Wypada Ci tylko dołożyć wszelkiego starania aby godnie odpowiedzieć wymaganiom, które coraz bardziej posuwające się Twoje lata całkiem usprawiedliwiają. Widzę z Twojego listu że Ci dotąd bardzo markotno, iż lekcyi konnej jazdy nie bierzesz. Pamiętasz zapewne jak od najmłodszych lat Waszych dobieranie odpowiednich dla Was kuców mnie zajmowało, bo uważam konną jazdę za jedną z najużyteczniejszych męskich rozrywek, ale jest ona zawsze tylko rozrywką więc poważniejsze prace muszą przed nią mieć pierwszeństwo, boć można być człowiekiem bardzo użytecznym, chociaż się nie zupełnie prawidłowo konno jeździ, tymczasem bez nauki człowiek ani rodzinie ani krajowi dostatecznie  użytecznym stać się nie może; tam wszystko wyjąwszy jednej cnoty ustępować jej winno. Od Ciebie dowiedziałem się dopiero że Marysia jest u rodziców, wnoszę stąd że mąż jej miejsce swe utracił, bo słyszałem że jego postępowanie nie było wzorowem. Za pierwszą moją bytnością w Drzewcach dowiem się jak ta rzecz stoi i co tylko da się zrobić dla niej zrobię z pewnością, tylko gdyby prosiła o to żeby męża jej przyjąć to by było niepodobieństwem, bo człowiek niewierny nietrzeźwy albo leniwy nie tylko sam staje się nieużytecznym, ale cały ład psuje w gospodarstwie, bo innych złym zaraża przykładem. Ciocia Aniela wraz z Wujciem  przeszły wtorek tu przyjechała Lucia już teraz doskonale chodzi, trzymając się mebli po całem pokoju biega wszystko rozumie ale dotąd wcale jeszcze nie mówi. Wczoraj miałem lisy od Wujcia Xawerego donoszący mi iż szczęśliwie w Skurczu stanęli, zresztą nic więcej ani o sobie ani o Chołoniowie nie  donosi. Jeżeli tam taka pogoda jak u nas to nie tak prędko na lodzie i śniegu będziecie się mogli bawić, bo tu dotąd tak łagodne powietrze, że orać i murować tak jak w lecie można. Ciocia i Wujcio tysiączne Wam przesyłają uściśnienia do których dołącza i Swoje Wasz  najprzywiązańszy dziziadzia.

    Czacz 6/12.85                                                                                                                                                    M.Ż

    ————————————————————————————————————————————————

  • Radość istnienia

    RADOŚĆ ISTNIENIA

    Są tacy moi rodacy, którzy twierdzą,

    że życie jest do chrzanu, kitu i bani,

    a ja się z nimi nie zgadzam proszę szanownej pani.

    Oni nie mają pojęcia bladego,

    co można w tym kraju zobaczyć pięknego.

    Na przykład takie Tatry, albo Bieszczady,

    te góry, a nad nimi chmury, zielone trawy

    i błękitnej wody kaskady, a jesienią:

    drzewa wszystkimi kolorami się mienią,

    brązem, złotem, czerwienią.

    Nie dane mi było być w tamtych stronach,

    lecz jestem pięknem Bieszczad teoretycznie zauroczona,

    chociaż nasi bliźni kochani, mają takie zasady:

    żeby nam obrzydzić życie, to ja na przekór nim krzyczę:

    że piękne, wręcz cudowne jest życie.

                                                   ANNA NOWOTNA-LASKUS

  • Artykuł z Tygodnika Płockiego Nr 24 z 14 czerwca 2016

    W Tygodniku Płockim Nr 24 z dnia 14.06.2016 r,

    ukazał się artykuł redaktor Teresy Radwańskiej – Justyńskiej,

    zatytułowany:

    Przyjechali ze Szwajcarii, Kanady, USA.

    Dzieci, wnuki i prawnuki z Rodu Żółtowskich

    Oto fragmenty tegoż artykułu.

    „Kiedy się spotykają, rozmawiają głównie o wspólnych korzeniach swojego rodu” ……….”Chętnie opowiadają o dzieciach, sukcesach, wnukach, codziennym życiu i planach na kolejne spotkania, które są nieodłączną częścią życia wszystkich z rodu Żółtowskich. W tym roku spotkali się na jubileuszowym XXV zjeździe” ………….. „Właśnie w tym roku niedaleko, w Skępem, zatrzymali się Żółtowscy z całego świata na rodzinnym XXV zjeździe. Czy był on wyjątkowy?… Każdy zjazd jest wyjątkowy, bo możemy spotkać się w jednym miejscu w tak licznym gronie” ……… „Podczas czterodniowego zjazdu w sposób szczególny zostali uhonorowani przodkowie. W kościele w Mochowie podczas mszy świętej odsłonięta została pamiątkowa tablica poświęcona Żółtowskim. Pamięć o przodkach, przywiązanie do tradycji i niewymuszony obowiązek do pielęgnowania tych spraw widać na każdym kroku”…. ..”Każde spotkanie jest dokumentowane – Wciąż poszukujemy tego – co związane z naszymi przodkami, ale także miejscem, w którym jesteśmy. Są takie osoby w naszym rodzie, które zajmują się historią, jak Andrzej Mieczysław z Warszawy. Tacy, którzy zajmują się genealogią, wiedzą, jakie gałęzie były w Wielkopolsce, jakie na Mazowszu. Michał Żółtowski z Łodzi, którego z nami już nie ma, wydał książki z genealogią rodu.”………. „Pierwszy założycielski zjazd odbył się w Skierniewicach w 1992 roku – mówi Mariusz Żółtowski ze Sztumu prezes związku”  ………”Czego szukamy podczas naszych spotkań? Przede wszystkim powiązań rodzinnych. Jeżeli sięgniemy do historii najdawniejszej, Żółtowscy na Mazowszu to początek XV wieku. Teraz puzzle, które rozleciały się po całym świecie, próbujemy złożyć w cały obrazek. Po to się spotykamy, aby się łączyć, takie było przesłanie, na które wielką uwagę zwracał Michał senior z Lasek.”………”Na tegorocznym zjeździe było już czwarte pokolenie Żółtowskich. – Jesteśmy rodem, którego historia przetrwała także dlatego, że wszyscy bardzo się przyjaźnimy. Staramy się sobie pomagać, wspierać. Doroczne spotkania wyznaczają nasz kalendarz”…….. ”u nas istnieje miara czasu od zjazdu do zjazdu” ……… „Co jest bardzo znamienne, że nasze dzieci, wnuki są tu z wewnętrznej potrzeby – mówi Bogusława Żółtowska z Białej w gminie  Stara Biała,  koło Płocka, wiceprezes związku i rodowy zbieracz rodzinnych pamiątek. A Bożena z Warszawy dodaje, że w rodzinie jest wiele serdeczności – Nie ma gniewów i dąsów. Nasze powitania i pożegnania są bardzo wymowne. Łzy płyną, kiedy się witamy, łzy płyną, kiedy się żegnamy.”…………….”Plany na przyszłość? – Chcielibyśmy się dalej spotykać. Nawet jeśli ze względu na wiek pewne osoby wykruszą się i przyjedzie tylko pięćdziesiąt osób, to zjazd i tak się odbędzie. Z pewnością będą kolejne plany wydawnicze – zapewniał Rafał Żółtowski.”